1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lęk - rozpoznaj zagrożenia

Lęk - rozpoznaj zagrożenia

Z psychologicznego punktu widzenia to fascynujący stan emocjonalny. Ma negatywne zabarwienie, towarzyszy mu uczucie niepokoju, napięcia. Potrafi też jednak mobilizować i chronić nas przed pochopnymi decyzjami.

Lęk przeżywamy całym sobą, od wyraźnych odczuć na poziomie ciała, przez zmiany w procesach poznawczych (uwadze, pamięci, myśleniu), na sposobie zachowania kończąc.

Mówimy o nim, że jest wszechogarniający, dojmujący, że nami włada czy nas paraliżuje. Nad lękiem trudno jest panować, wymyka się nam spod kontroli. To właśnie z jednej strony brak obiektu wywołującego utrudnia zapanowanie nad lękiem, bowiem jeśli nie wiem, co wywołuje ów stan, to jak mu zapobiec? Z drugiej strony biologiczne podstawy lęku powodują, że jego regulacja jest tak trudna.

Zaczyna się w mózgu

Lęk jest konsekwencją aktywacji określonych obwodów neuronalnych w naszym mózgu, które tworzą podstawy pamięci emocjonalnej opisanej w fascynujący sposób przez Josepha LeDoux, profesora neurologii i psychologii. Za wszystkie fizjologiczne objawy lęku, takie jak drżenie dłoni czy głosu, przyśpieszone bicie serca, odczucie motyli w żołądku, odpowiedzialna jest aktywacja układu limbicznego, w którego skład wchodzą między innymi ciało migdałowate i podwzgórze. Nasza kontrola nad funkcjonowaniem układu limbicznego jest niewielka, dlatego tak trudno panować nam nad cielesnymi objawami lęku.

Spróbujmy przyjrzeć się pamięci tak traumatycznego zdarzenia, jakim jest wypadek. Po latach szczegółów wypadku możemy już nie pamiętać, ale widok np. niebieskiego samochodu natychmiast aktywuje obwód pamięci emocjonalnej i uruchamia somatyczną reakcję. Kluczowym procesem odpowiedzialnym za powstawanie takich obwodów pamięciowych jest warunkowanie opisane przez Iwana Pawłowa i Edwarda Watsona. Watson w słynnym eksperymencie nad warunkowaniem lęku, w którym wziął udział mały Albert, pokazał, że ukochany pluszowy króliczek może zamienić się w maskotkę wywołującą paniczny lęk. Ilekroć Albert brał ulubionego króliczka do ręki, rozlegał się głośny nieprzyjemny dźwięk wywołujący strach. Króliczek zaczął Albertowi kojarzyć się z czymś przerażającym. Odtąd sam widok maskotki wywoływał lęk. Co więcej, okazało się, że przedmioty podobne do króliczka, jak np. biały miękki koc, również budziły niechęć.

Podobnie jest z niebieskim samochodem – wywołał reakcję w naszym ciele, przez co nabrał dla nas emocjonalnego znaczenia.

Zwykle jednak nie mamy świadomego dostępu do takich skojarzeń, dlatego odczucie lęku nie ma swojego wyraźnego obiektu, nie potrafimy wskazać, jaki element naszej pamięci jest odpowiedzialny za reakcję emocjonalną i somatyczną.

Pamięć emocjonalna

Kiedy zaczynamy odczuwać lęk lub mniej intensywną jego odmianę – niepokój, nasz system poznawczy przestawia się na tryb poszukiwania źródeł takiego stanu. Lęk bowiem mówi nam, że coś, nie wiadomo jednak co, jest nie tak, że coś nieokreślonego może nam zagrażać. Ta funkcja informacyjna lęku ma rozległe konsekwencje dla naszego funkcjonowania poznawczego. Uwaga zostaje nastawiona na wychwytywanie wszelkich sygnałów o potencjalnym zagrożeniu, działamy jak radar, stajemy się nadwrażliwi. Ponieważ źródło lęku jest nieokreślone, to owa nadwrażliwość staje się uogólniona.

Badania wykazały, że osoby odczuwające lęk szybciej rozpoznają słowa o zagrażającej czy negatywnej treści, co więcej, ich uwaga wyłapuje bodźce zagrażające, nawet jeśli nie są one przetwarzane w sposób świadomy. Wychwytujemy podświadomie sygnały niewerbalne, które mogą świadczyć o negatywnym stosunku do nas, a te, które są niejasne, interpretujemy jako bardziej zagrażające. Ktoś przekazuje nam jakąś informację dotyczącą strategii na jutrzejszy dzień, a my koncentrujemy się głównie na tym, czy przypadkiem nie ma tam ukrytych pretensji albo innych negatywnych sygnałów emocjonalnych, na przykład o braku sympatii. Łatwo nas urazić, łatwo nas zranić. Lęk powoduje, że w stanie gotowości są te elementy naszej pamięci, które zostały wcześniej skojarzone z lękiem. Nasz umysł, aby móc rozpoznać zagrożenie, musi mieć na podorędziu wszystkie przechowywane w pamięci zapisy zdarzeń zagrażających, swoistą kartotekę. Dlatego kiedy się boimy, mamy podświadomą gotowość do przypominania sobie różnych przerażających scen z filmów czy negatywnych wydarzeń z naszego życia. Nazywamy to w psychologii pamięcią zgodną z nastrojem. Efekt ten tłumaczy również, dlaczego tak trudno uwierzyć nam, że wszystko będzie dobrze, tak trudno przypomnieć sobie szczęśliwe chwile. Pamięć zdarzeń pozytywnych w lęku jest trudniej dostępna.

Poza tym, kiedy już nasz system poznawczy wyselekcjonuje owe zagrażające informacje, zaczynamy je uważnie przetwarzać. Wówczas trudno nam się skoncentrować na czymkolwiek innym, jesteśmy pochłonięci wewnętrznymi rozmyślaniami.

Panowanie nad lękiem

Takie drobiazgowe analizy często są drogą donikąd. Rozważanie w kółko różnych możliwych negatywnych scenariuszy zaczyna tworzyć mechanizm błędnego koła. Co by było, gdyby…. a dlaczego ona tak powiedziała, jak mogła… co ja jej takiego zrobiłem… co teraz będzie… czy sobie poradzę... Po takich rozważaniach, rozgrywających się tylko na planie naszego umysłu, okazuje się, że robimy z igły widły. Jeśli spojrzymy na ten mechanizm od strony ewolucyjnej, wydaje się on zrozumiały. Analizujemy sytuacje, scenariusze, gdyż usiłujemy dobrze zlokalizować źródło lęku, próbujemy odzyskać kontrolę. Opisany proces często jest jednak niefunkcjonalny. Grzęźniemy w rozmyślaniach, które psychologia określa mianem ruminacji. Prowadzi to w konsekwencji do wzrostu napięcia i często do zahamowania aktywności. Opracowanie planu działania staje się niemożliwe, nie możemy bowiem oderwać myśli od informacji budzących nasz lęk, jesteśmy sparaliżowani. Lęk bardzo silnie podkopuje nasze zaufanie do nas samych, stajemy się nadmiernie zależni od innych ludzi lub od sytuacji.

Warto w ogóle nie pozwalać sobie na takie ruminowanie. Dobrą blokadą jest postawienie sobie pytania na samym początku, kiedy tylko niepokój się pojawia: czego tak naprawdę się boję, o co chodzi? W odpowiedzi trzymajmy się konkretnych faktów i tego, co autentycznie przeżywamy. Tym mniejszy zasięg ma wówczas niepokój. Kiedy już wiemy, czego się boimy, możemy podjąć kolejne działania, co z tą sytuacją zrobić dalej.

Czy lęk ma więc jakiekolwiek pozytywne strony? Tak, pod warunkiem że przeżywany jest umiarkowanie i nie pozwalamy mu się rozrastać. Dzięki temu, że odczuwamy niepokój, mobilizujemy się do pracy. Znana jest też motywująca wizja piekła, wielu z nas dopiero za pięć dwunasta zabiera się do pracy. Stajemy się bardziej uważni i sumienni. Badania wykazały, że wśród osób o wysokiej inteligencji typy umiarkowanie lękowe są lepszymi pracownikami i trafniej analizują informacje. Dokładniej wykonują swoją pracę, są bardziej punktualne, odpowiedzialne, zaangażowane. Lęk chroni nas również przed podejmowaniem ryzykownych decyzji, mówi: zatrzymaj się, pomyśl, przeanalizuj, bo coś tu jest nie tak.

Patrząc z freudowskiego punktu widzenia, jest on podstawą kształtowania się superego, a zatem zapewnia proces socjalizacji. Jedna z hipotez tłumaczących psychopatyczne zachowania mówi o deficycie lęku. Jedne osoby cierpią na deficyty lęku, co jednak zdarza się dość rzadko, podczas gdy inne doświadczają lęku częściej i intensywniej niż większość. Różnimy się zatem nie tylko w zakresie tzw. stanu lęku (emocji przeżywanej w danej sytuacji), ale również tzw. cechą lęku, czyli osobowościowymi tendencjami do jego doświadczania. Osoby lękowe częściej reagują na nowe sytuacje niepokojem, mają tendencję do wycofywania się czy negatywnych interpretacji zdarzeń. Można powiedzieć, że łatwiej zaobserwować u nich opisane powyżej lękowe tendencje w procesach poznawczych.

Warto jednak pamiętać, iż zaprezentowany opis lękowych tendencji poznawczych jest typowy. Kiedy odczuwamy niepokój czy lęk, wszystko zaczyna wyglądać przerażająco i przychodzą nam do głowy same negatywne myśli. Nie znaczy to jednak, że taka jest prawda, że tak czarna jest rzeczywistość, a my sami tak beznadziejni. To jedynie dowód na to, że lęk wpływa w ten sposób na procesy poznawcze. Ten efekt minie, kiedy przestaniemy odczuwać niepokój.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Psychologia

Jak pokonać wewnętrzne demony i uzdrowić swój świat?

Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi. (Fot. iStock)
Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi. (Fot. iStock)
Globalne demony wyrastają z osobistych. To właśnie one powodują bezmiar cierpienia w postaci wojen, dyskryminacji, chciwości, nienawiści, niszczenia środowiska, głodu i chorób. To, co nieuzdrowione w nas, pojawia się jako zewnętrzny demon – mówi Tsultrim Allione.

Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi.

– Demony to nie duchy, gobliny czy sługi szatana. Demony są w nas – mówi Tsultrim Allione. – To nasze obsesje, lęki, przewlekłe choroby, depresja czy uzależnienia. To troski i problemy, które nie pozwalają doświadczać spokoju i radości. Są jak sabotujący nasze najlepsze intencje. Tak naprawdę demony są częścią umysłu, a to oznacza, że nie są obdarzone niezależną egzystencją – wyjaśnia Tsultrim. Ponieważ jednak dla umysłu są rzeczywiste, więc podejmujemy z nimi walkę. Nawyk walki dodaje demonowi sił, zamiast go osłabiać. Jedyny sposób, aby przetransformować energię uzależnienia, wstydu, niepokoju, lęku i złości w energię wyzwolenia, to nakarmić te wewnętrzne siły, zamiast z nimi walczyć, ignorować je albo wypierać.

Oto mamy rewolucyjną metodę rozwiązywania wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów, prowadzącą do psychologicznej integracji, wewnętrznego spokoju i wyzwolenia. Jest prosta, zrozumiała i skuteczna. Dla każdego. Nie trzeba znać buddyzmu ani medytować. Każdy wewnętrzny demon może stać się naszym strażnikiem, opiekunem i sprzymierzeńcem. Metoda sięga tradycji buddyjskiej XI wieku i wywodzi się od nauk joginki Maczig Labdron o karmieniu wewnętrznych i zewnętrznych wrogów. Tsultrim zgłębiała tę tradycję, wypróbowała ją na sobie i przystosowała do warunków współczesnego życia. Od 25 lat uczy jej w Stanach i w Europie.

Siła akceptacji

Te nauki stały się punktem zwrotnym w jej życiu. Po raz pierwszy doświadczyła ich siły, gdy stanęła wobec rodzinnych wyzwań. Mieszkała wówczas z drugim mężem we Włoszech. Pięć lat minęło od śmierci ich córeczki Chiary, która zmarła jako niemowlę. Jej małżeństwo rozpadało się z powodu zdrad męża i problemów wynikających z jego nałogów. Procedura rozwodowa stanęła w martwym punkcie z powodu sporu dotyczącego opieki nad synem. Włoskie prawo mówiło, że jeśli chce opiekować się Cosem, musi pozostać we Włoszech – nie wolno jej było wyjechać z synem bez zgody jego ojca. A on jej nie udzielał.

– Konflikt był powodem wielkiego napięcia między nami i wydawało się, że żadne rozwiązanie nie jest możliwe – mówi Tsultrim. – Postanowiłam nakarmić swoje demony.

W wyobraźni zaprosiła demona lęku i swojego męża. I zaczęła – także w wyobraźni – karmić swoich „gości” nektarem miłości i akceptacji.

– Karmiąc ich, przestałam z nimi walczyć – opowiada. – Gdy już się nasycili, poczułam, że uwolniłam się od napięcia: ja przeciwko tobie. Kładłam się spać ze spokojem, którego nie doświadczyłam od wielu miesięcy. Następnego ranka zadzwonił mój mąż z pytaniem, czy moglibyśmy się spotkać. Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Siedzieliśmy w salonie w naszym dawnym wspólnym mieszkaniu, przez otwarte okna wlewało się słoneczne światło. „Wczoraj wieczorem coś się we mnie zmieniło – powiedział. – Postanowiłem, że pozwolę ci wyjechać z Cosem do Stanów. Zrozumiałem, że nie byłem wobec ciebie w porządku i że wiele wycierpiałaś. Wierzę, że ułatwisz mi utrzymywanie kontaktów z Cosem i że pozwolisz mi uczestniczyć w jego życiu na tyle, na ile to będzie możliwe”. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem. To tak jakbym wypuściła swój koniec liny, a wtedy mój mąż odprężył się, pojawiła się przestrzeń, w której mógł zmienić swoją decyzję.

Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że starożytna praktyka karmienia demonów w sposób bezpośredni odnosi się do jej życia, do jej zmagań jako matki i kobiety żyjącej w zachodniej kulturze.

Odtąd zaczęła personifikować i karmić własne demony – emocje, wewnętrzne konflikty, choroby i lęki.– Natknąć się na demona nie było wcale trudno. Cały czas je w sobie nosiłam. Zapraszałam je po kolei na ucztę. To wtedy właśnie opracowała prostą wersję pięciu kroków polegającą na rozpuszczeniu własnego ciała w nektar (lub „produkowaniu” w wyobraźni nieskończonej ilości nektaru) i karmieniu nim demona tak długo, aż się nasyci. Wtedy demon albo się rozpływał, albo zamieniał w pozytywną postać.

– Na koniec pozostawałam w przestrzeni świadomości, która się wówczas w sposób naturalny otwierała – mówi Tsultrim.

W 1989 roku, trzy lata po przeprowadzce do Stanów, poznała Dave’a, który wkrótce został jej mężem. Ta znajomość obudziła w niej demona porzucenia rozjuszonego zdradami jej byłego męża. W swojej książce opowiada o transformacji, która się w niej dokonała. Przez długi czas myślała: „Nie będę zajmować się tym idiotycznym upokarzającym lękiem przed porzuceniem. Jeśli go zignoruję, sam zniknie. Poza tym moje obawy, że zostanę porzucona, mają mocne uzasadnienie”. Tylko że demon wcale nie zamierzał odchodzić. Rósł w siłę i robił się coraz bardziej natarczywy. W wyniku działań demona niszczyła każdą obiecującą relację zbyt wcześnie, domagając się zobowiązań albo prowokując zdradę jako rodzaj samosprawdzającej się przepowiedni.

W końcu zaczęła go karmić, bo zrozumiała, że jeśli nie zajmie się nim, zamieni jej związek z Dave’em w piekło. Gdy w wyobraźni zobaczyła swojego demona po raz pierwszy, był pięcioletnią dziewczynką o smutnym, przebiegłym spojrzeniu. Dziewczynka miała ciemne, potargane włosy, duże, niebieskie oczy i ostre zęby wampira. Mówiła: „On od ciebie odejdzie. Ja się nie mylę. Dobrze wiesz, że i tak zostaniemy tylko we dwie, ty i ja. Jestem twoją jedyną prawdziwą przyjaciółką. Nigdy cię nie opuszczę i zawsze będę ci mówić prawdę, co cię czeka. Jestem przewidywalna, możesz na mnie liczyć”.

– Karmiłam ją codziennie, zaczęła się zmieniać – opowiada Tsultrim. – Straciła wampiryczny wygląd. Po prostu była smutna. Pod koniec miesiąca była czuła i wdzięczna za uwagę, którą jej poświęcam. Po miesiącu pracy z demonem porzucenia zauważyłam, że przestał się pojawiać. Niekiedy zdarzają mi się regresje, ale gdy demon powraca, wiem, co mam robić. Nastąpiły bardzo konkretne zmiany na lepsze. Moja relacja z Dave’em w końcu zamieniła się w cudowne małżeństwo.

Jak to działa?

Ta metoda jest prosta. Polega na spersonalizowaniu tych aspektów nas samych, które pozbawiają nas energii, wyobrażeniu sobie demona i karmieniu go w wyobraźni nektarem składającym się z tego, czego on potrzebuje. Dokładny opis metody w pięciu krokach znajdziemy w książce „Nakarmić swoje demony”. W skrócie wygląda to tak: w pierwszym kroku uświadamiamy sobie te części ciała, w których najmocniej trzymamy naszego demona. Może nim być uzależnienie, niechęć do siebie, perfekcjonizm, złość, zazdrość. W drugim kroku nadajemy energii odnalezionej w ciele spersonifikowaną formę w postaci stojącego przed nami demona. W trzecim kroku odkrywamy, czego demon potrzebuje, stawiając się na jego miejscu, wręcz utożsamiając się z nim. W czwartym kroku wyobrażamy sobie, że nasze ciało rozpuszcza się i staje nektarem, którego potrzebuje demon. W ten właśnie sposób karmimy go. Zasoby nektaru są niewyczerpane, ofiarujemy je z nieskończoną hojnością. Gdy demon się nasyci, okazuje się, że energia, która była w nim zablokowana, zamienia się w sprzymierzeńca. On zapewnia wsparcie i ochronę, a potem rozpuszcza się w nas. Następnie to my rozpuszczamy się w świadomości, a w ostatnim, piątym, kroku, po prostu spoczywamy w otwartej świadomości.

– Prawdziwa natura umysłu jest jasna i przejrzysta, więc stopniowo po nakarmieniu demona pozwalamy, by nasz umysł stawał się jak bezkres oceanu – mówi Allione.

Wydaje się, że najwięcej obaw wywołuje idea karmienia mrocznych sił. Czy nie staną się wtedy silniejsze? Czy nie będą nam zagrażać jeszcze bardziej? Paradoksalnie jednak, gdy odnosimy się do głębokich potrzeb demona, osłabiamy jego moc. Kiedy obejmujemy świadomością i troską nieakceptowane części psychiki, zwane demonami, następuje transformacja – energia zaangażowana w walkę lub wypierana może zostać przekształcona w pozytywną siłę ochronną.

– Wierzymy, że demony są silne i realne i że dysponują mocą mogącą nas zniszczyć – mówi Tsultrim. – Jeśli je nakarmimy nektarem współczucia i akceptacji (bo tego najczęściej potrzebują), przekonamy się, że nie mają nad nami żadnej władzy. Karmiąc rozmaite części własnego cienia z bezgraniczną szczodrością, uzyskujemy dostęp do stanu świetlistej świadomości. Karmiąc swoje demony, integrujemy wyparte i odrzucone części nas samych, rozwiązujemy wewnętrzne konflikty i odnajdujemy drogę do jedności.

– Karmienie demonów sprawia, że przestajemy być zagrożeniem dla świata, ponieważ przestajemy projektować swoją ciemną stronę na innych – mówi Tsultrim. – Inicjujemy zmianę, która zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wpływa na naszych bliskich i na wszystkich ludzi, z którymi mamy kontakt.

Czym karmić własne demony?

– Kiedy próbujemy przed demonami uciekać, one rzucają się za nami w pogoń – wyjaśnia Tsultrim. Ktoś, kto walczy ze swoim alkoholizmem, zamiast nakarmić korzenie uzależnienia, umiera na marskość wątroby. Ktoś, kto mocuje się z depresją, zamiast uporać się z jej przyczyną, popełnia samobójstwo. Musimy uświadomić sobie, że taka walka jest bezowocna, a przekonanie, że jest się prześladowanym przez okoliczności zewnętrzne, nie przynosi rozwiązania. Potrzebujemy miłości, współczucia i akceptacji. Nakarmiony demon znika.

– Kiedy sięgasz po kolejny kieliszek wina, zamiast poświęcić uwagę swojej depresji, ona nie odejdzie. Stanie się silniejsza. Depresja wyczerpuje twoje siły, gdy próbujesz przed nią uciec. Poświęć uwagę demonowi depresji i zacznij go karmić – radzi Tsultrim.

Nasze demony mogą wyglądać obrzydliwie, mogą być zawstydzone i malutkie, mogą być jak bestie, jak cień człowieka słaniający się na nogach. Nakarmione miłością i współczuciem zamieniają się w mężnych wojowników, piękne boginie, odważne dziewczynki, superbohaterów. To naprawdę niezwykłe doświadczyć tej transformacji.

To może być także niezła zabawa. Katarzyna karmiła demona lęku o przetrwanie. Głęboką potrzebą demona było poczucie bezpieczeństwa, odprężenie i radość. Nakarmiony do syta odwrócił się na pięcie i powiedział, że idzie na lodowisko robić piruety!

Grzegorz swojego demona pracoholizmu karmił nektarem spokoju i harmonii. W kilka dni potem postanowił zająć się swoim zaniedbanym ogrodem: z zapałem kosił, grabił, siał, kopał, sadził. „Jakby obudził się we mnie inny człowiek; ciekawy subtelnych sił życia, natury, współistnienia” – przyznaje.

Anna swojego demona uzależnienia od aprobaty innych nakarmiła tak skutecznie, że zniknął od razu, rozpłynął się. Z mgły po nim wyłonił się sprzymierzeniec – ogromny wielobarwny motyl. „Piękny i niezależny” – mówi Anna.

Tsultrim opowiada, w jaki sposób pomagała karmić demona HIV jej przyjaciela Freda. „Demon HIV był w całym moim ciele – mówił Fred. – Miał formę zielonkawej wżartej we mnie mazi. Gdy wyobraziłem go sobie przed sobą, był bardzo duży. Wyglądał jak ameba, w środku, gdzie miał ogromną paszczę, robił się żółty. Stał blisko, wypełniając mi całe pole widzenia. Przywoływanie go było bardzo nieprzyjemne, czułem wielką złość i żal, że pojawił się w moim życiu”. Tsultrim zapytała, czego chce demon. „Wszystkiego, łącznie z moim życiem – powiedział Fred. – Ale będzie mi je odbierał powoli. Chce patrzeć, jak chudnę, jak poddaję się chorobie, jak opadam z sił i robię się coraz brzydszy. A potem chce, żebym umarł”. Nagle zrozumiał, że demon chce, żeby się go bał. Że chce zniszczyć go lękiem. Zaczął karmić demona swoją siłą. I pytał siebie: „Kim jest Fred? Kim jest to ja?”. Uświadamiał sobie, że nie jest tym, kim myślał, że jest; że nie jest jedynie ciałem. Pojawiły się przebłyski świetlistej świadomości. Wtedy demon zaczął przygasać, aż w końcu zniknął.

Gdy lekarze zdumieni poprawą zdrowia Freda zaczęli dociekać, co takiego robi, odpowiedział, że trochę medytuje. „W takim razie niech pan nie przestaje!”, zalecili. Fred żył 20 lat po wykryciu u niego wirusa HIV, zmarł dwa lata temu.

Jak przywrócić pokój?

– Większość kultur i duchowych tradycji radzi sobie z wrogami czy demonicznymi mocami, mówiąc o konieczności szukania ochrony, pisze i mówi Tsultrim Allione. Ja natomiast uważam, że kierując uwagę do wewnątrz, ku prawdziwej przyczynie, jaką jest nasz egocentryzm, nie musimy już tak bardzo bronić się przed złem. Zamiast modlić się o obronę, możemy zaofiarować swoje współczucie, a wtedy nawet najbardziej okrutne demony mogą zamienić się w naszych największych sprzymierzeńców. Karmiąc demony wewnętrzne i zewnętrzne, nauczymy się prowadzić dialog z nieprzyjacielem i znajdować pokojowe rozwiązania. Na tym polega zasadniczy zwrot, który może doprowadzić do pokoju na świecie.

W swojej książce przytacza opowieść z życia Gandhiego, jednego z największych działaczy pokojowych XX wieku, na temat karmienia swojego wroga, i to niemal dosłownie. Gandhiego uprzedzono, że przyjedzie do niego brytyjski urzędnik, który będzie mu groził więzieniem, jeśli nie odwoła marszu przeciwko podatkowi solnemu. Doradcy Gandhiego byli zdania, że należy wysypać na drodze gwoździe, które przebiłyby opony w samochodzie urzędnika. – Proszę tego nie robić, zaprosimy go na herbatę – postanowił Gandhi. Gdy urzędnik, nadęty i pewny siebie, zaczął mówić o groźbie aresztowania, Gandhi z uśmiechem zaproponował, aby najpierw napili się herbaty. Mężczyzna niechętnie przyjął zaproszenie. A kiedy opróżnił swoją filiżankę, powiedział szorstko: „Wracajmy do rzeczy. Jeśli chodzi o te marsze…”. Gandhi znów się uśmiechnął. „Niech pan napije się jeszcze herbaty i poczęstuje ciasteczkami, mamy ważniejsze sprawy do omówienia”. Po kolejnych filiżankach herbaty i kolejnych ciasteczkach urzędnik przestał myśleć o swojej służbowej misji. A gdy odjeżdżał, był przekonany do racji Gandhiego.

Tsultrim Allione, autorka książek „Kobiety mądrości” i „Nakarmić swoje demony”. Światowa nauczycielka starożytnej mądrości tybetańskiej, którą przystosowała do języka i potrzeb współczesnego świata.

  1. Psychologia

Z czego bierze się potrzeba kontroli?

Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Kontrolujemy swoje zachowanie, bo chcemy być akceptowani i dobrze oceniani. Kontrolujemy bliskich, bo ich kochamy. A może chęć wpływu na życie innych wynika z własnych nierozpoznanych uczuć i źle nazwanych potrzeb?

Twarz Justyny zawsze jest precyzyjnie umalowana, bez względu na porę dnia i okoliczności.

– Nawet mojemu mężowi staram się nie pokazywać bez makijażu. Zmywam go dopiero, kiedy on zaśnie, a rano wymykam się do łazienki, żeby szybko się umalować – mówi 28 letnia Justyna.

Jest bardzo ładną kobietą i z łatwością można sobie wyobrazić, że bez starannego makijażu równie atrakcyjną. Mimo to nieumalowana wydaje się sobie brzydka i zaniedbana. Często jej się śni, że próbuje się umalować, ale nie może znaleźć szminki albo tuszu. Budzi się z uczuciem ulgi.

Równie pieczołowicie dba o swoją sylwetkę, kontrolując zawartość talerza i przeliczając kalorie. Ciągle próbuje nowych diet i mimo, że jest bardzo szczupła, jeśli tylko odrobinę przytyje, natychmiast wpada w panikę.

Większość z nas w sposób kontrolowany prezentuje taki wygląd, jaki wydaje nam się najatrakcyjniejszy i oczekiwany przez innych. Nie ma nic złego w tym, że o siebie dbamy i chcemy ładnie wyglądać. Szczególnie my, kobiety, przechodzimy w dzieciństwie ostry trening dotyczący tego, co nam wypada robić, a czego nie. Oczekuje się od nas, że będziemy miłe, ładne i grzeczne. Często słyszymy: nie krzycz, zobacz, jak brzydko wyglądasz, kiedy tak wykrzywiasz buzię.

Zdaniem trenera i psychoterapeuty Mariusza Bonka przypadek Justyny to jednak coś więcej niż wyuczone dbanie o siebie. To dowód wielkiego lęku, że sama w sobie nie jest dość atrakcyjna i dobra, żeby inni ją akceptowali. Za tym nieakceptowaniem swojego naturalnego wyglądu może się również kryć brak akceptacji dla różnych trudnych emocji, które Justyna w sobie nosi, np. smutku, lęku czy zazdrości. Wówczas perfekcyjny makijaż jest formą kontrolowania, czy wszystko jest z nami w porządku. Skoro tak doskonale panujemy nad swoim wyglądem, to również z innymi rzeczami radzimy sobie sprawnie.

– Kontrolowanie, żeby ładnie wyglądać, samo w sobie nie jest problemem – tłumaczy Dariusz Tkaczyk, psychoterapeuta z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Każdy z nas ma prawo nawet do takich zachowań, które w oczach innych uchodzą za dziwactwo. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy robimy coś nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność, ale ze względu na nieadekwatne poczucie zagrożenia. A w przypadku Justyny kontrola wyglądu jest zogniskowana na tym, żeby nie być odrzuconą, a nie żeby ładnie wyglądać. Sztywność i zakres jej zachowań sugerują, że są one warunkiem samoakceptacji.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Ukojeniem dla wewnętrznego niepokoju może być również nadmierna kontrola przestrzeni, w której żyjemy. Mieszkanie Grzegorza, 30-letniego muzyka, przypomina muzeum. Dyktatowi nietykalnych eksponatów poddał wszystkich, którzy go odwiedzają. Koledzy nieraz żartują z niego i celowo przesuwają jakąś rzecz o kilka centymetrów. Grzegorz natychmiast to zauważa i się denerwuje.

– Nienawidzę bałaganu i nieładu. Chcę, żeby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Co w tym dziwnego, że nie położę się spać, jeśli mieszkanie jest nieposprzątane?

Nieraz zdarza mu się wstać w nocy, bo myśl o nierozwieszonym praniu albo nieposkładanych ubraniach nie daje mu spokojnie zasnąć. Być może to nieustanne porządkowanie otoczenia pozwala mu udawać, że podobny porządek ma również w sobie. Widok porozrzucanych rzeczy konfrontuje go z chaosem, jaki ma w sobie. Grzegorz nie lubi rozmawiać o swoich emocjach i niechętnie je okazuje. Jest skryty, ale łatwo wpada w złość. Czasem wybucha niewspółmiernie do sytuacji.

Zdaniem Dariusz Tkaczyka ciągłe porządkowanie przestrzeni może być niespecyficznym regulowaniem emocji. – Jeśli ktoś ma słabe rozeznanie w tym, co się z nim dzieje, słabą umiejętność nadawania znaczenia sytuacjom życiowym, czuje silny niepokój. Przenosi go wtedy w obszar, który jest mu lepiej znany i nad którym uważa, że panuje. W końcu łatwiej ułożyć książki na półce, niż skonfrontować się świadomie ze swoimi emocjami.

– Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lęk przed nieznanym i niespodziewanym – tłumaczy Mariusz Bonk. – Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. Ten lęk ma bardzo różne przyczyny. Mogą go wywoływać traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale również wyniesione z domu nauki i ostrzeżenia rodziców typu: uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę! Nie dasz rady! Nie uda ci się! Bądź ostrożny i nie ufaj nikomu! Wszyscy tylko czyhają, żeby cię wykorzystać!

 

Pragnienie wpływu

Nadmierna kontrola to nie tylko brak zaufania do świata, to również dowód braku wiary we własne siły, mądrość, możliwości i intuicję. Pesymiści nie wierząc w sprzyjający los i swoje siły, starają się wszystko kontrolować. Czasami pod linijkę ma być już nie tylko wygląd i mieszkanie, ale również partnerzy i bliscy kontrolerów.

– Mam dość bycia wieczną animatorką – skarży się 35-letnia Beata prowadząca prywatne przedszkole. – To wiecznie ja muszę decydować, co zrobimy z wakacjami, kiedy odnowimy mieszkanie i jak spędzimy święta. Mąż jest tylko wykonawcą moich projektów. Czekanie na jego inicjatywę trwałoby w nieskończoność. Czasem proszę go, żeby coś zrobił, ale zanim doczekam się reakcji, wolę sama się tym zająć.

Kobiety kontrolerki z jednej strony skarżą się na nadmiar obowiązków i odpowiedzialności za związek, ale z drugiej strony nie starcza im cierpliwości, aby poczekać na inicjatywę partnera. Bycie niezastąpioną daje im poczucie własnej wartości. Trudno wówczas zrezygnować z próby poddania kontroli całego życia rodzinnego.

Nie mniej trudne jest rezygnowanie z kontroli w stosunku do własnych dzieci. Początkowo nieustanna, z czasem powinna stawać się coraz bardziej dyskretna, aż wreszcie ustąpić całkowicie. Często jednak rodzice nie chcą zrezygnować ze swoich praw do kontroli, traktując ją jako narzędzie nieograniczonej władzy.

– Chwilami nie daję już rady – zwierza się Iwona, świeżo upieczona mężatka. Mój mąż jest wspaniałym mężczyzną – czułym, troskliwym i wyrozumiałym. Mam jednak wrażenie, że wraz z nim poślubiłam jego matkę. Nie ma dnia, żeby do nas nie zadzwoniła. Uważa, że ma święte, niczym nieograniczone prawo przychodzić do nas bez zapowiedzi o każdej porze. Ciągle słyszymy tysiące rad i wskazówek, jak mamy spędzać wakacje, urządzać mieszkanie, z kim się przyjaźnić, jakie książki czytać i co jeść. To prawda, że traktuje mnie jak córkę, dba o mnie, martwi się moimi kłopotami w pracy, nieustannie obdarowuje prezentami, ale jest tak ekspansywna w okazywaniu troski, że naprawdę trudno to wytrzymać.

Matki silnie kontrolujące swoje dorosłe dzieci zazwyczaj nie są usatysfakcjonowane związkiem ze swoim mężczyzną. Jednak konfrontacja z tym może być dla nich zbyt bolesna. Dlatego dużo łatwiej im myśleć o sobie: jestem wspaniałą, opiekuńczą i poświęcającą się matką, zamiast: jestem nieszczęśliwą kobietą tkwiącą w małżeństwie, które nie przynosi mi radości.

– Osoby zbyt skoncentrowane na innych często mają problem z własnymi potrzebami. Ważne, żeby teściowa Iwony zamiast: zostaw nas w spokoju, nie jesteś nam do niczego potrzebna, usłyszała od nich, że bez względu na to, co i ile dla nich robi, jest ważna i kochana. To może jej pomóc zobaczyć, że o jej wartości i kobiecości stanowi nie tylko nieustanna próba uszczęśliwiania syna i synowej, a im pozwoli zmniejszyć napięcie w kontaktach z nią i łagodnie, choć konsekwentnie stawiać pewne granice dotyczące jej zaangażowania – tłumaczy Dariusz Tkaczyk. – Sama kontrola nie jest problemem, ten pojawia się, gdy pragniemy kontrolować, czyli panować nad tym, na co możemy mieć jedynie częściowy wpływ. Bardzo słusznie, jeśli kontrolujemy tor jazdy naszego samochodu, gorzej, jeśli chcemy kontrolować czyjeś zachowania i decyzje.

Rozpoznać uczucia

Jak w sposób dojrzały kontrolować swoje życie? Punktem wyjścia mogą być słowa słynnej modlitwy Reinholda Niebuhra:
„Boże, daj mi spokój, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę, oraz mądrość, abym potrafił te sprawy od siebie odróżnić”.
Jeśli mamy tendencję do nadmiernego kontrolowania naszego wyglądu, zachowania czy też naszych bliskich, to pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co tak naprawdę kontrolujemy. Zdaniem Mariusza Bonka odpowiemy na to pytanie dopiero wtedy, gdy skomunikujemy się ze swoimi uczuciami i nauczymy się je rozpoznawać. Wówczas mamy szansę na wyrażanie ich w bezpiecznej dla innych osób formie. Nie odbierajmy sobie prawa do złości, lęku, obaw, gniewu, niechęci czy smutku. Pozwólmy też sobie na wyrażenie tych uczuć, ale tak, aby nikogo nie ranić. W sprzyjających warunkach choć trochę poluzujmy kontrolę. Pozwólmy ponieść się sytuacji i decydować innym choć w niewielkim stopniu za nas. Wówczas okaże się, że sympatia, jaką nas obdarzają, nie maleje, gdy wyglądamy mniej atrakcyjnie, mamy bałagan w mieszkaniu i nie sprawujemy nad wszystkim pieczy. Paradoksalnie może ona nawet wzrosnąć.

  1. Psychologia

Po co nam pamięć? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Po co nam pamięć? Pamięć rodziców? Numerów telefonów? Pierwszego pocałunku? Po to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, ale też jakie są nasze ograniczenia. Bo pamięć płata nam figle: zawsze subiektywna staje się filtrem, przez który widzimy świat. Dlatego żeby być szczęśliwi, czasem musimy ją „uzupełnić”, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

"Pamiętam nasze pierwsze lato nad morzem. I czekam, kiedy razem będzie nam znów tak dobrze jak wtedy” – mówimy i tkwimy latami w złych związkach. No i po co nam taka pamięć? Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy: „Ja to przeżyłem”, „ja to zrobiłem”, „ja to cenię”. Albo odwrotnie: „Ja tego nie zrobiłem!”, „dla mnie to nic niewarte”. Albo jeszcze: „Mnie tę krzywdę uczyniono”. To pamięć wpływa na to, co uznamy za ważne, a więc też na to, co uznamy za warte oczekiwania. Wpływa więc na nasze obecne życie, bo to filtr, przez który patrzymy na świat. Dlatego może przeszkadzać w przekraczaniu dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i związanych z nimi przekonań. Mówimy czasem: „Wolałabym o tym zapomnieć”, a jednak chcemy pamiętać także to, co bolesne, bo utrata pamięci jawi nam się jako utrata siebie i budzi wielki lęk…

Bałabym się, że jeśli przestanę pamiętać, to zniknę!
No właśnie. Ale ludzie, którzy stracili pamięć, nie mają poczucia, że zniknęli. Spotykałem ich podczas moich praktyk na neurologii. Wprawdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i skąd się wzięli, ale wiedzieli, że nie wiedzą. Mieli świadomość, że wymazało im się z pamięci całe poprzednie życie, że zaczynają od nowa. Ciekawe, że nie utracili umiejętności posługiwania się wyuczonym w dzieciństwie językiem ani umiejętności ruchowych, takich jak jazda na rowerze, ulubione tańce czy sporty. Zachowali także poczucie humoru, odruchy dobrego wychowania i wrażliwość moralną. Do dramatów dochodzi, gdy odnajdują ich bliscy. Okazuje się wtedy, że miłość i inne wyższe uczucia są sklejone z pamięcią. Jeśli nie pamiętamy twarzy ludzi, których kiedyś kochaliśmy, to nie odczuwamy wobec nich żadnych odruchów serca. A ich rozpaczliwe staranie o to, by być rozpoznanymi i kochanymi jak dawniej, stanowi niezrozumiały i bolesny spektakl. To oni przeżywają szok i traumę utraty ukochanego: partnera, rodzica czy dziecka. Traumę tym większą, że kochana osoba fizycznie istnieje w niezmienionej postaci – ma to samo ciało i język ciała, ten sam głos, te same oczy, ten sam zapach.

Bohater opartego na faktach fińskiego filmu „Człowiek bez przeszłości” traci pamięć po ciosie w tył głowy. Przygarniają go bezdomni, a on adaptuje się do nowej sytuacji, a nawet znajduje wśród nich jakiś wymiar szczęścia. Gdy po jakimś czasie odnajdują go bliscy, nie tylko nie rozpoznaje żony, z którą ma dwoje dzieci, ale w dodatku ani ciało, ani charakter tej kobiety mu się nie podobają. Nie może uwierzyć, że wybrał sobie taką żonę. Ze swoją pracą także się nie identyfikuje. Dziwi się, że był prawnikiem, a dom w bogatej dzielnicy jest dla niego obciachowy. Chce wracać do bezdomnych.

To tak jakby utrata pamięci wiązała się ze zmianą osobowości?
Tak właśnie się dzieje. Nie wiadomo, jaki jest tego mechanizm. Możemy podejrzewać, że kasuje się zawartość ego. Rozmawialiśmy niedawno o tym, czym jest ego, definiując je jako zbiór doświadczeń, emocji, przekonań, zasad i wartości asymilowanych w procesie wychowania i edukacji. Na ogół tylko niewielką ich część świadomie wybraliśmy. Większość przekonań czy wartości została w nas „zaprogramowana”. Często pod presją odrzucenia przez najbliższych czy wykluczenia z grupy, z którą się identyfikujemy. Mechanizm, który się za tym kryje, to konformizm, czyli dostosowywanie się do wymagań otoczenia wbrew swoim prawdziwym potrzebom, poglądom, a nawet zdrowemu rozsądkowi. A więc przygoda fińskiego prawnika może dowodzić, że utrata pamięci uwalnia nas od tego, co narzucił nam konformizm. Prawdopodobnie nasz bohater rozminął się ze swoimi prawdziwymi potrzebami, uczuciami i wartościami, ulegając presji otoczenia, gdy wybierał żonę, zawód, styl życia.

Dopiero kiedy stracimy pamięć, możemy być sobą?
No, może nie do końca sobą, ale na pewno bardziej sobą. Ten film jest przypowieścią, której przekaz warto sobie wziąć do serca: że być może żyjąc pod cywilizacyjną presją, manipulowani przez potężny konsumpcyjny, polityczny i religijny marketing, rozstajemy się ze sobą, nie żyjemy w swojej bajce, lecz gramy rolę z góry dla nas napisaną, często płacąc za to zdrowiem, smutkiem i rozpaczą. Jeśli to utrata tej konformistycznej nakładki pozwala nam odzyskać siebie, poczuć swoje prawdziwe potrzeby i móc je realizować, to warto tę część pamięci utracić, a na pewno zakwestionować. Zdecydowanie lepiej nie czekać z tym na to, by ktoś walnął nas w potylicę. Trzeba samemu puknąć się w głowę i odzyskać siebie, oddając się porzuconej pasji czy kreatywnemu działaniu. Albo pomocy innym. Dobrą metodą jest medytacja, bo nie usuwa pamięci zdarzeń, osób ani emocji z nimi związanych, lecz uwalnia od tego, co nie nasze.

Miłości może zagrozić nie tylko amnezja. Wystarczy, że partner nie pamięta o rocznicy ślubu czy o pierwszym pocałunku, by wzbudzić niepokój w partnerce: „Czy on aby na pewno kocha!?”.
Miłość jak każda inna relacja jest zbudowana na pamięci zdarzeń. Ale też każdy pamięta co innego, bo na inne rzeczy zwraca uwagę. Jeśli na przykład ktoś ma umysł paranoidalny, to selekcjonuje zdarzenia i informacje tak, by potwierdzać swoje przekonanie, że ludzie mu zagrażają i go nie lubią. Kiedy zakocha się w egzaltowanej, maniakalnej optymistce, która widzi tylko plusy i cuda świata, to nie stworzą udanej pary. Bo związki buduje się także na pamięci wspólnych doświadczeń. A tu ich zabraknie. Paranoik będzie pamiętał z wyjazdu na wakacje tylko wypadek drogowy, którego byli świadkami. A optymistka – tylko piękny zachód słońca nad morzem. A przecież spędzili lato razem. Sławny psychoterapeuta Milton Erickson, kiedy chciał sprawdzić, czy para ludzi w kryzysie ma jeszcze szanse, polecał im wybrać się na wspólną wycieczkę w góry. Potem mieli wrócić do niego i opowiedzieć o tym, co zapamiętali. Jeśli ich relacje były tak rozbieżne, jakby każde z nich było na innej wycieczce, radził: „Dajcie sobie spokój, żyjecie w dwóch różnych światach. Nie jesteście w stanie zbudować relacji, będziecie się stale kłócić”.

Czyli trzeba uzupełniać pamięć? To możliwe, sama tego doświadczyłam, kiedy na psychoterapii okazało się, że „zapomniałam” o wadach mojej matki.
Psychoterapia służy między innymi temu, by usuwać obronne filtry pamięci i przypominać sobie to, co z jakichś powodów odrzuciliśmy, zamietliśmy pod dywan. Gdyby dziecko przedwcześnie uznało, że na przykład jego matka jest okrutna, straciłoby poczucie więzi z nią. A to byłoby dla niego jednoznaczne z przerażającym uczuciem zagrożenia życia. Dziecko odruchowo broni się przed tym, zafałszowując swoje odczuwanie, a więc i przyszłą pamięć o rodzinnym domu. Robi to po to, by zachować więź i przetrwać, bo tak długo, jak istnieje więź, nawet niedojrzali czy patologiczni rodzice będą mitygować swoją agresję. No i kiedy dorastamy, z powodu tej naszej wybiórczej pamięci nadal mamy tendencję do idealizowania rodziców i dzieciństwa. Co, niestety, wpływa źle na nasze dorosłe życie, bo zniekształca i jego obraz.

I dlatego kobieta pozwala mężowi na przemoc, bo w dzieciństwie nauczyła się nie dostrzegać, że jest krzywdzona?
Tak może być. I dopóki sobie nie przypomni, co przeżyła w rodzinnym domu, nie nazwie tego po imieniu, trudno jej będzie wyzwolić się z przemocowej relacji. Idziemy na psychoterapię, bo z niejasnych powodów czujemy się nieszczęśliwi. Żeby zrozumieć powody naszego złego samopoczucia, przypominamy tam sobie bolesne epizody ze swojego życia i związane z nimi uczucia. Dzięki temu zaczynamy bardziej realistycznie postrzegać rzeczywistość i rozumieć, co się dziś dzieje w naszym życiu. Mamy dzięki temu większy wpływ na to, co nas spotyka, i popełniamy mniej błędów.

Czyli uzupełniona pamięć staje się drogą do szczęścia. I to główny cel psychoterapii?
Jeden z głównych. Pamięć jest nam potrzebna, żebyśmy wiedzieli, co nas ukształtowało, jakie metody obrony i zafałszowania musieliśmy wyprodukować, by przetrwać. Urealniona pamięć jest nam niezbędna do budowania więzi w dorosłym życiu.

Po co nam ten rodzaj pamięci, jakim są wychowanie, obyczaj czy wiedza?
Po to, byśmy w ogóle mogli żyć razem, tworzyć społeczności. Musimy dzielić z innymi jakiś obszar tzw. uzgodnionej rzeczywistości, czyli mieć wspólne kody kulturowe, wspólne symbole i metafory, wspólną historię i jej interpretację, wspólne zwyczaje i obyczaje. Wszystko po to, by dogadywać się w podstawowych sprawach. Do tego też niezbędna jest pamięć.

A pamięć dobrych chwil, przeżyć? Jak ta moja o pierogach z jagodami, które szykowała dla mnie babcia Marianna?
Pamięć dobrych chwil stanowi dla nas wewnętrzny wzorzec szczęścia. Dobrze, gdy takie wzorce zachowaliśmy. Dzięki temu możemy dążyć do tego, by nowe sytuacje w naszym życiu kształtować według tych wzorców. Ci, którzy pamiętają tylko to, co trudne, mają kłopot, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę ofiary albo mściciela. Ci, którzy pamiętają tylko to, co dobre, też są w kłopocie, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę szczęśliwego, rozkapryszonego dziecka. Dlatego warto pamiętać zarówno to, co było przyjemne, jak i to, co trudne oraz bolesne, aby w końcu zrozumieć, że jedno i drugie było korzystne i właściwe.