1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Życiowa zmiana w pięciu krokach

Życiowa zmiana w pięciu krokach

123rf.com
123rf.com
Chcesz pozbyć się złych nawyków i odmienić swój styl życia na bardziej aktywny? A może myślisz o odnalezieniu zagubionych godzin lub zwiększeniu swojej wydajności? Zastanawiasz się, jak odblokować się na nowe lepsze życie? Pamiętaj, że możesz to zrobić w każdej chwili, bez względu na wiek, zawód czy stan cywilny.

Jak zacząć zmianę podpowiada coach Izabela Sowińska-Bajon, ekspert Kreacji Ciała.

Postaw sobie wyraźne cele Wyraźne wytyczenie celu pobudza nas do działania, pozwala na spełnienie marzeń, realizację planów, a także jest siłą motywującą. Jeśli zrealizujemy założony cel, wtedy poprawia nam się nastrój, podnosi się poczucie własnej wartości oraz zwiększają się szanse na uzyskanie kolejnych osiągnięć. Pamiętajmy, że osiągnięcie celu wymaga czasu, dlatego na początku pozwólmy sobie na małe kroki. Początki, to nic innego jak praca nad sobą, nad swoimi przekonaniami oraz nad pokonywaniem barier. Kiedy zaczniemy myśleć w inny sposób, zmieni się nasze zachowanie i nie będziemy zdawali sobie sprawy, kiedy sami nauczyliśmy się dokonywać tak dobrych wyborów, a także postępować w tak efektywny sposób. Odblokujmy swój potencjał, bo każdy ma go w sobie.

Zacznij doceniać siebie Jeśli sami nie nauczymy się doceniać siebie, nie liczmy na to, że zrobi to ktoś inny. Ludzie traktują nas tak, jak my sami traktujemy siebie. Dlatego nie wprowadzajmy w kompleksy samych siebie, podkopując swoje własne poczucie wartości. Dostrzegajmy w sobie dobre strony, zaangażowanie i wysiłek, nawet jeśli zdarzają się porażki. Pochylmy się nad problemem, zastanówmy się i nabierzmy dystansu do siebie. Analizujmy wydarzenia nie po to, by wpędzać się w poczucie winy, tylko po to, by uczyć się na błędach.  Nikt nie jest idealny. Należy zatem docenić siebie i otaczający świat za to, jaki jest w rzeczywistości. Im więcej posiadamy pozytywnych myśli na swój temat, tym bardziej jesteśmy zadowoleni z naszego życia i relacji.

Pracuj nad nawykami  Nasze życie jest określane przez nawyki. Niektóre z nich są dobre, a niektóre złe. Te pierwsze podnoszą komfort życia, drugie zaś wpływają negatywnie na jego poziom. Jak pozbyć się złych nawyków? Sekret tkwi w poznaniu własnych zalet i wad oraz silnej chęci zmiany podejścia do swojego życia oraz chęci zmiany na lepsze. Zmiana nawyków niewątpliwie wymaga samodyscypliny i czasu. Przykładowo nie podoba nam się nasze ciało, ale myślimy o tym zajadając się słodkimi batonikami lub kolejną paczką niezdrowych chipsów? Wyrzućmy je i sięgnijmy po jabłko czy marchewkę. Szkodliwe nawyki są ciężkie do wyplewienia, ale wszystko jest możliwe, wystarczy tylko się trochę postarać.

Postaw na zdrowe odżywianie Nadchodzące zmiany będą wymagać od  nas dużych pokładów energii. Komfort życia  jest bezpośrednio związany z tym, co się spożywa, dlatego warto większą uwagę poświęcić swojej diecie. Puste kalorie – słodkie cukierki, gazowane napoje, kaloryczne fast foody – zdecydowanie nie są dobrym pomysłem. Chcąc poprawić jakość swojego życia postawmy na zdrową i oczyszczającą dietę np. tę proponowaną przez Kreację Ciała, która pomoże nam odzyskać równowagę, oczyścić organizm, usunąć szkodliwe toksyny i poprawić jakość życia. Zmniejszmy swoje porcje i ograniczmy je do minimum czterech posiłków dziennie, jedzmy więcej warzyw (szczególnie tych zielonych), owoców oraz pijmy więcej wody, najlepiej z niską zawartością sodu.

A może sport? To może być jazda rowerem, bieganie czy fitness. Dzięki uprawianiu sportu można zadbać o zdrowie, poprawić swój wygląd oraz poczuć się lepiej. Spróbujmy zatem spędzić aktywnie każdy dzień dostosowując trening do swojego trybu pracy i możliwości. Pamiętajmy, że każda aktywność fizyczna jest dobra. Ważne, by wykonywać ją regularnie i co najważniejsze, żeby sprawiała nam przyjemność – w przeciwnym razie trudno będzie utrzymać motywację do działania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sekret sukcesu tkwi w tym, aby stworzyć swoją rutynę i się jej trzymać

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
Podobno ludzie sukcesu wstają o szóstej rano, niektórzy nawet jeszcze wcześniej. Wiadomo, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Ale na szczęście daje też tym, którzy lubią się zwyczajnie wyspać – uspokaja psycholożka Hanna Samson na przykładzie trzech przyjaciółek i swoim własnym. Bo sekret powodzenia tkwi w tym, by stworzyć swoją rutynę, złapać własny rytm - i się go trzymać. 

Moja przyjaciółka jest znaną pisarką, więc nie będę wymieniać jej nazwiska, skoro chcę opowiedzieć o jej sprawach osobistych, a zaszyła się w takiej głuszy, że nie mam jak nawiązać z nią kontaktu, żeby zapytać o zgodę. Ale nawet gdy przyjeżdża do w Warszawie, ten kontakt nie jest łatwy, chyba że zna się reguły gry. Bo przyjaciółka do szesnastej nie odbiera telefonów, nie czyta SMS-sów ani nawet najbardziej rozpaczliwych wiadomości na Messengerze, jest odłączona od świata i możesz dzwonić i dzwonić, aby się dowiedzieć, że osoba, do której dzwonisz, znajduje się poza zasięgiem. Możesz się złościć i obrażać, ale nie ma o co, bo po południu do ciebie zadzwoni, żeby opowiedzieć, jak jej poszło. Co? Oczywiście pisanie, które traktuje poważnie jak pracę w korporacji, tyle że zdalną, co dziś już nie dziwi.

Pisze codziennie od rana do wspomnianej czwartej po południu, ale rano nie jest tak jasno określone jak koniec, bo budzi się, o której się budzi, zwykle między ósmą a dziewiątą, a czasem później. Nie zaczyna od ćwiczeń fizycznych ani nawet od posłania łóżka, nie kąpie się, tylko robi kawę i siada do pisania, potem w jakiejś przerwie na myślenie zje śniadanie, umyje zęby, ale to wszystko jest jej czas na pisanie, choć nie zawsze od razu ma efekty. Czasem siedzi przed ekranem laptopa i nic nie przychodzi jej do głowy. Albo przychodzi coś, co za godzinę lub dwie bez żalu kasuje, bo popłynęła nie tam, gdzie chciała lub nie takim stylem. No czasem po prostu jej nie idzie, brak natchnienia, opór materii, niejasność tego, dokąd chce dojść, ale i tak siedzi przez oznaczony czas i rozpracowuje, o co chodzi. Niekiedy po kilku tygodniach wszystko, co napisała, trafia do kosza, czasem z trzydziestu stron zostają dwie, ale to tylko zagrzewa ją do pracy, a nie zniechęca. W końcu zawsze pisze coś dobrego i może celebrować sukces, ale szybko wraca do codziennej rutyny i do szesnastej zapomnij, że masz przyjaciółkę.

Wszyscy jesteśmy nawykami

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”
...stwierdził filozoficznie Arystoteles, a moja przyjaciółka to świetny dowód na to. Jest pisarką, która dzień po dniu dąży do doskonałości i zawsze ją osiąga. Jest nastawiona na sukces, ale już samo dążenie do niego ją bawi. Lubi pisać, walczyć z oporem słów, budować zdania, które zaskakują. Kocha tę swoją rutynę, oddaje jej się ciągle z entuzjazmem, złości się, gdy pojawiają się jakieś przeszkody i nie może pracować. Cieszy się samym procesem pisania, to pewnie dzięki temu jest konsekwentna, cierpliwa, wytrwała, a właśnie takie cechy zwiększają szanse na sukces. Ale nie myślcie sobie, że nie zajmuje jej nic poza pisaniem! Po pracy włącza się zachłannie do świata, nadrabia zaległości w newsach i kontaktach społecznych, bywa, ogląda, spotyka się.

A skoro już zaczęłam od przyjaciółki i lubię być sprawiedliwa, to opowiem wam jeszcze o drugiej, która dla odmiany jest malarką, po latach pracy w korporacji wyprowadziła się ze swoim partnerem z miasta i prowadzi życie, jakie chce. Ale nie musi sobie codziennie odpowiadać na pytanie, co dziś chciałaby robić, bo już dawno wypracowała rutynę, która strukturalizuje jej życie i którą kocha. Ona, tak jak inni ludzie sukcesu, wstaje o szóstej rano i wychodzi na spacer z psem, a że mieszka w cudownych okolicznościach przyrody i na odludziu, to ten spacer jest wielką przyjemnością i trwa zwykle godzinę, nawet jesienią czy w zimie, bo rzecz rozgrywa się na Suwalszczyźnie i tam zawsze jest pięknie.

W czasach pracy w korporacji również wstawała o tej porze i przez godzinę malowała, dopiero potem wpadała w wir. A teraz jest na emeryturze i może sobie iść na długi spacer. Po powrocie pies je, a ona robi sobie śniadanie i czyta newsy, i wie wszystko, co dzieje się na świecie, choć mieszka poza. Gdy po śniadaniu pije kawę, z góry schodzi jej partner z drugim psem, który śpi dłużej od swojego brata, bo razem z panem mają inną rutynę. Chwilę rozmawiają, a gdy on wraca ze spaceru, ona jest już na górze w swojej pracowni. Włącza muzykę i dwie godziny maluje. Więcej nie daje rady, bo to ciężka praca i po tych dwóch godzinach jest wykończona, maluje duże obrazy i piękne, więc tylko przez dwie godziny, ale codziennie. Ma poczucie, że dzień bez malowania, który czasem musi się zdarzyć, to duża strata, bo wyrywa ją z rytmu i od nowa musi wchodzić w proces, który kocha i jest dla niej ważniejszy od sukcesu.

Osobowa nie pośpieszna

„Sukces to suma niewielkiego wysiłku powtarzanego z dnia na dzień”
...przekonywał pisarz Robert Collier i rutyna mojej przyjaciółki to potwierdza. Bo choć nie skupia się ona na sukcesie i maluje gdzieś na końcu świata, to jednak ludzie znają jej obrazy, co jakiś czas organizowane są wystawy jej prac i nie brakuje chętnych, żeby je kupić, choć jej kariera nie jest taka, na jaką zasługuje. Może dopiero po śmierci zyska sławę, co uchroni ją przed zmianą stylu życia. Sama mam w domu jej dwa obrazy i codziennie się nimi zachwycam, bo te obrazy są inne niż wszystkie. Chętnie bym wam opowiedziała, co moja przyjaciółka robi po malowaniu, bo cały jej dzień ma jasną strukturę i wiadomo, co po czym nastąpi, ale mam jeszcze jedną przyjaciółkę, więc sprawiedliwie też o niej opowiem.

Moja trzecia przyjaciółka nie jest artystką, lecz właścicielką firmy wydawniczej, więc wprowadzi nam trochę różnorodności. Jej firma odniosła wielki sukces, który można przeliczyć na wielkie pieniądze, więc jest kobietą sukcesu w powszechnym rozumieniu, ale nie tylko o pieniądze tu chodzi. Moja przyjaciółka mogłaby już nie pracować, bo osiągnęła wiek emerytalny, ale nadal pracuje, bo kocha to, co robi, a w jej nawykach niewiele się zmieniło od czasu założenia firmy. Nawet w burzliwych początkach własnej działalności miała tę samą rutynę co dzisiaj, nigdy nie znosiła pośpiechu i przez całe życie udawało jej się przed nim uchronić.

Czy to możliwe? Przecież wszyscy mamy tyle samo czasu, a jak się ma firmę i dwoje dzieci, to wiadomo, że trzeba się spieszyć. A moja przyjaciółka nie dała się wkręcić w pęd świata i funkcjonuje po swojemu. Wstaje zwykle o siódmej, bo tak się budzi i najpierw w łóżku wykonuje ćwiczenia na kręgosłup, a potem ćwiczy dalej przez pół godziny. Prysznic, śniadanie, kawa, no wiadomo, ale potem zaskoczenie, bo przez godzinę czyta książkę. Inni miotają się między łazienką a kuchnią, w końcu w panice wybiegają z domu, a ona siedzi i czyta i jest najbardziej oczytaną osobą, jaką znam. Dzieci są już dorosłe, więc nie musi ich wyprawiać do szkoły, ale gdy były małe, też czytała, bo lubi to robić i dzięki temu chce lepiej rozumieć świat. Po lekturze idzie spacerem do pracy – 15 minut. W pracy zaczyna od kawy i przeglądu wiadomości, wszyscy wiedzą, że nie należy jej przeszkadzać, od jedenastej zajmuje się sprawami firmy.

Czy pracownicy nie złoszczą się, że jest niedostępna, jeśli mają do niej sprawy? Może się kiedyś złościli, ale wszyscy już wiedzą, że moja przyjaciółka „jest osobowa, a nie pośpieszna”, jak sama mówi o sobie i żadna siła nie zmusi jej do zmiany przyzwyczajeń, które jej służą. Wokół wszyscy gonią, a ona jest spokojna, wyluzowana i robi wszystko, co zrobić warto, o czym dobitnie świadczy sukces firmy. Aha, i ma jeszcze jedno drobne dziwactwo. Uwielbia kontakt z ludźmi, ale każdego dnia przynajmniej przez godzinę chce pobyć sama: zebrać myśli, zrobić plany. Przez tę godzinę resetuje się, a potem znów jest gotowa do kontaktu.

Miara sukcesu

„Najpierw tworzymy sami swoje nawyki, potem nawyki tworzą nas”
...napisał XVII-wieczny poeta John Dryden i miał rację. Nasze życie i to, kim jesteśmy, zależy w dużym stopniu od nawyków. Od tych, które nas wzmacniają i zbliżają do naszych celów, ale i od tych, które nas osłabiają i utrudniają nam stanie się tym, kim chcemy być. Dlatego warto rozpoznawać złe nawyki i zmieniać je na takie, które nam służą. Zwykle rozpoznanie jest proste, ale trzeba uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.

Kiedyś martwiłam się, że marnuję poranki. Co prawda wstawałam wcześnie, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałam, że inni w tym czasie ćwiczą, medytują, czytają, piszą, gotują obiad na dwa dni, planują, sprzątają, robią makijaż, obmyślają strategię działania, a ja… bawiłam się z psami, jakby ten cały wyścig szczurów mnie nie dotyczył. W końcu zapytałam znajomą psychoterapeutkę, co ze mną jest nie tak. Czemu marnuję godzinę na zabawę, zamiast zabrać się energicznie za życie? A ona spytała, czy lubię te swoje poranki.

– Jasne, to najprzyjemniejsza część dnia – odpowiedziałam. – To czemu byś miała sobie to odbierać? – zauważyła. I odtąd już nie myślę, że marnuję czas, ale że bez stresu zaczynam dzień i zbieram siły, a psy także mają z tego radość.

Mam też oczywiście złe nawyki, którymi nie zamierzam się chwalić, ale niektóre udało mi się zmienić. Z powodu pandemii przestałam chodzić na zajęcia sportowe, w ogóle mało wychodziłam z domu, stawałam się coraz bardziej zasiedziała i czułam się jak purchawka. I długo nad tym bolałam, aż w końcu zaczęłam ćwiczyć. Sama. Powoli. Stopniowo, bo tak naprawdę mi się nie chciało. Najpierw tylko witałam słońce, potem wprowadzałam nowe ćwiczenia, aż zaczęłam to lubić i dziś jest to moja rutyna. Czy zbliża mnie do sukcesu? Zależy, jak go rozumieć, ale na pewno jestem bardziej zadowolona z siebie i lepiej się czuję.

Moje przyjaciółki mają na koncie realne sukcesy. Ale gdyby nie miały, to też chciałabym o nich napisać, bo tym, co mnie w nich zachwyca, jest zadowolenie z siebie i z życia. To nie są jakieś szczęściary. Mają różne problemy, ale żyją tak, jak chcą, dzięki wypracowanej rutynie. A czy zadowolenie z każdego dnia nie jest wystarczającą miarą sukcesu?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Partner i pieniądze - jakie nawyki finansowe przenosimy do związku?

Kobiety w związkach mają zwykle dość jasne oczekiwania finansowe, nawet jeśli nie mówią o nich głośno. (fot. iStock)
Kobiety w związkach mają zwykle dość jasne oczekiwania finansowe, nawet jeśli nie mówią o nich głośno. (fot. iStock)
Temat pieniędzy w związku jest często tematem, który dzieli i różni partnerów. Każde z nich wyniosło ze swojego domu jakiś element wiedzy ekonomicznej i wyrobiło swoiste nawyki myślowe, jak i rzeczywiste w zarządzaniu sferą pieniądza w swoim życiu.

Co zrobić, gdy nasze wizje na ten, jakże ważny obszar wspólnego życia, znacząco się rozmijają?

To, co ma wpływ na wypracowanie konsensusu w zakresie zarządzania naszym domowym budżetem i swoimi finansami, to przede wszystkim:

  • Nasze zarobki i realne możliwości zarobkowania
  • Dotychczas odłożone pieniądze i majątek wypracowany samodzielnie przed związkiem
  • Nawyki i wzór kontrolowania wydatków i generowania przychodów wyniesiony z domu
  • Sposób myślenia o pieniądzu, dobrobycie
  • Indywidualne potrzeby
  • Nasze osobiste i wspólne cele
W kwestii zarobków, w Polsce nadal utrzymuje się tendencja, że mężczyźni zarabiają średnio o 20% więcej niż kobiety. Kobiety bardzo dążą do tego, aby wyrównać płace, słusznie wskazując, że płeć nie jest żadnym wymiernym determinantem wpływającym na wyniki w pracy. Jednakże w mentalności Polek funkcjonuje nadal głęboko zakorzeniony wzór rodziny, w której to mężczyzna w większym stopniu dba o dobrobyt i bezpieczeństwo finansowe. Zatem z jednej strony równouprawnienie, a z drugiej potrzeba zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa finansowego przez mężczyznę rodzą konflikt wewnętrzny w oczekiwaniach kobiet, co sprzyja nieporozumieniom w temacie finansów w związku.

Jak wygląda kwestia kobiecego spojrzenia na to, co wypracował jej partner, zanim zostali parą?

Większość z nas uważa to za przejaw zaradności, pracowitości, uporządkowania. Taka sytuacja, w której partner posiada „bufor” bezpieczeństwa jest dla kobiety elementem zaspokajającym w indywidualnym stopniu potrzebę bezpieczeństwa, przez co wspólne początki, jak choćby urządzanie się w nowym mieszkaniu może być dla niej przyjemniejsze.

Jak wygląda natomiast sytuacja z nawykami wyniesionymi z domu?

Sytuacja zazwyczaj jest bardzo analogiczna, jak ta w domu rodzinnym. Niemniej jednak każde pokolenie naturalnie stara się o podniesienie poziomu życia, korzystając z nadarzających się coraz to nowych okazji. Możliwość zarabiania w świece wirtualnym, otwarte rynki zbytu, bankowość elektroniczna i swobodny przepływ dóbr oraz informacji sprzyjają rozwojowi i stwarzają nowe szanse dla osiągnięcia większych korzyści finansowych. Prawda jest taka, że poziom na jakim żyli rodzice partnera czy partnerki często odpowiada poziomowi, do jakiego oni dążą (jeśli mieli w domu dobrobyt), lub od jakiego uciekają (jeśli żyli w biedzie).

Kobietom w związku zwykle zależy na tym, by mężczyzna myślał o pieniądzach. Polki chcą czuć się zarówno niezależne finansowo, ale także wspierane przez partnerów w zarządzaniu wspólnym budżetem. Chcą mieć pewność, że ich partner wie, jak przedstawiają się przychody, wydatki, ile mogą wydać na wakacje, a ile na remont. Pragną wiedzieć, że na Święta znajdą pod choinką prezent dla siebie i również same będą mogły go dla partnera kupić. Nikt z nas nie lubi rozczarowań… A takie właśnie zdarzają się, gdy kobieta słyszy od swojego partnera kolejną z rządu obietnicę, o tym co od niego dostanie lub gdzie z nim wyjedzie, po czym okazuje się, że oszacowanie wydatków i możliwości finansowych leży po jej stronie. Rozczarowanie i kłótnia gotowe! Jeśli kobieta słyszy od partnera obietnicę, to przyjmuje za pewnik, że nie będzie musiała się troszczyć o całą logistykę. W końcu czyja to obietnica? Po czyjej stronie leży odpowiedzialność jej spełnienie?

Myśląc o finansach, warto porozmawiać też o wspólnym nawyku oszczędzania, nawet jeśli wyniesione domowe wzorce propagowały zasadę Carpe diem!

Dobrze jest też pomyśleć o odkładaniu na zaspokojenie indywidualnych potrzeb po to, by nie kojarzyć sobie bycia razem z pożegnaniem się ze spontanicznymi przyjemnościami, które lubimy sobie sami sprawiać od czasu do czasu. Warto zatem przy podziale domowego budżetu uwzględnić wydatki osobiste jego i jej. Jak choćby kawa i gazeta w ulubionej kawiarni, seans w grocie solnej, czy wyprawa na ryby. Buduje to poczucie wolności w związku i sprawia, że nie uruchamia nam się skrót myślowy pod hasłem: ”jesteś w związku, pożegnaj się z wolnością.”

Oprócz środków na nasze indywidualne potrzeby, warto myśleć o finansowaniu realizacji wspólnych celów. Marzy Wam się podróż do Indii? Co możecie zacząć już dziś, by zbliżyć się do realizacji tego celu? Odkładanie na wspólne cele buduje poczucie wspólnoty i integruje, jak niegdyś kolacja domowników przy klepisku w centrum chaty.

Warto też pamiętać, że pieniądz w związku ma ogromną moc. Moc sprawczą, stwórczą, jak i niszczącą. Dzięki niemu można sprawić ukochanej/ ukochanemu prezent, spełnić marzenie, pomóc w realizacji indywidualnych zamierzeń, zaimponować. Można też w nieumiejętnym sposobie zarządzania finansami obnażyć swój brak zaradności, brak odpowiedzialności za dobro swoje, drugiej osoby i dobro wspólne, brak szacunku. Chciejmy zatem przejmować od siebie te nawyki i sposoby dbania o wspólny dobrobyt, które nam służą i zaspokajają ważne dla nas potrzeby. O pieniądzach, skoro są tak ważne, warto poważnie porozmawiać. W związku, żadne z partnerów nie powinno czuć się wykorzystywane finansowo.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Codzienność wzmacnia związek

W związku najtrudniej jest znaleźć złoty środek między tym, co potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące. Brak zaskoczenia zwykle sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. (Fot. iStock)
W związku najtrudniej jest znaleźć złoty środek między tym, co potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące. Brak zaskoczenia zwykle sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. (Fot. iStock)
Jesienią zawsze jedziemy do Małego Cichego… Na ulicy trzymamy się za ręce… Chodzimy spać o tej samej porze… To wszystko mogą być prywatne rytuały w związku, pod warunkiem że oboje partnerzy będą wiedzieć, czemu one służą. O rolę i cel działania według przewidywalnych scenariuszy w związku pytamy Renatę Pająkowską-Rożen, psychoterapeutkę i kulturoznawczynię.

Zawsze z zazdrością obserwowałam sąsiadów: on codziennie rano szedł do piekarni po rogaliki, ona w tym czasie zaparzała kawę. Potem razem jedli śniadanie. W lecie – na balkonie.
Rozumiem, w zmienności i niepewności współczesnego świata było czego sąsiadom zazdrościć.

A czy można powiedzieć, że to był ich mały rytuał?
Rytuał z punktu widzenia antropologii kultury to działanie sformalizowane, mające określony scenariusz i co ważne – cel. To znaczy, że pod rytuałem zawsze jest jakaś idea, która wyjaśnia, po co to robimy. Zazwyczaj po to, aby poradzić sobie z rzeczywistością, z tym, co się na pewno wydarzy, jak na przykład śmierć, ale nie wiemy, kiedy i jak. Rytuały dają nam więc poczucie, że mamy wpływ na swój los.

Codziennie rano idę po rogaliki, bo ma mnie to ochronić przed śmiercią?
W tym wypadku przed śmiercią miłości, czyli przed rozstaniem. Najważniejsze dla nas w tej rozmowie jest to, że rytuały jednoczą – zarówno społeczność, jak i dwoje ludzi. Są więc po to, aby wspólnota, czyli w tym wypadku małżeństwo (albo relacja partnerska) nie rozpadła się. W jaki sposób? Dzięki temu, że scenariusze rytuałów są powtarzalne, niezmienne, uwalniają nas z tyranii czasu: przemijania, nieuchronnej zmiany czy właśnie śmierci. Zatem dzięki nim w codziennej domowej krzątaninie dotykamy tego, co jest niezmienne, czyli wieczności. Dotykamy tego, co nazywamy sacrum, i z czym w dzisiejszym świecie mamy coraz mniejszy kontakt.

W rogalikach i kawie jest sacrum?
Może tam być. Rytuały − zwłaszcza te, które dotyczą codzienności i się w niej rozgrywają − sprawiają, że nużąca powtarzalność staje się niezwykłym doświadczeniem. Nie nudzi mnie zaparzanie kawy, a mojego partnera wyjście do sklepu po świeże pieczywo, jeśli dla nas obojga to doświadczenie miłości. Związek zazwyczaj zaczyna się od romantycznego zakochania, ale potem zostaje codzienność. I w tej codzienności najczęściej odpadamy. Rytuały pomagają nam odnaleźć w niej głębię i wyjątkowość, zapobiegają rutynie i w konsekwencji rozstaniu. Przypominają nam, po co jesteśmy razem. Nie po to, aby uzupełniać się: ty robisz to, ja tamto. W związku chodzi o coś więcej – o bycie jednością.

Rytuał prowadzi nas do prywatnego sacrum?
Właśnie, a najsilniej odczuwamy to w seksie. Dlatego dobrze jest podchodzić do seksu jak do miłosnego rytuału. Nie czekać na pożądanie, ale wychodzić mu naprzeciw. Tymczasem młodzi ludzie coraz rzadziej się kochają. Zdarza się, że z poświęceniem przez trzy lata budują dom, ale ponieważ ze sobą w tym czasie nie sypiają, to mentalnie stają się sobie obcy. Przychodzą więc do mnie w ogromnym kryzysie, a na pytanie, czemu się nie kochali, mówią, że powodem było zmęczenie. On wolał masturbować się rano pod prysznicem, bo ona była wieczorami bardzo zmęczona. No i uważają, że seks powinien być czymś spontanicznym, a że tak spontanicznie się nie pojawił, to się nie kochali.

Proponuję im wówczas, aby zaczęli przytulać się, pieścić, być wobec siebie czuli. Nie mówię, żeby uprawiali seks. Mówię, że kiedy ludzie są razem, to naturalne jest, że się przytulają i że często to już wystarczy, aby poczuć się jednością.

Bardzo wiele pożytków z tych rytuałów... Tylko skąd para ma wziąć dobry rytuał?
Najcenniejsze są te, które wyłoniły się z relacji, narodziły w sposób naturalny, a więc są skrojone na naszą miarę. Takie rytuały najsilniej jednoczą. Prostym przykładem narodzin rytuału jest historia tego, jaki obowiązuje w moim domu. Otóż po powrocie z pracy potrzebuję chwili, żeby odtajać, wykąpać się, zmyć makijaż, chwilę pomedytować… W tym czasie mój mąż robi kolację i zaparza nam herbatę. Potem siadamy razem na kanapie i rozmawiamy, przytulamy się. Ten nasz rytuał powstał dzięki rozmowom, a nawet kłótniom, podczas których udało nam się ustalić, jak ma być, żeby nam oboju było dobrze. Potrzebuję bliskości z mężem, a on ze mną. Ale nie od razu po powrocie z pracy. Na tym przykładzie widać to, że aby rytuał był dla nas dobry, ma być wykonywany za zgodą obojga partnerów. I ze świadomością, co nam daje. Dlatego kiedy pojawi się w związku, warto o nim porozmawiać, zapytać siebie i partnera, czy nam obojgu pasuje. Czy coś nam obojgu daje? A jeśli tak, to co to jest?

Rozmowa jako podstawowy rytuał?
Oczywiście, to fundament dobrej relacji! Na potwierdzenie opowiem pewną historię. W trakcie separacji mąż razem ze swoją kochanką pojechał do Jastrzębiej Góry i to w sierpniu, czyli wtedy, gdy zawsze jeździł tam z żoną. Kiedy małżonkowie postanowili do siebie wrócić i trafili na terapię, żona powiedziała, że tego nie może mężowi wybaczyć, bo „to był nasz rytuał!”. Mężczyzna zdziwił się. Od dziecka w sierpniu jeździł nad morze, czy był sam, czy z kimś. Czyli to był jego rytuał, a nie ich. Nigdy jednak nie rozmawiali o tym, czym jest dla każdego z nich ten sierpień nad morzem. Zarówno dla niej, jak i dla niego ten wyjazd był więc czymś innym, dlatego też ich nie łączył.

Ale czy omawiając wszystko, nie obdzieramy świata z magii, z romantyzmu?
Jeśli nie rozmawiamy, nie możemy się spotkać. Ta kobieta jeździła nad morze na miłosny rytuał we dwoje. Ale jej mąż jeździł tam po prostu na urlop. Można wręcz powiedzieć, że nie byli tam razem. Każde z nich spędzało sierpień nad innym morzem, w swoim własnym świecie, interpretując to, co się tam wydarzało, po swojemu. Związek się rozpadł, bo za rzadko spotykali się we wspólnym świecie, czyli także w rozmowie. Każda miłość ma swój mit założycielski – opowieść o tym, jak powstała, jak się tych dwoje ludzi poznało, co ich w sobie nawzajem oczarowało. No i jak budowali swoje uczucie. Rozmawiając o nas, budujemy, wzmacniamy to, co nas łączy. Opowieść o nas i nasze rytuały tworzą świat naszej miłości.

A czy dobrymi rytuałami dla dwojga, o czym kiedyś gdzieś czytałam, jest chodzić, trzymając się za ręce i kłaść o jednej porze?
To dobre rytuały, ale znów zapytam: czy wiemy, po co to robimy? Czy rozmawialiśmy o tym? Na przykład wstawanie i kładzenie się o jednej porze może być bardzo dobrym rytuałem choćby dlatego, że zaczynamy i kończymy dzień razem. A zdarza się, że jeśli dużo pracujemy, to właściwie widzimy się tylko wtedy. I wówczas tym bardziej ważny jest ten rytuał, zwłaszcza jeśli na początku i na końcu dnia przytulamy się do siebie. Oczywiście któraś para może mieć z tym duży problem, bo na przykład ona lubi wstawać wcześnie, a on siedzieć do późna. Nie wszystko jest dobre dla wszystkich.

Czy trzymanie się za rękę na ulicy przez mocno dorosłych ludzi nie jest głupie?
Dlaczego ma być głupie?! Idziemy razem przez życie. Tyle znaczy ten gest. Moja przyjaciółka złamała nogę i kiedy zaczynała chodzić bez kuli, trzymała za rękę swojego partnera. Ten prosty i konieczny gest stał się początkiem renesansu ich związku. Czasem to niewygodne, ale czujemy, że ważne. Wczoraj byłam świadkiem sceny, że para 70 plus szła ulicą, trzymając się za ręce, a młodzi ludzie się za nimi oglądali! Dlaczego? Bo młodzi czują, że to ważne, ale nie wiedzą, jak zrobić, żeby tak razem iść.

Miłość to nie jest magia, ale są w niej jednak magiczne momenty, które warto pielęgnować. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepszy będziemy mieć związek, bo przestaniemy gonić za wiecznym uniesieniem, pożądaniem, ekscytacją, a dostrzeżemy wszechświat w tym choćby, że cieszymy się na swój widok. To także jest jeden z dobrych rytuałów. Niewidziany przez godzinę partner wchodzi do pokoju i wtedy oboje się uśmiechamy! Nawet jeśli nie widzieliśmy się chwilę, to kiedy znów jesteśmy razem, zmienia się cały świat, bo mój ukochany jest ze mną.

Na siłę się uśmiechać, jeśli tego nie czujemy?
Znam historię pary, w której mężczyzna nigdy nie uśmiechał się, kiedy jego partnerka, wracając z pracy, podjeżdżała po niego. Logistycznie taki powrót do domu był najwygodniejszy dla obojga. Choć w samochodzie zazwyczaj nie było miło. Kobieta odczuwała boleśnie to, że mężczyzna na jej widok zamiera z niemiłym grymasem. No i w końcu powiedziała mu wprost, że chciałaby, żeby się uśmiechał na jej widok, że jest jej przykro, bo się wówczas krzywi. Mężczyzna najpierw zirytował się, ale po chwili zrozumiał, w czym jest problem. Otóż kiedy był dzieckiem, matka przyjeżdżała po niego do szkoły. I teraz zawsze, kiedy jego partnerka była w aucie, widział matkę. A to budziło w nim złe emocje, bo matka zawsze go sztorcowała.

Pomogło dostrzeżenie przyczyny jego grymasu niechęci?
Tak, ale gdyby kobieta nie odważyła się powiedzieć, co czuje, byłoby im razem trudno. Dlatego naprawdę trzeba o wszystkim rozmawiać. Jeśli mamy wiele rytuałów, ale też różne tabu, to nasz związek się rozpadnie albo będzie nieudany. Czasem daję klientom takie ćwiczenie: macie się do siebie uśmiechać albo mówić sobie komplementy. Niby nic, ale pojawia się pytanie: z jakiego powodu ta para tego nie robi? Powiedz sama: co czujesz, kiedy słyszysz komplement?

Rozkwitam!
No właśnie. Jeśli więc twój partner nie chwali cię i nie zachwyca się tobą, to tak jakby cię nie dostrzegał. Komplementy są po to, aby czuć, że ta osoba, z którą jestem, nadal się mną fascynuje. Dlatego zmieniają się, tak jak my się zmieniamy. Komplement to bycie uważnym, bycie razem tu i teraz.

Ale też każdy z nas dźwiga jakiś bagaż i może być, że ktoś był manipulowany za pomocą komplementów, a wtedy trzeba to także obgadać, aby móc ich używać. Zazwyczaj jest wtedy tak, że najpierw terapeuta radzi mówić komplementy, kiedy zaś to się uda, okazuje się, że żona jest bardziej radosna i otwarta, a dzięki temu mąż czuje się bardziej pewnie jako mężczyzna. To też kolejny dowód na to, że nie ma co się bać braku spontaniczności czy tego, że rozmowa obedrze miłość z magii, bo to rozmowa jest prawdziwą magią miłości.

Czyli kawa i rogaliki na śniadanie do końca życia?
Dopóki nam ta kawa i te rogaliki smakują, to tak. Ale tego nie da się inaczej dowiedzieć, niż o tym rozmawiając. W związku dwojga ludzi najtrudniejsze jest znaleźć złoty środek między tym, co stałe i potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące, ekscytujące. Zazwyczaj też brak tego, co zaskakuje, sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. W dobrym związku te dwie sfery muszą się przenikać i być w równowadze. Oczywiście lubię te rogaliki i kawę, ale czasem chciałabym, żeby mąż kupił też dżem albo żebym to ja poszła do piekarni. To nic w rytuale nie popsuje, bo tak naprawdę jest nim to, co robimy razem, czyli wspólne śniadanie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka TSR, trenerka. Jej marka osobista to Psychoterapia Zmiany.

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie.
Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku?
Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk?
Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić?
Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek?
Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić?
Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć?
Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej?
Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…?
Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania.
To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki?
Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia?
Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów!
Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.

  1. Styl Życia

Joga piękna. Rozmowa z Martą Kucińską nauczycielką jogi twarzy, konsultantką ajurwedy

Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)
Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)
Tytuł jasno mówi: będzie o urodzie. Ale książka „Joga piękna” to o wiele więcej. Poza ćwiczeniami twarzy, które rozluźnią napięcia czy wypełnią zmarszczki, dostajemy sporą pigułkę wiedzy o diecie, relaksie, rozwoju osobistym. Co więc robić, żeby być piękną, spokojną i silną? 

Przejrzałam dokładnie książkę i doszłam do wniosku, że mocno to wszystko skomplikowane. Gdyby człowiek chciał to wszystko, co pani proponuje, realizować, nie mógłby się zajmować niczym innym. Nowa dieta, nowe nawyki, ćwiczenia twarzy, zmiana stylu życia… Chyba nie! Tylko tak się pani wydaje. Chodzi o to, żeby zamienić jedno na drugie, czyli złe nawyki na dobre. To nie wymaga wydłużenia doby. Zamiast bezwartościowego śniadania zjedzmy wartościowe. Mieścimy się w tym samym czasie. Przygotowanie, jedzenie – tylko tego, co nam naprawdę służy. Zamiast godzinę patrzeć w telefon, chodźmy na spacer. Zmieńmy nawyki! A same ćwiczenia twarzy nie zajmują więcej niż kilkanaście minut. Oczywiście trzeba też dodać do tego ćwiczenia ciała, ale to wiadomo – aktywność fizyczna to pozycja obowiązkowa dla każdego.

Ale z tymi nawykami to nie jest przecież takie proste. Nagle okazuje się, że wszystko trzeba robić inaczej. Nie pić zimnej wody, a ciepłą. Inaczej gotować… Wszystko, co nowe, budzi opór. Ja też, kiedy wchodzę w nowe tematy, na początku myślę: o rany, jakie to skomplikowane, nie ogarnę! Ale jak zaczynam się wgłębiać, okazuje się, że to proste. Bo już umiem, już się nauczyłam, już jest to oczywiste. Na przykład ta woda właśnie – jaka to różnica, czy naleję do szklanki ciepłą, czy zimną? A gotowanie? Kiedy przestałam jeść mięso, stwierdziłam, że gotowanie jest znacznie prostsze, szybsze, a zarazem bardziej urozmaicone.

Mięso to jedno, wiele osób teraz z niego rezygnuje, ale pani namawia też do unikania wszystkich produktów odzwierzęcych, w tym też nabiału. Tu już trzeba przestawić myślenie o gotowaniu, o zakupach. Tak, namawiam. Jeśli nauczymy się nie myśleć ograniczeniami, robi się bardzo łatwo. W kuchni roślinnej mamy naprawdę gigantyczny wybór, możemy odkrywać wiele smaków. Warto spróbować i samemu się przekonać. Choć na pewno jest tak, że każda zmiana na początku budzi opór.

Tytuł książki to „Joga piękna”. Sugeruje, że mowa będzie tylko o urodzie. Jak to zrobić, żeby dobrze wyglądać i dobrze czuć się w swoim ciele. Mówi pani o trzech filarach: ciało, umysł, dusza. Czy jeden z nich jest ważniejszy, czy wszystkie są równie ważne? Wszystkie równie ważne. Trudno wyglądać pięknie, jeśli źle się odżywiamy, źle śpimy, jeśli nasza psychika jest w złym stanie. To nie jest moje odkrycie. Ajurweda mówi o tych trzech filarach. Ważna jest równowaga.

A do czego trzeba zacząć? Zawsze od ciała. Odżywianie, ruch, zajęcie się sobą na poziomie czysto fizycznym, bo jeśli ciało zaczyna lepiej funkcjonować, to i umysł też. I wtedy można iść krok dalej. Ale nie trzeba robić rewolucji – można zacząć od małych rzeczy. Na przykład właśnie picia ciepłej wody. I za kilka dni kolejna sprawa. Bez napięcia. Małe kroki. Chodzi o to, żeby niczego nie robić na siłę, żeby zmiany „weszły w nas” łagodnie. Miękko. Powoli.

Jeśli chodzi o zmiany – zachęca pani, by sprawdzić, którą doszą według ajurwedy jesteśmy – wtedy łatwiej dopasować i dietę, i styl aktywności fizycznej? Moja książka o ajurwedzie mówi tylko ogólnie, podaję podstawowe informacje, to jednie wstęp, namawiam do zgłębiania tematu w innych źródłach. Ten test na doszę warto zrobić tak orientacyjnie, nie da 100 procent pewności, ponieważ taki test powinien nam zrobić konsultant ajurwedy albo lekarz – do pytań dochodzi jeszcze wtedy badanie pulsu, ocena wyglądu. Ale test z książki może nakreślić kierunek. Pozwoli zorientować się, czy jesteśmy raczej vatą, pittą czy kaphą.

Pięć elementów według ajurwedy: powietrze, przestrzeń, woda, ziemia i ogień występują w ciele człowieka w różnych proporcjach, chodzi o stwierdzenie, który u ciebie przeważa. I determinuje nasze życie, zachowanie, potrzeby, predyspozycje. Chodzi o to, żeby tę naszą konstytucję utrzymać na poziomie urodzeniowym. Żeby poszczególne elementy nie wzrastały ani się nie obniżały. Z tą wiedzą dobieramy dietę, pielęgnację, myślimy o odpowiednim stylu życia. Nie dla każdego to samo jest dobre.

A jak z ćwiczeniami twarzy – bardzo ich dużo, robić je wszystkie? To chyba się nie da… Nie, absolutnie nie wszystkie naraz! Podałam ich dużo, żeby każda kobieta znalazła tam odpowiedź na swój problem (choć, prawdę mówiąc, nie lubię nazywania np. zmarszczek problemem). Dobieramy je indywidualnie. Najlepiej robić ćwiczenia dwa razy dziennie. Ktoś powie: oj, dużo. Ale pamiętajmy, że nie trzeba się przebierać, iść do klubu czy na salę ćwiczeń. Można – kiedy już nabierzemy wprawy – ćwiczyć „przy okazji”. Wiem z doświadczenia, że często czas jest na wagę złota, więc robię ćwiczenia, czytając książkę czy na spacerze. Choć fajnie byłoby, gdyby znaleźć chwilę tylko na to. To też odpoczynek.

Tylko trzeba przejść przez ten pierwszy etap – tak opanować ćwiczenia, żeby nie zastanawiać się nad każdym ruchem. Właśnie tak.

Używa pani kosmetyków? Oczywiście. Kocham kosmetyki. Często robię je sama, a jeśli kupuję, wybieram najchętniej te naturalnego pochodzenia, z prostymi składami. Kiedy czasem sięgam po drogeryjne, to szukam takich, które mają jak najmniej składników w jak największych stężeniach.

Mówi pani też, że bez zadbania o psychikę, o spokój ducha, o równowagę, cała „kuracja” się nie uda. No nie uda się. Wtedy się szarpiemy, męczymy i nie idziemy do przodu. Rozwój zawsze jest wskazany. Zawsze warto się zająć swoim wnętrzem, nigdy nie jest za późno. Jeśli tego nie zrobimy, to choćbyśmy stosowały dietę idealną, choćbyśmy uprawiały sport i zdrowo żyły, nie będzie nam tak naprawdę dobrze. Będzie w nas siedziało poczucie niespełnienia, może pustki, oczekiwanie, żeby szczęście przyszło z zewnątrz. Dlatego warto szukać drogi, każdy swojej. To ważny aspekt naszego życia, może w ogóle najważniejszy – jeśli jesteśmy poukładani sami ze sobą, jeśli mamy w sobie spokój i równowagę, możemy też dużo dać innym.

Oczywiście, pewnie też wszyscy to wiemy – ale teoretycznie. A praktyka wygląda inaczej. Życie jest trudne, pełne stresów, a moment, w którym rozmawiamy, rosnąca znowu fala pandemii, jeszcze wszystko komplikuje, stanowi źródło lęków i niepokoju. Wiele osób nie daje rady… Tym bardziej właśnie teraz warto się skupić na rozwoju. Zresztą widać, że ludzie się tym interesują, szukają wiedzy, warsztatów, książek. Niektórzy pytają: skąd wziąć na to czas w tym zabieganym życiu? Jest taka przypowieść. Uczeń pyta nauczyciela, ile powinien medytować. Ten mówi mu: 20 minut dziennie. Ale skąd ja mam wziąć wolne 20 minut! – woła uczeń. Na co nauczyciel: W takim razie medytuj 40 minut. Nie mamy czasu na nic – ale na to, co najważniejsze, powinniśmy go wygospodarować. A nasz spokój ducha i rozwój wewnętrzny to właśnie sprawa najważniejsza. Wtedy – zobaczycie – inne rzeczy będziemy załatwiać szybciej, spokojniej i skuteczniej.

Pani książka jest dla kobiet. Mogę sobie wyobrazić wiele pań, które postanowią wprowadzić te rady w życie. Myśli pani, że te zmiany przyjmą z entuzjazmem ich mężowie czy partnerzy? Oczywiście niektórzy będą – przynajmniej na początku – niezbyt zachwyceni. Ale wiem z doświadczenia, że kiedy zacznie się zmiany, kiedy wejdą one do domu, to z reguły część z nich się przyjmuje. Nie ma opcji, żeby bliscy czegoś z tego nie wzięli dla siebie. A jak wezmą część, to może później, stopniowo, będą brać i więcej? Zresztą ja w ogóle uważam, że nie trzeba wszystkiego stosować w stu procentach. Nie można przesadzać. I warto sobie zostawić jakiś margines wolności. Każda dobra rzecz, nawet niewielka, wprowadzona w nasze życie to ważny krok do przodu.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. Zwolenniczka medycyny naturalnej, ziołolecznictwa i naturalnej pielęgnacji ciała. Pomaga innym kobietom w zachowaniu przez długie lata urody i pogody ducha.