fbpx

Partnerstwo: różni, ale równi

Partnerstwo: różni, ale równi
fot.123rf

Czy kiedy jesteśmy razem, możemy się od siebie czegoś nauczyć? Czy raczej chcemy partnera zmienić, dopasować? Przymykamy oczy na jego wady czy go odrzucamy? A gdyby tak potraktować tego, kogo kochamy, jak osobę, która inaczej niż my widzi świat? Czemu to takie trudne – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
Przyznałeś w jednym z wywiadów, że gdy przyszło ci zajmować się dzieckiem i domem, byłeś na granicy szaleństwa. Kobiety (w większości) od tego nie wariują…

Może nie szaleństwa, ale wyczerpania. To jednak niebezpieczny kierunek rozmowy. Możemy pokłócić się z genderem, bo jego fundamentalistyczny odłam twierdzi, że płeć jest fenomenem wyłącznie kulturowym, niezależnym od płci biologicznej, że kształtuje się przez obcowanie z tradycją, obyczajem i poddaje się indywidualnym decyzjom oraz wyborom. Więc gdyby ta koncepcja kulturowego determinizmu płci miała być całą prawdą o płci, to mężczyźni i kobiety nie mieliby się czego od siebie uczyć i nie widzieliby do tego powodu. Już dzisiaj – skądinąd uzasadnione – zakwestionowanie i zawieszenie dotychczasowych przepisów na role związane z płcią spowodowało masowe zjawisko upodabniania się płci do siebie, szczególnie wśród młodzieży. Chłopcy zachowują się tak jak kiedyś dziewczyny, a dziewczyny – tak jak chłopcy. Nie ma to jednak nic wspólnego z wyborem czy uczeniem się od siebie. To naśladownictwo, mimikra kulturowa, upodabnianie się osobników niezdolnych do obrony do tych, które to potrafią. Niedawno na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie zobaczyłem niekończącą się paradę młodych mężczyzn poruszających się jak spięte, początkujące modelki: ściśnięte do bólu pośladki, nogi spętane jakby zbyt wąską spódnicą, stawiane starannie jedna przed drugą, i torebki na długim pasku dyndające bezużytecznie na ramieniu. To nie efekt wyboru nowej społecznej płci. Ci chłopcy nieudolnie upodabniają się do kobiet, usiłując zejść z linii ognia krytyki tradycyjnej męskości.

W parku widziałam ostatnio niezwykłą scenę: gdy nagle na alejkę wybiegła mysz, kilkuletnia dziewczynka uciekła do mamy, a jej brat przyjął pozycję „atak na wroga”. Myślę, że taka „próba myszy” mogłaby wiele powiedzieć o tym, jak to jest z tymi różnicami…

To zabawne! Ale przypuszczam, że opisani wyżej chłopcy nie utrzymaliby się w roli i też uciekali przed myszą. Choć mają inną niż kobiety konfigurację hormonalną, węższą miednicę, widoczne genitalia, nieco odmienną budowę i aktywność elektryczną mózgu. A to wystarczy, by byli odmiennie zorientowani w świecie. Oczywiście, ta odmienność nie determinuje – możemy modyfikować zachowania choćby poprzez zainteresowania, aktywności zawodowe, a nawet sport. Kobieta, jeśli tylko zechce, przekroczy swój lęk przed gryzoniami i może pracować w ekipach deratyzacyjnych. Wiele kobiet skutecznie rywalizuje z mężczyznami, co podnosi im poziom testosteronu. Ale nie mówi się już o tym – bo to politycznie niepoprawne – że upodobnienie się kobiet i mężczyzn powoduje, że stają się dla siebie nieatrakcyjni. Atrakcyjność zasadza się na różnicach. I nie chodzi tylko o łóżko. Ale o odmienną propozycję istnienia w świecie i oglądania go. Mężczyzna jest ciekaw kobiety nie tylko seksualnie, lecz psychicznie i duchowo: tego, jak ona przeżywa świat, określa cele, postrzega sens istnienia. Dla mężczyzny kobieta im bardziej różna, tym bardziej fascynująca. Podobnie rzecz się ma w drugą stronę.

Chyba kobiety nie są tak ciekawe mężczyzn. Oni dla nas to często „materiał do przycięcia”.

To prawda, że mężczyźni rzadziej dążą do tego, by radykalnie zmieniać kobiety. Ale by ciekawość miała szansę zaistnieć, trzeba szacunku dla różnic, odmienności. Trzeba zaprzestać udawania, że hormonalne, anatomiczne, psychologiczne, behawioralne i duchowe różnice są wyłącznie niepożądanym przejawem kulturowych stereotypów i błędów wychowawczych. Doceńmy i szanujmy to, co nas dobrze różni, co czyni mężczyzn i kobiety komplementarnymi. Dzięki tym różnicom szukamy i potrzebujemy siebie nawzajem, tęsknimy i pragniemy. Z różnic rodzi się nowe życie, a obraz świata staje się pełniejszy i ciekawszy. Unifikacja płci grozi śmiertelną nudą i tym, że przestaniemy siebie nawzajem wspierać, doceniać i kochać.

Stereotypy płci zastąpione nakazem unifikacji zabiją miłość?

To realne niebezpieczeństwo. Ale trwa spór: czy możemy uwolnić kulturę i umysły od stereotypów, a nawet od – podejrzewanych o bycie ukrytymi stereotypami – archetypów? Czy to, że w mitach religijnych – pochodzących z każdego zakątka ziemi – występują męski bóg i jego równorzędna partnerka, kobieta bogini, jest także odzwierciedleniem stereotypu? Czy to dobrze, że bogini różni się od boga? Skoro takie pytania wchodzą w grę, to spór z ideologicznym genderem ma w istocie wymiar metafizyczny, a nie naukowy. Może dlatego Kościół się w ten spór tak gorąco zaangażował. Ja jako psychoterapeuta nie zajmuję się ideologią, lecz praktyką, tym, co jest i co z tego wynika. Widzę, że na razie kobiety i mężczyźni się różnią. Z punktu widzenia psychoterapii nieistotne jest, czy z powodów biologicznych, kulturowych, czy metafizycznych. Różnią się i dlatego mają ze sobą trudno, ale zarazem są dla siebie atrakcyjni i mogą się wiele od siebie uczyć. Uczestniczyłem niedawno w rodzinnym oglądaniu starego, ale śmiałego amerykańskiego filmu o dorastających chłopakach. Najbardziej zainteresowane filmem były dojrzewające dziewczyny. Jesteśmy siebie ciekawi także dlatego, że mamy różne potrzeby związane z płcią hormonalną i mentalną. Co nie wyklucza tego, by kobieta wychowana na wojownika walczyła na froncie. Choć homo sapiens wygrał rywalizację z neandertalczykiem, bo przestał angażować kobiety w walkę i nastąpił podział ról związanych z płcią, który pomógł stworzyć tę cywilizację, jaką znamy. Zrozumiałe, że nadszedł czas na weryfikację tych anachronicznych odwiecznych rozstrzygnięć – ale i tak trzeba nam będzie znaleźć współczesną nieopresyjną granicę „upodabniania się” – jakiś nowy Pokojowy Pakt Płci oparty na zasadzie win – win.

Dotknęłam granicy upodobniania się, gdy na okładce kobiecego pisma zobaczyłam bokserkę. Pomyślałam: „No nie, nawet tu muszę boks oglądać”.

Wbrew temu, co sugeruje ideologiczny gender, zamiana ról ani upodobnianie się nie są ratunkiem dla związków i miłości. Dla miłości najlepiej, gdy mężczyźni i kobiety uznają, że pochodzą z dwóch różnych kultur – pięknych, mądrych i fascynujących, ukształtowanych przez tysiąclecia. Wtedy jest szansa, że z szacunkiem, pokorą i zaciekawieniem badacza będą nawzajem się poznawać i uczyć. W związkach zakochanych to zainteresowanie jest oczywiste i naturalne. Trwa w nich – często wieloletni – gwałtowny i zachłanny proces wzajemnego poznawania i uczenia.

Słynny antropolog Joseph Campbell powiedział, że celem związku kobiety i mężczyzny jest to, by lepiej ogarnąć mentalnie świat i życie, a tym samym zwiększać szanse przetrwania własnego i potomstwa. Ale jednocześnie uczymy się od siebie wyspecjalizowanych, związanych z płcią kompetencji i dzięki temu stajemy się coraz bardziej autonomicznymi istotami.

A więc czego dziś możemy się od siebie nawzajem nauczyć?

Bardzo wiele. Książkę można by o tym napisać. Więc tylko przykład: mężczyźni mają większą skłonność do myślenia syntetycznego, dostrzegania rzeczy w szerszej perspektywie, pomijania drobiazgów, odłączania emocji, chłodnego oglądu sytuacji. Dzięki temu – statystycznie rzecz ujmując – są lepsi w sytuacjach awaryjnych i w rywalizacji, zwłaszcza tej wymagającej długotrwałej determinacji. A więc kobieta może się od mężczyzny nauczyć, jak rywalizować, zmagać się, znosić trudy i ból walki.

A mężczyzna od kobiety?

Też tylko przykład: kobiety są mentalnie multimodalne. Jednym spojrzeniem ogarniają złożoną rzeczywistość, która dla mężczyzny jawi się jako chaos, np. dom pełen rozbieganych dzieci i porozrzucanych sprzętów. Mężczyzna musi się tego nauczyć, bo inaczej nie stanie się autonomiczną osobą. Pilne uczenie się od siebie jest niezbędne dla ratowania miłości. Gdy zasymilujemy widzenie świata, umiejętności drugiej płci i możemy radzić sobie sami, to dopiero wtedy otwieramy nasze serca na miłość prawdziwą i bezinteresowną.

Gdy zasymilujemy cechy drugiej płci, to się do niej upodobnimy?

Ależ skąd! Każda płeć pozostaje specjalistą od tego, co jest jej specyfiką. W edukacyjnym systemie skandynawskim chłopcy uczą się robić na drutach, a dziewczynki zbijać budki dla ptaków. Ale na poziomie mentalnym, wyrosłym z genetycznego wyposażenia, to niewiele zmieni. Bo gdy mężczyzna ma do rozwiązania problem, aktywizują się tylko te fragmenty jego mózgu, które związane są z treścią zadania. Męski mózg reaguje w sposób wyspecjalizowany. Kobiecy aktywizuje się prawie cały. Nie sposób rozstrzygnąć, która strategia jest lepsza. Kobieta rozpatruje problem wszechstronnie i emocjonalnie. Mężczyzna skupia się na istocie. W zależności od sytuacji obie te metody mogą okazać się trafione.

A lęk przed myszami? Ma sens? Czy mężczyźni powinni się od kobiet go nauczyć?

Zdolności do reagowania na subtelne przejawy ewentualnego zagrożenia to specyfika kobiet. Mężczyźni nie rozumieją, że alarmowa reakcja na gryzonie, pająki insekty jest naturalnym odruchem chronienia bezbronnego potomstwa i zapasów żywności. Kobieta dostrzega potencjalne zagrożenia wcześniej i wyraźniej – i ja bym tego nie zmieniał. Tym bardziej że po tych wyjaśnieniach paniczna reakcja na mysz ma szansę przestać być obciachem. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby kobiety potrafiły nie tylko zauważyć mysz, lecz także radzić sobie z takim zagrożeniem. Tę specjalizację warto zachować. Jest komplementarna. Bo jeśli mężczyzna będzie zajmować się myszą, to przeoczy aktualne, doraźne niebezpieczeństwo, np. wroga zbliżającego się do domu. Męski aparat wzrokowy jest skonstruowany, by widzieć daleko. To oczy i mózg strażnika. Dostrzegają najmniejszy ruch, ale w perspektywie od 20 m i dalej. Po to właśnie, by ujrzeć wroga zawczasu. Kobiety zaś mają oczy i mózgi zbieraczek. Z bliska potrafią zobaczyć to, co drobne, pochowane i nieruchome – a więc praktycznie niewidoczne dla statystycznego mężczyzny. Na przykład określony jogurt albo dżem na półce w supermarkecie. Mężczyzna stoi przed tą półką i nic nie widzi. Duma męska każe mu szukać, ale szybko się poddaje i idzie zapytać panią z obsługi. Lepiej by było wykonać świadomą pracę nad własną niedoskonałością i szukać do skutku. Ale kto teraz ma czas na takie ćwiczenia?

Wszyscy mężczyźni tak mają? To niezłośliwe, kiedy stojąc przed lodówką, pytają, gdzie jest to, co leży przed ich nosem.

Mężczyźnie będzie ciężko dorównać kobiecie w zdolności do odnajdywania blisko położonych drobnych przedmiotów. Czyż to nie dowód na to, jak cudownie się uzupełniamy w dziele przetrwania gatunku? Czy to nie zasługuje na szacunek? Na szacunek dla odmienności – byśmy naprawdę mogli żyć według hasła: różni, ale równi. Nie wyśmiewajmy się więc z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość.

Jak zaciekawić się męską innością, a nie krzyczeć: „Dżem masz przed nosem!”?

Zainteresowanie musi być obustronne. Mężczyźnie nie wolno dewaluować tego, co kobiece, bo wtedy kobieta się też nim nie zaciekawi i go nie doceni. Dlatego najważniejsze – to już dzieci uczyć szacunku i ciekawości dla drugiej płci. Wówczas chłopcy przestaną upodobniać się do dziewczyn, o zgrozo, z poprzedniej epoki. By to było możliwe, trzeba zapytać, dlaczego kobiety uważają, że chłopcom należy zakazać biegania, krzyczenia, walki i strzelania, skoro chcą same to robić? Idą do armii, wchodzą na ringi, rywalizują. Czy to nie podwójna moralność? Z jednej strony zwalczanie wszystkiego, co tradycyjnie męskie w mężczyznach, a z drugiej – naśladowanie ich w tym. Czyżby za pogardą dla męskości ukrywała się kobieca niezgoda na własną biologiczną i psychologiczną odmienność, którą Freud nazywał zazdrością o penisa? Wydaje mi się też, że owa zazdrość o penisa, czyli upodobnianie się kobiet do mężczyzn, i zazdrość o pochwę, czyli upodobnianie się mężczyzn do kobiet, to kaprysy, miazmaty i wynaturzenia sytego i bezpiecznego mieszczaństwa. Nie sądzę, by np. w wymagającym środowisku wiejskim zjawiska te miały proporcjonalną częstotliwość do tej w dużych miastach. Ideologia unifikacji płci jest ciekawym pomysłem, lecz też tylko na czas pokoju. No bo kto pójdzie walczyć, a kto zostanie w domu, żeby chronić dzieci? Czy kobiety będą gotowe tracić życie w obronie swoich misiów przebywających na tacierzyńskim? Wątpię.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca
i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze