1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Bartłomiej Topa: Ściema

Bartłomiej Topa: Ściema

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Nie wierzy w dobro i zło. Jest przekonany, że żyjemy w matriksie, a nasze życie zostało dawno temu zaprogramowane i ma na to dowody.

Bartłomiej Topa opowiada o tym, jakie jest jego ulubione słowo, dlaczego nie je mięsa, sam przygotowuje sobie wodę i co myśli o Bogu.

 „Nie jestem fanem szczerych rozmów” – mówi grany przez pana komisarz Warski. A pan?

Lubię rozmawiać, może nawet jestem fanem rozmów, ale mam w sobie obawę, że słowa się wymykają.

Wymykają się czemu?

Intencji. Wie pan, to nawet nie jest obawa, ale świadomość, że słowa zawodzą. Próba zdefiniowania intencji słowami zazwyczaj skazana jest na porażkę. I wtedy w trakcie rozmowy używamy coraz więcej i więcej słów, które znaczą coraz mniej i mniej. Słowa są hakami do spotkania, w tym sensie są użyteczne. Pomagają się rozpoznać, czasami poznać, rozpocząć wspólnie jakieś przedsięwzięcie albo relację, a w końcu się rozstać. Warski, o którym pan wspomniał, główny bohater filmu „Sługi boże”, korzysta ze słów jak każdy z nas, dzięki temu może rozwiązywać zagadki kryminalne.

Poza tym biega, skacze, strzela – jak się pan przygotowywał do tej roli?

Oczywiście, przy skomplikowanych scenach korzystam z pomocy kaskaderów, ale już przed udziałem w filmie wojennym „Karbala” sporo czasu poświęciłem na fizyczne przygotowania, i to zaprocentowało. Przeszedłem zawodowe szkolenie dotyczące poruszania się, posługiwania bronią. Traktuję swoje ciało jak narzędzie i staram się je utrzymywać w dobrym stanie.

Choćby biegając w triatlonach.

Ta przygoda zaczęła się w 2012 roku, kiedy razem z Piotrkiem Adamczykiem, Łukaszem Grassem i Tomkiem Karolakiem rozkręcaliśmy w Polsce triatlon. Dlatego Warski, który skacze i biega, nie był aż tak wielkim fizycznym wyzwaniem.

„Sługi boże” to film o tym, co złe, o śmierci, również samobójczej, ściganiu zbrodni. Jaką cenę trzeba zapłacić, zanurzając się w taki świat na wiele tygodni?

Chciałbym umieć sobie powiedzieć, że to tylko spotkanie z fikcją, ale przecież zanurzam się w nią cały. Doświadczenie obcowania ze złem wraca w snach, obrazach. Od czasu do czasu potrzebuję się oczyszczać, brać symboliczny prysznic po tym prawdziwym kłamstwie, którym jest aktorstwo.

Jak się pan oczyszcza?

Bieganie pomaga, dbałość o to, co jem, co piję, jak żyję. Pomaga również świadomość tego, po co przyjmuję określoną rolę, co chcę przekazać widzom. Ale czasami ponoszę klęskę, bo poddaję się nurtowi, który płynie i gdzieś mnie porywa. Pomaga również odmawianie. Niedawno dostałem propozycję użyczenia głosu do gier wojennych. Zdaję sobie sprawę, że ci, którzy grają w wirtualne gry, mogą rozwijać logiczne myślenie, komunikację, ale zwyciężyła we mnie wątpliwość – oto świat, w którym chodzi o zabijanie, szkolenie się w zabijaniu. Odmówiłem. Może zabrzmi to banalnie, ale zachwyca mnie ludzkie ciało, doskonałe narzędzie, które mamy, zachwyca mnie cała paleta emocji. Myślę, że warto to wykorzystywać do tego, by ten świat był piękniejszy, bardziej świadomy swojej unikalności.

Dlatego angażuje się pan w pomoc cierpiącym na autyzm, w różne społeczne inicjatywy?

Pewnie tak, ale również dlatego, że jestem niecierpliwy. Gdybym miał potraktować pana i czytelników uczciwie, to musiałbym powiedzieć, że nie mam nic do powiedzenia. Gram w filmach, czasami komuś pomogę, a czasami ktoś pomoże mi, mam rodzinę, żyję, to wszystko.

Adam Wajrak powiedział mi jakiś czas temu, że popularność trzeba utylizować, że popularność to nie tylko przywileje, ale i obowiązki.

Zgadzam się, rozpoznawalność trzeba wykorzystywać, to słuszna idea, wokół nas morze potrzeb.

Porozmawiajmy o pana ideach.

Słowa, słowa, słowa.

Haki!

Czasami najwłaściwszym rozwiązaniem wydaje mi się powyjmować z siebie te wszystkie haki, usiąść w ciszy i posłuchać swojego oddechu.

Medytuje pan?

Potrzebuję dla siebie zatrzymania. Nie chcę tych momentów nazywać. One są tylko moje, nieprzypisane do żadnej religii i duchowych praktyk. Moim zdaniem dobro i zło są konceptami, skomplikowaną mentalną konstrukcją, która została zaszczepiona tutaj na ziemi. A my w niej, w niezrozumiałym dla nas świecie, życiu po życiu rzeczywistości.

To co jest realne?

Świadomość, że pojawiamy się tu na chwilę, że po śmierci – również na chwilę – zmieniamy stan i znów zjawiamy się bez wspomnień, oddzieleni i zagubieni. Mam wrażenie, że idee dobra i zła są niczym więcej niż fikcją. Co z tego, że jesteśmy genialnymi biologicznymi komputerami z przekraczającym nasze wyobrażenia potencjałem, skoro nie radzimy sobie sami ze sobą? Gdy tylko zatrzymujemy się na chwilę, rozglądamy dookoła, to rozumiemy, że coś jest nie tak, że nasz ludzki świat toczony jest przez wirus zła, nienawiści i nieustającej manipulacji.  

Niektórzy jednak wierzą w dobro i zło.

No jasne, a gdy uwierzą, to próbują innych do swoich idei dobra i zła przekonać. Mówią: „Zobowiązuje cię wiek, płeć, kolor skóry”. Mówią: „Nie powinieneś tak myśleć, tak się zachowywać, tak wyglądać”. To strasznie powierzchowne.

Co kryje się pod powierzchnią?

Nierozpoznana w nas jedność, my wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni w sensie dosłownym. Pod powierzchnią jest matryca ciszy i cierpliwości, matryca łagodnej obserwacji tego, co się dzieje ze światem, z ludźmi. Czasami ktoś z nas otwiera na chwilę oczy, rozumie, że to wszystko za daleko już zaszło. Zbyt dużo jest cierpienia, samotności, bólu, śmierci. Do tego dochodzi zalew informacji serwowany przez media, ciężko się w tym odnaleźć.

Co jest ważne?

To, co robimy na co dzień. Co kładziemy na stół, jak na siebie patrzymy, jak oddychamy. Każdy z nas ma swój wewnętrzny wszechświat, gdy spotykamy się z innymi, te wszechświaty się przenikają. Spotkaliśmy się dzisiaj tu i teraz, istnieje tylko jeden wszechświat, ten, w którym jesteśmy. Nie ma nic innego i możemy zająć się tylko tym. Chodzi o skupienie.

Na sobie?

Tak! Poznamy swoje ograniczenia, potrzeby i wartości, więc będziemy mogli prawdziwie skomunikować się z ograniczeniami, potrzebami i wartościami innych. Wtedy zazwyczaj okazuje się, że nie różnimy się od siebie tak bardzo, jak się nam wydawało na tym powierzchniowym poziomie. Pojawia się pytanie: a co jeśli nasze życia, nici naszych codziennych zdarzeń i doświadczeń są zaprogramowane, skonstruowane i realizujemy je, wierząc, że świadomie je wybraliśmy?

Brzmi jak fabuła filmu „Matrix”.

Dobrze brzmi, genialny film i opowieść, która metaforycznie pokazuje, że każdy z nas żyje według ustalonego programu. I wszystko, co nas otacza, to ściema.

Jednak Ściema to przy okazji imię pana suczki.

Szukaliśmy przyjaciela wśród zwierząt i pojawiła się Ściema. Znaleźliśmy ją pod betonową płytą gdzieś w Świętokrzyskiem. Październik, spadł śnieg, leżała tam ze swoim rodzeństwem. Ściema, czyli ułuda, gęstość, hologram. Uwielbiam to słowo, bo przywraca mnie do realnego momentu. Nie jestem pozbawiony ściemy, chciałbym, ale przecież żyję w tym świecie. Czasami udaje się być w tym, co realne, prawdziwe, pozbawione iluzji. Gdy spotykamy się z mocnym cierpieniem, chorobą, zagrożeniem życia, bólem ciała, gdy ktoś chce nas zranić – to czasami pomaga obudzić się, zobaczyć swoje życie i to, co jest w nim fałszem.

Pamiętam pana opowieść sprzed lat. Trzymał pan swojego syna za palec, a on umierał. Mówił pan, że ten moment był pewnym przebudzeniem.

To był bardzo uświadamiający moment, ale nawet teraz, po latach, trudno mi o tym mówić. W tę historię zaangażowana jest również moja była żona, więc powiem krótko i o sobie. Śmierć kogoś bliskiego, najbliższego, jest czymś w rodzaju szarpnięcia, również fizycznego szarpnięcia, ekstremalnie bolesnego. To jest doświadczenie, które zmienia albo potrafi zmieniać na wszystkich poziomach. Gdy umierał Kajtek, miałem dojmujące poczucie, że tkwię w matriksie, że nie ma drogi.

Żadnej?

Chyba że na chwilę, tu. Siedzimy i rozmawiamy, tu jest wszechświat, nasz upragniony Bóg, teraz. To jest droga, nie ma innej i my o niej decydujemy, nikt inny. Tu jest moje niebo i mój raj, nie ma innego. A jak skończymy rozmawiać, to moim rajem będzie droga do samochodu, a później to, że nim jadę.

Udaje się panu być w tym stanie?

Bywam, staram się. Przez głowę przelatuje wtedy sporo myśli i uczuć: mój syn, moja miłość, Ściema, praca, to, co się wydarzyło wczoraj, przygotowania do spektaklu, który ma mieć premierę za kilka tygodni, troska o dziecko, zepsuty samochód. Ale gdy zostajemy tylko my, pojawia się jakiś impuls, patrzymy sobie w oczy i możemy się do siebie uśmiechnąć, powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”. To jest ten stan.

W co pan wierzy?

Ma pan pewnie na myśli Boga, bo w cóż innego ludzkość mogłaby wierzyć jak nie w Boga, który nas stworzył.

W Boga, którego stworzyła ludzkość.

Nie, jednak odwrotnie. Ale mogę sobie wyobrazić dwóch. Tego, o którym pan mówi, pod wieloma postaciami. I pierwszego, w którym nie ma dualności, jest obecność niemożliwa do nazwania i oceny.

Od ponad 25 lat nie je pan mięsa, dlaczego?

W tamtym momencie byłem na tak zwanym życiowym zakręcie, zacząłem siebie pytać o to, co mnie kształtuje, buduje, o to, czym się karmię – metaforycznie i dosłownie. Nie chcę przyczyniać się do cierpienia zwierząt, nie chcę się żywić ich cierpieniem. Takie na dzisiaj są moje wybory.

Dlatego wybrał pan technikum weterynaryjne?

Mój dziadek miał gospodarstwo, mieszkał na wsi. Rzemiosło, wiedza na temat wiejskiego życia wydawały mi się ważne, potrzebne. Pamiętam oczekiwania wobec mnie, żebym zajął się czymś konkretnym, przydatnym, a nie tylko ćwiczył umysł. Wybór weterynaryjnej szkoły był też wyborem pod prąd, chciałem inaczej niż moje koleżanki, koledzy.

Jak to się stało, że z technikum weterynaryjnego trafił pan do szkoły filmowej?

Znowu musimy wrócić do miłości. Moja była dziewczyna chciała zostać aktorką i poszedłem za jej namową. Już w podstawówce lubiłem wygłupy, w rodzinnym domu muzyka była istotną częścią naszej edukacji, siostra grała na wiolonczeli, brat na skrzypcach, ja śpiewałem w chórach. W szkole średniej udzielałem się w zespole tańca ludowego. Jeździłem na konkursy recytatorskie. Szukałem innych światów, w których zabawa, dowcip byłyby też ochroną przed szarą rzeczywistością komuny. Aktorstwo to był nieustający spektakl emocji, doświadczeń, droga pomagająca poznać siebie.

Ponoć lubi pan wódkę.

Lubię! Ktoś lubi cukier, ktoś kawę, ktoś inny zajada się fast foodami.

A wodę cały czas sam pan sobie przygotowuje?

Bo wodę też lubię! Od kilku lat faktycznie przygotowuję ją w domu. Woda to nośnik życia, energii, materii, a nawet pamięci. Mam więc  jonizator, w dwie tuby wlewam zwykłą wodę i po kilkunastu minutach otrzymuję wodę kwaśną i zasadową.

Dla mnie jedną z najważniejszych ról zagrał pan w telewizji śniadaniowej, wcielając się w mężczyznę chorującego na autyzm, by wesprzeć fundację Synapsis. Z perspektywy lat co to panu dało?

Sporo się dowiedziałem o samotności. To właśnie było najbardziej dojmujące, najtrudniejsze w całej tej historii. Cierpiący na autyzm, niepełnosprawni, wszyscy, których uważamy za innych, odbiegający od naszych norm doświadczają niezrozumienia, wykluczenia, niesprawiedliwych ocen. To doświadczenie uwrażliwiło mnie na to, czego nie znam, pokazało, że cierpiący na autyzm mogą być nauczycielami, przewodnikami po – dla nich bliskim, a nam nieznanym – świecie zmysłów i emocji.

Świecie pełnym ściemy. Jak sobie z nim radzić?

Zadawać pytania. Co czuję? Dlaczego się tak czuję? Czego słucham? Dlaczego piję tę kawę? Po co tam idę? Dlaczego tutaj pracuję? Dlaczego mam rodzić? Dlaczego mam być ojcem? Po co się tym zajmuję? Co chcę osiągnąć?... O co w tym wszystkim chodzi?

 

Bartłomiej Topa ur. w 1967 r. w Nowym Targu; aktor filmowy i teatralny. Właśnie pojawił się najnowszy film „Sługi boże”, w którym gra główną rolę. Znany m.in. z kreacji w filmach: „Drogówka”, „Karbala”, „Boisko bezdomnych”, „Wesele”. Ambasador Mistrzostw Polski w triatlonie na dystansie długim. Współpracuje z fundacją Synapsis. Miłośnik nart i wegetarianin.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

- Nigdy nie jest za późno, by odbić się od dna - twierdzi mniszka buddyjska Pema Chödrön

- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nie umiemy sobie radzić z trudnymi doświadczeniami. Szukamy rozwiązań i strategii, by były mniej bolesne lub w ogóle nam się nie zdarzały. Tylko czy tak się da? Mniszka buddyjska Pema Chödrön przekonuje, że zanim zaczniemy uciekać od cierpienia, lepiej sprawdzić, co ma nam ono do zaoferowania. Najgorszy moment w jej życiu – odejście męża – okazał się bowiem najlepszym.

Ponoć życie jest po to, żeby żyć. Tyle że nie wszystko, co jest do przeżycia, nam się podoba. Chcielibyśmy wybierać nasze doświadczenia: zależy nam na poczuciu bezpieczeństwa, sprawczości. A tu nagle przychodzi cierpienie. I co wtedy? Można stawiać opór, zrobić unik, oddalić się na chwilę od tego, co boli – rozpraszając uwagę, zmieniając stan świadomości... Ale tak naprawdę nie ma dokąd uciekać. Przecież nie uciekniesz przed samym sobą! Trudne doświadczenia konfrontują z trudnymi częściami nas samych. Może lepiej więc zostać, dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi? Spotkać się ze sobą i z życiem. Notabene – według tych, co się przebudzili – między jednym a drugim nie ma oddzielenia...

Wielcy i mali

Pema Chödrön (wym. Cziedryn) jest buddyjską mniszką, ale dobrze zna też życie w zachodniej cywilizacji, w związku partnerskim. Jest Amerykanką. Była żoną. Jej cierpienie zaczęło się wczesną wiosną... „Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę” – wspomina. „Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Pamiętam niebo, było ogromne. Pamiętam szum rzeki i parę unoszącą się nad filiżanką. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego – tylko światło i głęboka, nieruchoma cisza. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża”. To właśnie po tym doświadczeniu przyszło zainteresowanie buddyzmem. Pema Chödrön nie ma wątpliwości, że zwróciła się w tę stronę za sprawą męża i złości na niego. Straciła poczucie bezpieczeństwa, chciała je za wszelką cenę odbudować... „Na szczęście nigdy mi się to nie udało” – stwierdza. „Instynktownie czułam, że unicestwienie mojej dawnej osobowości – kurczowo czegoś lub kogoś uczepionej, zależnej – to jedyna droga”.

Dziś uważa, że były mąż ocalił jej życie. Że sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami. „Możemy wykorzystać tę sytuację na dwa sposoby: żeby się przebudzić albo żeby zapaść w głęboki sen”. Ona wybrała pierwszą opcję, a na jej ścianie zawisła wtedy karteczka ze słowami: „Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne”. Czy to nawoływanie do cierpiętnictwa, masochizmu? Raczej do realizmu. Do odstąpienia od pomysłu, któremu wielu z nas uparcie hołduje: że można oddzielić przyjemność od bólu, uniknąć tego drugiego. „Cierpienie to grunt, na którym rozwija się zrozumienie dla innych” – tłumaczy Chödrön. „Można się więc cieszyć zarówno radosną inspiracją, jak i nieszczęściem. Możemy być wielcy i zarazem mali”.

Zgoda na wszystko

W książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pema Chödrön sporo miejsca poświęca lękowi. Bo czy to nie jego boimy się najbardziej? Ileż energii wkładamy w to, żeby go zdusić, oddalić, nie czuć. Kontrola, perfekcjonizm, racjonalizacja, złość, rozrywki, używki, a nawet szukanie relaksu to sposoby, żeby pokonać strach, udawać, że go nie ma. A gdyby tak po prostu spotkać się z nim? „Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty” – pisze Chödrön. I podaje przykład morskich stworzonek, które można znaleźć na brzegu po odpływie i które kurczą się instynktownie pod dotknięciem ludzkich palców. Według niej lęk jest naturalną reakcją człowieka, gdy zbliża się do prawdy. Cóż, prawda bywa bardzo niebezpieczna. „Jeśli jednak mimo poczucia zagrożenia postanowimy pozostać dokładnie tu, gdzie jesteśmy, nasze doświadczenie stanie się bardziej żywe” – zapewnia. „Bo wszystkie doznania stają się bardzo intensywne, kiedy nie ma dokąd uciec”.

Lęk konfrontuje nas z czymś, co wyparliśmy, wyrzuciliśmy (a raczej próbowaliśmy wyrzucić) z naszego życia. W tym sensie jest wielkim darem – szansą na odzyskanie ważnej części siebie. Nie oznacza to, oczywiście, że oswajając go rozwiążemy nasze problemy. „To raczej metoda prowadząca do całkowitej zmiany starych nawyków patrzenia, słuchania, wąchania, smakowania i myślenia” – tłumaczy Chödrön. Jej podejście jest dość radykalne: problemów nie da się ostatecznie rozwiązać. „Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze, i znów wszystko się wali. Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy – ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, na radość i na żal”. Nie możemy przewidzieć, jaką jakość będzie miało kolejne doświadczenie – czy da nam przyjemność, satysfakcję, czy wręcz przeciwnie. Czy jesteś gotów na tę niewiedzę? Godzisz się na nią?

Poczuj tętno życia

Zdaniem Pemy Chödrön najlepszym nauczycielem jest obecna chwila. Daje ona możliwość wchodzenia w kolejne doświadczenia, obserwowania w nich siebie. Co się dzieje? Jak reaguję? Gdzie utknąłem? Chödrön sugeruje, że uważność prowadzi nas do uczucia jedności z tym, czego doświadczamy. Do przekroczenia oddzielenia. „Wiara w trwałe i oddzielne JA, ciągłe poszukiwanie przyjemności i unikanie bólu, obarczanie innych odpowiedzialnością za nasze cierpienie – z wszystkiego tego musimy całkowicie zrezygnować” – przekonuje. „Musimy porzucić nadzieję, że w ten sposób uzyskamy zadowolenie. Cierpienie zmniejsza się dopiero wtedy, gdy podajemy w wątpliwość to, że w ogóle istnieje miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć”.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak by to było żyć bez nadziei na tzw. lepsze czasy? Przerażające, prawda? A może jednak wyzwalające? Wciąż przecież próbujesz nad czymś zapanować – sprawić, by życie toczyło się po twojemu. A rezultat? „Chwytamy się nadziei, a ta okrada nas z chwili obecnej” – zauważa Chödrön. I proponuje, żebyśmy przyznali się przed sobą, że czasem (może właśnie teraz?) czujemy się jak łajno. „Tak przejawia się współczucie” – zapewnia. „Tak przejawia się odwaga. Trzeba powąchać to łajno, dotknąć je, zbadać jego strukturę, barwę i kształt”. Prawdopodobnie poczujesz się w tym bezbronny, całkiem odsłonięty. Według Pemy Chödrön to niezwykle ważne miejsce – możesz odczuwać w nim bezpośrednio tętno życia.

Być może wciąż tęsknisz za idealnym światem, ale czy naprawdę chciałbyś w takim żyć? Z punktu widzenia oświeconej istoty to przecież śmierć! „Pędzimy przez życie zaabsorbowani szukaniem coraz piękniejszych widoków, coraz doskonalszych brzmień czy bardziej wzniosłego stanu umysłu, nieświadomi, że wystarczy zatrzymać się w środku tego chaosu i rozejrzeć wokół” – podkreśla Chödrön. „Ujrzymy wtedy, że stoimy w centrum świętej mandali. Wijemy się jak robaczek przybity szpilką do środka tarczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że choć jesteśmy w kropce, to trafiliśmy w dziesiątkę”.

Zostaw lukę

Czy, będąc w kropce, znajdziemy otwartość, by w niej choć chwilę pozostać, przestać się szarpać? Oto pytanie. Oto wyzwanie! Jak to zrobić? Pozostań uważny – prosi Chödrön – i powstrzymaj się od nawykowych reakcji. Mniszka nazywa to rezygnacją z chęci bezzwłocznego zapełniania przestrzeni tylko dlatego, że pojawiła się w niej luka. Załóżmy, że odczuwasz pragnienie. Albo smutek lub opuszczenie. Reagujesz natychmiast, idziesz za tym, coś z tym robisz, zmieniasz. Ale między chwilą, w której pojawia się dane uczucie, a działaniem, jakie w związku z nim podejmujesz, jest coś, przez co się prześlizgujesz, przeskakujesz. Czego nie chcesz doświadczyć. „U podstaw naszego zwyczajnego życia, gadaniny, wszystkich działań i myśli tkwi fundamentalny brak poczucia oparcia” – mówi Chödrön. „Doświadczamy go jako niepokoju i nerwowości. Odczuwamy go jako lęk. Ten brak oparcia jest przyczyną pożądania, agresji, niewiedzy, zazdrości i dumy – mimo usiłowań nigdy jednak nie docieramy do jego istoty”.

Kiedy dostrzegamy nasze uniki wobec rzeczywistości, kiedy powstrzymujemy nawykowe, impulsywne reakcje, możemy poznać naturę lęku. Zadomowić się w poczuciu bezbronności. Jeśli będziemy ratować się przed nim ucieczką, rozpraszać uwagę, nigdy się nie odprężymy – ostrzega mniszka. Powstrzymywanie się przed reakcją oznacza dla niej zaprzyjaźnianie się ze sobą na najgłębszym możliwym poziomie. Wchodzenie w kontakt z tym, co przejawia się jako niepokój, kontrola, manipulacja, podczas gdy wewnątrz jest czymś bardzo miękkim i delikatnym.

Być może dobrym wprowadzeniem do takiego kontaktu będzie medytacja, łącząca uważność i praktykę powstrzymywania się. Uświadom sobie ruchy, jakie wykonuje twoje ciało, kiedy jest mu niewygodnie. Prawdopodobnie pod wpływem fizycznego dyskomfortu wykonujesz szereg poruszeń, żeby poczuć się lepiej. A gdyby tak zostać przez moment w tym uczuciu niewygody, poeksplorować je trochę? Niczego nie zmieniać? Ale też nie krytykować swoich impulsów. Po prostu być świadomym tego, jakie działania chcesz podjąć – albo podejmujesz – w takich sytuacjach.

Uważność pomaga zobaczyć pewne rzeczy, emocje u źródeł – w chwili, gdy powstają. Powstrzymanie się przed odruchowymi działaniami daje efekt stopklatki – pozwala wniknąć w istotę sprawy i uniknąć reakcji łańcuchowych czy rozrośnięcia się problemu. To może być bardzo transformujące doświadczenie.

  1. Psychologia

Współczesny singiel - jaki jest i czego poszukuje? 

Współczesny singiel to
to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Współczesny singiel to to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Szuka samego siebie czy związku? A może za wysoko stawia poprzeczkę? Albo za mało jest dziś fajnych kobiet, z którymi mógłby stworzyć udaną relację? Wspólnie z terapeutą Robertem Milczarkiem próbujemy ustalić, czy współczesnemu singlowi blisko do dzisiejszej singielki.

Kim jest współczesny singiel?
To najczęściej mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. To również mężczyzna, który po wielu próbach stworzenia związku zbudował przekonanie, że nie nadaje się do relacji. Według moich obserwacji z gabinetu takie myślenie najszybciej włączają jednak młode kobiety... Uważają, że to z nimi jest coś nie tak.

Czy mężczyźni również szukają winy w sobie?
Mężczyźni raczej zawyżają postrzeganie siebie i swojej wartości, a przyczyny niepowodzenia szukają po drugiej stronie. A że związki trudno jest budować, to nie warto się męczyć, lepiej ułożyć sobie życie w pojedynkę. Potrzeby seksualne i towarzyskie wolą realizować na zasadzie „friends with benefits” lub za pomocą kontaktów nawiązywanych poprzez platformy społecznościowe.

Co zmieniło się w byciu singlem na przestrzeni lat?
Myślę, że młodzi ludzie, czyli pokolenie 20+, po prostu nie chcą ryzykować. Pragną mieć pewność. Dlaczego? Bo przenoszą postawę konsumpcyjną na relacje, wybierają sobie partnerkę podobnie jak produkt. Młodzi mężczyźni mają dzisiaj bardzo wysokie oczekiwania i „koszykowe” podejście do kobiet. Wrzucają do koszyka pewną sumę kryteriów, jak w sklepie internetowym, i zaczynają polowanie: ty – nie, a ty – tak. Bez elastycznego podejścia i gotowości na to, żeby się dostroić, poznać, dotrzeć się. Zamiast tego jest szybka ocena wad i zalet. A jeśli partnerka nie spełnia wymogów, relacja kończy się bardzo szybko.

Kiedy tego słucham, to mam wrażenie, że w relacji z kobietami to młodzi mężczyźni rozgrywają dzisiaj karty.
Jako terapeuta coraz częściej spotykam tego typu sytuacje. Również z relacji kobiet, które mówią: „poszliśmy na spacer, na kawę, umówiliśmy się drugi raz, a on przestał oddzwaniać albo w ogóle nie odbiera”. Lub: „dochodzi do seksu, a on znika”. Albo słyszę od mężczyzny: „miła, inteligentna, ładna, ale ma za krótkie palce u stóp”. I on nie może na to patrzeć. Cecha fizyczna staje się kluczowym kryterium rezygnacji z pracy nad relacją.

Ale dlaczego tak się dzieje?
Chodzi często o nieistotny detal. Ja także rozkładam ręce, gdy to słyszę, jednak towarzyszę mężczyźnie w tym, żeby określił swoje oczekiwania i zastanowił się nad tym, czy są realne. Ten profil psychologiczny cechuje wysoki krytycyzm i oczekiwania względem partnerki, ale bardzo niska autorefleksja na temat tego, jaki jestem. Dużo jest w tym narcystycznej postawy.

Jaka jest tego przyczyna? Nadopiekuńcza matka, która daje synowi wszystko, tak że później partnerka nie jest w stanie jej dorównać? A może zmieniające się role płciowe i to, że kobiety nie stawiają mężczyzn i relacji z nimi jako najważniejszego, co ich wkurza?
Jest wiele czynników, które mają na to wpływ. Spotykam mężczyzn, którzy mają bardzo dobre relacje z rodzicami i wzorce do naśladowania... a mimo to ich oczekiwania wobec kobiet i świata są roszczeniowe albo przepełnione lękiem i obawą przed odrzuceniem. Myślę, że kluczowa jest zmiana cywilizacyjna związana z potrzebą szybkiej konsumpcji. Skojarzył mi się teraz Andrzej Rysuje, który stworzył ostatnio taki rysunek: widzimy mężczyznę kiedyś – w postaci rycerza poranionego strzałami, bez nogi, ręki, tak że generalnie ledwo stoi. A na dole napis: „do wesela się zagoi". Tymczasem co robi mężczyzna dzisiaj? Siedzi w kącie i mówi: „boję się”.

Dlaczego mężczyźni czują lęk?
Chcą związku, ale bez ryzyka, że może się nie udać. Bo można mieć fajny, empatyczny dom, ale później mierzysz się ze swoją grupą rówieśniczą i zaczyna się to całe ocenianie i kategoryzowanie, używanie uprzedmiotawiającego kobiety języka. Nawet jeśli to tylko bardzo nieudane, godne pożałowania żarty, to powtarzają je, bo chcą przynależeć do jakiejś grupy, z czasem przesiąkają tym wyższościowym podejściem wobec kobiet. Do tego dochodzą jeszcze potrzeba szybkiej gratyfikacji i unikanie rozczarowania oraz napięcia. Nic dziwnego, że trudno jest stworzyć związek, jeśli masz tak wysokie wymagania i minimalną refleksję na swój temat...

Jaki jeszcze jest typ współczesnego singla?
To mężczyzna wrażliwy i obiektywnie całkiem fajny, bo aktywny, rozwijający się, ale z dużymi deficytami komunikacyjnymi. Boi się kobiet i tego, że się zmieniły. Boi się także zawstydzenia. Stosuje więc racjonalizację, bo łatwiej jest mu w pozytywny sposób myśleć o sobie i o tym, że jest singlem z wyboru, niż iść na kompromisy. Tutaj przyczyn szukałbym w domu rodzinnym i braku obecnego ojca, który mógłby stanowić wsparcie, poklepałby syna po plecach, poszedł z nim do lasu, wzmocnił męskim pierwiastkiem zdrowej pewności siebie i nauczył, że można się z siebie pośmiać, mieć dystans do siebie.

Wiele singielek twierdzi, że zderzenie swoich oczekiwań i wyobrażeń na temat potencjalnego partnera z rzeczywistością jest najbardziej zabójcze dla relacji.
Ten kto ma oczekiwania – szczególnie wysokie i nierealistyczne – doznaje także rozczarowań. Myśmy się nauczyli stawiać te oczekiwania innym ze względu na przemiany cywilizacyjne. Związane z różnymi stylami podejmowania decyzji konsumenckich, ale też przez to ciągłe powtarzanie: „masz prawo, żeby być najlepszą wersją siebie”.

A co w tym złego?
Jeśli to przesłanie nie idzie w parze z autorefleksją i umiejętnością akceptacji rozczarowań jako części życia, to jest bardzo szkodliwe. Wytwarza ogromną presję porównywania się i dążenie do ideałów rodem z Instagrama. Obserwuję to w pracy z pacjentami – oczekiwania rosną, a z uznaniem własnych słabości i tolerancją na różnice w relacji jest coraz trudniej. Oczywiście mamy prawo oczekiwać czegoś; sztuką jest umiejętność wyważenia tego, czego chcę od relacji a co sam do niej wnoszę.

Do mojego gabinetu trafiają ludzie właśnie na skutek życia zgodnie z takimi wygórowanymi oczekiwaniami. Single, którzy myślą w ten sposób aż do momentu, gdy zaczynają odczuwać upływ czasu i dochodzą do wniosku, że może jednak dobrze jest się do kogoś w nocy przytulić czy dzielić z kimś swoimi doświadczeniami. Pandemia bardzo mocno wpłynęła na singli, wyłączyła im większość bezpieczników do korzystania z życia: dobra kultury, restauracje, kluby fitness, wspólne wyjścia. Świat przestał im dawać to, czego oczekują.

Nie radzą sobie z samotnością?
Samotność uaktywnia w nas różne cechy wynikające z osobowości. Jeżeli ktoś odczuwał lęk przed samotnością, to redukował ten lęk przez częste kontakty z innymi. To jest czasem nieświadome. Taki mężczyzna – dusza towarzystwa, wraca do domu, do łóżka i jest sam, ale miał superdzień, jest pozytywnie naładowany, czuje się szczęśliwy i nabodźcowany. A teraz tego wszystkiego zabrakło. Bo większość czasu spędza z samym sobą. I okazuje się, że to uwydatnia potrzebę bliskości, pokazuje, jak ważny jest drugi człowiek.

To częściej możliwość rozwoju czy kryzysu?
Najpierw kryzysu. Taka sytuacja wywołuje raczej wzrost depresji i poczucia osamotnienia. Poziom napięcia jest tak ogromny, że powoduje wypadanie z trybu funkcjonowania, który do tej pory działał. Mężczyzna ma tak wysoki poziom lęku przed samotnością, nieumiejętność bycia ze sobą i potrzebę bliskości, że zaczynają pojawiać się zaburzenia psychosomatyczne. Poczucie pustki, zaburzenia koncentracji uwagi – to pierwsze sygnały kryzysu. Tego, że komuś zostały wyłączone dotychczasowe sposoby regulowania emocji i potrzeb.

Z kolei patrząc na to z perspektywy młodej rodziny z dzieckiem i w lockdownie, można powiedzieć, że single mają chociaż święty spokój...
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ludzie przemęczeni obecnością wielu osób na małej przestrzeni chcą wolności. A ci, którzy mają wolność, pragną bliskości i kontaktu z człowiekiem. Zawsze będziemy pragnęli czegoś, czego nie mamy.

No i co z tym zrobić?
Od tego jest właśnie terapia, żeby odbudować balans między wglądem osobistym a działaniem. Bo istnieje cała masa osób, które analizują i robią głęboki wgląd w siebie, ale później nic z tego nie wynika. Nie ma tego transferu od wiedzy do działania, refleksja nie przechodzi przez ich ciało czy emocje. Są też tacy, którzy działają, ale bez większej refleksji. Terapia tworzy warunki do budowania kontaktu ze sobą.

Na czym polega twoja praca terapeutyczna z singlami?
Jeżeli singiel przychodzi na terapię, będąc w kryzysie, najczęściej robi to tuż po wizycie u psychiatry, z rozpoznaniem depresji lub wysokim poziomem lęku. Wtedy zaczynamy pracę nad tym, żeby nauczyć go umiejętności bycia ze sobą.

A jak na współczesnego singla wpływają singielki? Jakie problemy ma singiel z kobietami?
Singiel szuka kobiety idealnej. Ma być atrakcyjna fizycznie, inteligentna, mieć pasje. Z drugiej strony ma być zaangażowana w dom i życie rodzinne. Powinna przejawiać aktywność zawodową i nie być zależna od mężczyzny, ale podtrzymywać tradycje. Skills level hard...

To tak jak z kobietami, które szukają „czułego barbarzyńcy”.
Tylko kiedy i od kogo ci faceci mieli się tego nauczyć? Tak samo kobiety. Od kogo miały nauczyć się bycia niezależną i samodzielną? Od zależnych od mężów matek? Kobiet z syndromem urobionej po łokcie matki Polki?

Czyli pracujesz z mężczyznami nad tym, by zdali sobie sprawę, że takich kobiet nie ma. A może są?
Najpierw mężczyzna musi dojść do jakiegoś rozwojowego wniosku związanego z urealnieniem się, czyli dowiedzieć się, kim jest i w jaki sposób może być odbierany przez kobietę. To nie zawsze są miłe informacje zwrotne. Pracujemy nad tym, jakimi wartościami się kieruje, jakich mężczyzn obserwował w życiu, skąd czerpał wzorce i perspektywę patrzenia na relacje. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby facet powiedział mi: „Puknij się, panie psychologu, w głowę. Co ty mi tutaj za herezje opowiadasz?! Ja wiem lepiej i wychodzę...” Powiedziałbym nawet, że mężczyznom, którzy mają takie oczekiwania wobec kobiet, łatwiej jest się otworzyć w rozmowie z męskim psychologiem, zwłaszcza jeśli mogą traktować go jako kumpla lub starszego brata. Nie czują się wtedy oceniani ani krytykowani, a jednocześnie są prowokowani do tego, żeby wytłumaczyć swoje zachowania i sposoby myślenia. Trochę jak humor z męskiej szatni, który wychodzi tylko facetom w kontakcie z innymi facetami. Taki sposób komunikacji mógłby być postrzegany jako wyśmiewanie, a jest drogą dotarcia do mężczyzn.

Co jeszcze robi się na męskich kręgach i terapiach? W serialu „Fleabag” terapeuta wraz z pacjentami tworzą kobiecą kukłę i kierują pod jej adresem różne niewybredne epitety, żeby wypuścić z siebie długo skrywaną złość do kobiet…
Świat filmu to wykreowana i przerysowana dla podsycenia dramaturgii rzeczywistość, w gabinecie wygląda to często tak, że mężczyzna opowiada mi o tym, jaki jest fantastyczny, a ja zaczynam wtedy trochę ziewać. Daję mu sygnał: nuda, ciągle mówi pan o sobie, ile te kobiety mogą wytrzymać? To celowa interwencja, konfrontuję go z nim samym, w męski sposób. Dlatego mówię o humorze szatni, bo to, w jaki sposób mężczyźni rozmawiają ze sobą, kobiety często mogą postrzegać nawet jako rodzaj bullyingu czy przemocy. Oczywiście takie interwencje terapeutyczne zawsze wynikają z rozpoznania konstrukcji psychologicznej mężczyzny, z którym pracuję, jego wrażliwości i dopasowania do tego kodu komunikacyjnego.

Badania prof. Paula Dolana pokazują, że niezamężne i bezdzietne kobiety to najszczęśliwsza grupa ludzi na świecie. Podobno cieszymy się z tego, że mamy dzieci, jednak już nie z ich obecności. Poza tym kobiety zamężne w mniejszym stopniu realizują siebie oraz doświadczają więcej negatywnych emocji. Czy z mężczyznami jest inaczej? Czy jednak potrzebują do szczęścia kobiety?
Pojawia mi się w głowie teraz taka metafora mężczyzny lwa, którego kobieta drapie po gardle, mierzwi mu grzywę, a on dumny i spełniony wypina lwią pierś. Sam jestem takim facetem, bo uwielbiam przynosić zdobycz do domu i być za to pochwalony. Nie wszyscy mężczyźni są tego świadomi, ale rozpływają się, jeśli tylko mogą dostać jakieś pozytywne wzmocnienie. Poczuć się sprawczy, doceniani przez kobiety, z którymi idą przez życie.

Znam przypadki mężczyzn, którzy byli w relacjach z niezwykle atrakcyjnymi fizycznie i osobowościowo kobietami, które ich emocjonalnie kastrowały. I to zupełnie nieświadomie, po prostu były od nich lepsze, skuteczniejsze zawodowo. Kobiety, które jasno wyrażają oczekiwania, są postrzegane przez mężczyzn często jako agresywne, oceniające i wymuszające różne zachowania, na zasadzie: „No i co tak siedzisz?! Zrób coś”. Dlatego niektórzy mężczyźni wybierają związki z kobietami, które nie są tak atrakcyjne, za to oni właśnie przy nich czują się prawdziwymi mężczyznami, bo mogą się wykazać. Przed mężczyznami jest dużo pracy nad tym, aby nie traktowali silnej kobiety jako zagrożenia umniejszającego ich męskości. Aby potrafili poradzić sobie z przemianami społeczno-kulturowymi i cieszyć się fajnymi, wystarczająco dobrymi relacjami z prawdziwymi kobietami, a nie wyimaginowanym wizerunkiem idealnej partnerki.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych www.robertmilczarek.pl.

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Psychologia

Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Cierpienie uszlachetnia? A co nas nie zabije, to nas wzmocni? Według niektórych — dwie bzdury ubiegłego stulecia. Toksycznych ludzi spotkamy na swej drodze i trzeba sobie z nimi radzić. Także z tym złośliwcem, którego czasem widzisz w lustrze.

W czasach Karola Wielkiego żył mędrzec Hraban Maur, który rozważał celowość istnienia komarów, istot wielce dokuczliwych. Otóż twierdził, że opatrzność stworzyła je, żeby dać nam okazję do ćwiczenia się w pokorze. – Ale oczywiście, gdy któryś z tych darów opatrzności próbował go ukąsić, bez wielkich ceregieli go zabijał – mówi dr Adam Aduszkiewicz, filozof i couch, z którym rozmawiam o zagadnieniu radzenia sobie z ludźmi toksycznymi: podłymi, wrednymi, destruktywnymi. – Jeśli oczekuje pani ode mnie, że powiem, że spotkanie z takimi ludźmi, to dar opatrzności, która ofiaruje nam szansę, by rozwinąć w sobie pokorę, miłość, empatię i tak dalej…, to nic z tego. Tak jak nie pozwalamy, żeby gryzły nas komary, tak nie możemy pozwolić, żeby nas dręczono.

Wyrażony ból

Anna, studentka ekonomii cierpiała od lat na bulimię. Nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. W jej domu drwiło się z tego, co dla niej było ważne. Kiedy przyniosła z podwórka gołębia ze złamanym skrzydłem, rodzice wyśmiali ją, a ojciec wyrzucił ptaka na śmietnik. Anna często czuła smutek i rozpacz. Ponieważ nikt nie chciał jej zrozumieć, zdarzało się, że wybuchała złością. Dostała od rodziny etykietkę „ta trudna i z problemami”.

Trafiła na psychoterapię. Po kilku miesiącach leczenia, podczas domowej awantury, Anna wpadła w złość i stłukła lustro. Wielki huk, dużo bałaganu. Wiele osób w takiej sytuacji  w poczuciu winy stara się sprzątnąć dowody swojego „szaleństwa” i jak najszybciej kupić nowe lustro. Anna tego nie zrobiła. Mimo krzyków otoczenia miała odwagę nie sprzątnąć szkła. Przez chwilę przyglądała się roztrzaskanym kawałkom, a potem ułożyła je w mozaikę.

– W tym momencie zaczął się proces jej zdrowienia. Anna zobaczyła siebie z innej perspektywy. Już nie tylko jako rodzinną niszczycielkę-dziwadło. Stanęła po swojej stronie, zrobiła dla siebie to, czego nie zrobili jej bliscy – zaciekawiła się sobą, tym, co czuje i myśli, co spowodowało wybuch destrukcji – mówi psychoterapeutka Aneta Bartnicka-Michalska.

Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest. – Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani, w dobry, akceptujący i wspierający nasz rozwój sposób, w dorosłym życiu nie potrafimy mówić, czego pragniemy i z czym się nie zgadzamy – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – A kiedy nikt z bliskich nas nie słucha i nie chce usłyszeć, sięgamy po „objawy”. Okaleczamy się, wpadamy w furię, nałogi, mamy lęki, cierpimy na depresję. Samookaleczenie to sposób wyrażania uczuć, sygnał, że życie nie jest takie, jak powinno. To powiedzenie sobie i światu: „jestem wściekła, nieszczęśliwa, bezradna!”.

Anna przestała bać się tego, co czuje: bólu, goryczy, złości. Mogła więc je ujawnić, dzielić się nimi nie tylko poprzez „objawy”. Dziś jest autorką wielu lustrzanych kolaży, które powstały już jako przejaw jej kreatywności, a nie aktu rozpaczy.

Spotkania na trasie

Z domu wyruszasz w dorosłość. Najlepiej byłoby nie spotkać na swojej drodze ludzi złych, zazdrosnych, złośliwych. To nie jest możliwe. Toksyczni są utrapieniem jak katar, deszcz, wiatr w oczy. Umiejętność radzenia sobie z nimi to ważny element sztuki życia. Kto wie, czy nie najważniejszy…

Zdaniem Jaya Cartera, psychologa i autora książki „Wredni ludzie”, partnerzy toksycznych ludzi mają kłopoty z żołądkiem, dwunastnicą, sercem, chorują na nowotwory, a nawet popełniają samobójstwa. Ale choć toksyczni są tak poważnym zagrożeniem, niełatwo ich rozpoznać. Stosują masę trików i sztuczek. Udają przyjaźń, troskę, a nawet miłość. Carter nazywa ich „umniejszaczami” – niszczą poczucie wartości swoich bliskich. Wiele napisano na temat ich strategii, ale zamiast ją studiować, najlepiej zawierzyć sobie.

Jeśli po kontaktach z kimś tracisz radość życia, siły i talenty, męczy cię irracjonalne poczucie winy, to na pewno spotkałeś jednego z nich: trujących, paskudnych, destrukcyjnych ludzi.

– A wówczas bierzmy nogi za pas! – radzi dr Aduszkiewicz. – Jeśli to niemożliwe, sięgnijmy do rad Marka Aureliusza, który w „Rozmyślaniach” opisywał sposoby na wrednych. Potraktujmy spotkanie z nimi jako okazję do studiowania różnorodności ludzkich charakterów. Już samo przyjęcie pozycji obserwatora pomoże zachować dystans do raniących słów i podłych czynów.

Marek Aureliusz radzi także zastanowić się i zadać sobie pytania: Według jakich reguł żyje taki człowiek? Co nim kieruje? Może myśli, że cały świat jest zły i tak się zabezpiecza? A może kieruje nim lęk?

– Często ludzie, którzy wychowywali się w domach pełnych agresji czy chaosu, nie potrafią znieść spokoju, ciszy i łagodności – wyjaśnia psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki – Dla nich to stan niepokojący, nieznany. Nazywają chwile spokoju „ciszą przed burzą”, harmonia budzi ich lęk. Dlatego wszczynają kłótnie, obrażają się z byle powodu, chcą, żeby w ich otoczeniu znów panowało to, co znają, czyli agresja, chaos i napięcie.

 
– Czasem zrozumienie motywacji pozwala nam wzbudzić w sobie litość. A ona bywa lepsza od gniewu, zwłaszcza bezsilnego – mówi dr Aduszkiewicz. – Bywa, że ludzie stają się też źli pod wpływem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Dowodzi tego pamiętny eksperyment profesora Philipa Zimbardo, w którym studenci odgrywali role więźniów i strażników. Po kilku dniach Zimbardo musiał go przerwać, gdyż „strażnicy” w zaskakująco okrutny sposób zaczęli zachowywać się wobec „więźniów”. Zdaniem profesora, to kontekst, w jakim znajdują się ludzie, decyduje o ich zachowaniu. Dlatego wystąpił w obronie strażników z Guantánamo, ogólnie potępionych za znęcanie się nad irackimi jeńcami. Dowodził, że to armia i prezydent George W. Bush stworzyli warunki, które uczyniły z tych ludzi katów.

Aureliusz radzi jeszcze: zapytajmy siebie samych, co się z nami dzieje, gdy stajemy się obiektem działań człowieka wrednego? Czemu czujemy się źle, jesteśmy niespokojni, mamy poczucie zagrożenia? Bo taka konfrontacja daje okazję do tego, żeby przyjrzeć się uważnie samemu sobie i dowiedzieć się, dlaczego czyjeś działanie wywołuje w nas ból, lęk, wściekłość. Gdy się to uda, będziemy mocniejsi.

Warto też zastanowić się, czy sam nie prowokuję dokuczliwości innych. Jay Carter pisze, że czasem do ataku doprowadza nasza bierno-agresywna postawa. Dzieje się tak, gdy umniejszamy siebie w oczach innych, mówimy o sobie: „ależ ja jestem niezdara”, gdy podlizujemy się albo nie potrafimy przyjmować komplementów. Ci, którzy nie szanują samych siebie, nie są szanowani przez innych.

Dresiarze

– Jedno z trudniejszych doświadczeń dotknęło mnie w Warszawie, na placu Zbawiciela – opowiada dr Mateusz Gola, neurokognitywista, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo- behawioralny – Miałem wtedy 15 lat. Wracałem ze szkoły, kiedy podszedł do mnie dresiarz i powiedział, żebym oddał mu walkmana. Odpowiedziałem: „spadaj!”. To, co się stało później, nie trwało dłużej niż kilka minut, ale konsekwencje tego zdarzenia ciągnęły się za mną latami. Okazało się, że dresiarz był z dwoma kolegami. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy poczułem pierwsze uderzenie... Trafiłem do szpitala. Ten wypadek zmienił moje przekonania na temat świata. Pomyślałem, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce, że ludzie mają różne motywy. Ale najtrudniej było mi sobie poradzić z tym, że nie mogłem w tym wydarzeniu znaleźć żadnego sensu.

Dopiero podczas modlitwy na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, znalazł odpowiedź. Zrozumiał, że życie jest jak wycieczka w góry. Najważniejsze to dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne.

Trzeba też jasno powiedzieć sobie: to nie była moja wina, byłem ofiarą. – Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały, choć realnie nie możemy być za nie odpowiedzialni – mówi Mateusz Gola. – Robimy to, by zachować poczucie kontroli nad naszym światem, by utrzymać złudzenie, że robiąc coś – lub czegoś nie robiąc – możemy zapobiec kolejnej krzywdzie. Czytałem kiedyś o kobiecie, która wierzyła, że nosząc torebkę na lewym ramieniu wywołała w lewej piersi raka. Chciała wierzyć w coś tak absurdalnego, by ocalić w sobie złudzenie kontroli nad losem, bo ono dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy przecież nie nosić torebki na ramieniu, żeby nie zachorować kolejny raz.

Trudno pogodzić się z tym, że nie kontroluje się świata, ale też tylko ta prawda pozwala nam zrzucić z ramion ciężar odpowiedzialności za to, co się wydarza. Jest więc nam lżej – posługując się znów wspomnianą metaforą – wędrować dalej po górach i łatwiej dotrzeć do schroniska.

Wzgórza Golan

– Na Wielkanoc byłem w Izraelu – opowiada Mateusz Gola. – Wyjechałem z Jerozolimy na północ do Galilei i tam chodziłem po Wzgórzach Golan, tak na przełaj. W pewnej chwili wypełzł mi spod nóg olbrzymi wąż. Przerażony nie mogłem się ruszyć. A kiedy serce przestało mi kołatać i mogłem iść dalej, szedłem bardzo ostrożnie, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na innego węża. Tak doszedłem do drogi. Zdziwiłem się, bo ciągnęło się wzdłuż niej ogrodzenie z drutu kolczastego. Przerzuciłem plecak górą, a sam przeszedłem pod drutem. Kiedy byłem już na drodze, odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na zachodzące za wzgórzami słońce. Wtedy zobaczyłem tablicę ostrzegawczą: „Zakaz wstępu, pole minowe”.

Pół roku później trafił w internecie na film o człowieku, który tak jak on, chodził po Wzgórzach Golan i wszedł na minę. Urwało mu nogę. Przyleciał po niego helikopter medyczny, ale w czasie transportu ranny wypadł z uprzęży… i zginął na kolejnej minie. – To była dla mnie następna lekcja. Zaprzestałem prób dociekania sensu złych wydarzeń, jak pobicie czy spotkanie z wężem – wyznaje Gola. – Te zdarzenia mają sens, choć być może ja go nigdy nie poznam. To, z czym musiałem się zmierzyć, może chronić mnie przed czymś gorszym lub nauczyć czegoś, co jest lub będzie mi bardzo potrzebne. Trudne doświadczenia, spotkania ze złymi ludźmi pozwalają dostrzec, że może to ma jakiś wyższy, niepojęty dla nas sens życia. I paradoksalnie – dają wyzwolenie.

– Zdaniem Marka Aureliusza, poznanie wrednych ludzi uwalnia od męczącej pogoni za idealnym światem i wspaniałymi ludźmi bez skazy. Pogoń za doskonałością może być wielkim utrapieniem – dodaje dr Aduszkiewicz. – Lepiej żyje się temu, kto przyjmie złożoność ludzkiej natury, z jej złością, chorymi ambicjami, lękami i zahamowaniami. Bo poza nimi są także szlachetność serca, miłość i oddana przyjaźń.

Amerykański filozof Alasdair Macintyre mówi, że na ludzkie życie można spojrzeć jak na poszukiwanie dobra. – Nic więc dziwnego – mówi dr Andruszkiewicz – że ludzie w tych poszukiwaniach wchodzą w kolizje, jedni drugim jawią się jako wredni. I nie ma co oczekiwać, że będzie inaczej. Pozostaje radzić sobie z własnymi przykrymi odczuciami na temat innych ludzi, rozwijać siłę ducha i nie ustępować w sprawach, które są dla nas ważne. Jeśli nie możemy z kimś się dogadać, to trudno, trzeba umieć zaznaczyć własne granice albo się rozstać. Ale również pamiętać, że ta kolizja nauczyła nas wytyczać granice cierpliwości i zdolności przekonywania.