1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę.
Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks?
Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna?
Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość?
Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę?
Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość?
Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie?
Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów?
Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły.
I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj...
Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości?
Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa.
Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie?
A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie?
Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha.
Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niech żyją weseli kochankowie! Co nam daje żartowanie z seksu – wyjaśnia Katarzyna Miller

Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Kim jest mężczyzna, który potrafi w łóżku rozbawić swoją kochankę, a kim ten zawsze na serio? Co nam obojgu może dać żartowanie z seksu i gdzie jest tego granica? Czy poniżej męskiego pępka? – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Nie wszyscy mężczyźni lubią zabawy w łóżku. Kupiłam kiedyś pewnemu blondynowi bokserki w niebieskie kangurki i on się na mnie obraził...
Jeśli ktoś się czuje obrażony byle czym, to wiadomo, że będą z nim kłopoty: sztywny, skrępowany, zabijający w innych każdy przejaw spontanicznej radości życia. Przebieranki to pikantna zabawa. Przecież to cudowne móc przebrać swojego chłopa i go uwieść. Albo ubrać go do seksu tylko w muszkę. Co tam kogo kręci i co komu wyda się zabawne. Rzecz w tym, że jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości. Także erotycznej. Seks może przecież wyrosnąć z zabawy. Droczymy się ze sobą, przekomarzamy, przebieramy i w pewnym momencie mamy taki wspaniały luz, że już nic – tylko zacząć się kochać. Niech żyje zabawa dla zabawy, która się przeradza w erotyczny zachwyt nad sobą i partnerem.

I niech żyją weseli kochankowie?
Dziecko wewnętrzne jest zadowolone z życia, gdy ma okazję do zabawy. Wtedy nie brak mu energii, również seksualnej, a to znaczy, że jest po prostu szczęśliwe. Cały świat jest wówczas pełen seksualnych arcydzieł. Bo na przykład ogórek, pomidor czy dynia są właśnie takimi arcydziełami. Wszystko, co jemy, na co patrzymy, jest dowodem na seksualność świata.

I jest też pretekstem do śmiechu i żartowania.
Właśnie. Do seksu tak jak do życia w ogóle podchodźmy i na poważnie, i na czule, i na słodko, i na wesoło. Seks traktowany tylko poważnie szybko by się nam znudził. Rutyna zjadłaby namiętność. Dlatego ważne, żebyśmy kochali się zależnie od nastroju, od pogody… W seksie może być też sporo lęku, więc to, że można pochichotać, bardzo pomaga. Gdybyśmy jednak kochali się tylko na śmiesznie, to znaczyłoby, że bagatelizujemy i seks, i siebie. Ale wszystko jest w jak najlepszym porządku, gdy rechoczemy w łóżku raz na jakiś czas. Oczywiście spontanicznie, a nie według harmonogramu – co piąty akt ma być na wesoło.

To w takim razie poproszę o jakąś podpowiedź dla tych, którzy przerazili się teraz, że wpadną w rutynę. Od czego zacząć naukę śmiania się w łóżku?
Możemy śmiać się z żartów erotycznych, na przykład takich: „Wstaje chłop z łóżka w nocy i łazi, i łazi, aż żona się budzi: – A co ty tak łazisz? – Bo mnie taka chuć wzięła. – No to chodź! – No to chodzę...”. Można też pisać, a potem recytować sobie limeryki. W łóżku możemy też śmiać się wprost z tego, co robimy. On może powiedzieć do kochanki: „niech no ja cię pocałuję w te twoje fałdeczki. Pierwsza, druga, trzecia...”. Człowiek, który lubi swoje ciało, akceptuje to, jak wygląda, może ze swojej cielesności zrobić taki sam ubaw, jak z każdej innej rzeczy. Dzięki śmiechowi, humorowi można pokonać swoje kompleksy, zahamowania czy wstyd. Obśmiać swoje niedoskonałości to tyle, co przestać się nimi zajmować.

Jest jednak pewien element męskiego ciała, z którego nawet życzliwy śmiech będzie źle przyjęty. Mężczyźni traktują ów element wyjątkowo serio, zwłaszcza gdy nie jest zbyt okazały.
Nie warto kłamać i mówić, że jest imponujący. Lepiej powiedzieć: „mój ty figlarny, zwrotny maluszku. Ty jesteś jak te cudowne, małe wyścigowe samochody – wszędzie się dostaniesz. W małym siła”. A tak na poważnie warto mężczyźnie uzmysłowić, że najważniejsze to się dopasować: mała cipeczka, to i mały figlarz. W książce „Ojciec chrzestny” jest kobieta, w której wszyscy toną, aż w końcu znajduje się mężczyzna, który ma giganta i któremu też było źle, dopóki nie spotkał odpowiedniej kobiety. Są jednak żarty, które nadwyrężają poczucie humoru kochanka. Bo jeśli ona śmieje się: „pensję też masz małą”, to nie dziwota, że mu nie staje.

„Jak długo kobiety będą udawały orgazm? Tak długo, jak mężczyźni będą udawali grę wstępną... ”. Czy opowiedzenie takiego kawału w łóżku to dobry pomysł?
Ja bym go w łóżku nie mówiła. Zwłaszcza jeśli to ma być aluzja, żeby on mi dawał więcej pieszczot i czułości. Jeśli tak jest, to trzeba mu to wprost powiedzieć: „mój kochany, żebym ja się naprawdę podnieciła i ciebie przyjmowała z rozkoszą i z chęcią, potrzebuję więcej podchodów!”. Jeśli ujmiemy to w ten sposób, to mężczyzna zrozumie, że warto się potrudzić, bo jemu samemu to się opłaci. Ale jeśli chcemy opowiedzieć jakiś żart à propos sytuacji tego mężczyzny, to lepiej, gdy jest on jednym z wielu dowcipów. Wtedy może pomóc mu się zrelaksować, zdystansować do problemów. Wspominam bal, na którym całą noc opowiadaliśmy sobie dowcipy. Przez kilka następnych dni po tym całonocnym śmiechu czułam się jak nowo narodzona.

Moja przyjaciółka stwierdziła, że jest z mężczyzną, który nigdy jej nie rozśmieszył. Ja nie mogłabym z kimś takim być.
Ja też lubię i cenię mężczyzn, którzy potrafią w łóżku pożartować, powiedzieć coś lekkiego, bo wtedy od razu znika napięcie. Ci, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, nie utknęli w jednej wizji świata, są bardziej empatyczni. Wiedzą, że na każdą rzecz można spojrzeć z wielu punktów widzenia. Są lepiej wyposażeni emocjonalnie i intelektualnie, bo poczucie humoru wymaga inteligencji i umiejętności przeżywania emocji. Śmiać się z siebie to być zdrowym emocjonalnie. A jak jeszcze facet się przed kochanką przyzna: „ja też jestem przejęty, bo chciałbym dobrze wypaść”, to otwiera całe pole do bliskości z nią.

Ci, którzy potrafią się wygłupiać, wydają się lepszymi kochankami.
Wspólny śmiech w łóżku to wspaniała gra wstępna. Bo jak się już nachichramy, to całe ciało mamy miękkie, wszystkie mięśnie rozluźnione. I nic już nam więcej poza seksem do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście jak afrodyzjak działa tylko śmiech ciepły, życzliwy, radosny, pchający nas ku sobie, a nie ten złośliwy, piętnujący przywary. Ale ludzie z poczuciem humoru są bardziej otwarci na świat, a więc też poszukujący. Można więc zakładać, że w łóżku będą mieli do zaproponowania więcej niż pompatyczne mruki.

A co z facetami, którzy opowiadają tylko seksistowskie kawały?
Nie śmieję się z dowcipów, które poniżają kobiety. Choć lubię te, które je wykpiwają, bo to co innego. Ale szybko biorę odwet. Po usłyszeniu kawału o blondynkach, od razu opowiadam taki: „Jedna szara męska komórka lata po mózgu i strasznie się nudzi. Raptem obok niej przelatuje druga, taka bardzo mała i mówi: Ty, co ty tu jeszcze robisz? Przecież my już wszystkie jesteśmy na dole...”, i wtedy chłopy też mają durną minę.

Przeczytałam, że kobiety, które cenią bardziej czułość niż namiętność, podobnie jak te pruderyjne, nie lubią dowcipów seksualnych.
Nie lubią ich też neurotyczki, które jak po drugiej stronie ulicy usłyszą śmiech, to boją się, że to z nich ktoś się śmieje. Wiem, jak to jest, bo sama byłam taką neurotyczną panienką. Ale pamiętam też, jaką ulgę poczułam, gdy wreszcie zaczęłam umieć śmiać się z siebie samej. Teraz już nie tylko to umiem, ale nawet jestem w tym niezła. Niedawno w telewizji śniadaniowej prowadzący spytał mnie: „czy pani by się odchudziła, gdyby dziecko panią poprosiło?”. „Po co mam się odchudzać, czyż ja nie jestem piękna?” – odpowiedziałam, a on na to: „ imponuje mi pani”. Warto popracować nad sobą po to, by nauczyć się dystansu do swoich wad, kompleksów czy obaw. Wtedy one przestają nas ograniczać.

Ale czy kobiety tak naprawdę lubią śmiać się z seksu? Może to jednak strefa radości bardziej dla mężczyzn?
Kiedy dziewczyny są same, czują się bezpiecznie, gdy się lubią, to wtedy nie ma dla nich tematów tabu. Inaczej oczywiście jest na przyjęciach mieszanych. Tam zachowanie reguluje konwenans. Ale już na grupach terapeutycznych, gdzie mogą być sobą, reagować spontanicznie, lubią śmiać się z seksu. Ja zresztą często na swoich warsztatach opowiadam erotyczne kawały. Po pierwsze, to zabawne, a po drugie, pomaga mi poznać uczestniczki. Patrzę, które z kobiet śmieją się szczerze, która się zaperza, a która jest oburzona. Kawały to małe przypowieści i one nas leczą. To też satyra na nas samych.

  1. Psychologia

Wypalenie życiowe – jak sobie z nim radzić? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Po pracy i po każdym wysiłku, także stresie, niezbędna jest regeneracja. Nie da się ciągle tylko dawać siebie innym i światu. Dlatego, jak mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller, ważne jest, by mieć takie momenty w ciągu dnia, gdy świadomie i z całkowitym przyzwoleniem możesz powiedzieć: „a od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”.

Tym razem chciałam porozmawiać o wypaleniu, ale w szerszym ujęciu niż dziś je rozumiemy. Czyli nie tylko zawodowym, ale też o wypaleniu w związku, wypaleniu w roli matki, wypaleniu życiowym. Oraz o wypaleniu pandemicznym, które ostatnio zaobserwowałam u siebie...
O, sądzę, że to ostatnie jest o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Ja też je silnie czuję. Mam nawet czysto biologiczne objawy: nie pamiętam, co przed chwilą czytałam, co ktoś do mnie mówił; zapominam nazwiska ludzi, o których właśnie mówię; nie wiem, co miałam za chwilę zrobić... Spadnie mi długopis na podłogę, to płakać mi się chce: „Jeszcze i to?!” – myślę z wyrzutem właściwie nie wiadomo do kogo.

Mam już po kokardę tej pandemii. Jestem wkurzona, ale i zmęczona, zrezygnowana. Nic mi się nie chce. Najchętniej bym leżała i... właściwie nie wiem co. Bo spać też mi się nie chce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest poniekąd luksusowa, bo siedzę sobie wygodnie w moim ukochanym mieszkaniu i w każdej chwili mogę pojechać też na wieś, ale i tego mi się nie chce. Jedyne, co jeszcze mi się chce, to czytać książki i oglądać filmy. W czasie lockdownu rzuciłam się na kryminały Lee Childa. I kiedy czytałam o przygodach Jacka Reachera, to przez chwilę miałam poczucie niezwykle intensywnego życia. Ale gdy odkładałam książkę, to było takie plum... jak do głębokiej studzienki. Ta niemożność zrobienia niczego, ta bezradność wręcz uwłaczają człowiekowi.

Zaczęłam nawet lubić wizyty u lekarza, bo przynajmniej wychodziłam z domu, wsiadam do samochodu, ruszam się. Czasem myślę, że ci, którzy siedzą w domu z dziećmi, ze zdalną pracą i nauczaniem, mają lepiej, bo chociaż coś się dzieje; a czasem myślę, że mają gorzej – bo przecież za tyle osób więcej muszą odpowiadać. I liczyć się nie tylko z własnym poirytowaniem.

Wszyscy mamy dość. Tej niepewności i bezradności, tego wiecznego napięcia pod tytułem: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Nie mówiąc już o ludziach, których spotkały reperkusje finansowe czy którzy kogoś stracili...

Od ponad roku słyszymy dzienne statystyki zachorowań i zgonów. A przecież bywają dni, kiedy nie wywołują w nas reakcji. Z czego bierze się to zobojętnienie?
Pewne rzeczy są od nas niezależne, także niektóre procesy zachodzące w naszym organizmie. Jeśli człowiek sobie uświadomi, że ma sobie pomóc w tej chwili, w dodatku jeszcze znajdzie resztkę energii, to to zrobi, ale jeśli sobie nie uświadomi – to się w siebie zapada. Najgorsze w stresie jest to, kiedy jest długotrwały i pozbawia cię poczucia wpływu. Wtedy jesteś załatwiona.

Mnie pomaga trochę, że wyszło słońce, że pojawiła się zieleń.
Oj, mnie też. Nakupiłam sobie bratków, namiętnie też ustawiam w wazonach kwiaty. Zieleń, owszem, trochę mnie cieszy. Ale przecież ludzi, którzy są w głębokiej depresji lub są naprawdę wykończeni, nawet to nie rusza. My akurat mówimy nie o depresji czy wykończeniu, a o stanie przedłużonego zmęczenia, znużenia i wypalenia. Tu można coś jeszcze zdziałać. No bo w sumie o co chodzi? Przecież nie przesiedlają nas ze wschodu na zachód z jedną kozą i pierzyną pod pachą. Tak jak mówię, mamy luksus prowadzenia w miarę normalnego życia. Choć smutnego.

No i jak to brzmi: mam dosyć seriali. Mam dosyć książek. Mam dosyć chodzenia do tego samego parku. Ale przecież można mieć tego wszystkiego dosyć.
Człowiek ma problemy, na jakimkolwiek by był poziomie życia. A ponieważ teraz wszyscy mamy ten sam problem i wszyscy go podobnie przeżywamy, trochę to pomaga. Mnie pomaga. A tobie?

Mnie pomaga wspólne narzekanie. Choć zawsze ostrzegamy, by nie weszło nam w nawyk.
Czym innym jest jednak powiedzieć komuś, że i ty masz dość, że i ty zapominasz, co miałaś przed chwilą zrobić. To przynosi ulgę. Tobie i tej drugiej osobie.

W końcu od roku jesteśmy wszyscy w stanie permanentnego napięcia i podminowania. Może na jakiś tydzień lub dwa udało się nam wyjechać i zapomnieć, ale potem znów wróciło.
Od roku pracuję z pacjentami głównie online lub przez telefon. Telefon daje jeszcze jaką taką intymność, ale okienka czatów i szare buzie rozmówców są już dla mnie nie do zniesienia. Chciałabym ich przytulić, uścisnąć, pogłaskać. I bardzo bym chciała, żebyśmy to potem nadrobili. Tylko trochę się boję, czy już nie odwykliśmy.

To też był trudny czas dla bliskich relacji. Czasem więc na to wypalenie pandemiczne nakłada się jeszcze wypalenie w związku.
Wybuchła pandemia i wszyscy zaczęli mówić, ile to będzie potem rozwodów. Ale też ile dzieci się urodzi. Jak zawsze są plusy dodatnie i plusy ujemne. Wielu osobom ten czas pokazał też, że bardzo fajnie jest im z tą drugą osobą, którą sobie wybrali na życie. Zawsze dobrze jest się dowiedzieć, ilu fajnych ludzi mamy wokół siebie, a nawet w domu. Pomocnych, cierpliwych i z poczuciem humoru. Bez poczucia humoru to ciężko w życiu, a zwłaszcza w pandemii.

Bywa, że do tego wszystkiego dokłada się jeszcze przemęczenie w pracy. Pamiętam irytację mojej znajomej, kiedy czytała rady na temat tego, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu; podczas gdy dla takich jak ona, pracujących na portalu, to był i jest nadal najbardziej gorący okres.
Wiele osób od początku pandemii po prostu haruje albo w ogóle nie umie korzystać z wolnego czasu, bo się wtedy martwi. Nie uczą nas tego, by wykorzystywać moment. Jak robi mój ulubiony bohater Childa – Jack Reacher, o którym już wspomniałam. Jego myślenie jest takie: jesteś w barze, nie wiadomo, kiedy będziesz mógł zjeść – więc najedz się teraz. Masz gdzie się położyć i przespać, nie wiadomo, kiedy znowu będziesz miał – więc lepiej się połóż. Czyli korzystaj z tego, co masz. Ja też powtarzałam to moim pacjentom: nie musisz dojeżdżać do pracy, to zrób w tym czasie coś, na co miałeś ochotę wtedy, kiedy dojeżdżałeś do pracy. Na przykład na mnie najbardziej działa, kiedy mogę włączyć muzykę, którą lubię. Mam takie rytmy, które ruszają moje ciałko, a kiedy ciałko się rusza, to już wiem, że jest dobrze. Mądra młodzież to robi nagminnie.

Można też zgasić światła, zapalić świeczki, założyć dresy i przykryć się kocem. Ja to bardzo lubię.
W domu zawsze trzeba przebywać w miękkich, serdecznych rzeczach. W ogóle powinniśmy częściej chodzić w ubraniach, które lubimy, a nie w „sztywniakach”.

A wypalenie życiowe – z czym jest zwykle związane? Z wiekiem?
Każde wypalenie pojawia się wtedy, gdy człowiek nie umie się reaktywować, regenerować i stosować płodozmianu. Pilnować tego, żeby co jakiś czas zrobić coś tylko dla siebie. Niedawno miałam spotkanie z kobietami, które opiekują się dziećmi i partnerami z hemofilią. One cały czas są nastawione na zadania, na opiekę, na pomoc. Przejmują bardzo dużo obowiązków za chorych. I strasznie się przy tym wyczerpują. Bo nie ma komu przejąć ich obowiązków. Do tego nie pozwalają sobie na żadne chwile zwątpienia, złości czy niezadowolenia. Bo one muszą dawać radę. W ogóle nie ma w naszej kulturze przyzwolenia na „nie daję rady”. Kiedy ktoś mówi: „Mam już wszystkiego dosyć”, to zaraz ktoś mu odpowiada: „Aż tak ci źle?! Zobacz, jak inni mają”. Jak tak można?".

A nie masz wrażenia, że częściej dopada nas wypalenie, bo zagubiliśmy nasze naturalne rytmy? Nie mam na myśli już nawet rytmu pór roku, ale choćby rytm dzienny, tygodniowy czy miesięczny. Ilu z nas pracuje nocami, zamiast spać? Albo w weekendy, zamiast odpoczywać?
No ja na przykład w weekendy mam warsztaty, ale dbam o to, by „odebrać sobie” dwa dni w środku tygodnia. Kiedyś rzeczywiście żyło się prościej, wolniej i bardziej cyklicznie. Na przykład w piątki nigdy nie jadło się mięsa, był więc od niego odpoczynek. A dziś często zapominamy, że to już piątek. Przecież dopiero co był poniedziałek. Nie na darmo przed świętami zwykle były posty. Pewne rzeczy, których nie lubię robić, bo są „kościółkowe”, miały i mają głęboki sens, bo są rodzajem zdrowego przygotowania do kolejnego etapu. Oczywiście to już wcześniej było w pogaństwie, chrześcijaństwo tylko dodało swoją nakładkę i na przykład był przednówek, a teraz jest Wielki Post.

Ja nie mogę i nie chcę zrezygnować z moich weekendowych warsztatów albo z wieczornego spotkania online, ale staram się przynajmniej pilnować, by robić sobie przerwy, nie spieszyć się lub potem sobie to „odrabiać”. Ale wiesz, co mnie najbardziej wypala? Prośby typu: „Pani Kasiu, pani nas podeprze na duchu”. Ja podpieram, nawet ochoczo, tylko kto potem podeprze mnie? Bo kiedy człowiek zbiera w sobie energię, serdeczność i życzliwość po to, by się nimi podzielić, to poziom tego wszystkiego u niego drastycznie spada. I trzeba się zregenerować. Nie dziwię się już temu, że siedzę parę godzin i nic mi się nie chce, i nawet się o to nie obwiniam. Bo to jest naturalny skutek tego, że się nadużyłam.

Nie można ciągle tylko dawać i dawać siebie innym lub światu.
Trzeba też coś z tego świata i od innych brać. Kobiety jednak o tym często zapominają, zwłaszcza w związkach. Dostosowują się do tego, czego chce ich partner. Bo kobiety są empatyczne, czyli wyczulone na cudze stany emocjonalne, nastroje, potrzeby. Zobacz, jak fajnie jest być z kobietą. Najprostszy przykład – dzwoni przyjaciółka i pyta: „Czy mogę zająć ci teraz chwilę? Odpowiadam: „Ale bardzo szybciutko, bo zaraz mam drugi telefon”. I ona się nie obraża, tylko się streszcza. Mój chłop dzwoni. „Nie mogę teraz” – mówię. „Znowu nie możesz? To kiedy będziesz w końcu mogła?”. Żadna kobieta by się tak nie zachowała. A mężczyźni tak mają, i już. Dlatego kiedy wchodzą do związku ze swoimi potrzebami, a czasem i oczekiwaniami, kobiety po prostu na to odpowiadają, reagują – albo żeby się nie obraził, albo żeby nie zrobiło mu się przykro, albo żeby dobrze o niej pomyślał. I już kupa energii idzie na to, by łagodzić konflikt, do którego jeszcze nawet nie doszło.

No właśnie, czasem tylko odpowiadamy. Odbijamy piłeczkę. A te piłeczki się nie kończą, lecą w naszym kierunku z regularnością tych wypuszczanych przez maszynę na kortach tenisowych.
I jeszcze się rozglądamy, by zobaczyć, czy jakiejś nie przegapiłyśmy. Ja się już nauczyłam i czasem nie reaguję w ogóle. Wtedy on się wkurza: „Czy ty mnie w ogóle słyszysz?”. „No tak, słyszę” – odpowiadam spokojnie. I nic nie robię. Oszczędzam swoją cenną energię.

Tak sobie myślę, że teraz, podczas pandemii, wszyscy trochę staliśmy się terapeutami – siebie i innych. Podnosimy na duchu, łagodzimy konflikty, wysłuchujemy. Nie da się tego robić bez regeneracji. Jak zatem ty, jako terapeutka, się regenerujesz?
No to już mówiłam: dzielę sobie czas na kawałki, które są tylko dla mnie. To jest niezwykle ważne, by świadomie i z całkowitym przyzwoleniem powiedzieć sobie: „A od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”. I wtedy sobie sprawdzam, na co mam ochotę. Na przykład poprzesuwałam różne rzeczy po to, by rano móc poczytać w łóżku, nie spieszyć się i mieć dobry początek dnia.

Czyli mówisz: wyłączaj się na świat...
Daj sobie prawo mieć swoje godziny. I bardzo pilnuj, by własnego, osobistego czasu nie oddawać ludziom jamochłonom. A jeśli już musisz, bo masz tego jamochłona blisko, to przynajmniej pilnuj widełek czasowych. „No dobrze, to zadzwoń potem” – mówi mój osobisty jamochłon. „Oddzwonię, kiedy będę mogła” – odpowiadam mu spokojnie. Jeśli ktoś jest bardzo namolny, to polecam nawet skłamać. Powiedzieć, że jesteś umówiona, że masz za pięć minut spotkanie albo telefon. Albo po prostu rzucić: „Przepraszam, ale muszę kończyć. Przykro mi, nie mam już czasu”. I pamiętajmy: nie musimy się z niczego tłumaczyć.

Dokładają nam kolejne obowiązki w pracy – co odpowiadać?
Można zapytać: „Która z tych spraw jest najważniejsza? Bo jeśli zależy ci na tej rzeczy najbardziej, to nią się zajmę. A że chcę ją dobrze zrobić, nie będę już mogła się zająć resztą”. Albo kiedy szef co chwila wydłuża ci listę rzeczy do załatwienia, spytaj: „Oczywiście, zaraz się tym zajmę, powiedz mi tylko, z której rzeczy mam zrezygnować. Bo chcę się skupić na tym, co jest najlepsze dla firmy”.

A jak wyjaśnić to dziecku, które ciągle domaga się naszej uwagi?
Z dziećmi jest taka prosta tajemnica, niektórzy ją znają, a inni odnoszą się do niej z wielką niechęcią. Otóż trzeba poświęcić im w ciągu dnia pewną porcję uwagi całkowicie, ale w taki sposób, żeby się z nimi bawić. Wtedy człowiek się nie męczy, a dziecko jest zachwycone. Można w coś zagrać, poganiać się, pobawić w chowanego lub zapasy, pogiglać się nawzajem. Ale jeśli rodzice mają dla dzieci głównie polecenia, to wiszą nad tymi dziećmi, a jednocześnie nad sobą, żeby ich z tych poleceń rozliczyć, a w domu jest ciągłe napięcie. Ja tak miałam z mamą na okrągło, za to z tatą się wygłupialiśmy. Tajemnica, o której mówiłam na początku, polega na tym, że jeśli poświęcimy dziecku taki pełen zabawy czas, to ono potem nas już nie będzie potrzebować. Nie będzie tego „mamo, mamo, mamo”, bo dziecko będzie naszą obecnością „nakarmione”. Niestety, bardzo dużo dorosłych nie umie się bawić, nie umie puścić wolno swojego wewnętrznego dziecka.

Czy powiedziałabyś, że jedną z oznak tego, że dopada nas wypalenie, jest to, że nie mamy już z życia przyjemności, zabawy?
Absolutnie tak. Jeżeli czujesz w życiu głównie przymus i niechęć, czyli te wszystkie „powinnam”, „muszę”, to jest to jedna z tych oznak. Bo oczywiście trochę obowiązków warto mieć i umieć je wypełniać, ale poza tym… bawmy się i dawajmy się innym bawić. A wtedy nigdy się nie wypalimy.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Twarz lalki, czyli obsesja piękna – Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”

„Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku. (Fot. materiały prasowe)
„Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku. (Fot. materiały prasowe)
Chirurgia plastyczna to nie tylko prężnie rozwijająca się gałąź medycyny, ale także biznes. Pogoń za idealną twarzą i zgrabnym ciałem to charakterystyczny znak ostatnich lat. Obsesję piękna widać zwłaszcza na ulicach Korei Południowej, której mieszkanki masowo upodabniają się do koreańskiego ideału kobiety. „Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku.

Seul – światowa stolica medycyny estetycznej

W Korei Południowej funkcjonuje jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie, w którym przeznacza się najwyższe kwoty w przeliczeniu na ucznia i studenta. Jednocześnie to kraj z największym odsetkiem obywateli poddających się operacjom plastycznym i wydających rocznie krocie na ten cel. Szczególnie popularne są: plastyka powiek, korekta nosa, modelowanie żuchwy i brody. Pożądane są spiczaste podbródki, oczy o wyglądzie charakterystycznym dla Europejczyków, zgrabny, mały nos i szczupłe ciało. Wystarczy otworzyć przeglądarkę internetową, aby po wpisaniu kilku haseł podziwiać spektakularne metamorfozy pacjentek i pacjentów koreańskich klinik medycyny estetycznej.

Skalpel, botoks, żel hialuronowy i inne wypełniacze w rękach chirurgów plastycznych stają się narzędziami transformacji i zapewniają odmianę losu każdemu, kogo stać na zabieg. Na ulicach wyrastają jak grzyby po deszczu salony fryzjerskie i kosmetyczne. Wolne dni spędza się najczęściej w SPA, łaźniach i saunach. Obsesja piękna króluje na każdym kroku.

Wygląd dla Koreanek jest przepustką do lepszego życia – szansą na znalezienie dobrze płatnej pracy i atrakcyjny mariaż. Ładna twarz zapewnia akceptację społeczną, zgrabna sylwetka jest oznaką zdrowego trybu życia. Dobre wykształcenie musi iść w parze z urodą, bo to prezencja kobiety stanowi o jej rzeczywistej wartości. Niczym na wzór starogreckiego pojęcia kalokagatii piękno łączy się z dobrem w powszechnej świadomości Koreańczyków. Doskonałe powiązanie ciała z duchem gwarantuje sukces i powodzenie.

„Gdybym miała twoją twarz” to debiut Frances Cha, amerykańskiej pisarki urodzonej się w Saint Paul w Minnesocie. Cha dzieciństwo spędziła w Teksasie i Hongkongu, a w wieku 12 lat przeniosła się do Korei Południowej. Studiowała w Stanach Zjednoczonych, później wykładała na amerykańskich i koreańskich uczelniach. Pracowała CNN International w Seulu. Koreę zna z własnych obserwacji i doświadczeń, a jej powieść to poruszający obraz roli współczesnej chirurgii estetycznej w codziennym życiu i oczekiwań społecznych co do kobiet.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Przeżyłabym twoje życie znacznie lepiej niż ty, gdybym miała twoją twarz

„Gdybym miała twoją twarz” to wyprawa w głąb dusz koreańskich kobiet i mężczyzn, owładniętych ideą piękna i koniecznością oceniania innych wyłącznie na podstawie ich fizjonomii. Gyuri, Miho, Ara, Sujin i Wonna – dwudziestoparoletnie dziewczyny zamieszkałe w Seulu nieustannie muszą konfrontować się z otoczeniem wymagającym od nich perfekcyjnego wyglądu. "Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że moja jedyna szansa w życiu wiąże się z poprawieniem sobie twarzy. Patrząc w lusterko, od razu wiedziałam, co powinno ulec zmianie” - powie jedna z nich, wygłaszając w ten sposób powszechnie znaną i akceptowaną prawdę. Cha w swojej debiutanckiej powieści wnika w głąb kobiecego, intymnego świata i z czułością portretuje młode Koreanki stojące u progu życiowych wyborów i ważnych decyzji.

Każda wkraczająca w dorosłość mieszkanka Korei Południowej wie, że jej przyszłość zależy w decydującej mierze od tego, jak wygląda. Stąd popularnym prezentem od rodziców dla studentek wyjeżdżających z domu na uczelnię jest operacja plastyczna. Najczęściej jest to niezwykle popularna w Azji blepharoplastyka, czyli korekcja opadających powiek. Zabieg polega na usunięciu nadmiaru skóry i tłuszczu z okolicy górnych i dolnych powiek. Dziewczyny rozpoczynają naukę pewniejsze siebie, marząc o kolejnych udoskonaleniach swojej twarzy. To konieczne, bo jak mówi Sujin w powieści Cha „kiedy już będę ładniejsza i miała wszystko poprawione, znajdę (…) pracę”.

Kolejne ingerencje w ciało i poprawki urody w przypadku niezamożnych Koreanek często oznaczają niemałe długi. „Koszt operacji jest niewyobrażalny, chyba że jesteś aktorką i masz kontrakt z dużą wytwórnią filmową, wtedy doktor (…) może cię nawet sponsorować. (…) W przeciwnym razie musisz się zapożyczyć, co oznacza, że będziesz spłacać dług do końca życia. – Traktuję to jak największą inwestycję w życiu”. Skutki zabiegów estetycznych są jednak nie tylko odczuwalne dla portfela, ale również nierzadko wywierają wpływ na zdrowie. Przy skomplikowanej rekonstrukcji szczęki może ulec uszkodzeniu nerw i utrudnione pozostać przeżuwanie, źle zaaplikowany botoks może zakończyć się częściowym paraliżem twarzy.

Każda operacja, jak i zapowiadająca się niegroźnie i mało inwazyjnie wizyta u kosmetyczki niosą za sobą potencjalne ryzyko błędu. Kluczowy jest więc wybór odpowiedniej kliniki medycyny estetycznej i kompetentnego lekarza. Takiego u którego „na wizytę (…) czeka się miesiącami. Ten człowiek potrafi przewidzieć, co będzie modne i jak kobiety będą chciały wyglądać, zanim ktokolwiek inny to zauważy.” Zarysowana w kształt serca twarz jest warta każdych niedogodności – problem braku czucia w brodzie rozwiąże w codziennym życiu tryb selfie w komórce lub małe lusterko, którymi można dyskretnie sprawdzić, czy drink nie cieknie na dekolt. Trudności w gryzieniu rozwiąże odpowiednie dobieranie konsystencji potraw lub krojenie na drobne kawałki. Dla pięknego ciała warto cierpieć.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Z prowincji do Seulu

Ara, Sujin i Miho wychowały się w Cheongju – miejscu, które uchodzi w stolicy Korei Południowej za prowincjonalne miasteczko. Ośrodek Loring – sierociniec przeznaczony przede wszystkim dla dziewcząt, służył dwóm ostatnim za dom. Bohaterki naznaczone piętnem odrzucenia nie pozwolą jednak zdeterminować mu swojego życia, chociaż dokonywać będą diametralnie innych od siebie wyborów. W Seulu wreszcie uciekną od negatywnych skojarzeń z placówką wychowawczą, która była także zakładem dla niepełnosprawnych umysłowo dzieci. Z radością odkryją, że kilkaset kilometrów od ich miejsca urodzenia słowo „loring” nie jest synonimem „opóźnionego w rozwoju”.

„Miho jest ładna, ale nie aż tak, jak mogłaby być dzięki operacjom. Daleko jej do ideału. Nie ma krewnych ani pieniędzy. Mimo to syn jednego z najbogatszych ludzi w Korei umawia się właśnie z nią. Prawdziwa tajemnica”. Miho uzdolniona artystycznie, ucieka w sztukę i przekuwa swoje pochodzenie w atut, zdobywając kolejne stypendia. Suijn marzy o operacji plastycznej i pracy w salonie, gdzie mężczyźni rozmawiają o interesach w towarzystwie zatrudnionych tam pięknych dziewcząt, które mają za zadanie atrakcyjnie się prezentować i pić z nimi alkohol. Goni za doskonałą prezencją, twarzą lalki o gładkiej, porcelanowej cerze i idealnych proporcjach. Ara, po tym jak utraciła głos zostaje fryzjerką. Zakochana na zabój w chłopcu z popularnego boysbandu tkwi we własnym świecie marzeń i fantazji. Chociaż zamknięta werbalnie we własnym ciele, chłonie rzeczywistość wszystkimi zmysłami i odbiera wyostrzone bodźce. „Weźmy taki wiatr. Nie pamiętam, aby miał aż tyle odcieni dźwięku”.

Anonimowość tłumu wielkiej koreańskiej stolicy nie zapewnia jednak możliwości wtopienia się w niego i zniknięcia. Wyróżnia się w nim nie tyle sztuczne, poprawione piękno, co naturalny, niekoniecznie atrakcyjny wygląd. Brak symetrii twarzy, płaski nos, opadające powieki czy kanciasta żuchwa są jak wyrok. Tamtejsze społeczeństwo nie akceptuje nie tylko brzydoty, ale także przeciętności i zwyczajności.

Za drzwiami seulskiego salonu

„Nieodmiennie mnie zdumiewa naiwność Koreanek. Zwłaszcza tych zamężnych. Co ich zdaniem robią ich mężowie od ósmej wieczorem do północy w każdy powszedni dzień tygodnia? Kto utrzymuje te dziesiątki tysięcy salonów w całym kraju? Zresztą nawet te kobiety, które mają odwagę dopuścić do siebie prawdę, udają, że ich mężowie wcale nie pieprzą codziennie innej dziewczyny. Większość dochodzi w tym udawaniu do takiej wprawy, że wypiera fakty”.

Salon oznacza w Seulu ekskluzywne, niedostępne dla przypadkowych klientów miejsce, gdzie dobrze usytuowani mężczyźni rozmawiają z kontrahentami i klientami o interesach przy alkoholu. Towarzyszą im młode dziewczyny o nieskazitelnej urodzie w krótkich, obcisłych spódniczkach lub sukienkach, prezentujących ich powabne ciała. Zadaniem pracownicy salonu jest dobrze wyglądać, uśmiechać się, „wpatrywać się w mężczyzn jak urzeczona i pić kupowany przez nich alkohol”. Biznesmeni płacą krocie za drogie trunki i towarzystwo dziewcząt, które mogą liczyć na dodatkowe benefity i prezenty, jeśli nawiążą z klientami relacje na innym gruncie.

Praca w salonie poza rujnowaniem zdrowia fizycznego – przez ciągłe picie nadmiernych ilości alkoholu – sieje zniszczenia w psychice kobiet. Jak będzie ostrzegać wypalona emocjonalnie Gyuri „nie ma nawet pojęcia, co ta praca robi z człowiekiem, jak bardzo zmienia dotychczasową perspektywę. Trzeba zapomnieć o oszczędzaniu. Trzeba robić rzeczy, jakich wcześniej nie widziało się nawet oczami wyobraźni. W efekcie człowiek się zmienia, sam nie wiedząc kiedy. Przeżyłam to na własnej skórze. Nigdy nie przypuszczałam, że skończę w ten sposób – bez rozsądnych pieniędzy, z rozpadającym się ciałem i upływającą datą przydatności”. Czas dziewcząt mija szybko i nieubłagalnie, zarobek zapewniają im przecież młode, poprawione licznymi operacjami ciała.

W pułapce pogoni za idealną twarzą

Los Gyuri odmienił się dzięki szeregowi operacji plastycznych. Gdy dziewczyna spogląda w lustro, to zupełnie nie przypomina sobie dawnej siebie. Nie chce oglądać swoich fotografii z przeszłości. Idealna twarz zakończona lekko spiczastym podbródkiem, olśniewające długie, czarne, pofalowane włosy i zgrabna sylwetka zapewniają jej powodzenie wśród klientów i niebotyczne wynagrodzenie za świadczone usługi. Gyuri jednak nadal jest zadłużona i żyje w napięciu. Ciągle spłaca lichwiarskie pożyczki zaciągane dla sfinansowania kolejnych zabiegów i zaciąga nowe.

„Jednego dnia przyjmujesz pożyczkę od Madame czy alfonsa albo innej pijawki, by poprawić sobie szybko twarz, a drugiego masz dług w niewyobrażalnej wysokości, o spłaceniu którego nie możesz nawet marzyć. Pracujesz, pracujesz i pracujesz, aż doprowadzasz ciało do ruiny, a i tak nie jesteś w stanie się uwolnić inaczej, niż jeszcze więcej pracując. Choć teoretycznie dużo zarabiasz, nigdy nic nie zaoszczędzisz przez odsetki, które musisz spłacać. Nigdy nie zdołasz się wyrwać. Przeniesiesz się do innego lokalu w innym mieście, z inną Madame i innymi regułami, wymaganiami i porami, ale nadal będziesz robić to samo. Od pewnych rzeczy nie ma ucieczki”. Mentalna klatka w jakiej zamykają się kobiety zdaje się być nie do otwarcia, przyszłość nie istnieje. Wszystkie pracownice salonu żyją z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc, nie myślą o tym, co będzie gdy zachorują, albo stracą pracę. Jutro w ich rzeczywistości nie istnieje.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Mężczyźni zawodzą

W świecie płatnych dziewcząt do towarzystwa nie ma miejsca na miłość, a w szczególności na uczucie do niezamożnego mężczyzny. Gyuri powie o tym gorzko „wiem, bo raz się w takim zakochałam. Nie było go stać, aby spędzać czas ze mną, a ja nie mogłam sobie pozwolić na spędzanie czasu z nim.” Dziewczynom z salonów pozostaje marzyć o romantycznym kochanku rodem z „Pretty Woman” – kliencie, który zabierze je ze sobą i spłaci ich długi. Jednak nawet te, które naprawdę doświadczyły podobnej miłości i cudu, w końcu wracają do dawnej pracy albo kończą w szpitalu psychiatrycznym.

Gyuri i jej koleżanki w swoim wolnym czasie nie szukają flirtu – zapijają swoje smutki w barach. „Nikt nie jest w stanie dotrzymać nam kroku – niektórzy próbują, lecz nawet najwięksi twardziele odpadają, widząc, jak wychylamy kieliszek za kieliszkiem, całkowicie ich ignorując. Wystarczą nam mężczyźni, których musimy oglądać w pracy”.

W prawdziwym świecie nie ma wiernych, uczciwych, bogatych i kochających partnerów. „Jedyni dżentelmeni, jakich widuję, to ci w filmach telewizyjnych. Są dobrzy. Chronią cię i płaczą, i przeciwstawiają się własnym rodzinom dla ciebie, choć ja oczywiście nie chciałabym, aby rezygnowali z rodzinnego majątku. Biedak mi nie pomoże, skoro nie jest nawet w stanie pomóc samemu sobie”.

Gyuri obraca się w środowisku, w którym liczy się jak wygląda, a nie kim jest naprawdę, co czuje i czego pragnie. „Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakiś mężczyzna zapytał mnie o mój dzień, po czym jeszcze wysłuchał odpowiedzi, o okazaniu zainteresowania nie wspominając”. Dziewczyna do towarzystwa ma budzić podziw z uwagi na swoją cielesność, nie jest wskazane, aby przewyższała klientów inteligencją i potrafiła prowadzić błyskotliwe rozmowy. Przeciwnie powinna się chichotać radośnie, nie przeszkadzać w biznesowych negocjacjach i powodować, że mężczyzna czuje się ważny i doceniony, a jego ego połechtane. Słodka trzpiotka o ładnej buzi to poszukiwany towar.

W „Gdybym miała twoją twarz” chłopcy, partnerzy i ojcowie zawodzą, nie tylko nie potrafiąc sprostać stawianym im przez wybranki i córki oczekiwaniom, ale również okazując słabość charakteru i niedojrzałość. To na barkach kobiet niejednokrotnie spoczywa odpowiedzialność za rodziny, to one muszą być silne i doskonałe w każdym aspekcie.

Macierzyństwo jest dla wybranych

Wonna – ostatnia z postaci wykreowanych przez Frances Cha – jako jedyna spośród głównych bohaterek jest mężatką. Wychowana przez despotyczną babkę wciąż podświadomie ucieka od innych kobiet. Przyjmuje oświadczyny mężczyzny głównie dlatego, że przyszła teściowa już nie żyje. Nie jest w tej awersji do matki męża odosobniona, bo „nienawiść, którą teściowe żywią do swoich synowych, jest wbudowana w geny wszystkich Koreanek”. Czy jednak życie u boku pracownika średniego szczebla z marną pensją zapewni jej stabilizację i bezpieczeństwo? Wonna staje przed dylematem – czy zasługuje na macierzyństwo?

Przyrost naturalny Korei maleje z każdym rokiem, mimo udogodnień socjalnych – rocznego odpłatnego urlopu macierzyńskiego, darmowych żłobków i dopłat do dzieci. Rodzicielstwo dla kobiet oznacza rezygnację z pracy albo liczne dni wolne, a przecież „jak powszechnie wiadomo, właśnie dlatego kobiety nie awansują”. Jednocześnie przyszła matka, jak również każda inna pracownica nie ma co zbytnio liczyć na specjalistyczną pomoc z zakresu zdrowia psychicznego, bo podobno „ktokolwiek leczy się psychiatrycznie, wypada z systemu i nie chce go przyjąć żadna prywatna ubezpieczalnia”.

Koreanki stają przed wyborem, kariera czy rodzina? Awans w pracy oznacza pracę od rana do północy, wychodzenie jako ostatnia z biura czy zakładu, przedkładanie obowiązków służbowych nad życie prywatne i bezwzględne posłuszeństwo pracodawcy. Macierzyństwo to natomiast często brak niezależności, poleganie na partnerze w kwestiach finansowych, poświęcenie się dzieciom i pogodzenie z tym, że mąż może korzystać z usług dziewczyn do towarzystwa, jeśli piastuje wysokie stanowisko i zarabia odpowiednio dużo. Niezależnie od podjętej decyzji kobiety będą musiały być perfekcyjne w tym, co robią i prezentować przy tym nienaganny wygląd, najlepiej dzięki drobnym i większym poprawkom swojego ciała.

Portret kobiecych dusz

„Gdybym miała twoją twarz” to nieomal panoramiczny przekrój koreańskiego społeczeństwa. Intymny obraz psychiki kobiet zmuszonych do przyjęcia roli ideału i sprostania wygórowanym oczekiwaniom co do wyglądu, jakie stawia przed nimi środowisko, w jakim przyszło im funkcjonować.

Frances Cha kreśli pełnokrwiste sylwetki postaci, które chociaż pozornie zdawać się mogą zepchnięte do roli naiwnych i bezbronnych ofiar pozostają silnymi, nierzadko pozbawionymi skrupułów kobietami. Wonna nie może liczyć na wsparcie męża, Ara ucieka od codzienności zakochując się w idolu, Miho szuka ukojenia w sztuce, Gyuri jeszcze się łudzi, że czeka ją coś dobrego, a Suijn skupia się na chronieniu tych, których kocha. Każda z nich, chociaż wpasowuje się w obraz kobiety opresjonowanej wychodzi poza schematy. Nie poddają się biernie życiu i biegu zdarzeń, są aktywne, odważne i śmiałe. Przede wszystkim jednak główne postacie w „Gdybym miała twoja twarz” są wiarygodne psychologicznie i prawdziwe – chociaż Cha pisze o kulturze, która na piedestał wynosi ideał kobiety, to nie kreuje swoich bohaterek na godne naśladowania wzory. Wie, że świat nie jest czarno – biały, a rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. I takie są dziewczyny z jej debiutanckiej powieści – złożone, niepozbawione wad i resztek złudzeń, niejednokrotnie irytujące i bulwersujące, a przez to realne.

„Większość ludzi nie pojmuje prawdziwego zła, a mimo to stara się je naprawić.” Frances Cha nie aspiruje do bycia demaskatorką rzeczywistości czy moralizatorką, pokazuje jedynie wycinek codzienności widziany oczami zwykłych dziewczyn, które wyposaża w przywary i zalety współczesnych Koreanek. Dla polskiego czytelnika to lektura być może lekko egzotyczna z uwagi na umiejscowienie akcji i kulturę, ale też odczytywalna w pewnym uniwersalnym kluczu. Obsesja piękna to temat przerażająco aktualny we współczesnym świecie, w którym królują odrealnione standardy sylwetki i kult wiecznej młodości. Na ile nasz wygląd jest swego rodzaju wizytówką, a na ile stanowi o nas samych? Czy jesteśmy warci tyle na ile wyglądamy?

Przytoczone w tekście cytaty pochodzą z powieści Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”, Wydawnictwo MOVA 2021. Fakty naukowe, statystki i wyjaśnienia pojęć zostały podane za stroną wikipedia.pl, fakty z życia pisarki za jej autorską stroną francescha.com.

Tłumaczenie: Urszula Gardner
Premiera: 14 lipca 2021
Wydawnictwo MOVA

Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”, Wydawnictwo MOVA 2021Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”, Wydawnictwo MOVA 2021
  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.

  1. Psychologia

Zazdrość o partnera? – Przyjrzyj się swoim uczuciom

Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Jak wygląda twoja zazdrość? Jaką niesie informację? - Rozmowa z trudnymi emocjami może przynieść wiele korzyści. Dlatego, jeśli nie możesz poradzić sobie z odczuwaną zazdrością, spróbuj wykonać poniższe ćwiczenia.

Jeśli odczuwanie zazdrości zaburza twoje dobre samopoczucie, jeśli zbyt dużo czasu poświęcasz na bycie zazdrosną o swojego partnera, przeprowadź mały eksperyment. Pomyśl przez chwilę, jak mogłaby wyglądać twoja zazdrość. Wyobraź ją sobie, nie otwierając oczu. Stoi naprzeciwko ciebie. Przyjrzyj się jej, zobacz, co to za postać. Kobieca czy męska? Ludzka czy zwierzęca? W co jest ubrana? Jaki ma wyraz twarzy, jak się czuje?

Teraz stań na miejscu zazdrości, wciel się na chwilę w tę postać. Jak to jest być zazdrością? Co jako zazdrość chciałabyś sobie powiedzieć? Dlaczego czujesz to, co czujesz? Czego naprawdę potrzebujesz? Kiedy poczujesz, że wyraziłaś wszystko, co było do wyrażenia na ten moment, wróć na swoje miejsce i spójrz na postać, która reprezentuje twoją zazdrość. Czy ma taki sam wygląd? Czy jej wyraz twarzy się zmienił? Czego się nauczyłaś o sobie od swojej zazdrości?

Na koniec ćwiczenia sprawdź, czy czujesz potrzebę powiedzenia czegoś tej postaci. Powiedz jej to i podziękuj za współpracę.

O co tak naprawdę jesteś zazdrosna?

Powiedzmy, że jesteś zazdrosna o czas, jaki twój partner poświęca pracy. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, co robi mój partner? Obiektywnie patrząc – nie, ponieważ to jego wybór.
  • Co zatem mogę zrobić? Mogę zapytać go, czy jest możliwe, by wcześniej wracał do domu, abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Mogę też zająć się swoimi sprawami, szanując jego wybór.

Inny przykład: Jesteś zazdrosna o jego nową koleżankę z pracy, ponieważ to bardzo atrakcyjna osoba i podejrzewasz, że twojemu partnerowi również się podoba. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, kto podoba się mojemu partnerowi? Obiektywnie patrząc – nie, tak samo jak on nie ma wpływu na to, kto mnie się podoba.
  • Co mogę zatem zrobić? Mogę powiedzieć wprost: „Czuję zazdrość, kiedy myślę o twojej nowej koleżance z pracy, czuję obawę, że mógłbyś się z nią umówić”. Mogę się skupić na tym, dlaczego porównuję się do innej kobiety. Dlaczego zużywam swoją energię na rozmyślania, co by było gdyby? Mogłabym zamiast tego wzmocnić poczucie własnej wartości i powiedzieć do siebie kilka miłych słów.

Komu zazdrościsz?

Osoba, której zazdrościsz, pokazuje ci, jak wielki potencjał jest w tobie. Potencjał, którego jeszcze nie odkryłaś, nie przebudziłaś. Kiedy następnym razem uświadomisz sobie, że odczuwasz zazdrość wobec jakiejś kobiety, która jest atrakcyjna i odnosi sukcesy, podziękuj jej w myślach, ponieważ jest twoim lustrem. Projektujesz na nią coś, czego nie dostrzegasz w sobie. Pomyśl o wszystkich osobach, którym czegoś zazdrościsz, i zapytaj siebie, czego dobrego o tobie uczy cię zazdrość.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.