1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Świadome milczenie - sposób na osiągnięcie wewnętrznego spokoju

Świadome milczenie - sposób na osiągnięcie wewnętrznego spokoju

Świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. (fot. iStock)
Świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. (fot. iStock)
Żeglarze mówią o ciszy przed burzą, gdy na kilka minut przed nadejściem sztormu wiatr cichnie i fale się uspokajają. My na lądzie, trochę naiwnie, wolimy „zagadywać ciszę”, żeby uchronić się przed życiowymi burzami. Tymczasem to właśnie świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. Na własnej skórze przekonała się o tym Monika Stachura.

W dniu 29 sierpnia 1952 roku w sali koncertowej Maverick w stanie Nowy Jork melomani usłyszeli 273 sekundy ciszy. Nie był to jednak przypadek ani awaria techniczna, a utwór zatytułowany „4´33˝”  amerykańskiego kompozytora Johna Cage’a, który z zamiarem jego napisania nosił się od lat. Wykonawcą kompozycji był młody pianista David Tudor, który zachowywał się zgodnie z konceptem twórcy: w oznaczonym na partyturze czasie opuszczał i podnosił klapę klawiatury instrumentu, sygnalizując w ten sposób trzy kolejne części. Po ostatniej zbulwersowana widownia zaczęła głośno dyskutować o tym, co zobaczyła. Właśnie to przyglądanie się – zamiast słuchania, bo przecież przestrzeń była pełna odgłosów dobiegających spoza budynku i od strony audytorium –  zarzucił jej potem Cage.

Pięćdziesiąt lat później publiczność zdawała się już bardziej doceniać podobne poszukiwania artystyczne. W  2005 roku do kin trafił niemiecki dokument w reżyserii Philipa Gröninga „Wielka cisza”, opowiadający o klasztorze Kartuzów położonym we francuskich Alpach, niespełna 30 km od popularnego ośrodka sportów zimowych Grenoble. Ponaddwugodzinny film, w którym jedynym dźwiękiem były śpiewy mnichów, nie tylko spodobał się widzom, ale i otrzymał dwie ważne nagrody: Europejską Nagrodę Filmową oraz Nagrodę Jury w konkursie Kino Światowe na festiwalu Sundance. Wygląda na to, że w naszych niespokojnych czasach coraz więcej osób zwraca się ku ciszy. I nic dziwnego, skoro – jak twierdzi Eckhart Tolle, jeden z najbardziej wpływowych nauczycieli duchowych – to ona jest naszą prawdziwą naturą.

W 2013 roku w SENSie, gdy nie pracowałam jeszcze w redakcji, ukazał się wywiad z ówczesnym opatem klasztoru w Tyńcu. Benedyktyni nie składają ślubów milczenia, ale to podstawowy element w ich formacji duchowej, który znalazł się w regule opracowanej przez założyciela zgromadzenia, św. Benedykta z Nursji. Nic dziwnego, ponieważ w tradycji monastycznej milczenie jest głęboko zakorzenione, jego początki sięgają pierwszych wieków chrześcijaństwa i tradycji tzw. ojców pustyni, którzy upatrywali w nim nade wszystko możliwość lepszego usłyszenia głosu Boga, ale też uwolnienia się od pokusy popełniania grzechów mową. We wspomnianym wywiadzie ojciec Bernard Sawicki jako przykład przywołuje „krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych”. „Cisza to wyraz pokoju” –  dodaje. A tego przecież pragniemy wszyscy!

Walenie serca, szum krwi

Doświadczenie „4´33˝” utwierdziło Johna Cage'a w przekonaniu, że całkowita cisza nie istnieje. To samo, już z naukowego punktu widzenia, twierdzi Mylènse Pardoen z Instytutu Studiów nad Człowiekiem w Lyonie. Na szczęście, można by powiedzieć, bo już nawet pobyt w tzw. komorach bezodbiciowych, czyli specjalnie wygłuszonych pomieszczeniach do testowania głośności, przyprawia ludzi o szaleństwo.

Powieściopisarz George Foy tak wspomina swój pobyt w laboratoriach Orfield w Minnesocie, gdzie znajduje się drugie z kolei (po nowo otwartym laboratorium firmy Microsoft w Redmond w stanie Waszyngton) najcichsze miejsce na Ziemi: „Kiedy zamknęły się za mną drzwi, zatopiłem się w ciemności (światła mogą wytwarzać hałas). Przez kilka pierwszych sekund czułem, że tak spokojne miejsce jest jak nirwana, jak balsam na moje stargane nerwy. Starałem się usłyszeć cokolwiek i… nie słyszałem nic. Po jakiejś minucie czy dwóch zauważyłem, że oddycham, więc wstrzymałem oddech. Potem doszedł do mnie głuchy odgłos bicia serca – z tym nic nie mogłem zrobić. Wraz z upływem kolejnych minut usłyszałem szum krwi płynącej w żyłach. W cichym miejscu słuch się wyostrza, mój pracował ponad wszelką normę. Zmarszczyłem czoło i usłyszałem, jak skóra głowy przesuwa się po czaszce, co wydawało dziwaczny upiorny metaliczny dźwięk, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Doznałem halucynacji? Poczucie spokoju ustąpiło miejsca rozczarowaniu – to miejsce wcale nie było ciche”.

Trud odosobnienia

Organizowane w różnych nurtach duchowości odosobnienia cieszą się dużą popularnością, lubię ciszę, więc od dawna wybierałam się na jedno z nich. Trochę jak sójka za morze. Aż do chwili, gdy pewnego dnia – podejmując decyzję w ostatniej chwili – znalazłam się w jednym z ośrodków rekolekcyjnych oo. jezuitów.

Z przekazów innych uczestników wiem, że zazwyczaj przejście w stan milczenia poprzedza wprowadzenie. Ponieważ jednak wraz z kilkorgiem osób dołączyliśmy do grupy, która rozpoczęła swoje skupienie kilka dni wcześniej, wpadłam od razu na głęboką wodę. Już pierwszy posiłek na miejscu odbywał się w ciszy, przerwanej bardzo krótkim komunikatem ojca prowadzącego skupienie. Ale – jak się okazało – to wcale nie brak możliwości rozmowy okazał się największym problemem.

Podczas naszych dni skupienia nie dążyliśmy do osiągnięcia idealnej ciszy wokół, a do osiągnięcia ciszy wewnętrznej, także poprzez milczenie. Nie tzw. znaczące, które zwiastuje kryzys w relacji ani wstydliwe czy zalęknione milczenie ofiary, lecz świadome powstrzymanie się od mówienia, także przez telefon, w zaciszu pokoju czy na spacerze. Z mojej perspektywy było to najłatwiejsze, bo i sama na co dzień często wybieram ciszę: w domu nie mam telewizora ani radia, za pośrednictwem Internetu słucham i oglądam tylko to, co chcę, i szczerze mówiąc, mam nawet problem z zaśnięciem, gdy na wakacjach trafiam na pokoje z oknami wychodzącymi na ulicę.

Trudne nie było nawet to, że wzajemnie się nie pozdrawialiśmy, nie pytaliśmy, czy wszystko dobrze, i nie proponowaliśmy herbaty podczas posiłków – choć przyznaję, że z początku wydawało mi się to nienaturalne i jakby niegrzeczne. Prawdziwym, wielkim wyzwaniem było wyciszenie wewnętrzne. Miałam wrażenie, że niezajęty mówieniem umysł w każdej, dosłownie w każdej jednej chwili produkuje tysiące niepowiązanych myśli. Prawdziwy atak przypuszczały one, gdy rozpoczynaliśmy medytację – niepokoiłam się upomnieniem o zwrot książek z biblioteki, prowadziłam wyimaginowane dialogi, odpowiadałam w myśli na maile, myślałam o pracy, rodzinie, robiłam plany na wakacje... „To normalne – uprzedził nas wcześniej jezuita prowadzący dni skupienia – najważniejsze, to jak najszybciej uchwycić ten moment i powrócić do modlitwy, dla której tu jesteście”. Normalne i bardzo powszechne – jak się okazało po zakończeniu skupienia, gdy wielu uczestników podzieliło się wrażeniami.

Moje odosobnienie trwało trzy dni, z których każdy był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zaczęło się od krótkiego treningu oddechowego, podstawy każdej medytacji. Pierwsza sesja trwała 10 minut, kolejne o pięć minut dłużej – mieliśmy nie kontrolować zegarków i czekać na sygnał końca. Pomiędzy sesjami robiliśmy krótkie przerwy, cały czas w skupieniu, tylko po to, by wyrwać z odrętwienia nieprzyzwyczajone do siedzenia w całkowitym bezruchu ciała. Doświadczenie innego upływu czasu, gdy pozostaje się z zamkniętymi oczami w ciszy, znane jest każdemu, kto kiedykolwiek medytował. Nakaz milczenia sprawia, że nie można się od razu wygadać i dłużej zachowujemy je w sobie.

Ojciec rekolekcjonista z dużą uważnością uczulał nas zresztą na to, by powstrzymać się od mówienia nawet w tzw. dobrej wierze, gdy cisza może w gwałtowny sposób wyzwolić u kogoś długo tłumione emocje. To dało mi do myślenia, jak bardzo słowem, okrzykiem czy głośnym komentarzem możemy nieświadomie naruszyć czyjąś przestrzeń i jego spokój wewnętrzny...  Nie mam już wątpliwości, że milczenie uwrażliwia na innych.

Tęsknota za milczeniem 

„Poszukiwanie ciszy zmieniło moje życie. Zrozumiałem, że pozostawienie przestrzeni na chwile ciszy w ciągu dnia to klucz do szczęścia – dają możliwość do zastanowienia się, czego chcesz w życiu. Jak możesz naprawdę skupić się na czym ważnym, jeśli jesteś rozpraszany przez ciągły hałas w tle? Jeśli możesz co jakiś czas stać się panem dźwięku we własnym otoczeniu – począwszy od wyłączenia telewizji aż do przeprowadzki na wieś, jak ja zrobiłem – o wiele łatwiej akceptujesz codzienny gwar” – mówił George Foy. A ten będzie tylko głośniejszy, bo żyjemy w erze kakofonii: dookoła nas co chwila rozbrzmiewają dzwonki i powiadomienia telefonów, do tego nieprzerwany hałas samochodów,  rozmowy w autobusie czy tramwaju, głośna muzyka w sklepach i centrach handlowych. Jak najczęściej staram się być panią dźwięków we własnym domu, ale wciąż tęsknię za całkowitym milczeniem. Następnym razem wybiorę się na dłużej.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzny spokój - jak go osiągnąć lub odzyskać?

Głęboki stan skupienia zwalcza stres i eliminuje lęki. Wiedzą o tym dobrze praktykujący regularnie medytację. (Fot. iStock)
Głęboki stan skupienia zwalcza stres i eliminuje lęki. Wiedzą o tym dobrze praktykujący regularnie medytację. (Fot. iStock)
Głęboki stan skupienia zwalcza stres i eliminuje lęki. Wiedzą o tym dobrze praktykujący regularnie medytację. Boisz się, że to nie dla ciebie? Za trudne, zbyt czasochłonne? Niepotrzebne. Na początek wystarczy, że codziennie posiedzisz kilka minut w ciszy. Zdaniem Pauliny Młynarskiej nic tak nie buduje poczucia własnej wartości i dystansu do tego, co się dzieje wokół.

"W każdym z nas drzemią źródła spokoju i zadowolenia – bez względu na to, jak bardzo czujemy się uwięzieni i rozdygotani wewnętrznie. Spokój i zadowolenie tylko czekają na wyzwolenie z klatki, w której zamknął je nasz chaotyczny sposób życia, niepozwalający nawet na chwilę wytchnienia” – piszą Mark Williams, autor terapii poznawczej opartej na uważności, i dziennikarz Danny Penman w książce „Mindfulness. Trening uważności”. Ich zdaniem kluczem do tej klatki jest właśnie medytacja, którą rozumieją jako skupienie całej uwagi na jednej rzeczy, na przykład na tym, jak oddech wpływa do ciała i z niego wypływa. Tylko tyle i aż tyle. Dzięki temu skupieniu możemy bowiem zaobserwować, jakie myśli pojawiają się w naszej głowie, i zrezygnować z walki z nimi. Widzimy, że przychodzą i odchodzą z własnej woli, czyli że my to nie nasze myśli. Co więcej, możemy zaobserwować własne uczucia i doznania. I dojść do wniosku, że nimi również nie jesteśmy. Bo zarówno te przyjemne, jak i te mniej – też mijają. Przypływają i odpływają. Ta obserwacja, to odkrycie i to doświadczenie – przynoszą nam spokój i ukojenie.

Medytacja uczy nas tego, że kiedy w powietrzu wisi niepokój i stres, nie musimy ich brać do siebie, a jedynie obserwować, niczym ciemne chmury na niebie. Bo nieszczęście też minie. Przede wszystkim jednak medytacja pozwala nam po prostu być, trwać – bez osądzania, bez krytyki, w pełni współczucia wobec siebie i empatii dla świata. A bardzo tego obecnie potrzebujemy.

Własna cisza

Wokół medytacji narosło wiele mitów: że jest trudna, wymagająca, czasochłonna. Że to tak naprawdę wschodnia praktyka religijna. Albo że zamiast dodawać energii, otępia i wyłącza nas z życia. Mark Williams rozwiewa je po kolei.
  • Po pierwsze, medytacja to trening umysłu – praktykują ją ludzie religijni, ale też ateiści i agnostycy.
  • Po drugie, możesz medytować wszędzie, w każdej pozycji i w każdych warunkach.
  • Po trzecie, medytacja raczej wyzwala z presji czasu niż ją tworzy, liczy się bardziej regularność praktyki niż długość.
  • Po czwarte, nawet jeśli czujesz, że ci nie wychodzi – coś dzięki niej zyskujesz, dowiadujesz się bowiem, jak działa twój mózg.
  • I wreszcie – medytacja pozwala ci ujrzeć świat wyraźniej, a w związku z tym podejmować mądrzejsze i bardziej przemyślane działania w celu zmiany tego, co można zmienić.
Paulina Młynarska, dziennikarka, która praktykuje jogę i jej uczy, woli nazywać medytację „byciem w swojej ciszy”. Jej zdaniem regularne zanurzanie się w takiej ciszy przynosi nam dwa niesamowite, namacalne skutki. Pierwszy: podnosi nam IQ. Mamy lepsze, bardziej precyzyjne wnioskowanie, prawdopodobnie dlatego, że mózg nie jest zalewany przez chwilę hormonami stresu ani przyjemności – i uzyskujemy dostęp do tych jego obszarów, które działają tylko na spokojnie. Druga korzyść jest taka, że rośnie nasze poczucie własnej wartości. Wiemy, że nie jesteśmy już byle listeczkiem na wietrze, że potrafimy oprzeć się naporowi myśli i bodźców z zewnątrz. I to nas niesamowicie buduje.

Dlaczego więc medytują tylko nieliczni? Czyżby spokój umysłu był dostępny jedynie najbardziej zaawansowanym? Cóż, to rzeczywiście wymaga pracy i zaangażowania. W jodze stan medytacji nazywa się Dhyana i poprzedza on oświecenie, czyli Samadhi, ostatnie stadium ośmiu praktyk jogicznych. – Kiedy osiągamy Dhyanę, rozpuszczają się wszystkie nasze myśli, jesteśmy w stanie pełnej jedności ze wszystkim, a jednocześnie pustki. I choć ten stan bywa osiagalny dla niektórych osób w sposób spontaniczny, zwykle wymaga długotrawałej praktyki – mówi Paulina Młynarska. Natomiast to, co jest dostępne każdej i każdemu z nas, bez pomocy mistrzyni lub mistrza, zaraz i teraz – to „własna cisza”. – Aby w nią wejść, wystarczy odpuścić sobie wszystkie wyobrażenia na temat tego, czym ma być medytacja, i po- wiedzieć sobie, że po prostu przez kilka minut dziennie – 3, 5 lub 10 – będę siedzieć we własnej ciszy. Kropka – mówi Paulina.

Podczas takiego bycia ze sobą w ciszy może nam się zdarzyć, że doświadczymy mocnego ukorzenienia – poczucia, że przynależymy do tu i teraz, że wszystko jest na właściwym miejscu. – W jodze to są zwykle stany okołomedytacyjne albo wstęp do właściwej medytacji – tłumaczy Paulina. Niemniej jednak taki wstęp już przynosi ukojenie dla myśli i uczuć.

Niewiele potrzeba

„Nie musisz siedzieć na podłodze po turecku, chyba że tak ci po prostu wygodnie. Większość uczestników zasiada do medytacji na krzesłach” – piszą Williams i Penman. Niektórzy próbują medytować na ławce w parku, podczas spaceru czy jazdy pociągiem. Możesz też usiąść przy ścianie z podpartymi plecami i poduszką pod pupą. Następnie zamknij oczy i umów się ze sobą, że przez kilka chwil – na początku wystarczy 30 sekund lub minuta – jesteś sobie w swojej ciszy.

– Oczywiście bardzo szybko okazuje się, że tam żadnej ciszy nie ma, że tam się odbywają niezłe harce – mówi Paulina Młynarska. – I nie da się ich ukrócić, a przynajmniej jest to bardzo trudne dla kogoś, kto robi to pierwszy raz.

Co wtedy? Paulina podsuwa wskazówki z ośmiu praktyk klasycznej jogi.

Pierwsza to Pratyahara, wycofanie zmysłów do wnętrza. – Czyli niejako odkręcamy nasze wewnętrzne oko do środka, wchodzimy w siebie, w swój wewnętrzny świat, wycofujemy swoje zmysły, staramy się nie skupiać na tym, co na zewnątrz – tłumaczy. Najpierw jednak skanujemy to, co jest na zewnątrz: jaka jest temperatura powietrza, co nas otacza, na czym siedzimy, jakie odgłosy do nas docierają. Chodzi o to, żeby wysłać mózgowi informację, że jesteśmy w bezpiecznym miejscu i że on może puścić kontrolę.

Druga praktyka, Dharana oznacza jednoprzedmiotowe skupienie uwagi. Można skupić uwagę na oddechu, można obserwować, jak wchodzi i wychodzi z ciała, niektórym pomaga liczenie oddechów. Można skupić się na punkcie między brwiami lub punkcie na sercu. W niektórych szkołach wyobraża się jakiś symbol lub powtarza się w głowie mantrę np. Om. – Chodzi o to, żeby nauczyć nasz mózg, czyli tę skaczącą z gałęzi na gałąź małpkę, aby na chwilę przestała biegać i skakać – tłumaczy Paulina. – Oczywiście ona skupi się pewnie góra na cztery sekundy, a potem zacznie wymyślać różne zadania. Kiedy chcesz pobyć w ciszy, małpka najbardziej nawija. Mnie na przykład wtedy przychodzą najlepsze pomysły na felietony. Tak jakby ta małpka się przede mną popisywała i mówiła: „Zobacz, jaka inteligentna jesteś, co tak tu siedzisz bez ruchu? Zapisz sobie ten pomysł”.

W jodze nazywa się tę małpkę też „uciążliwym współlokatorem“ – wprawdzie dużo nam pomaga: rezerwuje bilety, pamięta o wizytach u lekarza itd., ale do tego non stop nadaje, a jeśli już nie ma innego pomysłu, to na przykład śpiewa... – Mnie od kilku tygodni włącza tę znaną z Internetu dziecięcą piosenkę „Koronawirusie, chcesz dostać tu się” – zadręcza mnie nią bez przerwy – śmieje się Paulina. Więc kiedy pojawiają się tego typu natrętne myśli, można powiedzieć im: „nie to”. I wrócić do skupienia na oddechu. Pozwolić, by wszystko to, co ma się zadziać w naszym ciele, po prostu się zadziało, przepłynęło. – Wówczas dzieje się rzecz absolutnie fenomenalna: ta nasza małpka też może sobie trochę odpocząć! I uczy się, że to jest fajne. Czasami mówię na warsztatach: „Wyobraźcie sobie, że przez 30, 50, 20 sekund świat sobie bez was poradzi” – opowiada Paulina. I przekonuje, że jeśli doświadczy się głębokiego spokoju przez 30 sekund, to staje się on naszym zasobem. Już wiemy, że potrafimy. A to daje poczucie sprawczości i ogromnej siły. Jak piszą Williams i Penman, „daje początek procesowi przywracania kontroli nad życiem”.

Paulina Młynarska, pisarka, felietonistka, podróżniczka, feministka i certyfikowana nauczycielka jogi. Żyje między Azją (Indie, Nepal, Bali), dokąd zabiera kobiety w podróże połączone z praktyką jogi a Kretą, gdzie obecnie mieszka. Jej najnowsza książka to „Zmierzch lubieżnego dziada. Felietony po #meetoo” (wyd. Prószylński i S-ka).

Minutowa medytacja dla początkujących

  • Usiądź prosto na krześle z wysokim oparciem. Nieco odsuń od niego plecy, aby wspierały się na kręgosłupie. Wyprostuj je. Stopy mogą spoczywać płasko na podłodze. Zamknij oczy lub spuść wzrok.
  • Skup się na swoim oddechu: na tym, jak powietrze wpływa do twojego ciała i wypływa z niego. Bądź w kontakcie z odczuciami płynącymi z każdego wdechu i wydechu. Obserwuj oddech, nie czekając na żadne wydarzenie. Nie ma potrzeby, by go w jakikolwiek sposób zmieniać.
  • Po chwili twoje myśli zaczną zmierzać w różnych kierunkach. Kiedy to zauważysz, delikatnie skieruj uwagę z powrotem na oddech. Nie karć się za to.
  • Twój umysł może stać się tak spokojny jak tafla stawu – lub nie. Poczucie całkowitego wyciszenia, nawet jeśli się pojawi, może być bardzo ulotne. Jeśli cię to zezłości lub rozdrażni, zauważ, że to uczucie też może być ulotne. Cokolwiek się zdarzy, pozwól, by było takie, jakie jest.
  • Po minucie otwórz oczy i ponownie zobacz pokój, w którym się znajdujesz.
Źródło: M. Williams, D. Penman „Mindfulness. Trening uważności" (wyd. Samo Sedno)

  1. Psychologia

Cisza... Dlaczego się jej boimy i co może nam dać?

fot. iStock
fot. iStock
Upragniona, ale jakże często przerażająca. Przestrzeń, w której  spotykasz się z prawdziwą sobą, ale też z drugim człowiekiem, gdzie możesz oswoić swoje lęki. Ten tekst powstał w ciszy. I do ciszy zachęca. Z Kasią Bem, nauczycielką jogi i medytacji, rozmawia Jolanta Maria Berent.

W jednym z wierszy Wisława Szymborska pisze, że gdy wymawiamy słowo „cisza”, niszczymy ją...
Może puste strony zostawić? Byłoby to wymowne. Z prośbą o ciszę.

Coraz trudniej o nią prosić: niemal każda przestrzeń publiczna zdominowana jest przez głośne rozmowy, komórki, telewizory, radia. To takie męczące!
Dwa lata temu byłam z przyjaciółmi w Amsterdamie. W miejscowej kolejce ktoś poprosił, żebyśmy zamilkli, a nie rozmawialiśmy szczególnie głośno. Pokazano nam tabliczkę – to był przedział, w którym się nie mówiło. Przedział ciszy. Byłam bardzo poruszona tą ideą, pomyślałam, że fantastycznie byłoby wprowadzić to do Polski. Zresztą niedawno jechałam Pendolino i dowiedziałam się, że wagony numer 7 mają być takimi wagonami ciszy. W Amsterdamie miałam możliwość sprawdzić, jak to działa. Odcinając się od stymulacji, jaką jest komunikacja z innymi, mogłam wrócić do siebie, wyciszyć się, skupić. Zaczęłam zauważać urocze krajobrazy, architekturę, zieleń. Ta krótka przejażdżka stała się nagle taką podróżą odkrywcy. Znalazłam się w innym świecie, inne zmysły zostały uruchomione. Cisza stała się tłem do obserwacji, pozwoliła dostrzec wiele ciekawych szczegółów.

Czym jest dla ciebie cisza?
Bardzo ważnym elementem życia, absolutnie niezbędnym do tego, żeby nawiązać naprawdę głęboki kontakt ze sobą. Cisza towarzyszy mi na co dzień, nie tylko podczas odosobnień medytacyjnych. Również w mojej przestrzeni życiowej jest cicho – nie ma telewizora, rzadko pojawia się radio. To pozwala mi doświadczać samej siebie, sprawdzać na bieżąco, co we mnie siedzi. Ten świat wewnętrzny jest bardzo zajmujący, to tam rodzą się różne działania, które ze mnie wychodzą. Cisza jest naszym naturalnym stanem, tyle że – stymulowani wciąż wszelkiego rodzaju zgiełkiem – zatracamy umiejętność funkcjonowania w niej. Kiedy jesteśmy z nią konfrontowani, pierwszą naszą reakcją jest lęk, niepokój, dyskomfort, bo oto nagle zabrano nam coś, na czym opieramy nasze bycie w świecie czy nawet myślenie o sobie. Cisza zmusza do wejrzenia w siebie, do zastanowienia się, co odczuwamy w danym momencie, w związku z daną sytuacją, z człowiekiem, z tym, co robimy. To, co się wyłania, nie zawsze nam się podoba, czasem bywa wręcz bardzo niewygodne.

Cisza jako sojuszniczka prawdy...
Absolutnie tak! Cisza jest niezbędna do tego, żeby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, które od zawsze brzmią tak samo: Kim jestem? Czego pragnę? Co jest dla mnie ważne? Szkoda, że tak trudno nam odnaleźć się w tej przestrzeni...

Myślę, że mamy ambiwalentny stosunek do ciszy. Jesteśmy jej spragnieni, ale też budzi w nas lęk. Jakby coś demaskowała. Kiedyś w kawiarni poprosiłam kelnerkę, żeby ściszyła, a najlepiej wyłączyła telewizor. Odpowiedziała zakłopotana: „Mogę to zrobić, ale mamy zepsutą wieżę. Jak wyłączę telewizor, nie będzie nic”. To „nic” bywa przerażające.
Chociaż tak naprawdę dużo w sobie kryje. Okazuje się, że nie ma tam pustki, tylko mnóstwo emocji, myśli, wspomnień, pragnień. Wchodząc w ciszę, jesteśmy dosłownie zalewani tym, co jest w środku – w teorii medytacji nazywa się to wodospadem myśli. Tam jest jak na środku ruchliwego skrzyżowania! Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, na początku trudno nam wytrzymać ze sobą w tym wewnętrznym hałasie.

Może, przeczuwając to, wolimy hałas zewnętrzny? Kompozytor John Cage stworzył muzykę, w której pojawiają się długie pauzy. Okazało się, że widownia nie potrafi poradzić sobie z ciszą. Zaczyna się pokasływanie, szeptanie, szuranie.
.. Pamiętam, jak podczas Dni Medytacji organizowanych przez SGH jechałam metrem, by poprowadzić tam wykład. Uderzyła mnie nieprawdopodobna stymulacja, tylko w jednym niewielkim wagonie: liczba reklam, ruchomych paneli, ludzi bawiących się komórkami, iPadami. Wszyscy zajęci jakimś działaniem. Do tego jeden z ekraników wyświetlił hasło telefonii komórkowej: „Masz telefon z Internetem, możesz wszystko!”. Wywołało to we mnie przerażenie: jaki to straszny komunikat! Z mojego punktu widzenia – osoby, która uczy medytacji – hasło, jakie należałoby zaproponować światu, to: „Masz spokojny umysł, możesz wszystko!”.

Właśnie, ten wiecznie opowiadający umysł…
Umysł opowiada niezwykle zajmujące historie i wyczynia z nami, co chce. Tak jakby rydwanem kierowały rozszalałe konie, a nie ten, kto nim powozi. W ciszy mamy okazję zobaczyć, jak te wytwory umysłu zmieniają się z sekundy na sekundę. To, co dzieje się w naszej głowie, to istna galopada różnych stanów. Myślimy o obiedzie, żeby za chwilę dokonać analizy przedwczorajszej randki, wybiec do rozmowy, która ma się dopiero odbyć, a za moment wrócić do czytanego artykułu. Wciąż jesteśmy miotani tymi wiatrami umysłu. Dzięki praktykom dyscyplinującym go, takim jak medytacja czy trening uważności, zyskujemy wgląd w to, jak ten umysł działa, co produkuje. Przestajemy przywiązywać się do jego wytworów.

Bo wyłączyć go, uciszyć i tak się nie da...
Równie dobrze moglibyśmy chcieć, aby znieruchomiał ocean. Natomiast możemy poddawać go stałej obserwacji i treningowi, żeby nie powiedzieć tresurze. Po jakimś czasie umiemy się nim posługiwać, wykorzystywać go do swoich potrzeb. Ujeżdżając umysł, sprowadzamy go do roli narzędzia, którym sprawnie się posługujemy. Temu służy na dłuższą metę medytacja. Osoba o takim „wymedytowanym” umyśle nie pozwoli sobą manipulować – zna siebie na tyle dobrze, że trudno jej coś narzucić. Mieszka w niej spokój. Nawet jeśli umysł znów zacznie wierzgać, rozpoznajemy jego wyskoki, wiemy, co się uruchomiło – jakie zachowanie, wzór. Oczywiście, różne lęki, niepokoje, myślowe czy emocjonalne demony – nadal mogą nas nawiedzać. Ale wtedy witamy je z łagodnym uśmiechem: „Cześć, stary, to ty, znowu wpadłeś... Chcesz pogadać?”. Przebywanie w ciszy czy medytowanie można porównać do wzbijania się samolotu do lotu. Podczas startu musi przebić się przez warstwę chmur, żeby znaleźć się w bezgranicznej przestrzeni, którą jest nasz wewnętrzny spokój. Ciemne chmury to metafora myśli, emocji – tego, co nami miota. Kiedy medytujemy, wznosimy się ponad to wszystko, patrzymy z innego pułapu – oglądamy nasze myśli niczym pasażer Boeinga ogląda chmury, nad którymi jest wielka, nieskończona przestrzeń. Każdy ma to w sobie, tylko że gdy patrzymy z dołu, te chmury przerażają nas: może lunąć deszcz, rozpętać się burza z piorunami. Ale jeśli uda nam się przedrzeć przez tę warstwę – która zresztą jest bardzo cienka – przekonujemy się, że nie ma się czego bać.

Podczas takiego startu, przebijania się, trzeba wprowadzić silnik na wysokie obroty. To wymaga dużych nakładów energii.
Mało tego – nierzadko pojawiają się turbulencje, co na warsztatach medytacyjnych objawia się na przykład wybuchami płaczu. Tłumione przez wiele lat sprawy zaczynają wynurzać się na powierzchnię. Mogą to być jakieś traumatyczne doświadczenia, kompletnie wyparte, które w tej cichej przestrzeni ujawniają się z całą siłą. Ale finalnie wszystko doprowadza nas do spokojnego lotu i bezpiecznego lądowania.

To znaczy?
Efektem dłuższej praktyki medytacyjnej jest umiejętność bycia ze wszystkim, co nas otacza. Jeżeli jesteśmy spokojni, prawie nic na zewnątrz nie może tego spokoju zburzyć. Stąd historie, że podczas relaksu, po sesji medytacyjnej, coś spada z hukiem na podłogę sali i nikt nawet nie drgnie. Sama przeżyłam w Kalifornii trzęsienie ziemi, leżąc w relaksacji. Ziemia się poruszyła, a my nie. Praktykujemy po to, żeby była w nas zgoda na wszystko, co jest wokół: na dźwięki, na drugiego człowieka, na różne sytuacje życiowe. Rozpuszczamy w sobie rozdrażnienie, napięcia, lęki – to wszystko odpuszcza. Ta praca przypomina powolne przecieranie zakurzonego lustra. Zaczynamy widzieć wyraźniej, więcej. I nawet jeśli to czyste lustro pokaże nam bardzo szpetne obrazki, zmusi do pracy nad sobą, zachęcam do tego wysiłku, bo świat oglądany czystym okiem jest fascynujący. Ale przyznaję: cisza jest dla odważnych.

Dla tych, którzy nie boją się samotności...
W końcowym rozrachunku zawsze zostajemy sami i lepiej, żebyśmy mieli to oswojone zawczasu, bo takie ostateczne oparcie można znaleźć tylko w sobie. Dzięki treningowi, jakiemu poddaliśmy umysł, wiemy już, że to, co się nam przydarza w życiu, podlega nieustającej zmianie. Każdy stan mija: ten, który interpretujemy jako przyjemny, i ten trudniejszy. Nie warto przywiązywać się ani do jednego, ani do drugiego.

Właśnie tego przemijania się boimy!
Tak, to podstawowy lęk każdego człowieka. Oswojenie tego lęku sprawia, że stajemy się wolnymi, nieustraszonymi ludźmi, korzystającymi z tego, co przynosi życie, bez kurczowego trzymania się tego, co jest nam dane. Umiejętność przyjęcia tego, co nieuchronne, ze spokojem, godnością, sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi.

Czyli cisza jako nauczycielka oswajania śmierci?
Też, chociaż to stan niezwykle żywotny – nie tylko ze względu na wspomniany wcześniej wodospad myśli. Cisza bywa bardzo głośna. W miejscach uważanych powszechnie za ciche – w lesie, w górach, nad jeziorem – odkrywamy często prawdziwą kakofonię dźwięków. To istny koncert – od świergotu ptaków, przez kumkanie żab, po szum wiatru. Oczywiście, te dźwięki działają na nas inaczej niż wycie alarmu samochodowego czy odgłosy kłótni. Ja w każdym razie kojarzę ciszę z życiem.

Jest twórcza...
W ciszy zaczynamy dotykać tego, co istotne. Cisza stwarza przestrzeń do tego, żeby zobaczyć najpierw siebie, a potem też drugiego człowieka i cały świat. Bez przekłamania, bez zniekształceń.W dużo ostrzejszych kolorach.

Cisza to też bliskość, intymny kontakt z drugą osobą. Mówimy czasem, że lubimy z kimś pomilczeć. Cisza może być elementem weryfikującym relacje.
W ciszy spadają wszystkie maski, jesteśmy całkowicie odkryci, nadzy. Stajemy przed sobą tacy, jacy jesteśmy, i to jest rzeczywiście największa próba dla bliskiej relacji – na ile czujemy się z kimś komfortowo w ciszy. Ta komunikacja odbywa się w zupełnie inny sposób. Wyraźnie widać to podczas odosobnień, kiedy rezygnujemy nawet z tak zwanego mówienia funkcjonalnego: nie prosimy na przykład o podanie czegoś, bo wychodzimy z założenia, że taką potrzebę można zauważyć. Język komunikacji niewerbalnej jest bardzo bogaty. Wymaga to, oczywiście, uważności – bez niej trudno wyłowić szczegóły. Ale, jeśli jesteśmy uważni, jeśli wsłuchamy się trochę w drugiego człowieka, wszystko staje się jasne: jego gest, mrugnięcie powieką, jego wyciągnięcie dłoni sprawia, że chwytamy za solniczkę, bo jest dla nas oczywiste, że chce po nią sięgnąć.

Czy osoba żyjąca w zgiełku i pragnąca zaprzyjaźnić się z ciszą powinna zachować jakieś środki ostrożności?
Pamiętam znajomą, która uczestniczyła wraz ze mną w odosobnieniu medytacyjnym. Aktywna bizneswoman pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Opowiadała mi potem, że to było doświadczenie na granicy wytrzymałości. Została na dwa dni, ale kompletnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Bezruch, cisza okazały się wielkim wyzwaniem. Co nie przeszkodziło jej wrócić w następnym roku na 7-dniowe warsztaty. Ciszy nie da się przedawkować, każdy jest w stanie ją wytrzymać, choć dla niektórych to trudne. Dobrze jest zacząć od 5-minutowych medytacji porannych czy wieczornych albo zadawania sobie co jakiś czas pytań: O czym teraz myślę? Co czuję? Co się teraz ze mną dzieje? To takie znaki stopu, które pomagają skierować uwagę na siebie, zorientować się, w jakim miejscu jesteśmy. Można, oczywiście, planować sobie całe godziny czy dni ciszy, całe weekendy... Albo przynajmniej wyłączyć telefon. Zarządzić dzień bez telewizora.

Katarzyna Bem - nauczycielka jogi i medytacji, autorka książki „Happy detoks”, prowadzi spotkania i warsztaty, na których uczy ludzi przestawiać się na zdrowszy tryb życia.

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.