1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czym jest inteligencja duchowa?

Czym jest inteligencja duchowa?

123rf.com
123rf.com
Duchowość już ze swojej definicji jest tak abstrakcyjnym tematem, że wymyka się wszelkim definicjom. Dlatego jednak, że coraz bardziej świadomie podchodzimy do tej sfery, zainteresowali się nią naukowcy.

Teoria Howarda Gardnera o inteligencji wielorakiej już dawno rozwinęła pogląd na to, co to znaczy być inteligentnym, bo inteligencja to nie tylko nasze IQ.

Gardner rozróżnił inteligencję:

  • przestrzenną,
  • językową,
  • logiczno-matematyczną
  • kinestetyczną,
  • muzyczną,
  • interpersonalną,
  • intrapersonalną,
  • naturalistyczną.
Na liście Gradnera nie było inteligencji duchowej, która wobec bieżących problemów kulturowych i ekologicznych świata, nabiera znaczenia. Pojęcie duchowej inteligencji nazywanej też egzystencjalną określa się skrótem SQ. Co to jest? - zastanawiają się psychologowie i filozofowie. Zadają pytania, w jaki sposób ten rodzaj inteligencji może być inspiracją w podejmowaniu decyzji, interakcji z innymi i jaki może mieć wpływ na postrzeganie świata.

Prof. Robert Emmons z University of California opracował teorię, według której na SQ składają się 4 elementy:

  • zdolność do transcendencji,
  • zdolność do podejmowania zwiększonych duchowych stanów świadomości,
  • zdolność do łączenia codziennych czynności, zdarzeń i relacji z poczuciem sacrum,
  • możliwość wykorzystania zasobów duchowych, aby rozwiązać problemy w życiu.
Dlaczego jest duchowa inteligencja jest ważna? Emmons uważa, że jej potencjał można a nawet trzeba wykorzystać do zmiany ludzkich zachowań zdominowanych przez władzę, ucisk i dążenie do konsumpcji. Świat stoi w obliczu rosnących wyzwań, związanych z przeludnieniem, niedoborem żywności i wody, energii, zmiany klimatu oraz degradacji środowiska naturalnego. Rozwiązanie tych problemów może wymagać transformacji myślenia o roli i pozycji człowieka w stosunku do świata. W szczególności chodzi tutaj o odejście od egocentryzmu na rzecz wspólnego dobra, które obejmuje rodziny, społeczności, planetę. To wymaga zmiany punktu widzenia i światopoglądu na bardziej altruistyczne podejście. Ludzie obdarzeni inteligencją duchową czują i wiedzą, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za dobro życia jako całości. Ten rodzaj inteligencji obdarza ludzi głębszym zrozumieniem związku człowieka z Wszechświatem, poczuciem że wszyscy stanowimy jedność.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy psychoterapia naprawdę leczy duszę?

W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
Po gloryfikacji intelektu, a potem wierze, że najważniejsze są ciało i czucie – nastał czas duszy. Kim jestem? Jaki jest sens i cel mojego życia? – pytania, które w pewnym momencie zadaje sobie większość z nas, padają coraz częściej także w gabinetach terapeutycznych. Można by powiedzieć: nareszcie, bo psychoterapia oznacza przecież nic innego jak leczenie duszy.

Choć psychologia to nauka o duszy, wymiar duchowy w terapii od czasów Freuda był niedoceniany. Terapeutom wręcz zabraniano poruszania z pacjentem tematów jego duchowości i moralności, bo nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tymi informacjami. Od „tych” spraw był duchowny.

Jednak w dobie pandemii, kiedy świat zatrząsł się w posadach, w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w tym chaosie, odzyskania poczucia sensu życia – okazało się, że dotychczas stosowane metody terapii przestały być skuteczne. Zamknięci w domach, odizolowani od innych, pozbawieni oparcia w zewnętrznym świecie, zaczęliśmy szukać go w czymś uniwersalnym, a wiara w coś, co pozwoli przetrwać ten trudny czas, stała się ważniejsza niż wiedza i czucie.

Kiedy choruje dusza

„Psychoterapia zawsze była leczeniem duszy, ale w przyszłości religia i duchowość będzie w niej obecna w sposób bardziej specyficzny i otwarty. Klinicyści włączą religię i duchowość jako standardowy wymiar diagnozy klinicznej, szczególnie jako źródło potencjalnej siły i wsparcia społecznego” – taka oto prognoza znalazła się w opracowaniu „Systemy psychoterapeutyczne. Analiza transteoretyczna” wydanym przez Instytut Psychologii Zdrowia w 2016 roku. I słowo stało się ciałem...

Choć nie ma jeszcze na ten moment wypracowanych i wystandaryzowanych „procedur terapeutycznych”, to terapeuci nie mogą nie reagować na oczekiwania ludzi, którzy przychodzą do gabinetów z prośbą o… – no właśnie, czy na pewno z prośbą o pomoc, raczej z prośbą o wysłuchanie i zrozumienie ich wewnętrznego świata. Jeszcze do niedawna oczekiwali przede wszystkim wskazówek, jak radzić sobie ze swoimi problemami, chcieli „przepracowywać dzieciństwo”, podnosić poczucie własnej wartości czy radzić sobie z toksycznym szefem. Dziś coraz częściej zdarza się usłyszeć: „Nie zgadzam się z twoją interpretacją, posłuchaj, jak ja to widzę, ja wierzę, że to jest tak i tak”. Po okresie zaufania do wiedzy (kult rozumu), po czasach wyniesienia na piedestał czucia (kult emocji) nastała pora wiary – pomaga to, w co człowiek wierzy, że pomaga. Zaczęło się od wiary w rozmaite metody uchronienia się od zachorowania na koronawirusa. Jedni wierzą w homeopatię, inni w oddychanie metodą Wima Hofa, morsowanie czy dietę zgodną wywodzącą się z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Storytelling

Mit o wszechmocnym i wszechwiedzącym terapeucie powoli odchodzi w zapomnienie. Ludzie zgłaszający się na terapię bardziej potrzebują słuchacza, który bez oceniania, etykietowania, za to z ciekawością wysłucha ich historii czy sposobów radzenia sobie z pandemiczną rzeczywistością.

Do łask wraca znane, ale dotychczas niedoceniane podejście narracyjne, w ramach którego pacjent snuje swoją opowieść o sobie i o świecie. A terapeuta zapewnia przestrzeń, w której może zaufać, otworzyć się, a nawet zadać pytanie: co o tym myślisz?

Pandemiczna narracja pacjentów często jest właśnie opowieścią ich duszy; w niewielkim stopniu dotyczy codziennych problemów, a jeśli już, to bardziej opowieści o tym, jak sobie z nimi poradzili. Czasami pacjent opowiada o jakimś wydarzeniu z przeszłości, które zdeterminowało jego życie, i swojej wierze w to, że właśnie teraz, kiedy świat wywrócił się do góry nogami, może zmienić ten scenariusz na całkiem inny, zacząć wszystko od nowa. Tematem opowieści często jest miłość, ale nie zawsze jako relacja, bardziej w wymiarze duchowym, jako wartość sama w sobie – miłość do życia albo miłość jako antidotum na lęk. Bywa, że pacjent potrzebuje rozmowy o wierze w coś lub kogoś większego od niego. Pandemia sprawiła, że cała iluzja wielkości, potęgi człowieka rozprysła się jak mydlana bańka, ustępując poczuciu kruchości. W wielu wypadkach potrzeba terapii otwartej na wymiar nie tylko duchowy, ale także religijny. Bywa, że dla pacjenta ma znaczenie, czy i w co wierzy terapeuta, i ma on prawo o to zapytać, a w zależności od odpowiedzi podjąć decyzję o terapii. W rozmowie z pacjentem na temat jego wiary i doświadczenia religijnego najważniejsze jest podejście niedyrektywne, w którym terapeuta staje się towarzyszem, a nie przewodnikiem na drodze pacjenta w poszukiwaniu jego własnej prawdy o sobie i o świecie. Taka zmiana perspektywy z: terapeuta, który wie, i pacjent, który potrzebuje porady, na: pacjent wie lepiej, a terapeuta jest jedynie jego lustrem – potrzebuje czasu, uważności i zaufania.

Opowieści, które snujemy na temat samych siebie i świata, w których wszystko sobie układamy, porządkujemy, wyjaśniamy i próbujemy zrozumieć, są sposobem na ogarnięcie informacyjnego chaosu. Są ważne i nikt nie ma prawa ich kwestionować, ponieważ są głosem naszej duszy. Tak jak kiedyś w dzieciństwie baśnie czy opowieści science fiction pomagały nam zrozumieć świat, dziś indywidualne narracje pozwalają nam poznać samych siebie i odkryć swoje miejsce we Wszechświecie. Bywa, że czujemy pragnienie, by pokazać światu swoją historię: opowiedzieć i zobaczyć ją oczami naszego rozmówcy, zatańczyć, namalować albo przedstawić językiem metafory. To pozwala nam przyjrzeć się z dystansu najpierw naszej narracji, potem naszemu życiu, a na koniec także światu.

Jednym z ćwiczeń duchowych zalecanych przez starożytnych było spojrzenie na wydarzenia na Ziemi z perspektywy gwiazd. To pozwala nam poczuć albo raczej przypomnieć sobie, uwierzyć, że stanowimy jedynie mały punkt we Wszechświecie, w którym panuje ład i porządek, i wszystko się dzieje tak jak być powinno. Być może to jest właśnie remedium na lęk i rdzeń naszego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.

Oblicza duchowości

Dla wielu komentatorów pozytywną zmianą w czasach pandemii stało się właśnie odkrywanie duchowości w jej wielorakich postaciach. Ludzie w intuicyjny sposób zaczęli poszukiwać metod radzenia sobie z pandemicznym stresem na przykład poprzez modlitwę czy medytację. Okazało się, że znacząco wzrosło zainteresowanie aplikacjami do medytacji, np. w kwietniu 2020 roku ściągnięto je ponad 10 mln razy. Calm, Headspace czy Meditopia – poprzez ćwiczenia medytacyjne skutecznie pomagały radzić sobie z lękiem i problemami ze snem. Wspólne medytacje online, lekcje jogi, webinary na temat duchowości na portalach społecznościowych, poradniki rozwoju duchowego – nawet ci, którzy do tej pory koncentrowali się przede wszystkim na świecie materialnym, poczuli ciekawość dotyczącą sfery ich ducha. Dotychczasowe problemy dotykające traum z dzieciństwa, toksycznej pracy czy braku satysfakcji w związku odeszły w cień w obliczu pragnienia konfrontacji z prawdą o samym sobie w tu i teraz.

Sposobem kontaktu z duchowością może być również kontakt z naturą, sztuką czy językiem symboli, także poczucie wspólnoty z innymi ludźmi, połączenie duchowe z przodkami czy wartościami rodzinnymi. Zdaniem Wojciecha Bonowicza, poety, publicysty, autora biografii księdza Tischnera, duchowość to wymykanie się utartym ścieżkom, dotykanie sfery niewyrażalnej, czyli tajemnicy, wzruszenie. Duchowość to także obszar, który może łączyć ludzi różnych religii, wierzących i niewierzących.

Ken Wilber, twórca psychologii integralnej, tłumaczy że duchowość wiąże się z każdą ludzką czynnością na jej najwyższym poziomie rozwoju, co oznacza, że człowiek może się realizować i rozwijać duchowo poprzez każdą aktywność, która jest dla niego ważna i w którą angażuje się całym sobą. Duchowość to także (a może przede wszystkim?) kontakt z samym sobą: ze swoją jasną i ciemną stroną, ze swoimi nadziejami, ale także z lękami, z radościami i ze smutkami, ze swoją przeszłością i obawami o przyszłość. To poszukiwanie odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Czego nie chcę, a czego chcę? Dokąd zmierzam? Jaki jest sens i cel mojego życia?

Skoro pacjenci pytają dziś terapeutów o to, w co wierzą, może niedługo podobnie będziemy zaczynać rozmowę z nowo poznaną osobą. Zamiast: Czym się zajmujesz? Gdzie mieszkasz? albo: Gdzie byłeś na wakcjach?

Masz prawo

Ostatni rok zmienił oczekiwania pacjentów wobec terapii. Pamiętaj zatem, że:
  • Dylematy duchowe są równie ważne jak problemy codziennego życia i masz prawo poruszać je na sesji.
  • Masz prawo zapytać terapeutę, czy jest wierzący i czy gotów jest wysłuchać twojej duchowej opowieści.
  • Jeśli potrzebujesz terapii bardziej „dla duszy” niż „dla głowy”, masz prawo wybrać terapeutę pracującego w nurcie humanistycznym, psychologii procesu albo takiego, który łączy w swojej pracy wiele metod (terapia eklektyczna).

  1. Zdrowie

Zdrowie jest w głowie - zapewnia Deepak Chopra, propagator ajurwedy i mistrz duchowy

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

„Śmierć czeka każdego z nas. Nigdy nie jest za wcześnie, by ją poznać” – uważa Deepak Chopra. Tym zdaniem odwraca popularne powiedzenie, że śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Ona zawsze przychodzi o czasie, chociaż prawie nigdy nie jest ochoczo witana. Zdaniem Chopry to brak zgody, wiedzy i świadomości wywołuje opór – nie tylko przed śmiercią, ale również przed odkryciem tkwiących w każdym z nas zdolności do samoleczenia i uzdrawiania.

Po pierwsze: świat materialny nie istnieje

Chopra urodził się w 1946 roku w New Delhi w Indiach. Ponad 20 lat później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, by zrealizować swoje marzenie i zostać lekarzem. Po otrzymaniu licencji uznał, że klasyczna medycyna nie jest wystarczająca. „Przekonałem się, że każdy lekarz winien leczyć nie tylko ciało, ale również psychikę chorego. Bo często źródło choroby mieści się w jego umyśle. Sukces leczenia może tkwić w samym pacjencie, w jego myślach, pozytywnym patrzeniu na świat, w chęci wyzdrowienia” – napisał w książce „Twórzmy zdrowie”. Po rozczarowaniu zachodnią medycyną zainteresował się ajurwedą, czyli hinduską medycyną naturalną.

W Ameryce jest znany jako mistrz duchowy i główny propagator ajurwedy. Prowadzi fundację propagującą leczenie holistyczne. Założył  też centrum zdrowia i odnowy biologicznej The Chopra Center of Wellbeing w Carlsbadzie w Kalifornii. Głośno było o jego przyjaźni z gwiazdą popu – Michaelem Jacksonem. Po śmierci artysty skrytykował  w mediach powszechny w Stanach Zjednoczonych kult lekarzy w nadmiarze faszerujących swych pacjentów lekami i budujących z celebrytami toksyczne relacje oparte na wzajemnym uzależnieniu.

U podstaw wszelkich poglądów Chopry stoi przekonanie, że świat materialny nie istnieje albo raczej istnieje jako całość połączona z naturą, ziemią i powietrzem, której nie można odseparować. W książce „Przyszłość Boga. Praktyczne rozważania o współczesnej duchowości” Chopra przywołuje słowa pewnego mistrza, wypowiedziane do ucznia: „Fizyczny świat jest bardzo przekonujący. Wydaje się solidny i wiarygodny. Jak można z niego uciec? Uświadamiając sobie, że ten świat jest tak naprawdę wytworem twojego umysłu. Bez tego fizyczny świat owija się wokół ciebie niczym sieć. Ale wszystkie sieci mają oka. Znajdź jedną taką dziurę i wyskocz przez nią”. Podpiera swoje twierdzenia najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej i nazywa wszystkie byty materialne (w tym ludzi) strukturami energetyczno-informacyjnymi.

Jeśli Chopra ma rację, to należy uznać, że choroba, myśl czy nieszczęście nie jest niczym innym jak energetyczno-informacyjną strukturą, taką samą jak fale radiowe. W takim traktowaniu rzeczywistości Chopra upatruje nieograniczonych możliwości radzenia sobie z przeciwnościami losu, jak choroby, i zupełnie swobodnego wpływania na własną codzienność.

Po drugie: świadomość jest w teraźniejszości

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, którego nie należy mylić z uległością czy poddaniem, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Zdaniem Chopry jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. Oznacza to, że wspominanie, rozpamiętywanie, wylewanie żali i pretensji, przeżywanie minionych chwil, snucie planów czy wybieganie myślami w przyszłość – stoją w sprzeczności ze świadomością. „To, na czym skupiamy uwagę – rozwija się. Jeżeli naszą uwagę przyciągają sytuacje i emocje negatywne, wtedy wrastają one w naszą świadomość. Świadomość jest zbiorem tego wszystkiego, na co kierujemy uwagę. U niektórych osób uwaga przerzuca się z jednego małego niepowodzenia na drugie i wtedy drobne, negatywne odczucia, same w sobie nieważne, w końcu tak narastają, że dają świadomość stałego przemęczenia. Stan ten znany jest psychiatrom, którzy codziennie spotykają pacjentów uskarżających się na łagodną depresję i stany nieokreślonego niepokoju” – pisał w książce „Twórzmy zdrowie”, definiując to, co jest jego zdaniem początkiem każdej choroby. Gdy zniekształcona, zaburzona świadomość stale się pogłębia, w końcu przybiera postać konkretnej choroby ciała lub psychiki. Rozwiązaniem jest praca z umysłem.

Po trzecie: myśli są jak cząsteczki w polu kwantowym

Zanim jakakolwiek myśl zostanie zwerbalizowana, jest doświadczana jako intencja, pragnienie wyrażenia siebie, swojego odczucia, stanu lub reakcji na to, co zobaczone, zapamiętane, usłyszane czy doświadczone w inny sposób. Myśl zatem jest impulsem. A jeśli nasza świadomość, ale też skupienie może wywoływać określone doznania w ciele, a nawet choroby – może być również sposobem na leczenie i samouzdrawianie. Niedowierzający mogą w ciągu pół minuty przeprowadzić znany eksperyment: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie świeżą, żółtą i soczystą cytrynę. A teraz wyobraźcie sobie, że została przecięta na pół i za chwilę kwaśny sok zostanie wyciśnięty prosto na wasz język. Wyobraźcie sobie ten kwaśny smak. Wizualizacja wyżej opisanych czynności spowoduje, że w jamie ustnej pojawi się więcej śliny. Tak oto myśl wpływa na ciało.

Chopra sięga jednak dalej i odwołuje się do pola kwantowego. Atomy, chmury cząsteczek elementarnych, kwarki, bozony i lepiony – są tak małe, że nie sposób ich zmierzyć. Wiemy o ich istnieniu, ponieważ pozostawiają za sobą ślad w akceleratorach. Ślad możliwy do zobaczenia wyłącznie wtedy, gdy się go obserwuje. „A zatem, patrząc na pole kwantowe, zauważamy, że ilekroć na nie spojrzymy, cząstki na mgnienie oka się w nim pojawiają. Ilekroć zaś odwracamy od nich uwagę, znikają” – zauważa Chopra w książce „Prawo obfitości i bogactwa”. Jego zdaniem umysł porusza wszelką materią. Także tą w naszym ciele. Myśli i uczucia tworzą w mózgu cząsteczki, które komunikują się z resztą ciała. Jeśli odczuwamy silny strach, nasze hormony – w tym przypadku kortyzol i adrenalina – wysyłają zupełnie inny komunikat niż, gdy jesteśmy zakochani (wtedy działa oksytocyna). „Co więcej, każda myśl, obraz czy odczucie wymagają, aby mózg pokierował sygnałami elektrycznymi i reakcjami chemicznymi, które tworzą most nad synapsami – przerwami między komórkami mózgu. Te substancje chemiczne znajdują się w stanie ciągłej zmiany. Są tworzone i niszczone tysiące razy na sekundę, aby zawsze nadążać za stanem twojego umysłu, który również ciągle się zmienia”  – pisze w książce „Przyszłość Boga”. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielką moc mają nasze myśli i emocje?

Wniosek: obserwacja – podstawowe narzędzie

Z książek i wykładów Chopry można dowiedzieć się o wielu czynnikach zapewniających zdrowie rozumiane jako dobrostan, bogactwo i szczęście: regularnym, wegetariańskim odżywianiu się, odpoczynku czy porzuceniu papierosów i alkoholu. Jednak jego głównym przesłaniem jest skupienie się na polu świadomości.

Jeśli niematerialna myśl będąca impulsem energetyczno-informacyjnym łączy się z umysłem, a ten wywiera wpływ na ciało, które porusza się w świecie, oddziałując z kolei na innych ludzi i naturę, należy uznać, że wszystko i wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Nie mistyczną, dostrzeganą przez oświeconych nicią. Ale jedną planetą, od której zależy nasze przetrwanie; wodą, którą pijemy; roślinami, dzięki którym mamy pożywienie, lekarstwa i odzież. Założenie, że człowiek odłączył się od całości, pozostaje niezależny w swoich wyborach, życiu i sposobie jego przeżywania, prowadzi do odrzucenia łączności z innymi i światem, a w konsekwencji do szeregu chorób, w tym coraz powszechniejszych, zwanych cywilizacyjnymi.

Najsilniejszym narzędziem umożliwiającym odrzucenie iluzji, przywiązania do ego, ale też niepokoju, stresu i innych chorobotwórczych postaw jest zdaniem Chopry obserwacja. By ją doskonalić, poleca korzystać z medytacji, która zmusza ciało do bezruchu i pozwala wyciszyć się umysłowi. Chodzi o dostrzeganie i czucie prostych spraw, takich jak jabłko, które za chwilę mamy ugryźć; kolor oczu człowieka, z którym rozmawiamy; zapach skóry ręki, którą podnosimy, by przewrócić stronę w gazecie.

Chociaż Chopra uchodzi za mistyka, który stoi w opozycji do odkryć współczesnej medycyny, powtarza on tylko to, co mistrzowie w każdym kręgu kulturowym – jesteśmy drobną cząstką świata, która śni sen o byciu Bogiem. I jak sam podkreśla:

„Cokolwiek umysł człowieka potrafi sobie wyobrazić, to umysł człowieka może osiągnąć”

  1. Psychologia

Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Konwencjonalne szkoły psychoterapeutyczne bazują na rozmowie, a nurty pracy z ciałem niekiedy skupiają uwagę wyłącznie na nim. Metoda Core Energetics postrzega człowieka jako połączenie emocji, myśli, ciała oraz ducha – i pomaga pokonać opór i blokady przed pełnym wyrażaniem siebie.

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Odgrywamy wyuczoną rolę osoby grzecznej, zaradnej, elokwentnej, a nawet zakochanej czy zrozpaczonej. W wyniku przeszłych doświadczeń wielu ludzi nie czuje się wolnymi do bezpośredniego wyrażania siebie i nie zmierzyło się z otwartym, najprostszym i największym pytaniem, jakie można sobie zadać: kim jestem? Żyją z poczuciem skrępowania przed ujawnieniem bliskim, współpracownikom, światu, ale również samemu sobie prawdy o tym, kim są, jak też po co są tutaj na ziemi. Metoda Core Energetics (w skrócie CE) pozwala pokonać to skrępowanie i odrzucić maskę.

Cztery elementy

CE opiera się na dwóch założeniach. Pierwsze traktuje ciało jako nieodłączne od psychiki. Ciało niesie w sobie bowiem pamięć przeszłego życia, nie tylko doświadczonych ran, przyjętych głasków, przebytych operacji, sposobu odżywiania się, ale również tego, jak było traktowane w przestrzeni energetycznej. Czy miało swobodę sięgania po to, czego potrzebuje, czy może było powstrzymywane i musiało się kurczyć z powodu krzyków, dyscyplinujących spojrzeń i pouczeń? Czy mogło zasypiać w spokoju, a może musiało często uciekać, chować się, wylewać łzy? CE zwraca uwagę na emocje w takim samym stopniu jak na anatomię, fizjologię oraz świadomość ciała. To również ewolucyjna metoda psychoterapeutyczna – a zatem taka, która stawia sobie za cel jak najpełniejsze, zdrowe doświadczanie życia z zachowaniem świadomości, że jako ludzie cały czas ewoluujemy i mamy wpływ na kierunek tej ewolucji. Co ważne, nie tylko nasze ciało ewoluuje, świadomość również.

Drugie założenie CE dotyczy duchowości. Nie jest ona jednak związana z konkretnym systemem wierzeń, religią bądź zasadami, które mają wyznawać pacjenci czy klienci trafiający do terapeuty. Duchowość jako podstawowe założenie w tej metodzie oznacza przede wszystkim traktowanie człowieka jako złożonego z czterech elementów: umysłu, emocji, ciała oraz ducha.

Mądrość i piękno

Twórcą Core Energetics jest John C. Pierrakos, który twierdził, że terapia jest stworzona po to, żeby uwolnić wrodzoną mądrość i piękno duszy. Podobno na swoich zajęciach wykrzykiwał z ekscytacją: „Wykrzycz to!”, „Stań na nogi!”, „Porusz swoją energią i żyj!”.

Pierrakos urodził się w 1921 roku w Grecji, po wybuchu II wojny światowej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął studia medyczne i wykładał. Specjalizował się w psychiatrii i fascynował naukami Wilhelma Reicha, kontrowersyjnego ucznia Zygmunta Freuda. W latach 50. zaczął pracować z Alexandrem Lowenem i wspólnie opracowali szereg metod pracy z ciałem, by przywrócić mu naturalną elastyczność. Tak powstała znacznie popularniejsza Analiza Bioenergetyczna. Jednak Pierrakos szukał czegoś więcej, między innymi wsparcia duchowego. Znalazł je w naukach Evy Broch, która wraz z grupą przyjaciół skupiała się wokół filozofii rozwoju duchowego zwanej Pathwork. Eva uczyła, że energia fizyczna, psychiczna i duchowa musi być w równowadze, a seksualne, satysfakcjonujące połączenie z drugim człowiekiem to najszybsza autostrada do poznania Boga.

Eva i John pobrali się (dla niego było to już drugie małżeństwo) i zaczęli razem pracować. Tak powstał Core Energetics, a Pierrakos rozstał się z Lowenem. Gdy został wdowcem, ożenił się po raz trzeci i nawiązał relację ze swoją najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, której nie widywał od czasu rozwodu z jej matką. W końcu otworzył Instytut Core Energetics, którego oddziały powstały na całym świecie. Podstawą działania instytutu było założenie, że ludzie cierpiący poszukują nie tylko rozwiązania problemów, ale odnalezienia sensu i powodu istnienia. Droga do ich odkrycia ma prowadzić przez swobodne i unikatowe formy wyrażania swoich wewnętrznych atrybutów: miłości, mądrości i równowagi. Zdaniem Pierrakosa wszyscy mamy do nich dostęp. (Jeśli szukasz terapeuty Core Energetics lub więcej informacji o tej metodzie, wejdź na stronę CE Polska coreenergeticspolska.com).

Podróż w nieznane

Terapia bywa w tym nurcie nazywana podróżą i nie polega na statycznym siedzeniu naprzeciwko siebie w fotelach. Pierwsze sesje służą rozpoznaniu tego, z jakimi tematami przychodzi dana osoba. To również moment na czytanie mapy ciała, tego, jak ono się porusza, gdzie kumuluje się energia i jaką zbroję to ciało musi nosić, by siebie ochronić.

Core Energetics podobnie jak inne nurty czy paradygmaty psychologiczne wykorzystywany jest w różnych formach pracy z drugą osobą – indywidualnie i grupowo. Może to być psychoterapia, coaching, trening pracy z emocjami, trening interpersonalny, warsztat ogólnorozwojowy czy tematyczne szkolenia. Podczas sesji możesz spodziewać się zarówno rozmowy, jak i zaproszenia do szeregu ćwiczeń ruchowych pomagających pozbyć się maski, by dotrzeć do uniwersalnego planu życia. O tym, jakie będą to ćwiczenia, decyduje terapeuta w porozumieniu z pacjentem, w zależności od zgłaszanego problemu oraz etapu pracy nad problemem.

Cztery fazy pracy

Niezależnie od tego, w jakiej dokładnie formie będzie przebiegać terapia, musi objąć ona cztery fazy, z których każda „jest szansą do eksplorowania głębszych poziomów naszej osobowości i do coraz głębszego kontaktu z esencją naszego istnienia” – jak pisze amerykańska psychoterapeutka holistyczna Lisa Loustaunau w poświęconym Core Energetics artykule. W trakcie terapii można przechodzić między tymi fazami zupełnie spontanicznie i nie muszą one następować po sobie. Gdy osobie pracującej nad odzyskaniem wolności uda się pozbyć energetycznych, zapisanych w ciele blokad, może doświadczyć czterech faz podczas jednej sesji. Oto one:

1) Penetracja maski

Maska jest tym, co widoczne, można ją porównać do ego. Kształtuje się w toku życia w odpowiedzi na wychowanie, rany, sukcesy, strategie zapożyczone od dorosłych. Maska może mieć różne imiona, takie jak: mądra, głupia, wierna, piękna, zaradna, wytrwała, znosząca, krzywdząca. W tym sensie jest zbiorem cech i mechanizmów obronnych, które pełniły w przeszłości określone, ważne role – pomagały chronić przed zranieniem, zapewniały przetrwanie, pozwalały zyskać znajomych i przyjaciół albo ukryć wstydliwą czy intymną prawdę. Budowanie maski kosztuje sporo energii i stoi za tym wiara, że dzięki tej określonej masce – czyli temu, jak będą mnie inni postrzegali, jak będę o sobie myśleć – zdobędę miłość, sukces lub inne korzyści. Jednak energia potrzebna do utrzymania maski przypomina wodę uwięzioną w wiadrze, a nie tę żywą, w jeziorze czy rzece. Taka energia jest zastała, można powiedzieć, że martwa; prawie nie sposób nawiązać autentycznego kontaktu z noszącą ją osobą. Porzucenie maski zazwyczaj wywołuje lęk, prawdopodobnie dlatego, że chodzenie z odkrytą twarzą musiało w przeszłości wiązać się z krzywdą w życiu danej osoby. Pokazała, kim naprawdę jest i została wyśmiana, skrzywdzona, pominięta czy upokorzona. Zadaniem terapeuty na początku jest tolerować maskę i wyjaśniać, że ta przypomina reprodukcję albo tarczę, za którą ukrywa się wyższe ja. Pacjent jest równocześnie zapraszany, by doświadczać swojego ciała, pozwalać, by przepływało przez nie więcej świeżej, żywotnej energii. Ma to przygotować go do etapu porzucenia maski, trochę tak jakby w końcu zdecydować się wodę z wiadra wylać z powrotem do rzeki.

2) Wyzwolenie i transformacja niższego „ja”

Niższe „ja” jest zamkniętym sercem, upartym wysiłkiem, by unikać bólu. W tym celu niższe „ja” namawia nas, byśmy pozostawali w separacji, czuli się odrębni, wyjątkowi albo przeklęci, niepasujący, wyobcowani. Niższe „ja” lubi złość i energię osądzania, drwienia, nienawiści. Jest przywiązane do tego, co destrukcyjne. Jest jak zaklęcie „drętwota”, którym posługiwano się w świecie Harry'ego Pottera – powodowało, że człowiek zamierał, chociaż był żywy. Tkwienie w energii niższego „ja” powoduje, że człowiek nie żyje w pełni, ale tkwi w życiu. W konsekwencji dochodzi do utraty naturalnego przepływu energii, przeżywania emocji i doznań duchowych. Praca terapeutyczna na tym etapie polega na ośmielaniu osoby do zdania sobie sprawy z tego, że niższe „ja” nie jest pełną opowieścią, oraz zachęceniu, żeby wzięła odpowiedzialność za własne życie bez poczucia winy, wstydu czy lęku. W ten sposób może zostać uwolniona ogromna energia, którą pacjenci czują na poziomie ciała jako pobudzenie, ożywienie, które zazwyczaj pomagają zrzucić swoje stare maski.

3) Dostęp i korzystanie z wyższego „ja”

Pierrakos określał wyższe „ja” jako kreatywne ego, które nie ma nic wspólnego z aroganckim, zaborczym czy wylęknionym ego. Wyższe „ja” to nie tylko świadomość siebie, ale również siebie jako części znacznie większej sieci połączeń z ludźmi, Ziemią i wszystkimi żywymi organizmami. To z poziomu wyższego „ja” można karmić się mądrością i miłością przekraczającą umysł, by osiągnąć równowagę. Terapeuta patrzy na pacjenta właśnie przez jego wyższe „ja” – z godnością, szacunkiem i uwzględnieniem faktu, że bez względu na trudności, przez które przechodzi, ma dostęp do mocy mądrości i miłości. To nic, że w danym momencie może ich nie dostrzegać. Ta pozornie niewielka różnica bywa rewolucyjna. Pacjent nie jest zapraszany do drobiazgowego analizowania nieszczęść, traum i krzywd, ale odzyskiwania mocy, sprawczości i życiowej energii. W tym celu możliwy jest dotyk, wykonanie określonych ćwiczeń fizycznych, ale również czuła rozmowa z terapeutą.

4) Uniwersalny plan życia

Ostatnia faza, której przebłysków pacjent może doświadczać na poszczególnych sesjach, to moment łączenia skrajności, godzenia się z chaosem i porządkiem, rozumienia, że wszystkiego nie da się, a nawet nie należy zrozumieć. Uniwersalny plan na życie osadza w  życiu – czasami w samym sercu, niekiedy na obrzeżach, ale nigdy ponad ani pod życiem czy nawet obok niego. To wcale nie oznacza, że życie pozbawione jest bólu czy cierpienia, ale uwalnia od konieczności ulegania słowom innych czy ranom przeszłości. Ból lub cierpienie mogą zostać przeżyte, doświadczone i nie muszą wywoływać konieczności barykadowania serca, odcinania się od ludzi lub kompulsywnego pragnienia bycia z nimi blisko. Jest uznaniem, że każde życie jest indywidualne – ale istnieje wyłącznie w zjednoczeniu z wszystkim, co żywe dookoła.

  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.

  1. Styl Życia

Co daje urlop w odosobnieniu?

Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Przytłoczeni codziennym życiem szukamy ucieczki, jakiejś odmiany. Można w tym celu jechać na festiwal muzyczny czy do modnego kurortu z przyjaciółmi, ale można też spędzić tydzień urlopu w samotności. Czy warto zamknąć się w chatce w górach lub klasztorze i stać się na chwilę pustelnikiem, odpowiada ojciec Włodzimierz Zatorski, benedyktyn z Tyńca. 

"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie. Stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego życie może mnie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem wcale” - pisał Henry David Thoreau w jednym z esejów składających się na filozoficzne dzieło „Walden”.

Thoreau, amerykański pisarz, filozof, romantyk i jeden z pierwszych transcendentalistów, na początku lipca 1845 roku opuścił swój dom w Concord w Nowej Anglii, by spędzić dwa lata i dwa miesiące na bezludziu. Przeprowadził się do lasu nad staw Walden do drewnianej chatki, którą wcześniej przez kilka miesięcy budował razem z przyjaciółmi z desek odzyskanych z rozbiórki innego domu. Na obiad jadał gotowaną kukurydzę, którą zbierał z własnego poletka, oraz placki z mąki kukurydzianej i żytniej z dodatkiem soli. Był całkowicie samowystarczalny.

Ludzie żyją za szybko, za głośno, otumaniają się niepotrzebnymi i mało istotnymi informacjami dostarczanymi przez gazety czy telegraf – pisał w esejach. „Ludzie patrzą, ale nie widzą”. Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. Wierzył, że wtedy będzie szansa na stworzenie nowego świadomego społeczeństwa.

O to, co dziś – ponad 170 lat później – może nam dać doświadczenie choćby krótkiego odosobnienia, pytamy ojca Włodzimierza Zatorskiego.

Thoreau byłby dziś zawiedziony, gdyby zobaczył, jak bardzo ludzie nie wzięli sobie jego słów do serca. Warto wrócić do zaleceń dziewiętnastowiecznego filozofa? Żyjemy na targowisku mowy, hałasu zagłuszającego przede wszystkim siebie. Proszę zauważyć, jak wiele osób w autobusie, pociągu czy jadących na rowerze, ma na uszach słuchawki, przez które słucha muzyki. Ludzie nie słyszą przyrody, nie patrzą, co się dzieje dookoła, nie widzą przechodzących obok. Nie słyszą siebie samych i siebie nawzajem. A przecież świat w rozumieniu chrześcijańskim to relacje między ludźmi.

Ojciec diagnozuje nas w punkt. Co zatem zrobić, by znowu się usłyszeć? Czy – paradoksalnie – może nam w tym pomóc odosobnienie? Cofnięcie się do początków chrześcijaństwa i zostanie pustelnikiem czy pustelniczką choć na krótki czas? W pierwszym rozdziale reguły św. Benedykta czytamy o kilku rodzajach mnichów. Pierwszy z nich to cenobici, czyli ci, którzy żyją w klasztorze, we wspólnocie i podlegają opatowi. Drugi – anachoreci, czyli pustelnicy. Jednak by zakonnik został pustelnikiem, musi długo się przygotowywać w klasztorze. Zanim uda się na pustynię, by samemu zmagać się ze złem, które czai się w ciele i myślach – uczy się życia we wspólnocie, bycia otwartym na ludzi. W chrześcijaństwie nigdy nie było tradycji absolutnej samotności. W pewnym sensie jest to nienaturalne. Nawet anachoreci zawsze żyli w jakichś koloniach pustelników i przynajmniej raz w tygodniu spotykali się na eucharystii. W chrześcijaństwie drugi człowiek jest drogą do Boga.

Jak odnaleźć tę drogę? W chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, czyli relacja z drugą osobą, przez tę relację człowiek się realizuje. Odosobnienie czy inne formy ascezy, jak post lub pełne milczenie mają charakter pomocniczy do spotkania z drugim człowiekiem. Także samotność musi być widziana jako swoista pomoc, by człowiek wewnętrznie dojrzał do spotkania z drugim. W tym celu najpierw musi spotkać się ze sobą.

Dlaczego? Bo trzeba najpierw usłyszeć wezwanie, by na nie odpowiedzieć. Wezwanie od Boga, ale też wezwanie od drugiego człowieka. Ludzie się zakochują. Następują zaręczyny – jedna osoba wzywa, druga odpowiada. W życiu tej dwójki pojawią się potrzeby i pragnienia. Pytania i odpowiedzi. I albo jest harmonia we wzajemnym słuchaniu i odpowiadaniu, czyli dialog, albo zamknięcie się w swoich chęciach i pragnieniach, swoich wyobrażeniach. Gdy jedna osoba przestaje odpowiadać na pragnienia drugiej, to w końcu wygasa miłość. Żeby nie żyć w takiej martwocie obok siebie i umieć odpowiedzieć na pragnienia drugiej osoby, trzeba najpierw usłyszeć siebie i to, co jest w sercu. A do tego potrzebna jest czasowa samotność.

Co jest największą przeszkodą w usłyszeniu siebie, a potem drugiej osoby? Nasze wyobrażenia i budowane na nich oczekiwania. Drugi człowiek jest inny, potrzebujemy otwartości, by przyjąć tę inność, zaakceptować ją i poprzez to się rozwinąć. Ale żeby to się stało, człowiek musi przestać gadać. Bo gadanie jest zagłuszaniem siebie. Pamiętam wstrząsające słowa niemieckiego pastora Dietricha Bonhoeffera (antyfaszysty, zaangażowanego w spisek przeciw Hitlerowi – przyp. red.). Siedząc w więzieniu, zanim został stracony, pisał notatki. Pada w nich mocne zdanie: „Tutaj ludziom wydaje się, że mogą gadać wszystko i o wszystkim, bo mają wyrok śmierci i pewnie im na niczym już nie zależy. Zagłuszają ciszę w sobie, prawdę w sobie, z którą zaraz się zmierzą”.

Gadanina jest namiętnością, wszechobecną żądzą. Powoduje brak wewnętrznego skupienia się w słuchaniu. Ksiądz Tischner mówił, że myślenie jest właśnie tym skupieniem się w słuchaniu. Św. Augustyn – że każdy z nas ma w sobie wewnętrznego nauczyciela, którego należy słuchać. Jezus w ewangelii naucza: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy”. Gadanina i ciągłe przebywanie z innymi, załatwianie spraw, rozmawianie o wszystkim i o niczym – jest jednym wielkim zagłuszaniem siebie nawzajem, a przede wszystkim własnego wnętrza. To odcinanie się od tego głosu wewnętrznego nauczyciela, który mógłby z głębi przyjść i czegoś od nas zażądać, np. prawości.

Samotność i milczenie są koniecznym ćwiczeniem, aby wreszcie zamilknąć i zacząć słuchać? Jak czytamy u św. Jana, każdy człowiek rodzi się ze światłością, czyli z prawdą. Ale nie wystarczy się z nią urodzić, człowiek musi ją podjąć, czyli usłyszeć i pozwolić, by przemówiła. Nigdy nie jest na to za późno. Nawet jeśli w wieku 60 czy 70 lat człowiek sobie uświadomi, że całe życie pływał i stracił siebie, to ma jeszcze czas, by siebie odkryć. Jeżeli człowiek żyje w amoku rozgadania, to co go czeka, gdy w chwili śmierci stanie wobec prawdy ostatecznej? Dla mnie jest to przerażające.

Co roku udaje się ojciec na kilkudniowe odosobnienie, jakiś czas temu w samotności spędził ojciec aż rok. Co płynie z tego doświadczenia? Od czasów kleryckich co roku jeździłem na kilka dni do chatki w górach, w której byłem zupełnie sam. I wiem, że najgorszy hałas to nasza wewnętrzna gadanina. Teraz jest to dodatkowo wzmocnione przez technologię. Człowiek cały czas czegoś słucha, coś ogląda, patrzy w komputer, w komórkę, czyta SMS-y. Jestem tu czy tam, w Honolulu, w Nowym Jorku, Warszawie czy Krakowie – ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, kim jesteś. To, że informujesz przez Internet innych, że siedzisz w kawiarni i pijesz kawę czy nudzisz się na wykładzie, nie ma żadnego znaczenia. Ale bez względu na technikę, jaką dziś dysponujemy, wewnętrzna gadanina istniała zawsze. Co gorsze, można przebywać w kompletnej samotności i ciszy, a mimo to produkować wewnętrzną gadaninę, żyć wyobrażeniami. Samotność ma sens wtedy, gdy prowadzi nas do spotkania, do komunikacji z drugim człowiekiem. Inaczej to tylko zawracanie głowy.

Jak siebie nauczyć tego słuchania, bycia w gotowości do spotkania z drugim człowiekiem? Nauka jest banalnie prosta. Wystarczy spojrzeć na drugiego człowieka z pytaniem: kim ty jesteś? Spytać: co dla ciebie jest ważne? I usłyszeć odpowiedź. Jeśli człowiek chce kogoś poznać, to raczej pyta niż polemizuje i mówi swoje. To, czy ktoś jest człowiekiem słuchającym, wychodzi w narracji, np. gdy opowiada o spotkaniu z kimś, czy potrafi się wczuć w tę osobę, bez oceniania.

Będąc na odosobnieniu, wsłuchujemy się w swojego wewnętrznego nauczyciela, w siebie, czyli kontemplujemy. Czym się wyróżnia medytacja chrześcijańska? Idąc za Romano Guardinim (filozofem, księdzem niemieckim włoskiego pochodzenia, żyjącym w latach 1885–1968 – przyp. red.), medytować znaczy być obecnym przed Bogiem. Medytacja chrześcijańska – inaczej niż buddyjska – jest relacją osobową, jest wniknięciem w spotkanie z Bogiem. Największą przeszkodą w byciu obecnym przed Bogiem jest to wewnętrzne gadanie. Mnisi tę gadaninę nazywali logismoi, czyli namiętnymi myślami, pragnieniami, lękami, obrazami, wyobrażeniami. Sztuka medytacji polega na tym, żeby nie dopuszczać tych myśli, które niczego nie dają, a wręcz niszczą, za to umieć wysłuchać i przyjąć te, które są dobre i nas budują. Myśli namiętne są nachalne, narzucają się, Bóg nie zagaduje, nie próbuje argumentować, nie tłumaczy. Bóg milczy, ale z milczenia wyrasta o wiele większa głębia niż z jakiejkolwiek gadaniny. By być obecnym przed Bogiem, trzeba myśli zneutralizować, niezależnie, czy one są dobre, czy złe. Tischner mówił: „to nie ja mam myśli, to one na mnie przychodzą. Stają się moje, kiedy ja je biorę za swoje, przyjmuję za swoje”. Wszystkie techniki medytacji skupiają się na uwolnieniu się od tych myśli, ciągłym wracaniu do obecności przed Bogiem.

Można udać się na odosobnienie do klasztoru w Tyńcu? U nas nie ma odosobnień. Mamy chatkę w Szczawnicy, do której sam jeżdżę, tam można pobyć samemu. W klasztorze można zamieszkać samotnie w pokoju, ale zawsze spotyka się innych, chociażby podczas modlitwy czy posiłku. Nie ma warunków do pełnego odosobnienia. Ale na pewno można się wyciszyć. Na tyle, ile ktoś będzie dbał o samotność, na tyle będzie samotny. Ale rzeczywiście przydałby się tutaj taki „domek na samotność”.

Zanim zdecydujesz się na odosobnienie, przygotuj się, że może to być trudne doświadczenie. Brak Internetu, komórki i rozmowy – zanim przywróci cię do równowagi – może cię z niej wyprowadzić. Dlatego dawkuj sobie samotność. Przed wyjazdem do klasztoru, wybierz się na trzygodzinny spacer w pojedynkę i bez telefonu. Potem z kanapkami i herbatą idź na całodniową wycieczkę do lasu. Może ktoś użyczy ci swojego domku na działce na dwa dni, by oswoić się z byciem sam na sam ze sobą? Pamiętaj, że w klasztorze trzeba się dopasować do obowiązujących zasad. Nie zniechęcaj się, bo choć przejście z hałasu do ciszy może być szokiem, warto wytrwać. A możliwości jest wiele.

Włodzimierz Zatorski benedyktyn, w latach 2005–2009 przeor Klasztoru Benedyktynów w Tyńcu, założyciel Wydawnictwa Benedyktynów TYNIEC, autor książek. W 2011 spędził rok w pustelni na Mazurach i w klasztorze w Jerozolimie

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens"