fbpx

Psychoterapia uporczywa

Psychoterapia uporczywa
fot.123rf

Warto wiedzieć, kiedy powiedzieć dość. Również wtedy, gdy pomaga się innym. Nadmiar pomocy demoralizuje lub podtrzymuje przy życiu trupa związku, który i tak jest skazany na rozkład.
Mama mojej przyjaciółki straciła rodziców, gdy była kilkuletnią dziewczynką. Dziś ma 60 lat, męża, dzieci i wnuki, ale nadal czuje się sierotą.

– Jak możesz mieć do mnie pretensje! – mawia. – Przecież wiesz, że jestem sierotą.

Ten argument przez lata zamykał usta mojej przyjaciółce i wszystkim wokół. Mamie należało wybaczać, broń Boże nie mieć jej za złe, nie złościć się, nie kłócić, nie buntować, nie oczekiwać zbyt wiele, nie rościć sobie praw, bo przecież była sierotą. Co gorsza, jest nią nadal. Większość jej rówieśników dziś też już nie ma rodziców, ale mama Zuzy wciąż czuje się pokrzywdzona przez los, choć przyniósł jej wiele dobrego. Może nawet to widzi, ale jak ma się cieszyć, skoro jest sierotą? To istota jej tożsamości, oś porządkująca życie, wyznaczająca jej stosunek do świata i zdarzeń losowych. Zalało mieszkanie. Mama dzwoni do Zuzy zapłakana.

– Przyjedź szybko, zalało mieszkanie. Boże, jeszcze to na mnie spada! Nie wystarczy, że jestem sierotą?

Zuza rzuca wszystko i pędzi przez miasto, by pomóc mamie, która jest sierotą.

– Przez całe życie na tym jedzie! – mówi Zuza ze złością. – Nie pamięta, że jest matką, kobietą, żoną. Ma wyłącznie tożsamość sieroty!

I nie ma się co dziwić. W czasach swojej młodości mama Zuzy nie miała szansy na psychoterapię. Nikt jej nie pomógł przepracować strasznej traumy, jaką jest strata rodziców.

Co innego Karol. Ma 17 lat i mieszka w Warszawie. Jego mama żyje, ale porzuciła go, gdy miał kilka lat. Został z babcią, u której i tak spędzał większość czasu od najwcześniejszego dzieciństwa, bo mama piła i lubiła się bawić, Karol jej tylko zawadzał. Właściwie wolał być u babci niż w domu. To, że matka zniknęła, niewiele zmieniło w jego codziennym życiu. Ale jego zmieniło na pewno. Porzucenie przez matkę to bez zwątpienia traumatyczne przeżycie, z którym trudno się dziecku uporać. Dlatego Karol otrzymał pomoc. Na kilka lat stał się klientem terapeutów, którzy przepracowywali z nim traumę dzieciństwa. Pracowali też z babcią, by umiała pomóc Karolowi. Współpracowali ze szkołą, która powinna zrozumieć, że Karol wymaga indywidualnego traktowania. Karol trafił na pedagogów, którzy rozumieli. Nie wiem, czy Karol dojdzie kiedyś do tego, że trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje, ale na razie nie ma szansy. Trudnym dzieciństwem może usprawiedliwić wszystko. Zresztą nie musi usprawiedliwiać. Wszyscy rozumieją, że może mieć gorszy dzień i nie iść do szkoły. Że nie ma głowy do odrabiania lekcji. Że w domu nie pomaga babci, bo przecież gdyby była mama, to ona by jej pomogła. Karolowi zdarzają się różne wybryki, ale i te wszyscy rozumieją. Kradzież w supermarkecie, picie, wagary – to zrozumiałe w jego sytuacji. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale nic nie wskazuje na to, by Karol kiedykolwiek miał wziąć odpowiedzialność za własne życie. Czuje się najbiedniejszy, pokrzywdzony, wściekły, sfrustrowany, wciąż czuje się ofiarą, choć dla babci coraz częściej bywa katem. To nienawidzi matki, to ją kocha. Psychologowie od lat analizują z nim jego uczucia, pozwalając, by syndrom porzuconego dziecka stał się osią jego psychiki. Jeśli tak dalej pójdzie, to mając tyle lat co mama Zuzy, Karol nadal będzie porzuconym dzieckiem. Po rozmowie z Karolem mam wrażenie, że zbyt intensywna pomoc psychologiczna utrwaliła traumatyczne przeżycie, zamiast pomóc mu się z nim rozprawić.

Czasem nadmierna pomoc bywa niesiona w kiepskiej sprawie. Choćby ostatnio. Przyszła do mnie para po kilkumiesięcznej terapii (sic!) przedmałżeńskiej. On po trzydziestce, ona jeszcze studiuje. Są ze sobą od roku, ale się nie układa, więc zaczęli pracować nad związkiem. Po kilku miesiącach pracy nadal nie są szczęśliwi. Już było lepiej, mają termin ślubu, ale ich terapeuta wyjechał i znowu jest kiepsko, więc przyszli do mnie z pytaniem, co robić. Bo on ogranicza jej swobodę, a ona nie jest pewna, czy go kocha. On potrzebuje czułości, a ona nie znosi dotyku, ale fajnie jej się z nim gada. On się boi, że ona leci na jego kasę, ona nie jest pewna, czy chce z nim być, on właściwie też nie jest przekonany, ale nie chce jej stracić, jest bardzo zazdrosny, więc to pewnie znak, że ją kocha, ją jego zazdrość irytuje, ale lubi go prowokować, po awanturach łączy ich seks, w łóżku zwykle jest nieźle, ale ona coraz rzadziej ma ochotę, nie są małżeństwem, nie mają dzieci, ale mają za sobą kilkumiesięczną terapię i nadal nie potrafią się dogadać. Wziąć ślub czy się rozstać? Oto jest pytanie, na które od miesięcy szukają odpowiedzi, korzystając z profesjonalnej pomocy. Kiedyś ludzie, gdy nie umieli się dogadać, byli zdani na zdrowy rozsądek i porady bliskich. Dziś są od tego fachowcy. Przy ich pomocy miesiącami można sprawdzać, czy nie uda się naprawić tego, czego się jeszcze nie wybudowało. Nie, nie mam nic przeciwko spotkaniom przedmałżeńskim. Gdyby były, niejedna para mogłaby się uchronić przed przedwczesnym ślubem i szybkim rozwodem. Chodzi o to, żeby nie kleić tego, co gołym okiem widać, że skleić się nie da. Nie stosować uporczywej terapii podtrzymującej traumę lub związek tak słaby, że bez naszej pomocy rozpadłby się bez bólu siłami natury.