1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Niebieski kwiecień dla autyzmu

Niebieski kwiecień dla autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Kwiecień od lat jest Miesiącem Wiedzy na Temat Autyzmu, a 2 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. I chociaż ta świadomość wzrasta, rośnie też lawinowo liczba dzieci, u których diagnozuje się to zaburzenie.

Na temat autyzmu mówi terapeutka i pedagog - Paulina Domańska.

Czy autyzm rzeczywiście staje się przypadłością naszych czasów?
Z pewnością jest to problem, który narasta. Statystyki są przerażające: o ile w latach 70. diagnozowano spektrum autyzmu u 4-6 dzieci na 10 tys., w latach 90. było to już 13 tys., a obecnie mówi się o jednym dziecku na 300. Wskaźniki różnią się wprawdzie w zależności od grupy, którą badamy, ale i tak wyniki są dramatyczne. Przyczyn tak naprawdę nie znamy. Badacze podają wpływy środowiskowe, genetyczne, także bardziej efektywną diagnostykę. Dość długo autyzm uznawano za wczesną postać schizofrenii. Dopiero lata 80. to zmieniły.

Mimo to zbyt późna diagnoza wciąż jest problemem? Tak. Często bagatelizujemy wczesne sygnały, które mogą świadczyć o zaburzeniu. Stwierdzenia typu: „wyrośnie z tego”, „to chłopiec, ma czas, żeby zacząć mówić”, są złudne. A czas gra tutaj kluczową rolę, bo im szybciej rozpocznie się pracę nad deficytami rozwoju u dziecka, tym większa jest szansa na poprawę jego funkcjonowania. Cały czas panuje przeświadczenie, że dziecko autystyczne to dziecko ciche, wycofane, „w swoim świecie”, są jednak przypadki ukazujące zupełnie inne cechy. Autyzm wysoko funkcjonujący, jak też należący do spektrum autyzmu Zespół Aspergera, to zaburzenia o lżejszych i subtelniejszych cechach, ale również wymagające interwencji.

Na jakie sygnały u dziecka należy zwrócić uwagę?
Opóźniony rozwój mowy, jej nagły lub stopniowy zanik. Powinno nas zaniepokoić, gdy dziecko nie pokazuje palcem atrakcyjnego przedmiotu, nie wykazuje nim zainteresowania, gdy ma trudności w nawiązywaniu kontaktu wzrokowego. Preferuje samotną zabawę, nie bawi się „na niby”, używa zabawek niezgodnie z ich funkcją. Także brak reakcji na uśmiech, na imię, manieryzmy ruchowe, jak trzepotanie rączkami, kołysanie się, obracanie. Przy takich symptomach należy udać się do specjalisty.

Jak przebiega diagnoza?
To proces polegający na wywiadzie oraz obserwacji dziecka. Taką obserwację przeprowadza psycholog, pedagog i lekarz psychiatra. Niestety, liczba psychiatrów dziecięcych jest w Polsce dramatycznie mała, a kolejki do nich bardzo długie. Dlatego rodzice coraz częściej korzystają z prywatnych placówek, które oferują płatne usługi diagnostyczne.

A kiedy już padnie diagnoza...
...to najtrudniejszy moment dla rodzica. Poradnie niosące pomoc dzieciom nie mogą zapominać o rodzicach. Oni potrzebują wskazówek, wsparcia, a czasem zwykłego, miłego słowa, informacji, że dziecko, które w publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej dostało diagnozę i opinię o potrzebie kształcenia specjalnego, może mieć dostęp do wielu zajęć terapeutycznych. Że dzieciom ze spektrum autyzmu można pomóc dzięki szybkiej interwencji i właściwej terapii. Powinna to być terapia pedagogiczna, logopedyczna i psychologiczna. Na przykład popularna obecnie terapia zaburzeń integracji - SI. Usprawnia pracę układu nerwowego, który odpowiada za rozwój umiejętności, takich jak czytanie, pisanie, skakanie i jazda na rowerze. Dotyczy odbierania informacji przez różne zmysły, bo ważne, by do dziecka podejść holistycznie, dać mu jak najwięcej możliwości rozwoju w jego środowisku, i tym samym jak najlepiej przygotować go do życia. Dlatego ważne, by dziecko trafiło na terapię do miejsca przyjaznego i dostosowanego do poziomu jego funkcjonowania. Z czystym sumieniem polecam punkty terapeutyczne, bezpośrednio skierowane i specjalizujące się w opiece, edukacji i rehabilitacji dzieci ze spektrum autyzmu. Dzieci autystyczne postrzegają świat i czują go inaczej niż my. Dla nich zwykły dźwięk może okazać się nie do zniesienia, a lekki dotyk sprawiać olbrzymi ból.

Jesteś oligofrenopedagogiem, co to znaczy?
Oligofrenopedagog to ktoś przygotowany do pracy z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Moją specjalnością są właśnie wyżej wspomniane zajęcia SI, czyli integracja sensoryczna. Terapia SI usprawnia m.in. koordynację, równowagę i motorykę. Zajęcia SI muszą odbywać się w odpowiednich warunkach, w sali wyposażonej w przyrządy do stymulacji wszystkich zmysłów, np.: huśtawki, poduchy, równoważnie, różne faktury do dotykania, olejki zapachowe, zabawki do stymulacji wzroku. Kiedy pracuję z dzieckiem, właściwie się bawimy, ono nawet nie wie, że to terapia, że całe jego ciało i umysł właśnie się uczą. A ja kocham tę pracę i uśmiech na twarzy swoich podopiecznych.

Co jest najważniejsze w prowadzeniu takiej terapii?
Przede wszystkim do dziecka należy podejść całościowo, przeanalizować wszystkie sfery jego życia, gdyż na jego zachowanie i rozwój mogą wpływać różne czynniki. Zanim zaczniemy pracować z dzieckiem, musimy przeprowadzić szczegółowy wywiad z rodzicami, opiekunami prawnymi, gdyż to oni spędzają z dzieckiem najwięcej czasu. Również pomocny w analizie przypadku może być wywiad z innymi osobami z otoczenia dziecka - nauczycielami, opiekunkami oraz innymi członkami rodziny. Na poprawę jakości funkcjonowania dziecka ma wpływ codzienna praca pedagogów, codzienna terapia, logopedia, zajęcia grupowe rozwijające umiejętności społeczne oraz systematyczna stymulacja zmysłów. Każde dziecko jest inne, nie ma jednej głównej strategii, na której powinniśmy bazować. Jedno dziecko będzie potrzebowało większej pracy nad rozwojem mowy, inne nad rozwojem umiejętności społecznych a inne nad sferą poznawczą, czy też łagodzeniu trudnych zachowań. Ważne, aby dać dziecku jak najwięcej możliwości rozwoju, w jak najlepszym dla niego środowisku, aby jak najlepiej przygotować go do życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Osobowość bierno-agresywna – jak rozpoznać ten typ

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata  frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji.

Pewnie każdemu z nas zdarzyło się spotkać osobę, która wciąż sprawia wrażenie jakby sama nie wiedziała czego chce. Jednego dnia o czymś z nami rozmawia, twierdząc że to dla niej arcyważne, kolejnego – kiedy wracamy do tematu – zachowuje się jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było. Czujemy się zdezorientowani, mamy wrażenie, że ktoś próbuje zrobić z nas „wariata”. Taka osoba w pierwszym momencie zapala się do każdego działania, zgadza się niemal na wszystko, przytakuje i przyklaskuje naszym pomysłom, a po kilku godzinach czy dniach sabotuje wszelkie wcześniejsze ustalenia – nie przychodzi na umówione spotkanie, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na maile. Można powiedzieć, że stawia bierny opór. W towarzystwie takiej osoby czujemy się przygnębieni, niepewni, spięci, bo nigdy nie wiemy czego się spodziewać.

Jest wielce prawdopodobne, że mamy do czynienia z kimś o zaburzeniu osobowości, które w psychologii nazywane jest osobowością bierno-agresywną. Charakterystyczne jest dla niej wyrażanie negatywnych emocji w sposób zawoalowany, nie wprost, a w tzw. „białych rękawiczkach”! .

Osobowość bierno-agresywną można rozpoznać na podstawie kilku charakterystycznych zachowań, należą do nich między innymi: prokrastynacja (odwlekanie realizacji zadań); niedotrzymywanie danego słowa/zobowiązań; niska efektywność podejmowanych działań; nieuzasadnione przeciwstawianie się poleceniom (choćby przełożonych); zaprzeczanie słuszności ogólnie przyjętych zasad; silna potrzeba niezależności; niechęć do jakiejkolwiek kontroli; absolutne odrzucanie autorytetów, bezpodstawne ich podważanie, szydzenie i kwestionowanie ich kompetencji; krytykowanie i lekceważenie osób o wyższym statusie; kłótliwość, wygłaszanie prowokacyjnych tez czy uszczypliwych uwag pod adresem innych osób; tendencja do obwiniania innych ludzi za własne niepowodzenia; częste skarżenie się na swój los; brak dystansu do siebie; zawiść wobec tych, którym lepiej się wiedzie.

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata (często ten bagaż powstaje na bardzo wczesnym etapie życia) frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. Tak objawia się poczucie krzywdy, niesprawiedliwego traktowania, w końcu bycia niezrozumianym i niedocenianym. Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest jednak zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji. Obawia się, że stawianie jawnego oporu spotka się z gniewem, krytyką, a w konsekwencji odrzuceniem przez otoczenie. Dlatego jedną z form komunikacji ze „złym” światem, innymi ludźmi jest sabotowanie ich (absolutnie uzasadnionych) oczekiwań – wycofywanie się z aktywności, wcześniejszych ustaleń lub ich celowe opóźnianie. Osoba taka zawsze jednak ma gotowe wytłumaczenie, uzasadnienie dla swoich zachowań, np. zaniedbywanie obowiązków tłumaczy ich nadmiarem czy złym samopoczuciem. Często przeprasza za własne zaniedbania, jednak moment po przeproszeniu czuje już złość i wkrótce powtarza nieprzyjemne dla innych zachowanie.

Skąd ta agresja?

Jest wiele teorii opisujących genezę tego zaburzenia osobowości. Nurt psychologii psychodynamicznej źródła upatruje w wewnętrznym konflikcie między posłuszeństwem a buntem w relacji z rodzicami, opiekunami. Skutkiem tej ambiwalencji są trudne emocje gniewu, napięcia, smutku. Z jednej strony dzieci chcą zadowolić, spełnić oczekiwania, a przez to być lubiane, akceptowane i doceniane. Z drugiej strony wymagania i obowiązki wywołują w nich poczucie zagrożenia dla własnej autonomii, czują się traktowane instrumentalnie, wykorzystywane.

W podejściu poznawczym istnieje przekonanie, że umiejętność wywoływania frustracji w innych wymaga solidnych umiejętności poznawczych. Oznacza to, że osoby z tym zaburzeniem doskonale rozumieją potrzeby innych i dążą do tego, by ich… nie zaspokajać. Według jeszcze innej koncepcji zakłada się, że ludzie o osobowości bierno-agresywnej nieustannie odczuwają ból i cierpienie z powodu przekonania, że są ofiarami pozbawionymi możliwości spełnienia swoich marzeń i celów – czują się oszukane i wykorzystane przez tych, którzy – według nich – mają nad nimi kontrolę. Są pewne, że na świecie istnieje duża niesprawiedliwość, i to nieprzyjemne poczucie nasila się szczególnie wtedy, gdy obserwują sukcesy i radość u innych. Ich zazdrość jest tak silna, że zaczynają konsekwentnie podejmować działania, które mają na celu przywrócenie legendarnej sprawiedliwości.

Trudna droga do siebie

Niestety, podobnie jak w przypadku innych zaburzeń osobowości, osoby bierno-agresywne rzadko zgłaszają się na leczenie z własnej woli. Najczęściej dzieje się tak dopiero w sytuacji ekstremalnie kryzysowej, np. gdy zostają zwolnienie z pracy czy też gdy ich związek wisi „na włosku”, bo partner już dłużej nie jest w stanie znosić ich zachowania. Jednak nawet w takim momencie psychoterapia jest traktowana przez nich jako kara, przymus, a psychoterapeuta staje się kolejnym autorytetem do zanegowania, ośmieszenia, deprecjonowania. Dlatego najważniejszym zadaniem fachowca jest przełamanie oporu osoby bierno-agresywnej i skłonienie jej do podjęcia współpracy. Zwykle udaje się tego dokonać w atmosferze zaufania, gdy pacjent czuje aprobatę, zrozumienie swojego rozmówcy. Istotne jest także, by miał poczucie jakiejkolwiek kontroli nad procesem leczenia.

  1. Psychologia

Razem wobec rozwodu – rozmowa z współtwórczynią Akademii Dobrego Rozstania

Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między mamą i tatą – mówi Agata Jarzyna, psychoterapeutka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wymyślił ADR!
Pracuję w Komitecie Ochrony Praw Dziecka, który od 40 lat pomaga dzieciom oraz rodzicom w sytuacji kryzysu, jakim jest rozwód, i widzę, że rzeczywiście brakowało dobrych praktyk, procedur, wytycznych, jak robić to skutecznie. Skrzyknęliśmy się więc dwa lata temu – to była inicjatywa oddolna ośmiu organizacji pozarządowych z komitetem jako liderem – żeby rozmawiać o tym, jak wspierać ludzi w rozstaniach. Efektem tych naszych debat była decyzja, żeby stworzyć poradnik, taki elementarz dla rodziców w procesie rozstania, który byłby zbiorem dobrych praktyk około­rozwodowych zebranych w całość.

Poradnik właśnie powstał.
To są tak naprawdę standardy pomocy dziecku w sytuacji rozstania rodziców, którymi powinny się kierować wszystkie podmioty, w tym sądy, policja. Do poradnika włączyliśmy także bajkę terapeutyczną, która ma pokazać emocje i potrzeby dzieci. Je też trzeba przygotować do rozstania.

Wasza pomoc jest jednak skierowana głównie do rodziców?
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. Bo czym jest rozwód? Trzęsieniem ziemi. Ludziom wali się świat, pojawia się mnóstwo emocji, z którymi nie wiadomo co robić, a jeszcze trzeba podejmować trudne decyzje. Rodzice się w tym gubią, nie wiedzą, od czego zacząć.

No właśnie, od czego trzeba zacząć?
Od zadbania o siebie. Mam wrażenie, że społeczny dyskurs dotyczący rozwodów to straszenie rodziców, że poprzez rozstanie wyrządzają dziecku krzywdę. A to nie buduje dobrej atmosfery wokół rozstań. I nie jest prawdziwe. Bo dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między rodzicami. Dlatego naszym celem jest wzmacnianie rodziców i poprzez nich – dziecka.
Rozwodzący się na ogół zaczynają od znalezienia pełnomocnika i sformułowania pozwu. Zanim to zrobimy, proponowałabym skonsultowanie się z partnerem i wspólne stworzenie koncepcji pozwu, w którym zawarty byłby plan opieki nad dziećmi. Nie będzie trzeba rozmawiać już o tym na sali sądowej. Pamiętajmy, że żaden sąd nie zrobi tego lepiej niż my sami.

Poradnik to niejedyna forma pomocy, jaką oferujecie.
Chcemy także zmienić system prawny, żeby procedury były bardziej przyjazne dziecku i rodzicom, żeby procesy nie trwały w nieskończoność, żeby wpuścić na sale rozpraw także perspektywę psycho­edukacyjną, psychoterapeutyczną. Chodzi o to, żeby rozwiązania prawne „widziały” rozwiązania psychologiczne. Chcemy włączyć w ten dialog rodziców. W czasie pandemii napisaliśmy projekt, na który dostaliśmy norweski grant i działamy.

Czyli?
Rozwijamy Akademię Dobrego Rozstania, edukujemy rodziców, jak mogą zadbać o swoje potrzeby, jak przygotować do rozwodu dziecko. Bo rozstanie można przejść destruktywnie, ale też można z niego wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Nie chodzi o to, żeby myśleć: „hurra, będzie dobrze”, tylko żeby uświadomić ludziom, że rozwód ma swoją dynamikę, że to trudny proces, dlatego trzeba sięgać po wsparcie. Tworzymy warsztaty dla każdego z rodziców, na których partnerzy mogą zobaczyć perspektywę drugiej strony. Przygotujemy też przestrzeń dla dzieci i nastolatków (bajki terapeutyczne i prezentacje). Będą strefa relaksu z ciekawymi propozycjami do czytania i oglądania, rozmowy z twórcami kultury dla dzieci i młodzieży, filmoterapia. I część samopomocowa, czyli miejsce, gdzie rodzice mogą się dzielić swoim doświadczeniem.

Nie boicie się zarzutów, że afirmujecie rozwody, zamiast ratować pary?
Kiedy jest szansa, żeby uratować związek, to oczywiście przekierowujemy partnerów do terapeuty. Nie propagujemy rozwodów, tylko pomagamy przez nie przejść w pokojowy, nieniszczący sposób. Bo ludzi nikt nie nauczył rozwiązywania konfliktów, dostępu do swoich emocji. Zostawieni sami sobie potrafią uruchomić potężną destrukcję. W ADR mogą znaleźć pomoc, to interaktywna przestrzeń, która ma scalać środowiska pomocowe w jednym miejscu. Ale to oczywiście nie jest tak, że rozwiążemy tu wszystkie problemy rozwodzących się.

Na czym najbardziej wam zależy?
Nasze cele zawarliśmy w manifeście Akademii Dobrego Rozstania. Mówiąc w skrócie, chcemy powiedzieć rozstającej się osobie: „Nie jesteś sama, jesteśmy z tobą, służymy wsparciem”. Chcemy, by efektem naszych działań była zmiana narracji społecznej o rozstaniu, uwolnienie ludzi od poczucia winy i wstydu. Najbardziej zależy nam na zmianie świadomości, czym jest konflikt, rozwód i jak sobie pomóc. Marzą nam się dyskurs specjalistów i wzajemne uczenie się od siebie.

W tym kontekście dużo mówi tytuł waszej konferencji „Razem wobec rozstania”.
Tak, to konferencja dialogu, organizujemy ją 15–16 czerwca tego roku. Bo nie chodzi o to, żeby ktoś wyświetlił prezentację, tylko żeby to był żywy dyskurs specjalistów. A jego efektem ma być badanie jakościowe dobra dziecka w rozstaniu.

Ambitne cele.
Ale to nie wszystko. Przygotowujemy także kampanię społeczną pokazującą perspektywę dziecka i rodziców w rozstaniu. Będą także szkolenia dla biegłych sądowych, pracowników i wolontariuszy naszych oddziałów, komitetów terenowych. Tworzymy sieć Kancelarii Przyjaznych Dziecku, popierających rozwiązania pokojowe, mediacje. Sędziowie otrzymają poradnik edukacyjny, jak kierować rodzinę po pomoc. Zamierzamy też przeprowadzić szkolenia dla pedagogów, bo to kolejna grupa specjalistów, która jest najbliżej dziecka i rodziców, więc może szybko zareagować, ale jednocześnie która nie powinna dać się wciągnąć w konflikt. Bo żeby pomóc mocno skonfliktowanym ludziom, trzeba zachować neutralność.

Co zrobić, żeby dobrze się rozstać?
Jak już powiedziałam, najpierw trzeba zadbać o siebie, o swoją kondycję psychofizyczną, co czasem wymaga wsparcia z zewnątrz. I jednocześnie robić wszystko w kierunku współ­działania i współpracy z partnerem. Czyli dogadać się w sprawie opieki nad dziećmi, zapewnić im kontakt z obojgiem rodziców, nie rywalizować o ich względy. Nie wolno tracić z oczu perspektywy dzieci, ich potrzeb, które niekoniecznie są takie jak nasze. Kolejny warunek to wzięcie odpowiedzialności za siebie, ale też – uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na partnera. I nawet jeśli blokuje rozstanie, utrudnia dogadanie się, to nie ma co z nim walczyć – nie zmienimy go. Możemy działać w obrębie tego, na co mamy wpływ.

Opowiem anegdotę: pewien pan idzie do psychiatry i zalany łzami opowiada, jaka ta żona okropna. A psychiatra na to: „Tu obok jest punkt z tatuażami, proszę się tam udać”. „Ale po co?” – pyta skonsternowany pan. Psychiatra odpowiada: „Żeby wytatuowali panu na czole: »Nie mam wpływu na żonę«”. Ludzie skupiają się na partnerze, punktują, jaki on jest zły, a nie na sobie i dzieciach. Dobre rozstanie to konkretna praca, którą trzeba wykonać dla siebie i dziecka.

Możliwe jest dobre rozstanie z kimś, kto nas skrzywdził?
Już samo zakończenie takiego związku przynosi ulgę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba zająć się swoim poczuciem krzywdy, rozczarowania, wyjść z roli ofiary, ale także z narcystycznej postawy: „jak śmiałeś mi to zrobić!”. To oczywiście jest trudne, bolesne, ale konieczne, żeby iść dalej.

A jeżeli to ja zawiniłam? Powinnam chyba zrobić więcej dla dobrego rozstania?
Myślę, że dynamika pary, to, jak ona wcześniej funkcjonowała, przekłada się na rozstanie. I jeżeli w tym związku był wzajemny szacunek, kultura, to w czasie rozstania też tak będzie. Ważne, żeby sobie uświadomić, że dalej musimy współpracować, bo mamy wspólne dzieci, że trzeba rozdzielić relacje małżeńskie od relacji z dziećmi.

Na warsztatach robimy ćwiczenie: na kredkę (nasza relacja) nawijamy wstążkę (dzieci). Co się dzieje, gdy kredka pęka? Wstążka dalej ją oplata.

Każdy z partnerów może być w tej dolinie rozstania na innym etapie. Nie dbali o związek i teraz wszystkie te zaniedbania wybuchają ze zdwojoną siłą. Ale nawet jeśli nasza relacja bezpowrotnie pękła, to oplata nas wstążka. W trakcie mediacji ludzie próbują rozliczać się wzajemnie z tego pęknięcia. Ona mówi: „Zajmowałam się domem, a ty mnie zostawiłeś”. On: „Odszedłem, bo byłaś skupiona na swoich potrzebach”. Kiedy już wyleją żale, pojawia się refleksja: „Jednak byliśmy dla siebie ważni, mamy przecież wspaniałe dzieci, więc mimo wszystko się szanujmy. Nie udało nam się w związku, to może uda nam się w rodzicielstwie”. Ale warunkiem jest właśnie dobre rozstanie.

Agata Jarzyna, psychoterapeutka, wiceprzewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania sfinansowanej z funduszy norweskich, z dotacji Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy.

  1. Psychologia

Rozstanie – jak się rozwieść z klasą i we wzajemnym szacunku?

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Rozstanie to zawsze porażka pary. Ale często też jedyne wyjście ratujące każde z nich z osobna oraz ich wspólne dzieci. Pod warunkiem że nie jest niszczące. A takie, niestety, bywa. i trwa latami. Czy można rozwieść się z klasą i we wzajemnym szacunku? Zachęca do tego Akademia Dobrego Rozstania, internetowa platforma edukacyjna powstała z inicjatywy organizacji pozarządowych, terapeutów i prawników.

Urszula i Paweł, wielka licealna miłość, para z 20-letnim stażem. Małżeństwem są od lat pięciu. Na ten krok zdecydowali się dopiero po urodzeniu córeczki, gdy w ich związku pojawił się kryzys. I w pewnym sensie dlatego – ślub miał być ratunkiem. Ale stał się poważnym problemem. Bo od trzech lat nie mogą się rozwieść. Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Zamierzali rozstać się w zgodzie, dopinali już podział majątku, uzgadniali opiekę nad Zuzią. I wtedy Urszula wytropiła romans męża. Co więcej, dowiedziała się, że nowa miłość rozkwitła, kiedy ona była w ciąży, i trwa w najlepsze, choć mąż zapewniał, że nie ma nikogo. Postanowiła więc wystąpić o rozwód z orzeczeniem winy. Zbiera dowody, zmienia prawników, udowadnia przed sądem, że mężczyźnie, który kłamie w żywe oczy, nie można powierzyć dziecka. Wojna trwa i jej końca nie widać. Urszula i Paweł nie są wyjątkiem. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów.

– Statystyki podają tylko dane dotyczące par żyjących w formalnych związkach, konkubinaty nie są brane pod uwagę, a ci ludzie też się przecież rozstają – mówi psychoterapeutka Karolina Budzik, związana z Akademią Dobrego Rozstania. – Tak więc szacujemy, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, nawet co druga para jest w procesie rozwodowym. Ci ludzie zostawieni są sami sobie. Adwokat Robert Ofiara, zaangażowany w tworzenie ADR: – Nie ma opracowanych procedur, nie ma instytucji i miejsc, które by dawały rodzicom wsparcie. Są co prawda powiatowe centra pomocy rodzinie, ale ich działania zależą od inicjatywy urzędników, a nie od systemowych rozwiązań. Rozwodzący się mogą liczyć głównie na oddolne inicjatywy organizacji pozarządowych lub oczywiście na komercyjną pomoc terapeutyczną, na którą nie wszystkich stać. Jeśli natomiast chodzi o system prawny, to jest on niedrożny ze względu między innymi na obłożenie sądów, czas trwania postępowań czy czas oczekiwania na opinie biegłych – standardem jest tu rok. Problem leży też czasem po stronie pełnomocników, którzy nie potrafią należycie ochronić interesów klientów chcących się rozstać. Są zaprogramowani na walkę i sukces, a nie szukają ugodowych rozwiązań. To wszystko wymaga zmian.

Poradzić sobie ze stratą

Większość z rozstających się przechodzi przez ogromny kryzys psychiczny. Nie bez powodu rozwód umieszczany jest jako drugie wydarzenie – po śmierci partnera – na skali najbardziej stresujących w życiu człowieka. Te wydarzenia łączą bezpowrotna utrata czegoś ważnego i podobne etapy przejścia: zaprzeczania, gniewu, targowania się, depresji, w końcu akceptacji. Opisała je Elisabeth Kübler-Ross, badaczka pracująca z nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

– Można więc powiedzieć, że partner, z którym się rozstajemy, dla nas umiera, że doświadczamy śmierci naszego związku, nieodwracalnej, ostatecznej – mówi Karolina Budzik.

Zaznacza, że partnerzy zazwyczaj nie przechodzą tych etapów ramię w ramię, równolegle. Jedno na przykład jest zdecydowane się rozstać, a drugie próbuje ratować związek, obiecuje, że się zmieni. W pierwszym etapie, podobnie jak w chorobie terminalnej, kiedy wiemy, że nie da się jej wyleczyć, zaprzeczamy: „Jakie rozstanie! Przecież dobrze nam się układało, to tylko jeden z trudnych momentów”. Ludzie idą na terapię, która zazwyczaj kończy się fiaskiem, bo nierównowaga jest już zbyt duża, na przykład partner pozostaje w alternatywnej relacji.

Karolina Budzik: – Pracujemy wtedy nad tym, co chyba w procesie rozstania najtrudniejsze: żeby zobaczyć perspektywę drugiego partnera, która jest zupełnie inna. Prowadzimy grupy psychoedukacyjno-wsparciowe dla osób w konflikcie okołorozwodowym. Mieszane. Co to daje? Po pierwsze, każdy z uczestników może zobaczyć, jak sytuację rozwodu przeżywają kobiety, a jak mężczyźni. Po drugie, to pomaga uzyskać dystans do swojej sytuacji oraz zrozumieć mechanizmy rozstawania i konfliktu. I w rezultacie dogadać się, zbudować relacje rodzicielskie, bo na ogół w tej rodzinie są dzieci, którymi trzeba się opiekować po rozstaniu. Powtarzam ludziom rozstającym się: rodzicami wspólnego dziecka będziecie do końca życia. Oboje.

Po fazie zaprzeczania pojawiają się silne emocje: złość, gniew, wściekłość. Bywają tak obezwładniające, że ludzie nie są w stanie funkcjonować. Potem przychodzi smutek, żal do partnera, losu, rozpacz, płacz, poczucie straty, rozczarowania.

– Niektóre osoby depresyjnie się wtedy osuwają, czasami ich stan wymaga nie tylko psychoterapii, ale nawet farmakoterapii – mówi Karolina Budzik. – W psychoterapii chodzi o to, żeby zrozumieć kłębiące się w nas uczucia. Żeby zobaczyć, że to one powodują chaos wewnętrzny, nie pozwalają nam pracować i funkcjonować w codziennym życiu. Ale też żeby dać sobie do nich prawo. Dopiero jak te uczucia się wysycą, jak pozwolimy sobie na ich przeżycie i zrozumienie, wtedy możliwy jest kolejny etap – orientowanie się w życiu na nowo, układanie swoich spraw bez partnera. Ostatni etap rozstania to pogodzenie się z losem, uznanie go za fakt i, być może, otworzenie się na nowe związki.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Moje, twoje, nasze

Robert Ofiara na podstawie swojej praktyki wyróżnia trzy kategorie rozwodzących się rodziców: – Pierwsza to ci, którzy chcą się rozstać w sposób chroniący dziecko, ale do końca nie wiedzą, jak to zrobić. Druga to ludzie, którzy wchodzą na ścieżkę konfliktu i chcą go jakoś rozwiązać. Te dwie grupy stanowią największy procent rozwodzących się. Trzecia natomiast, mniej liczna, ale najbardziej hałaśliwa, walczy ze sobą, odcina dzieci od drugiej strony. I tym wszystkim ludziom potrzebna jest pilna pomoc.
Jak podkreślają psychologowie, rozstanie to długi proces. Tymczasem ludzie są niecierpliwi, chcą gotowych cudownych recept. Żeby wszystko odbyło się szybko i bezboleśnie.

– Takich recept nie ma – mówi Karolina Budzik. – Każdy musi przejść tę często trudną drogę i zrozumieć, że stany, które przeżywa, to nie choroba psychiczna, tylko emocje, które są udziałem wszystkich tracących coś ważnego. Jeżeli nie przeżyjemy w pełni emocji związanych z poszczególnymi fazami rozstania, nie zezłościmy się, nie zapłaczemy, tylko będziemy te emocje dusić w sobie, to one mogą odbić się czkawką.

Ludzie rozstają się często z poczuciem uzasadnionej krzywdy. Urszula powtarza, że jej chodzi tylko o orzeczenie winy i sprawiedliwość, którą widać jak na dłoni. Bo gdyby nie romans Pawła, kryzys ich związku dałoby się zażegnać.

– Rzeczywistość na ogół nie jest czarno-biała – mówi Karolina Budzik. – Osoby zdradzone (czasem to mężczyźni) nie widzą, że druga strona ma wielkie poczucie winy, bo nie zachowała się fair i zostawiła partnera. Nie dostrzegają też swojego w udziału w doprowadzeniu do rozwodu. Zazwyczaj to, o co ich pytam, odbierają jako bulwersujące. A pytam, co takiego działo się wcześniej, przed zdradą, że do niej doszło. Być może czegoś zabrakło albo szwankowała komunikacja, bliskość i partner poszukał jej gdzie indziej. Nie mówię tu o winie, bo winę rozstrzyga sąd, ja mówię o perspektywie psychologicznej, o odpowiedzialności, jaką każdy z nas ponosi za związek. Poczucie winy ściąga w dół, nie pozwala nam się rozwijać. Jeżeli przeformułujemy je na poczucie odpowiedzialności, czyli dostrzeżemy, co zrobiłam, a czego nie, to pojawia się możliwość rozumienia drugiego człowieka, a nie szukania winnych. Możemy wtedy wzbogacić się o rozwiązania na przyszłość. Bo jeżeli wiem, co zawaliłam w tamtym związku, to w następnym będę czujna, uważna, żeby tego błędu nie popełnić.

Nieprzepracowane rozstanie takiej szansy nie daje. Kończy się na ogół, jak to określają terapeuci, recydywą rozwodową. Ludzie wchodzą w kolejne związki, często „na zakładkę”, jeszcze tkwiąc po uszy w poprzednich. I te nowe za chwilę też się sypią. Dlatego zdaniem psychoterapeutów potrzebna jest refleksja nad tym, co się z nami dzieje.

Karolina Budzik: – Osoby z poczuciem skrzywdzenia, na przykład żony alkoholików, staramy się uczyć koncentracji na sobie, pokazujemy, że są współuzależnione, bo ich życie kręci się wokół picia i niepicia. Bo często konflikt, nienawistne uczucia, które ich pochłaniają, paradoksalnie, jeszcze mocniej łączą ich z partnerem niż miłość. Stają się osią ich życia i powodują, że sprawy rozwodowe trwają kilka lat.

Bywa, że w takich związkach dochodzi do przemocy. Domagać się zadośćuczynienia czy jak najszybciej je kończyć?

– Za przemoc odpowiedzialny jest sprawca, który powinien ponieść za swoje czyny konsekwencje – mówi Karolina Budzik. – Ale w pracy psychologicznej nad sobą chodzi o co innego: o to, żeby osoba doświadczająca przemocy odzyskała siłę, żeby mogła stać się równorzędnym partnerem, a nie ofiarą. W samym słowie „przemoc” jest przekaz, że to działanie przeciwko mocy tej osoby, że ona nie potrafiła postawić granic, obronić się. I dopiero rozwód przerywa ten koszmar.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Odczarować rozstania

Często rodzice nie zauważają, że wciągają w konflikt dziecko, obsadzając je – zazwyczaj nieświadomie – w roli mediatora, sędziego, pocieszyciela, powiernika, terapeuty. Taki malec czuje się odpowiedzialny za konflikt między rodzicami, niejako staje się rodzicem swoich rodziców (co nazywa się w psychologii parentyfikacją). Psychologowie apelują: dziecko nie może opiekować się rodzicami, trzeba go z tej roli odbarczyć. Dorośli powinni szukać pomocy u psychoterapeuty, bliskich, a nie u dziecka. Nie każmy mu wybierać między tatą a mamą. Ono ma prawo kochać oboje rodziców.

Karolina Budzik: – Za to, jak przebiega rozwód i jak przeprowadzone jest przez ten proces dziecko, odpowiedzialni są rodzice. To nie jest tak, że ono samo sobie poradzi, zrozumie sytuację i się przystosuje. Ważne, żeby widzieć jego perspektywę, rozumieć, co przeżywa. Często mama czy tata własne uczucia przypisują dziecku, myślą, że ono przeżywa rozwód tak jak oni (to się nazywa projekcją i jest jednym z naszych mechanizmów obronnych). Tymczasem dziecko inaczej przechodzi przez tę sytuację i rodzice powinni te perspektywy umieć odróżnić. Oddzielić więź partnerską, która się skończyła, od więzi rodzicielskiej. Bo partnerami mogli być kiepskimi, a rodzicami być może są wystarczająco dobrymi. Dziecko powinno wiedzieć, co się dzieje w rodzinie, bo rozwód jego też dotyczy, na przykład wpływa na zmianę przedszkola w sytuacji przeprowadzki.

Psychoterapeuci z ADR ćwiczą z rodzicami rozmowy z dzieckiem. Chodzi o to, żeby nie ulec pokusie opowiadania z detalami, kto kogo zdradził, zawiódł, oszukał. Takie informacje nie są dziecku potrzebne, to tylko nasza potrzeba.

Bywa, że jedno z rodziców odcina drugiemu możliwość kontaktu z dzieckiem, na przykład matka alienuje syna od ojca. Brytyjscy terapeuci, Karen i Nick Woodallowie z londyńskiego Family Separation Clinic, zauważyli, że proces alienacji nie zachodzi tylko między rodzicami (alienującym i alienowanym), lecz także w umyśle dziecka. Buduje sobie ono wtedy obraz jednego rodzica jako złego, a drugiego jako dobrego, choć nie zawsze taki czarno-biały obraz jest prawdziwy i nie zawsze jego powstaniu towarzyszą konflikty między rodzicami.

Według psychologów to normalna reakcja obronna dziecka na nienormalną sytuację. Rodzice powinni znać ten scenariusz. Obserwować emocje i reakcje dziecka w trakcie rozwodu i być czujnymi, czy nie wchodzi w koalicję z jednym z nich. Twórcy ADR konstatują: ludzie rozstawali się i będą się rozstawać. Najwyższa pora, żeby im pomóc, żeby zdjąć z rozstań odium oceny.

Robert Ofiara: – Chodzi też o to, żeby dzieci nie wchodziły w dorosłe życie z obrazem rodziców plujących na siebie, żeby nie budowały potem związków zagrożonych rozpadaniem się. Ważna jest świadomość ludzi, że dzięki dobrym rozstaniom zyskują komfort życia, że jako rodzice mogą dalej ze sobą współpracować, pomagać sobie. Motywacje do zadbania o dobre rozstanie mogą być różne, ale w każdym przypadku to się opłaca. Po prostu.

Karolina Budzik: – Rozstanie jawi się nam jako bajka o żelaznym wilku. Trzeba je odczarować. Tak, to poważny kryzys. Ale każdy kryzys jest też szansą na transformację, na rozwój i być może na lepsze życie w zgodzie ze sobą. Nadal mocna jest tendencja: dla dobra dziecka się nie rozstawajmy. Niektórzy mówią: „Czekamy z rozstaniem do jego osiemnastki”. I co – ma chłonąć złą relację i z takim posagiem iść w dorosłe życie? W dodatku z poczuciem, że rodzice są razem dla niego, że się poświęcają? W ADR pokazujemy, że samo rozstanie nie jest złe, chodzi o sposób jego przeprowadzenia. I jeżeli nie da się uratować związku, o co zawsze warto zawalczyć, to trzeba ratować siebie i dziecko.

  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter