1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ze śmiechem ci do twarzy, czyli czemu śmiech jest tak ważny w życiu?

Ze śmiechem ci do twarzy, czyli czemu śmiech jest tak ważny w życiu?

Jeśli szukasz powodów do śmiechu, zawsze masz je pod ręką. Nie na darmo mówią: „Naucz się śmiać z siebie, będziesz mieć ubaw do końca życia”. (Fot. iStock)
Jeśli szukasz powodów do śmiechu, zawsze masz je pod ręką. Nie na darmo mówią: „Naucz się śmiać z siebie, będziesz mieć ubaw do końca życia”. (Fot. iStock)
Rozluźnia, uspokaja, otwiera. Wnosi coś świeżego, lekkiego. Potwierdzają to terapie i metody rozwojowe, w których śmiech jest podstawowym narzędziem. Gdyby tak każdy śmiał się przynajmniej kwadrans dziennie, świat wyglądałby zupełnie inaczej.

Świeci słońce? Śmiej się. Pada deszcz? Jak wyżej. Awansowałaś? Świętuj z uśmiechem. Straciłeś pracę? To całkiem niezły powód do śmiechu! Czujesz się silny i zdrowy? Śmiej się. Poważnie zachorowałaś? Cóż... A jednak – również w najtrudniejszych sytuacjach warto znaleźć siłę, żeby się śmiać. Pełną piersią. Do rozpuku. Trudne? Posłuchaj historii Normana Cousinsa.

Żyj w komedii

Jest rok 1964. Amerykański pisarz i dziennikarz Norman Cousins słyszy diagnozę, która ścina go z nóg: zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa. Co to oznacza? Zwapnienie ścięgien, więzadeł, stawów. Silny ból. Szanse na wyleczenie? Żadne. Na przeżycie? Znikome. Można tylko brać silne środki przeciwbólowe i czekać na koniec. Takie przynajmniej jest zdanie lekarzy. Cousinsowi nie podoba się ta perspektywa. Zaczyna na własną rękę szukać rozwiązań. Trafia na informację dotyczącą stanu emocjonalnego pacjenta i jego wpływu na procesy lecznicze. Chwyta się tego: rezygnuje z kuracji, opuszcza szpital, przenosi się do pokoju hotelowego. A tam... Tam ogląda zabawne komedie (głównie filmy braci Marx, ale też takie z ukrytej kamery). I śmieje się. Długo, głośno, przeciągle. Już pierwszą noc po takim seansie przesypia bez bólu. Postanawia trzymać się swojej strategii. Badania wykazują, że po dawce śmiechu jego stan zdrowia się poprawia. Aplikuje więc sobie regularnie komediowe seanse, odstawia leki. Do tego ćwiczenia, zdrowe odżywianie, witaminy... Wraca do zdrowia, do pracy. Po latach wydaje książkę „Anatomia choroby widziana oczami pacjenta: refleksje na temat zdrowienia i regeneracji”.

Co pomogło? Na pewno wiara, determinacja. No i właśnie śmiech. Zresztą czy to nie logiczne? Skoro stres przyczynia się do rozwoju chorób, radość i relaks powinny działać w drugą stronę... Niewątpliwie ogromną rolę odgrywają wydzielające się w trakcie śmiechu endorfiny. Działają znieczulająco. Ale to nie wszystko. Amerykańska lekarz psychiatra Anna Rosen przeprowadziła badania na pacjentach, którzy kilka minut wcześniej obejrzeli komedię. Okazało się, że ich ślina zawierała dużą ilość immunoglobuliny, przyczyniającej się do zwiększenia odporności organizmu. Śmiech sprawia też, że nasz oddech się pogłębia, krew lepiej krąży, organizm dotlenia się, szybciej wypłukuje toksyny... Działa jak masaż – całe ciało się odpręża, spada poziom hormonu stresu. Wzrasta poziom energii, na sercu robi się lżej, w głowie też jakby luźniej. Uwalniają się trudne emocje, bledną troski, pojawia się nadzieja.

Dlatego dobrze jest mieć taki osobisty zestaw ratowniczy – coś, co w kluczowym momencie wywoła salwy śmiechu. Ulubiony kabaret, DVD z odcinkami Monty Pythona czy słynnego „Lesia” Joanny Chmielewskiej... Dla niektórych kobiet plastrem na złamane serce są komedie romantyczne (choćby „Notting Hill”). Ale nie tylko dla kobiet. Kiedy kilka lat temu aktor Jude Law rozstał się ze swoją partnerką Sienną Miller, postanowił przyjmować przez jakiś czas tylko role komediowe. Uznał, że to pomoże mu dojść do siebie. „Żyję w dramacie, nie muszę jeszcze tego odgrywać” – tłumaczył.

Zabawa jak miłość

Mam kolegę, który za każdym razem, kiedy ląduję w dołku, próbuje mnie rozśmieszyć. Przyznaję, że na początku bardzo mnie to irytowało. Ja cierpię, a on się śmieje – co za brak wyczucia! Ale potem coś puściło. Po prostu się śmiałam, nie zastanawiając się, jak to się ma do sytuacji (zresztą w międzyczasie sama sytuacja się zmieniała, zyskiwała dzięki śmiechowi nową perspektywę). Owszem, tzw. timing jest ważny. Nie będziesz raczej opowiadać dowcipów komuś, kto pogrążony jest w głębokiej żałobie. Ale gdyby Norman Cousins czekał na odpowiedni czas, żeby się pośmiać, może nigdy by się nie doczekał.

Podobnego zdania musiał być lekarz i aktor Hunter Doherty Adams (znany jako Patch Adams), kiedy z grupą dwudziestu wolontariuszy na początku lat 70. założył w Wirginii Zachodniej słynny Gesundheit! Institute, inicjując coś, co można by dziś nazwać klaunoterapią. Rozśmieszać chore dzieci? Właśnie tak! Niby dlaczego miałyby się nie śmiać, patrząc na czerwony nos, przedstawienia, skecze? Sam Adams przeżył w młodości załamanie nerwowe, miał za sobą trzy próby samobójcze. Ale wybrał życie. I śmiech. „Humor to antidotum na wszystkie bolączki. Wierzę, że zabawa jest tak samo ważna jak miłość. Kiedy pytamy ludzi, co lubią w życiu, okazuje się, że liczy się rozrywka – czy to będą wyścigi samochodów, taniec, uprawa ogródka, golf czy czytanie książek. Życie jest takim cudem i tak wspaniale jest je przeżywać, że zastanawiam się, dlaczego ktoś miałby zmarnować z niego choćby minutę! A śmiech to najlepsze lekarstwo” – powiedział kiedyś.

Jak to działa, mieliśmy okazję przekonać się, oglądając film z Robinem Williamsem w roli Patcha Adamsa. Luz, kolorowe stroje, zabawne gadżety i gotowy żart na podorędziu. Ciepło opakowane w śmiech, które przyspiesza proces leczenia. No i wielu naśladowców – w szpitalach na całym świecie. Zresztą nie tylko w szpitalach, bo Adamsowi zdarzyło się też rozśmieszać kubańskich więźniów... na dzień przed egzekucją.

Przyjmuje się, że aby się śmiać – trzeba mieć z czego. Czasem więc uruchamiamy pościg za wyrafinowanym żartem, gagiem. W jodze śmiechu niepotrzebne są specjalne treści. Masz ciało, głos, oddech - to wystarczy. Zaczyna się bardzo niewinnie – ha, ha, ha, hi, hi, hi... Klaskanie w dłonie, poruszanie ciałem, oddechy, okrzyki. I nagle, nie wiadomo kiedy, cała grupa zatacza się ze śmiechu. Nie ma wątpliwości: śmiech jest zaraźliwy. W ruch idą neurony lustrzane – nawzajem naśladujecie się i inspirujecie. A jeśli ktoś z zewnątrz chciałby się dowiedzieć, z czego właściwie się śmiejecie... odpowiecie mu śmiechem. Co ciekawe, mózg nie odróżnia naturalnego śmiechu od tego wywołanego sztucznie. Na co niezbitym dowodem jest eksperyment z ołówkiem – jeśli będziesz trzymać go odpowiednio długo między zębami (powodując tym samym uniesienie kącików ust jak przy uśmiechu), twoje samopoczucie się poprawi. Może nawet czytane w tym czasie poważne treści okażą się lżejsze, zabawniejsze. Aha, żeby nie było wątpliwości – również w wypadku jogi śmiechu wszystko zaczęło się od lekarza medycyny. Jej twórcą jest dr Madan Kataria, który początkowo, w latach 90., praktykował z zaledwie pięcioma osobami w parku w Bombaju.

Wypuść powietrze

Jeśli szukasz powodów do śmiechu, zawsze masz je pod ręką. Nie na darmo mówią: „Naucz się śmiać z siebie, będziesz mieć ubaw do końca życia”. To powiedzenie idealnie pasuje do coachingu prowokatywnego Franka Farrelly’ego. Już sama nazwa wiele mówi – chodzi o przełamanie schematu, spojrzenie na problem z innej strony. Obśmianie go. Coach prowokatywny jest spontaniczny, nieprzewidywalny – potrafi powiedzieć coś, co całkowicie cię rozbroi. Albo rozzłości (jak prowokacja, to prowokacja!). Ważne, że przestaniesz poruszać się po utartych ścieżkach, pogubisz w opowiadanej właśnie historii, wypadniesz z szyn... I wreszcie (może) wybuchniesz śmiechem. Wszystko dlatego, że coach stawia przed tobą krzywe zwierciadło. Mówi albo robi coś, do czego sama być może nie jesteś gotowa się przyznać. Nagle pojawia się przebłysk: uświadamiasz sobie, co tak naprawdę wyrabiasz, w co się pakujesz i jakie to absurdalne. Widzisz to jak na dłoni i… schodzi z ciebie powietrze. Jest w tym wyzwanie, przekora, ale i dużo życzliwości, otwartości na drugą osobę, na jej słabości (również na mocne strony, do których być może trzeba się dopiero dokopać). To daje dystans. Przestrzeń, w której może wyłonić się coś nowego.

Lubię myśleć, że w sytuacjach wywoływanych przez tego rodzaju prowokacje (i w wielu innych, gdy zamiast biadolić zaczynamy się nagle śmiać) Wewnętrzny Krytyk ustępuje miejsca Wewnętrznemu Dziecku. A kiedy wkracza ono ze swoją kreatywnością, można się spodziewać bardzo niekonwencjonalnych rozwiązań. Bo śmiech ma też zbawienny wpływ na umysł. Usprawnia procesy uczenia się i zapamiętywania, poprawia koncentrację i motywację. Pomaga zwiększyć pewność siebie i wspiera komunikację (czyli wpływa korzystnie na nasze relacje). Że zyskują emocje (spada poziom gniewu i lęku, wzrasta radość życia), nie trzeba chyba przekonywać... A czy pisałam już, że śmiech wzmacnia też mięśnie brzucha, redukuje chrapanie, podnosi libido, a – poprzez masaż mięśni twarzy – sprawia, że skóra staje się jędrniejsza? No właśnie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Terapia śmiechem - antidotum na stres w czasie pandemii

Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Pandemia nie odpuszcza i choć mamy w zasięgu wiele narzędzi i technik relaksacyjnych, to co z tego, skoro napięcie nie pozwala nam się na nich skoncentrować? Może więc jedynym, co nam pozostaje, jest śmiech? Psycholożka Hanna Samson na własnej skórze sprawdziła, jak to działa, i przekonuje, że w każdej sytuacji można znaleźć coś zabawnego.

Wiele osób od lat skarżyło się na to, że żyją w stresie. No a teraz? Nie lubię mówić „wszyscy”, bo zawsze mogą się znaleźć wyjątki, jednak z pewnością większość z nas doświadcza mocniej napięcia i lęku w czasie pandemii. Nie musimy być tego świadomi, ale nasze ciało zwykle wie, że nie jest dobrze.

– Wstyd się przyznać, ale kiedy wprowadzono lockdown, to najpierw się ucieszyłam – wyznaje 47-letnia Iwona, matka dorosłej córki mieszkającej w Londynie, rozwiedziona. – Myślałam, że wreszcie odpocznę, nadrobię różne zaległości, będę miała trochę spokoju. Jestem fizjoterapeutką, bałam się utraty zarobków, ale korzyści wydawały mi się większe. W końcu zrobię porządek w dokumentach, będę praktykować jogę, jeść zdrowe rzeczy, które sama sobie ugotuję, a nie na szybko byle co. Chciałam jeszcze wrócić do nauki angielskiego, bo mój zięć jest Anglikiem, przeczytać kilka książek, nawiązać kontakt telefoniczny z przyjaciółmi, bo od dawna ich zaniedbywałam. Trochę się niepokoiłam o córkę, ale jest zdrowa i rozsądna, więc nie za bardzo. No po prostu takie wakacje od życia i czas na wszystko. Miałam naprawdę dużo planów. – I udało się pani te plany zrealizować? – pytam, choć czuję, że były to jedynie miłe początki tego, co przyszło potem. – Właśnie nie! Ciągle myślałam, że mogę zacząć jutro, bo przecież nigdzie się nie spieszę. I jutro myślałam tak samo i całe dnie mi się rozłaziły, chodziłam po domu w piżamie i właściwie nie wiem, co robiłam. Coś zaczęłam sprzątać, ale mi się odechciało, zrobiłam przegląd ubrań, a potem wszystko znów upchnęłam w szafie. Wstawałam wcześnie, bo nie umiem wylegiwać się w łóżku, i snułam się po domu bez sensu. Byłam coraz bardziej zła na siebie, myślałam, że inni potrafią ten darowany czas wykorzystać, a mnie się wszystko rozłaziło. Jeden dzień był podobny do drugiego, jakaś magma, w której się przewalałam. – Może potrzebny był pani taki czas na odpoczynek od wszystkiego? – próbuję znaleźć jasną stronę tej sytuacji. – Też myślałam, że odpoczywam, ale nie! Nie mogłam się na niczym skupić, nic przeczytać, nawet obejrzeć serialu. Nic mnie nie wciągało, cały czas jakieś myśli przelatywały mi przez głowę i odwracały uwagę, ale nie myślałam o niczym konkretnym. Dopiero kiedy stłukłam trzeci talerz, zdałam sobie sprawę, jak jestem napięta. Dokładnie czuję napięcie innych, gdy ich masuję, a na swoje ciało nie zwracałam uwagi. I dopiero ten trzeci talerz, który wypadł mi z rąk, sprawił, że zobaczyłam, jak się boję. A teraz gdy nadeszła druga fala pandemii, boję się jeszcze bardziej. Jeśli nie będę mogła pracować, to zwariuję!

Terapia jednej minuty

Czy widzieliście już bobra jedzącego kapustę? Taki filmik krąży w Internecie wraz z informacją, że oglądanie bobra jedzącego kapustę zmniejsza nasz poziom stresu o 17 procent. Nawet jeśli nie stoją za tym poważne badania, to i tak bobra warto zobaczyć, a nawet wziąć z niego przykład, bo COVID-19 to bardzo silny czynnik stresujący. I chyba jednak użyję słowa „wszyscy”... Wszyscy żyjemy w stresie. Nawet ci, którzy jak Iwona nie od razu są tego świadomi i chyba nawet antycovidowcy, którzy walczą o wolność od maseczek. Boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich. Boimy się utraty pracy i braku pieniędzy. Nawet jeśli w naszym otoczeniu nikt nie jest zakażony koronawirusem i praca wydaje się stabilna, to jako społeczeństwo jesteśmy świadkami śmierci, chorób i strat, a nasze życie jest inne niż było. Izolacja społeczna dodatkowo pogłębia stres, w którym żyjemy, samotność sama w sobie to potężny stresor.

Wiadomo, że długotrwałe napięcie ma złe konsekwencje dla psychiki, może prowadzić do depresji, ataków lęku, trudności z koncentracją uwagi i podejmowaniem decyzji, problemów ze snem, zaburza również funkcje poznawcze. Stres ma także konsekwencje biologiczne: przyspiesza proces starzenia się organizmu, zmniejsza odporność i nasila stany zapalne. Może prowadzić do zaostrzenia chorób serca, astmy, cukrzycy. Te informacje są powszechnie znane i nie chcę nimi nikogo stresować. Wręcz przeciwnie – zamiast stresować się stresem, który przeżywamy, weźmy się do jego rozbrajania, bo inaczej, gdy pandemia się skończy, nadal będziemy chorować.

Wróćmy do bobra jedzącego kapustę. Kontakt z miłym zwierzęciem, nawet za pośrednictwem ekranu komputera, zwykle nas rozczula i poprawia samopoczucie. W dodatku oglądanie bobra może rozśmieszać, a śmiech to ważny czynnik antystresowy. Gelotologia, czyli badania nad terapią śmiechem, została zapoczątkowana w latach 60. ubiegłego wieku przez Normana Cousinsa, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. Stare chińskie przysłowie mówi, że minuta śmiechu przedłuża życie o godzinę. Dziesięć minut śmiechu daje podobno taki sam efekt relaksacyjny jak dwie godziny odpoczynku. Śmiech pozwala rozładować napięcie, wpływa zarówno na psychikę, jak i na ciało. Śmiejąc się, oddychamy głębiej, krew krąży szybciej, organizm jest lepiej dotleniony, wzmaga się metabolizm komórek. Śmiech stymuluje układ odpornościowy do produkcji limfocytów, wydzielają się również endorfiny, które działają rozluźniająco i przeciwbólowo. Zwiększa się stężenie immunoglobuliny A – przeciwciała, które chroni przed chorobami górnych dróg oddechowych. Obniża się wyraźnie poziom kortyzolu – hormonu stresu.

Co w tym śmiesznego?

No dobrze, ale z czego tu się śmiać w czasie pandemii? Jeden bóbr nie udźwignie naszego samopoczucia na dłuższą metę. Pozostają komedie, zabawne książki i… lekka zmiana spojrzenia na świat. W wielu codziennych wydarzeniach są obecne aspekty komiczne, które warto dostrzegać. Opowiadałam już kiedyś o sytuacji, którą widziałam we Francji, ale znów ją przypomnę, bo wiele mnie nauczyła. Rzecz działa się w miejscowości narciarskiej, cały dzień padał lepki śnieg. Mężczyzna zszedł ze stoku, schował narty do samochodu i długo go odśnieżał, szczotka, skrobaczka, szczotka, w końcu wsiadł i chciał ruszyć, ale zza rogu wyjechał pług śnieżny, więc czekał, aż przejedzie. Pług zgarniał śnieg z ulicy, tworząc zaspy po bokach. Jedna z nich powstała tuż przed samochodem mężczyzny, blokując mu wyjazd. Facet wysiadł z samochodu, patrzył w osłupieniu, a w końcu wybuchnął śmiechem.

– Nie jest pan zły na tego kierowcę? – zapytałam. – Taką ma robotę. Pewnie nie zauważył, że chcę wyjechać – odpowiedział, a ja nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że nie zareagował złością, że umiał dostrzec komizm tej sytuacji i głośno się śmiać! Wyobrażałam sobie, jak by to wyglądało w Polsce. Ile padłoby przekleństw, które dobrze znamy z naszych ulic! Jak on mógł! Już odśnieżyłem samochód, a ten myśli, że wszystko mu wolno?! Ja mu pokażę!!!

Przesadzam? Nie sądzę. Od dawna mam poczucie, że jesteśmy raczej ponurym narodem i warto sobie przepisać terapię śmiechem. Nie chodzi mi o lekceważenie powagi sytuacji, ale o dostrzeganie zabawnych stron życia, co może pomóc zredukować stres i frustrację. Sama też łatwo się stresuję i dzwonię wtedy do przyjaciółki. Rozmawiamy o poważnych sprawach, ale co jakiś czas któraś rzuci zabawną uwagę, skojarzenie, żarcik słowny i wybuchamy śmiechem. I jakoś tak się dzieje, że po tej rozmowie zawsze czuję się lepiej.

Daj się zarazić

Alina ma 43 lata, obydwoje z mężem pracują zdalnie, dwójka dzieci też się uczy zdalnie, a to wszystko dzieje w 60-metrowym mieszkaniu, w którym są jeszcze dwa koty.

– Jestem perfekcjonistką i na początku miotałam się między pracą, pomaganiem w lekcjach, gotowaniem obiadów a pieczeniem ciasta. Chciałam, żeby wszystkim było miło i żeby wszystko było dobrze zrobione – opowiada o pierwszych tygodniach pandemii. – A potem okazało się, że rodzina ma mnie dość. Wnosiłam napięcie i nawet koty się przede mną chowały. W końcu do mnie dotarło, że lepiej dbać o atmosferę niż o wykonanie wszystkich zadań na piątkę. – I udało się? – pytam. – Tak! Nauczyłam się odpuszczać i to jest cudowne. Dzieciom pomagam tylko wtedy, kiedy tego naprawdę potrzebują i to nie zawsze, bo podzieliliśmy się z mężem opieką i w jego dni się nie wtrącam. Stworzyliśmy razem z dziećmi plan dnia, który wprowadził dużo spokoju. A do tego dwa razy w tygodniu urządzamy sobie zabawne wieczory. Każdy przygotowuje coś śmiesznego: skecz, powiedzonko, historyjkę, dowcip i razem się z tego śmiejemy! Śmiech ma coś wspólnego z koronawirusem: jest zaraźliwy i warto z tego korzystać. Śmiać się z innymi dla zdrowia i dla radości życia, którą można odczuwać, nawet gdy jest trudno.

W historii Aliny ważny jest także plan dnia, który wprowadził spokój. Pamiętacie z obozów i kolonii? 7.00 – pobudka, mycie się, ścielenie łóżek, 8.00 – śniadanie, i tak dalej aż do ciszy nocnej. Ale nie tylko dzieci potrzebują rytmu, rutyny i powtarzalności. Wszystkim nam to pomaga czuć się bezpiecznie i mieć namiastkę normalności.

Dla siebie

I jeszcze raz wrócę do bobra, który je kapustę. Je metodycznie, z zaangażowaniem, póki nie zje ostatniego listka, nic innego nie ma dla niego znaczenia. Cały jest w „tu i teraz” i tego warto się od niego uczyć. Skupić się na tym, co właśnie robimy. Nie chodzi mi o to, żeby odcinać się od informacji o świecie, bo one są nam potrzebne. Ale nie karmić się tylko nimi. Zadbać w głowie o miejsce na zwykłe życie, które nawet jeśli w nieco innej formie, to przecież nadal prowadzimy.

A co z najbliższymi świętami? Co roku rozmyślałam, czemu tak strasznie się staramy, zamiast odpocząć. W tym roku myślę inaczej. Nie wiem jeszcze, czy będziemy mogli spotykać się w szerszym gronie, ale nawet dla samego siebie warto się postarać. Święta dają poczucie ciągłości, trwałości, porządku, więc niech będą takie, jak trzeba, nawet jeśli z bliskimi spotkamy się jedynie na Skypie!

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Uśmiech działa zawsze. Jak ciało wpływa na emocje i zachowanie?

Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Z dr Michałem Parzuchowskim, zajmującym się tematyką embodimentu, czyli wpływu ciała na emocje i zachowanie, rozmawia Joanna Olekszyk.

Jesteśmy zgodni przyznać, że to, jak się czujemy, ma wpływ na to, jak wyglądamy. Odwrotna zależność już rzadziej przychodzi nam do głowy.
Ciało wpływa na umysł i odwrotnie. Dysponujemy licznymi dowodami na somatyzację, np. pogorszenie stanu zdrowia naszego ciała na skutek negatywnych myśli. Najobszerniejsze dotyczą np. zjawiska wypisywania się, zaobserwowanego przez laboratorium Jamesa Pennebakera z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Z jego wieloletnich eksperymentów wynika, że jeśli poświęcimy 20 minut dziennie na zapisywanie swoich myśli i emocji, rzadziej będziemy się zgłaszać do lekarza, narzekając na problemy ze zdrowiem. Natomiast mniej intuicyjny jest pogląd, że to, co robimy z naszym ciałem, wpływa na to, co myślimy. Amerykanie częściej noszą na ustach uśmiech (w myśl maksymy „keep smiling”) i choć Polakom może wydawać się to sztuczne, to każdy, kto pojedzie do Ameryki, przyzna, że ludzie tam nie tylko wyglądają, ale rzeczywiście są szczęśliwsi niż uśmiechający się o wiele rzadziej Polacy.

A naukowcy wypowiedzieli się w tej sprawie?
Owszem. Na przykład w jednym z badań niemiecki psycholog Fritz Strack prosił badanych o sędziowanie komiksów. Część z nich podczas czytania trzymała w zębach ołówek, co nadawało twarzy grymas uśmiechu, a część – w ustach, blokując w ten sposób możliwość naprężania mięśnia jarzmowego odpowiedzialnego za uśmiech. Co się okazało? Otóż ci pierwsi ocenili komiksy jako zabawniejsze niż ci drudzy. Inny badacz, Jesse Chandler, prosił grupę studentów z Uniwersytetu w Michigan, żeby wystawiali oznaczony odpowiednią literą palec w określonym momencie, w celu przerwania wiązki lasera (literki były po to, by badani nie uświadamiali sobie znaczenia gestykulacji). W konsekwencji jedna grupa badanych wystawiała dłużej palec środkowy (gest agresywny), a druga – kciuk (gest pozytywny). Jednocześnie czytali historyjkę o osobie, która może być dwuznacznie postrzegana – albo pozytywnie, jako zuchwała i żądna przygód, albo negatywnie, jako lekkomyślna i arogancka. Efekty były zbieżne z tym, co badani robili z palcami – przy geście pozytywnym odbierali daną osobę pozytywnie, i odwrotnie, przy negatywnym – bardziej negatywnie. Wyników podobnych badań jest zresztą coraz więcej.

Czyli na nasze myślenie i emocje mają wpływ konkretne gesty. A wygląd, na przykład wzrost?
Z pewnością osoba o wzroście 2 metry widzi świat inaczej niż ta, która mierzy 150 cm – odmiennie odbierają np. ten sam korytarz, po którym idą. Nie znam jednak rzetelnych badań, które skupiałyby się na tym zagadnieniu. Prawdopodobnie dlatego, że trudno przeprowadzić eksperyment, jeśli nie można manipulować wzrostem jego uczestników (poza rzeczywistością wirtualną). Ale prowadzono badania, które wskazują, że obiekty, do których sięgamy, są dla nas bardziej atrakcyjne. W zasięgu osoby o niskim wzroście jest więc mniej przedmiotów i pewnie mogłaby postrzegać więcej rzeczy bardziej pozytywnie, gdyby miała większy zasięg ramion, ale to tylko czyste spekulacje.

Ja jestem wysoka i podczas dłuższej rozmowy z kimś niższym czuję się dość niekomfortowo, nie wiem, jak ułożyć ciało, jaką przyjąć postawę. Podobne zdanie mają osoby niższe, które w adekwatnej sytuacji muszą z kolei zadzierać głowę…
Pani rozmówcy, którzy muszą zadzierać głowę, by na panią patrzeć, są w trochę lepszej sytuacji, bo taka postawa towarzyszy bardziej pozytywnym uczuciom niż gdy, tak jak pani, musimy cały czas patrzeć w dół – pochylenie w naszej kulturze jest kojarzone raczej z uległością. Wspomniany wcześniej Fritz Strack przeprowadził ze współpracownikami badanie, w którym studentom podawano informację zwrotną na temat rozwiązywanego przez nich testu, zawieszając kartkę z wynikami na ścianie wysoko lub nisko. Same wyniki też były albo pozytywne, albo negatywne. Przedmiotem eksperymentu był pomiar ich poczucia dumy. Okazało się, że u osób, które otrzymały pozytywną informację zwrotną, poczucie dumy było wyższe, jeśli została podana z wysokości, czyli zgodna z postawą, która zwykle towarzyszy przyjmowaniu zaszczytów. Pani intuicja jest więc tu bardzo rozsądna. Jeśli miałaby pani czuć się przez całą rozmowę niekomfortowo, to mogłoby wpłynąć na jej przebieg.

Czy dlatego dyrektorzy wolą, by ich pracownicy stali, podczas gdy oni siedzą?
To bardziej skomplikowana sytuacja. Ciało odgrywa dużą rolę w przywoływaniu określonych wspomnień. Jeśli dziecko wrodzony mechanizm powtarzania uśmiechu kojarzy z czymś miłym, wtedy naprężanie mieśnia jarzmowego (niezbędne do uzyskania grymasu uśmiechu) też będzie kojarzyło z czymś miłym. Tak samo dzieje się nie tylko w kwestii mimiki, gestów, ale i całej postawy. Na przykład wielu z nas w dzieciństwie, a i młodości, stało na baczność na niezliczonych apelach, więc ta postawa przywodzi nam na myśl grzeczność, posłuszeństwo i szacunek. Jeśli mamy powtarzający się kontekst z przeszłości, w którym jednoznaczny układ mięśniowy (np. stanie na baczność) jest skojarzony z pewnym uczuciem, to wystarczy, że inna, nowa sytuacja będzie wymagała od nas powtórzenia tylko jednego elementu tego układu i rozpoczniemy symulację pozostałej części układanki – przywołamy odczucia, jakie nam wówczas towarzyszyły. W naszych badaniach wykazaliśmy, że stanie na baczność jest konotowane z uległością, a uległość zwiększa dystans, jaki odczuwamy w stosunku do innych osób. W jednym z eksperymentów uczestnicy, którzy stali w tej pozycji jedynie przez 20 sekund, stawiali następnie krzesło naprzeciwko eksperymentatora o 70 centymetrów dalej niż ci z grupy kontrolnej, którzy stali w sposób bardziej swobodny!

Czy miejsca, w których źle się czujemy, zmuszają nas do przyjęcia niewygodnej dla nas postawy?
Zdecydowanie tak! Fotele skonstruowane w ten sposób, że się w nich zapadamy, krzesełka, na których siadamy jak na zydelku, czy nawet zbyt niskie sufity, które zmuszają nas do garbienia się, mogą mieć wpływ na to, co myślimy...

A czy możemy się przed tym jakoś bronić? Przyjmować określone postawy lub wykonywać gest poprawiający samopoczucie?
Można starać się wyrównywać efekt dyskomfortu, na przykład pobudzając się do uśmiechu. To powinno mieć podobny efekt jak afirmacje powtarzane przed lustrem. Badania wskazują, że fałszywy (lub nie) uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. A więc uśmiechajmy się jak najczęściej, nawet jeśli z początku będzie to tylko gimnastyka mięśni twarzy, bardziej przypominająca strojenie min. Innym pozytywnym gestem jest uruchomienie mięśni zginaczy rąk – odpowiadających za czynności przyciągania przedmiotów. Proszę przypomnieć sobie, co robimy, gdy ktoś wręcza nam prezent – łapiemy go obiema rękami i przyciskamy do siebie. Ten układ mięśniowy również wzbudza nasze pozytywne uczucia. Możemy więc kilka minut dziennie poświęcić na dociskanie blatu stołu od spodu, co zaktywizuje układ mięśniowy i poprawi nam nastrój, np. podczas długiego dnia w pracy. Wystarczy też, bym teraz przez 10–15 minut rozmawiał z panią przez telefon, trzymając słuchawkę przy uchu i aktywizując zginacze, żebym miał poczucie, że rozmowa poszła nam świetnie, niezależnie od jej rzeczywistego przebiegu. Być może jest to powód, dla którego tak mało osób korzysta z zestawów słuchawkowych.

Dr Michał Parzuchowski, psycholog, wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie.

  1. Psychologia

Co mówi o nas mowa ciała?

Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska

Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, że jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem?
Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy też na siebie. Dlatego praca ze świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaką mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje?
Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w różnych sytuacjach, choćby wstając rano z łóżka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama różnych zachowań. Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, że ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o różne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w różnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty.
Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuję terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakąś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji?
Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem…
…możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący?
Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie?
Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i utrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale może wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś może poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne?
Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym?
Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, że jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, że podczas zajęć wchodzi ktoś na salę, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba?
Tak. I najczęściej oznacza to, że ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuję i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się męczę – warto spróbować takiego wyzwania. Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne. Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuję. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pięści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci.
Każda emocja ma swoją energię. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, że ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własną ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób…
...i wyrażają się różnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni?
Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przeżywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo.
I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przeżywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami…
Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania. Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.

Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, że ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć.
To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, że będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała.
Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustaloną trasą tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę.

W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

Agnieszka Sokołowska, terapeutka i superwizorka psychoterapii tańcem i ruchem, nauczycielka języka ruchu i ciała (certyfikat Laban Bartenieff International Movement Studies). Jest związana z podejściem Open Floor, które integruje w swojej pracy

  1. Zdrowie

Optymiści żyją dłużej - śmiech lekarstwem na stres

Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Zdrowie to nie tylko osiem godzin snu dziennie, mądra dieta i regularne zażywanie ruchu. To także spotkania z przyjaciółmi, taniec, pisanie pamiętnika, a nawet... modlitwa. 

Stres. Jak alarmują psychologowie, jest prawdziwą zmorą nowoczesności. Pod jego wpływem cierpi nasza głowa – gonitwa myśli, niepokój, nerwowość. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Zanim odczujemy rozchwianie emocji, zachodzą bowiem poważne zmiany w całym organizmie. – Stres sprawia, że nadnercza zaczynają produkować kortyzol, adrenalinę i noradrenalinę – mówi Agnieszka Fudzińska, psycholog i coach. Na obecność tych hormonów reaguje dosłownie całe nasze ciało. Wzburzona fala rozprzestrzenia się dalej. – Pojawiają się problemy z trawieniem, bo mózg wysyła do jelit sygnały, że organizm powinien się skupić na stresorze, więc trawienie nie jest teraz najważniejsze – trzeba zatem obejść się mniejszą ilością krwi – tłumaczy psycholog. – Jelita przez to pracują wolniej, zmienia się też skład ich flory bakteryjnej na mniej korzystny dla naszego zdrowia i ogólnej odporności.

Efekt? Jeśli stres jest chroniczny, spada nasza odporność, jesteśmy więc narażeni na częstsze infekcje, które w dodatku intensywniej przechodzimy i dłużej wracamy do zdrowia. Rośnie też zagrożenie ze strony chorób przewlekłych oraz nowotworów, bo kortyzol nie tylko potrafi zwiększać apetyt, ale też skłania ciało do gromadzenia tłuszczu na brzuchu – a taki tłuszcz uwalnia tzw. cytokiny prozapalne, które podnoszą ryzyko rozwoju wspomnianych chorób. – W dodatku stres powoduje, że napinamy mięśnie – mówi Agnieszka Fudzińska. – Zestresowani ludzie mają wiecznie napięte barki, kark i plecy. Na dłuższą metę taki stan prowadzi do zwyrodnień i bólu, ale i na krótszą daje się we znaki: stężałe mięśnie zmęczy nawet niewielka praca.

Jako lekarstwo wielu specjalistów zaleca sprawdzone od lat metody: medytację, jogę, sport, masaże oraz naukę zarządzania napięciem. Regularnie stosowane działają jak najlepsza terapia. Jednak równie ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. W skrócie: optymiści żyją dłużej!

Śmiej się i pielęgnuj pozytywne emocje

Śmiech nie tylko rozkłada stres na łopatki, ale też stymuluje układ odpornościowy. Lee S. Berk, neuroimmunolog z Loma Linda University School of Medicine w Kalifornii, latami badał wpływ śmiechu na ludzki organizm. Podczas badań wykazał, że pozytywne emocje, które wyzwala śmiech, obniżają poziom hormonów stresu, jednocześnie stymulując do działania układ odpornościowy. Sam śmiech, jako zjawisko fizyczne, zmusza przeponę do pracy, pogłębia oddech i dotlenia organizm. Okazało się też, że po solidnej dawce śmiechu we krwi podnosi się poziom interferonu gamma – hormonu układu immunologicznego. Co ciekawe, do uzyskania takiego efektu wystarczyło obejrzenie godzinnej komedii czy zabawnego występu stand-uperów.

– Szukajmy wokół siebie elementów humorystycznych – okazuje się, że to, jak interpretujemy otaczającą rzeczywistość, też jest bardzo ważne – dodaje Agnieszka Fudzińska. Potęgę optymizmu potwierdzają zresztą badania wspomnianego doktora Berka: kontrolował on obraz krwi u studentów pierwszego semestru prawa. I stwierdził, że ci, którzy zaczynali naukę z optymistycznym nastawieniem, mieli w połowie semestru więcej komórek typu T i więcej białych krwinek (oba typy ciałek to nasi naturalni obrońcy). Zdaniem Agnieszki Fudzińskiej, optymiści rzeczywiście lepiej radzą sobie ze stresem i rzadziej chorują. – Starajmy się więc otaczać ludźmi o pozytywnym nastawieniu – radzi psycholog. – Każdy z nas jest częściowo zlepkiem pięciu osób, które spotyka najczęściej. Jeśli są to ludzie optymistycznie nastawieni do życia, będą nas karmić dobrą energią. W dodatku zmotywują do wysiłku i aktywności, sprzedadzą przepis na fajną sałatkę i doradzą w kłopotach. Z takimi ludźmi łatwiej być i szczęśliwym, i zdrowym.

Módl się i wychodź z domu

Obie te aktywności, jak się okazuje, sprzyjają zdrowiu. Modlitwa oczyszcza z zalegających emocji: to przecież rodzaj rozmowy z kimś, kto jest nam życzliwy, jakkolwiek nazwiemy istotę, której się zwierzamy – bo działa każdy rodzaj modlitwy, nie tylko ta chrześcijańska. Na potwierdzenie tej tezy istnieją namacalne badania: naukowcy z Duke University Medical Center w Durham badali krew ludzi uczestniczących przynajmniej raz w tygodniu w jakimś nabożeństwie. Zauważyli, że osoby te mają wyższy poziom interleukiny-6, będącej rodzajem odpornościowego białka. Naukowcy zadali sobie pytania: Co takiego w modlitwie sprawia, że rośnie poziom tej substancji? Czy tylko to, że wyzwala reakcję relaksacyjną, odprężającą? A może ma to związek także z faktem, że znajdujemy się w gronie współwyznawców i czujemy ich wsparcie? Okazuje się, że obie zmienne wpływają na naszą odporność. Potęgę wsparcia grupy potwierdzają też badania przeprowadzone w Szwecji, które wykazały, że ludzie chodzący na koncerty, wystawy czy choćby mecze piłkarskie żyją dłużej niż ich rówieśnicy domatorzy. Podobne wyniki osiągnęli badacze z Carnegie Mellon University w Pittsburghu, którzy stwierdzili, że z przeziębieniami lepiej radziły sobie osoby mające szerokie kontakty towarzyskie. Ich system immunologiczny funkcjonował o 20 proc. lepiej w porównaniu z introwertykami. Dlaczego? Ponieważ kontakty międzyludzkie to rodzaj mikroszczepionki: obcując z innymi, stykamy się z różnymi bakteriami i wirusami, na których nasz układ immunologiczny stale ćwiczy. Naukowcy stwierdzili, że ślina towarzyskich osób zawiera wyższy poziom immunoglobuliny A (IgA) – przeciwciała broniącego przed infekcjami i rakiem. – Kolejny powód, by mieć wielu przyjaciół – i to nie tylko na Facebooku – uśmiecha się Agnieszka Fudzińska.

Let’s dance!

Jeśli masz bolesne okresy, bóle krzyża czy skłonności do migren, powinnaś pomyśleć o tańcu! Ale nie byle jakim, lecz takim, który sprawi, że będziesz tańczyć ramię w ramię z innymi. Doskonale sprawdzi się zumba albo west coast swing dance – oba wymagają, by wszyscy tancerze poruszali się jednakowo, w tym samym rytmie i tym samym krokiem. Co to daje? Okazuje się, że wspólny taniec z przyjaciółmi… podwyższa próg bólu! Zauważyły to oksfordzkie badaczki podczas testowania młodzieży ze szkoły tanecznej w Marajo Island w Brazylii. – Wspólny taniec łączy w sobie dwa zjawiska: ćwiczenie fizyczne oraz poczucie jedności – wyjaśnia Agnieszka Fudzińska. – Oba powodują, że mózg zaczyna produkować hormonalny koktajl, który można nazwać „hormonami szczęścia” (znajdziemy w nim endorfiny, ale także endokanabinoidy), bo ich wyzwalanie następuje w efekcie wysiłku fizycznego, jak i poczucia jedności i bliskości. Okazuje się, że już nawet stukanie palcem w tym samym rytmie co inna osoba, sprawia, że mamy poczucie bycia bliżej. Indianie wiedzieli, co robią, tańcząc całymi wioskami – zwłaszcza przed bitwą czy polowaniem.

Brazylijscy badacze niejako przy okazji odkryli, że po takim tańcu uczestnicy mają także wyższy próg bólu, a efekt ten utrzymywał się jeszcze kilka godzin później. Przy czym ważniejsza okazała się synchronizacja niż wysiłek fizyczny. Odporność na ból rosła bowiem też u ludzi, którzy poruszali się leniwie – ale tak samo jak pozostali. Tak długo, jak długo widzieli innych, robiących to samo w tym samym czasie, eksperyment działał. Może więc, jeśli nie lubisz zumby, zapisz się na chi kung lub tai chi? Efekty osiągniesz podobne.

  1. Psychologia

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika?
Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia?
Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście?
Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu.
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne...
Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności...
To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja...
Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne?
Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania.
Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia?
Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi?
Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek?
Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią?
Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu?
Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować?
Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia.
Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne".