1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Prawdziwa odwaga to umiejętność współistnienia z lękiem. Kształtują ją rodzice

Prawdziwa odwaga to umiejętność współistnienia z lękiem. Kształtują ją rodzice

Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje (fot. iStock)
Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Myli się ten, kto myśli: odwaga to brak strachu. Platon twierdził: „odwaga to wiedza, czego się bać trzeba, a czego nie”. Psychologia dodaje: brak strachu to patologia, potencjalne niebezpieczeństwo dla „śmiałka”. Prawdziwa odwaga to umiejętność współistnienia z lękiem i działania mimo niego. Rodzi się... w dzieciństwie.

Odwaga to cecha po części wrodzona, a po części nabyta. Już malutkie dzieci różnią się pod względem reaktywności: jedne wolą święty spokój i wtedy jest im dobrze, inne preferują dużą ilość bodźców. Te pierwsze są bardziej wycofane i łatwiej je zaspokoić pod względem wrażeń; drugie są bardziej ofensywne, widać po nich, że czegoś chcą dla siebie. Wrodzona jest też pewna agresywność: nie w sensie destrukcji, ale ekspansji, sięgania, zagarniania. Dzieci od urodzenia mniej agresywne, mające delikatniejszy układ nerwowy, są mniej odważne, bardziej płochliwe, spokojniejsze. Bodźce docierają do ich układu nerwowego z większą intensywnością, więc w niebezpiecznej sytuacji mogą się cofać, uciekać. Maluchy żywsze, obdarzone mniej wrażliwym układem nerwowym, będą bodźców poszukiwać, wychodzić im naprzeciw. Odporność ich układu nerwowego stanowi podwaliny pod silniejszą, odważniejszą osobowość. Ale nie daje gwarancji, że tak się właśnie stanie, bo...

To mama buduje odwagę!

Na to, czy dziecko wyrośnie na odważnego człowieka, wpływa relacja z rodzicami. Kiedy rodzice potrafią dobrze zrozumieć i tolerować lęki i niełatwe emocje dziecka, ważna, trudna część jego osobowości zostaje „oswojona”. Kiedy ekspansywny maluch złości się na matkę, bo nie dostał tego, czego chce, matka może zareagować dwojako. Może przyjąć, zrozumieć zachowanie dziecka; postawić w mądry i łagodny sposób granice. Ale może się też zemścić czy odepchnąć dziecko – wówczas chęć sięgania po coś okazuje się dla dziecka niebezpieczna w skutkach, grozi utratą miłości. Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje. Ta odwaga to przewaga śmiałości w wyrażaniu siebie nad lękiem, że coś nam się stanie.

Niech nic nie zagraża więzi, nawet kara. Mądra mama mówi maluchowi, co w jego zachowaniu jest niedobre czy niebezpieczne, i określa: „Za karę nie pozwalam ci dziś oglądać bajki, ale jutro już będziesz mógł”, i małe dziecko czuje, że więź nie została zerwana, że choć zrobiło coś złego, nie oznacza to utraty miłości rodzica czy relacji z nim. Bardzo niszczące dla poczucia pewności siebie są sytuacje, gdy mama się obraża (nie będę z tobą rozmawiać, bo jesteś niedobry). Dziecko traci wówczas poczucie możliwości naprawienia błędu. W człowieku rodzi się bardzo silny lęk, że szkoda, jakiej się dopuścił, jest nie do naprawienia. Jeśli twoja mama chciała, byś zapamiętał raz na zawsze – zapamiętasz, ale inaczej. Jako ktoś niepewny, przestraszony, tracisz tym samym część spontanicznej śmiałości do wyrażania siebie, jaką miałeś.

Załóżmy, że jako dziecko – chcąc zbadać, co się stanie, popchnąłeś stolik, rozlałeś to, co na nim stało. Jeśli twoja mama powiedziała: „Będzie nam potrzebna ściereczka i zmiotka, musimy posprzątać ten bałagan”, dała wsparcie i możliwość naprawy błędu. Nawet jeśli jest trochę zła na dziecko, z wyrozumiałością przyjmuje skutki jego ciekawości.

W końcu rodzice są tylko ludźmi. Jeśli rodzic wybuchnie, a potem powie: „Przepraszam, że cię przestraszyłam, ale sama się zdenerwowałam, dziecko dostanie komunikat: „Mama jest na mnie zła, bo zbroiłem, ale to nie oznacza katastrofy, zerwania więzi, wycofania miłości – nie muszę się bać”. Mądry rodzic potrafi przyznać się do błędu. Dziecko zalało klawiaturę soczkiem? Tak, ale to tata trzymał je na kolanach, pisząc raport. Jeśli wyrazi żal, że tak się stało (nawet jeśli w pierwszym odruchu wybuchnął ) i powie: „Nie płacz, skarbie, w sumie to moja wina, że pozwoliłem ci pić soczek nad laptopem”, nauczy dziecko odwagi.

Nagromadzone napięcie

W bardzo trudnej sytuacji emocjonalnej są osoby, które w dzieciństwie zaznały przemocy, np. gdy były siłą karmione, gdy rodzice się nie liczyli z tym, czego potrzebują, lub odwrotnie – czego nie chcą. Każda forma przemocy prowadzi do chaosu niszczącego zdrowe reakcje obronne. Dla człowieka, którego wnętrze zostało w dzieciństwie naruszone, nawet niewielkie zewnętrzne zagrożenie oznacza bardzo silne pobudzenie wewnętrzne. Wyobraźmy sobie taką sytuację: mamy sprawę w urzędzie, ale urzędniczka jest niemiła. Można by wszystko wyjaśnić, zadając jej pytania albo grzecznie zwracając uwagę, ale wycofujemy się z kontaktu, uciekamy. Wewnątrz nas zachodzi wyładowanie, owocujące w takich sytuacjach poczuciem wewnętrznego zniszczenia, rozbicia – choć nic się nie stało, ani my nikomu nic nie zrobiliśmy, ani nikt nam nic nie zrobił.

Czasem następuje reakcja odwrotna: odreagowanie, zaprzeczenie własnym emocjom i lękom nieproporcjonalnie do okoliczności. Objawia się na przykład tym, że potrafisz nawrzeszczeć na niemiłą urzędniczkę (choć częściej wrzeszczymy na partnera, który stoi obok). I nie ma to nic wspólnego z odwagą, jest raczej związane z napięciem, które gromadziło się w dzieciństwie w duszy człowieka doświadczającego przemocy, a które powraca w sytuacjach jawiących się jako wymykające spod kontroli. To reakcja na poziomie biologicznym: całe ciało reaguje nieadekwatnie do obecnego bodźca czy sytuacji. Układ nerwowy reaguje automatycznie tak jak w dzieciństwie, poza osądem naszego rozumu. Dlatego ktoś, kto jako dziecko doświadczał przemocy, może w dorosłym życiu usłyszeć: „Co za tchórz, urzędniczka trochę na niego warknęła, a on od razu położył po sobie uszy”. Jeśli nasze lęki, słabości i agresja nie były dobrze przyjmowane i rozumiane, jako dorośli możemy się okazać odważniejsi, gdy mamy bronić innych. Walcząc w swoim imieniu, musielibyśmy uznać własną słabość (w obronie której stajemy). Broniąc innych, nie musimy mieć z własną słabością kontaktu, możemy szarżować i zaprzeczać lękowi – bo nas ta słabość dotyczy.

Premia za tchórzostwo

Zdarza się, że rodzice sami czują się niepewni – czasem generalnie, czasem okresowo. Wówczas dają dziecku premie za tchórzostwo. Dlaczego? Bo dobrze im z lękliwym dzieckiem, podświadomie hołdują przekonaniu, że będzie posłuszniejsze, grzeczniejsze, łatwiejsze do ustawienia. Odważne dzieci są niewygodne, są bowiem bardziej twórcze, ciekawsze, bardziej ekspansywne. Dlatego lękliwi, nieporadni rodzice nie premiują odważnych zachowań, które tylko utrudniają im zadanie. Doprowadzają więc do tego, że lęk przytłumia i przykrywa w życiu dziecka inne przeżycia, np. złość czy chęć sięgania po coś. Tłumią ciekawość i twórcze pomysły wiążące się z zadawaniem pytań, kłopotania kogoś chęcią sprawdzania własnych hipotez czy powiedzenia „nie”, kiedy coś dziecku nie pasuje. Kiedy lękliwe zachowania są przez rodzica mile widziane, stopniowo tłumią ważne tendencje w życiu dziecka i nie pozwalają mu wyrosnąć na odważnego człowieka.

Często promuje się odwagę u chłopców i ostrożność u dziewczynek. Zgodnie ze społeczną rolą chłopców skłania się, by znaleźli w sobie odwagę konieczną do wycieczki na ciemne schody czy złapania pająka. Dziewczynek się w wielu rodzinach do szukania wewnętrznej odwagi nie zachęca, pozwala się im bać ciemnych pomieszczeń, myszy czy obcych ludzi. Po córeczce rodzice oczekują raczej spolegliwości i uznają jej zalęknioną postawę za właściwą.

Miej odwagę... bać się!

John Wayne powiedział „Odwaga to być śmiertelnie przerażonym, ale i tak wspiąć się na siodło”. Jeśli w harmonijnym procesie budowania wewnętrznej dojrzałości nauczyliśmy się rozumieć własne emocje, nie będziemy bali się bać. Będziemy umieli racjonalizować strach, powiedzieć sobie: „Boję się, ale nic złego nie musi się stać; rozumiem, że się boję, ale to nie oznacza nic strasznego”. Odwaga to sposób podejścia do lęku. Jeśli traktujemy go jak katastrofę – taki będzie, bo nadajemy mu moc. Ale jeśli potrafimy potraktować strach z takim zrozumieniem i życzliwością, tak jak kiedyś traktowali nasze obawy rodzice, znajdziemy w sobie odwagę, by działać.

Skąd się biorą czarne owce?

Czarne owce to zwykle ludzie, którzy dostali w dzieciństwie największą dawkę mądrej miłości i zrozumienia! Zapewne także obdarzeni talentem, posiadający potencjał twórczy. Ale miłość z pewnością daje odwagę, by być sobą i iść swoją drogą – nawet wbrew całemu światu. To paradoks, ale właśnie te najbardziej kochane dzieci w rodzinie dostały taki potencjał miłości i wsparcia, że mają siłę, odwagę i energię konieczne, by wyłamać się z rodzinnych tradycji.

Tomasz Tuszewski psycholog, psychoterapeuta, związany z Laboratorium Psychoedukacji. Zajmuje się głównie klasyczną, długoterminową psychoterapią indywidualną, choć prowadzi także terapie grupowe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd wziąć odwagę do bycia sobą?

Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Boimy się odmawiać, powiedzieć, co naprawdę czujemy. Nie chcemy urazić innych, zależy nam na akceptacji. Tymczasem okazuje się, że ludzie asertywni są bardziej lubiani niż ci, którzy nie potrafią zadbać o swoje potrzeby. Jak stać się taką właśnie osobą?

Chcemy czuć się spójni w naszym zachowaniu. Rozwijać komunikację. Ale też szacunek – do siebie i do innych. Taki zresztą tytuł – „Szanuj siebie i innych” – miały jednodniowe warsztaty prowadzone przez trenerkę i psychoterapeutkę Dorotę Szymonik, pracującą też z głosem. Bo – żeby coś dostać, osiągnąć – trzeba to powiedzieć głośno. Kto bierze w nich udział? Osoby, które czują się wykorzystywane w pracy. Takie, które nie potrafią przeciwstawić się roszczeniowemu klientowi. Rodzice, którzy chcą mądrze wychowywać dzieci – bez ciągłego odwoływania się do systemu kar i nagród. Ludzie, którym znudziło się ciągłe wchodzenie w rolę „zadowalacza”. Bo, szukając akceptacji innych, tracą kontakt z tym, co dla nich ważne, zdradzają siebie. Wreszcie ci, którzy, owszem, potrafią postawić na swoim, ale robią to w sposób autorytarny. Być może uciekają się do agresji słownej. Wciąż palą za sobą mosty...

Na czym polega asertywne zachowanie?

Na początku prowadząca proponuje stworzenie kontraktu – wewnętrznego kodeksu grupy. W podgrupach wypisujemy zasady, jakie chcemy, by były przestrzegane podczas kilkugodzinnej pracy. Potem konfrontacja dwóch „dekalogów”, dyskusja. Wbrew pozorom nie jest to część stricte organizacyjna. Wypływa to, co ważne dla poszczególnych uczestników. Pojawiają się różnice zdań. Jest okazja, by poćwiczyć umiejętność wyrażania swoich potrzeb. Możesz zastanowić się, dlaczego wolisz, żeby z przekąsek korzystać tylko na przerwie, podczas gdy dla innych nie ma to najmniejszego znaczenia. Co rozumiesz przez szczerość i otwartość, które postulujesz. Dlaczego obawiasz się, że ktoś może zdominować resztę grupy i trzeba będzie przerywać jego nudne wywody?

Umawiamy się na zaangażowanie. Na poufność. Na to, że będziemy empatyczni, uważni na innych. Że nie będziemy oceniać. Jeśli zechcemy odnieść się do czyjegoś przypadku czy problemu, użyjemy tak zwanego komunikatu „ja” – będziemy mówić w pierwszej osobie, co czujemy, jakim doświadczeniem gotowi jesteśmy się podzielić.

Pora ustalić, czym jest dla nas asertywność. Dorota Szymonik pyta, jakie słowa czy pojęcia się z nią kojarzą. Oprócz tak oczywistych, jak: stawianie granic, odmawianie, obrona siebie, relacje, poczucie wartości, komunikacja, samoświadomość – pojawiają się: odpowiedzialność, prawda, wierność sobie, odwaga, równowaga, dystans, przestrzeń, przyjmowanie krytyki, przyjmowanie komplementów, korzyści, ryzyko... Wreszcie powstaje definicja. Naszym zdaniem asertywność to „umiejętność dbania o siebie i swoje granice, rozpoznawania własnych potrzeb i uczuć i komunikowania ich w otwarty, przejrzysty sposób, z szacunkiem do siebie i innych”.

Lęk przed narażeniem się innym

Co powstrzymuje nas przed przyjęciem postawy asertywnej? Lęk przed konfliktem. Przed tym, że ktoś nie zrozumie naszej postawy, preferencji. Naszego komunikatu. Że się obrazi, poczuje zraniony, zareaguje gniewem. – Ja sama miałam kiedyś kłopot z tym, żeby zwrócić uwagę osobom palącym na przystanku – przyznaje Dorota Szymonik. – Bardzo tego nie lubię, a wygląda na to, że mimo obowiązującego prawa norma społeczna jest zupełnie inna. Kiedy więc tylko poczułam zapach dymu nikotynowego, biłam się z myślami: powiedzieć czy nie powiedzieć?

Doskonale znasz te wszystkie myśli, niepozwalające ci zadbać o siebie, wyrazić dyskomfort: czepiam się, tylko mnie to przeszkadza, nie ma sensu się wychylać, szkoda zachodu, świata nie zmienię, nie ma co tego rozdmuchiwać, lepiej siedzieć cicho, może nie mam racji, jeszcze się zbłaźnię... Sęk w tym, że za bardzo utożsamiamy się z naszymi myślami. Zapominamy, że to tylko interpretacje i spekulacje próbującego nas ochronić umysłu. Tworzymy sobie w głowie całe historie na temat błahego zdarzenia, zamiast sprawdzić, co jest pod spodem. Zająć stanowisko. – Fantazje mają to do siebie, że trzymają nas w zamkniętym świecie, blokują naszą aktywność – mówi terapeutka. – Trzeba je weryfikować. Podstawową zasadą asertywności jest działanie.

Od czego zacząć? Rozpoznaj różne sabotujące, asekuracyjne myśli i zmień je. Podczas warsztatów oglądamy niektóre z nich pod lupą i zastępujemy bardziej asertywnymi. Dokonujemy przeprogramowania. Weźmy chociażby takie proroctwa: „Jeśli to zrobię, odmówię, powiem, co naprawdę czuję, nie będzie zadowolony” albo „Zawiedzie się na mnie”, „Uzna mnie za niewdzięczną”. Jak możemy na nie odpowiedzieć? „To nie jego zadowolenie jest tu najważniejsze”, „Nie jestem odpowiedzialna za czyjeś samopoczucie”, „Nie jestem po to, by zadowalać innych”, „Zobaczymy”, „Jest szansa, że zrozumie”, „Jakoś to zniesie”, „A może właśnie zacznie mnie szanować?”.

Teraz przyjmujemy, że zdarzyło ci się pomyśleć: „Wydrze się, zwolni mnie”. Możesz na to odpowiedzieć: „Poradzę sobie”, „Zawalczę o swoją godność”, „To nie jest takie łatwe, zwolnić pracownika”, „Nie chcę pracować dla kogoś, kto zwalnia innych, by zademonstrować swoją siłę”, „Coś się zmieni”... Czasem za długo zaciskamy zęby, stwierdzamy „dam radę”, „to nie takie ważne”, „powiem następnym razem”. A potem narasta w nas wściekłość. Dorota Szymonik opowiada o kobiecie, która podczas zakupów nie zareagowała, widząc, jak sprzedawczyni wkłada jej do torby nadgniłe jabłko. – Przez całą drogę do domu czuła jego ciężar. A na koniec powiedziała sobie ze złością: „Teraz jeszcze będę musiała je zjeść”.

Przed otwartą komunikacją często powstrzymuje nas lęk, że nie zapanujemy nad emocjami, okażemy słabość. A gdybyś powiedziała sobie: „Zgadzam się ujawnić, co czuję”, „Nie chcę udawać”, „Pozwalam sobie na bycie sobą”, „Okazywanie emocji wcale nie jest negatywne”? Zdaniem trenerki istnieje coś takiego jak „przemoc na bycie pozytywnym”. To próba zbudowania iluzji, że pewne emocje nie istnieją. Kończy się, oczywiście, wypieraniem ich, spychaniem w strefę cienia.

– Miałam kiedyś na warsztatach grupę ezoteryków. Mieli opór przed uwalnianiem złości, uznali, że ich to nie dotyczy. Że nie będą wchodzić w negatywną energię. Kiedy wreszcie pozwolili sobie na to, by wypuścić ją z siebie, zrobiło się tak gorąco, że w zamieszaniu dostałam pięścią.

Teraz ja krzyczę!

Po przerwie ważny moment. Sięgamy do sytuacji z naszego życia, w których nie zachowaliśmy się asertywnie. Może ktoś nie dotrzymał danej ci obietnicy, narzucił swoje reguły gry, a ty nie potrafiłaś zaprotestować? Może zależało ci na czymś albo na kimś, ale nie okazałaś tego w żaden sposób, bo uznałaś, że nie wypada? A może pozwoliłaś, by ktoś zbeształ cię jak pensjonarkę, zamiast przerwać potok inwektyw krótkim „stop, basta!”? Zastanawiamy się, co następnym razem można by zrobić inaczej, żeby osiągnąć lepszy rezultat. I odgrywamy te sceny.

Oto kobieta rozmawia z szefem. Uważa, że dostaje za dużo obowiązków, musi zostawać po godzinach. Szef próbuje ją zignorować, zbagatelizować problem. Przyjmuje postawę zajętego, roztargnionego. Mimo to podwładna nie ustępuje. Przyglądamy się jej wysiłkom, słuchamy. Potem podpowiadamy, co zmienić. Sugestii jest sporo: przygotowanie krótkiej, rzeczowej argumentacji, żeby optymalnie wykorzystać czas, większa stanowczość, głos z przepony, wyeliminowanie słów osłabiających przekaz („troszeczkę”, „jak gdyby”), trzymanie się tematu i faktów, podkreślanie własnych kompetencji i wkładu (ale nie kosztem innych). Kolejna odsłona – za drugim razem jest dużo lepiej. Za trzecim naprawdę dobrze. Szef patrzy kobiecie w oczy, kiwa głową... Przy okazji Dorota Szymonik uczy nas prostej techniki, jak poczuć się pewniej przed ważną rozmową: wystarczy stanąć gdzieś (choćby w toalecie) i przyjąć taką postawę ciała, by zająć jak najwięcej miejsca... Sprawdź! Poczujesz się większa, silniejsza.

Następna scena, dyskusja przez telefon – dlatego biorące w niej udział osoby siadają do siebie tyłem. Kobieta oskarża mężczyznę o zaniedbania przy wspólnym projekcie, nie daje mu dojść do głosu. Krzyczy. On tłumaczy się niepewnie i – choć przekonany jest, że chodzi o nieporozumienie – używa takich słów, jak „współwinny”, „błąd”. Po wskazówkach, jakie otrzymuje, dużo uważniej dobiera słowa. Stosuje też dwa zasugerowane przez trenerkę chwyty. Mówi: „A może teraz ja zacznę krzyczeć?” i zwraca się do kobiety po imieniu. To działa na nią otrzeźwiająco. Po wyjściu z roli przyznaje: „Dopóki nie powiedziałeś mi, że krzyczę, nie zdawałam sobie sprawy, że się tak zagalopowałam”.

Cenne doświadczenie. Pozwala spojrzeć na sytuacje życiowe z różnych perspektyw, zmienić podejście, może nawet przeformułować relację. – Czasem nie zauważamy, jak bardzo utknęliśmy w jakiejś roli, boimy się zmienić pewne status quo – mówi Dorota Szymonik. – Na przykład kobieta nie wychodzi z koleżankami do pubu, bo zakłada, że mąż źle na to zareaguje, a kiedy porusza tę kwestię, okazuje się, że on nie zgłasza najmniejszego sprzeciwu. Ja sama mam podobne doświadczenie. Przez lata opiekowałam się chorym ojcem, wreszcie stwierdziłam, że trwa to za długo. Zakomunikowałam rodzinie, że się wycofuję. Nie miałam rozwiązania zastępczego, żadnego pomysłu na to, co dalej. Wiedziałam tylko, że pora zacząć żyć własnym życiem. Okazało się, że wystarczyło powiedzieć „dość” i natychmiast znalazła się osoba, która mnie zastąpiła.

Oczywiście, może też zdarzyć się inaczej. Ryzyko, że sprawy przyjmą niespodziewany obrót, jest zawsze. – Na tym polega życie – tłumaczy terapeutka – Czasem tracimy ważne relacje i, nie oszukujmy się, strata boli. Ale nie możemy wciąż chronić siebie i innych – w ten sposób odbieramy i sobie, i im szansę rozwoju. Nie unikniemy straty, frustracji, rozczarowania. Dla dziecka odkrycie, że nie może dostać wszystkiego, jest bardzo rozwijającym, głęboko uświadamiającym doświadczeniem. Dlaczego mielibyśmy chronić przed nim dorosłych? Osoby roszczeniowe często nie przeszły tej ważnej fazy w rozwoju – dlatego tak źle reagują na odmowę. Jeśli więc ktoś się obrazi – trudno. Mój nauczyciel zwykł mawiać w takich sytuacjach: „Pałac Kultury się nie zawali”.

Dorota Szymonik: psychoterapeutka; absolwentka studiów filozoficznych, muzykologicznych i pedagogicznych oraz Szkoły Psychoterapii w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty rozwoju osobistego i konsultacje w obszarze pracy z ciałem i głosem.

  1. Psychologia

Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Konwencjonalne szkoły psychoterapeutyczne bazują na rozmowie, a nurty pracy z ciałem niekiedy skupiają uwagę wyłącznie na nim. Metoda Core Energetics postrzega człowieka jako połączenie emocji, myśli, ciała oraz ducha – i pomaga pokonać opór i blokady przed pełnym wyrażaniem siebie.

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Odgrywamy wyuczoną rolę osoby grzecznej, zaradnej, elokwentnej, a nawet zakochanej czy zrozpaczonej. W wyniku przeszłych doświadczeń wielu ludzi nie czuje się wolnymi do bezpośredniego wyrażania siebie i nie zmierzyło się z otwartym, najprostszym i największym pytaniem, jakie można sobie zadać: kim jestem? Żyją z poczuciem skrępowania przed ujawnieniem bliskim, współpracownikom, światu, ale również samemu sobie prawdy o tym, kim są, jak też po co są tutaj na ziemi. Metoda Core Energetics (w skrócie CE) pozwala pokonać to skrępowanie i odrzucić maskę.

Cztery elementy

CE opiera się na dwóch założeniach. Pierwsze traktuje ciało jako nieodłączne od psychiki. Ciało niesie w sobie bowiem pamięć przeszłego życia, nie tylko doświadczonych ran, przyjętych głasków, przebytych operacji, sposobu odżywiania się, ale również tego, jak było traktowane w przestrzeni energetycznej. Czy miało swobodę sięgania po to, czego potrzebuje, czy może było powstrzymywane i musiało się kurczyć z powodu krzyków, dyscyplinujących spojrzeń i pouczeń? Czy mogło zasypiać w spokoju, a może musiało często uciekać, chować się, wylewać łzy? CE zwraca uwagę na emocje w takim samym stopniu jak na anatomię, fizjologię oraz świadomość ciała. To również ewolucyjna metoda psychoterapeutyczna – a zatem taka, która stawia sobie za cel jak najpełniejsze, zdrowe doświadczanie życia z zachowaniem świadomości, że jako ludzie cały czas ewoluujemy i mamy wpływ na kierunek tej ewolucji. Co ważne, nie tylko nasze ciało ewoluuje, świadomość również.

Drugie założenie CE dotyczy duchowości. Nie jest ona jednak związana z konkretnym systemem wierzeń, religią bądź zasadami, które mają wyznawać pacjenci czy klienci trafiający do terapeuty. Duchowość jako podstawowe założenie w tej metodzie oznacza przede wszystkim traktowanie człowieka jako złożonego z czterech elementów: umysłu, emocji, ciała oraz ducha.

Mądrość i piękno

Twórcą Core Energetics jest John C. Pierrakos, który twierdził, że terapia jest stworzona po to, żeby uwolnić wrodzoną mądrość i piękno duszy. Podobno na swoich zajęciach wykrzykiwał z ekscytacją: „Wykrzycz to!”, „Stań na nogi!”, „Porusz swoją energią i żyj!”.

Pierrakos urodził się w 1921 roku w Grecji, po wybuchu II wojny światowej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął studia medyczne i wykładał. Specjalizował się w psychiatrii i fascynował naukami Wilhelma Reicha, kontrowersyjnego ucznia Zygmunta Freuda. W latach 50. zaczął pracować z Alexandrem Lowenem i wspólnie opracowali szereg metod pracy z ciałem, by przywrócić mu naturalną elastyczność. Tak powstała znacznie popularniejsza Analiza Bioenergetyczna. Jednak Pierrakos szukał czegoś więcej, między innymi wsparcia duchowego. Znalazł je w naukach Evy Broch, która wraz z grupą przyjaciół skupiała się wokół filozofii rozwoju duchowego zwanej Pathwork. Eva uczyła, że energia fizyczna, psychiczna i duchowa musi być w równowadze, a seksualne, satysfakcjonujące połączenie z drugim człowiekiem to najszybsza autostrada do poznania Boga.

Eva i John pobrali się (dla niego było to już drugie małżeństwo) i zaczęli razem pracować. Tak powstał Core Energetics, a Pierrakos rozstał się z Lowenem. Gdy został wdowcem, ożenił się po raz trzeci i nawiązał relację ze swoją najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, której nie widywał od czasu rozwodu z jej matką. W końcu otworzył Instytut Core Energetics, którego oddziały powstały na całym świecie. Podstawą działania instytutu było założenie, że ludzie cierpiący poszukują nie tylko rozwiązania problemów, ale odnalezienia sensu i powodu istnienia. Droga do ich odkrycia ma prowadzić przez swobodne i unikatowe formy wyrażania swoich wewnętrznych atrybutów: miłości, mądrości i równowagi. Zdaniem Pierrakosa wszyscy mamy do nich dostęp. (Jeśli szukasz terapeuty Core Energetics lub więcej informacji o tej metodzie, wejdź na stronę CE Polska coreenergeticspolska.com).

Podróż w nieznane

Terapia bywa w tym nurcie nazywana podróżą i nie polega na statycznym siedzeniu naprzeciwko siebie w fotelach. Pierwsze sesje służą rozpoznaniu tego, z jakimi tematami przychodzi dana osoba. To również moment na czytanie mapy ciała, tego, jak ono się porusza, gdzie kumuluje się energia i jaką zbroję to ciało musi nosić, by siebie ochronić.

Core Energetics podobnie jak inne nurty czy paradygmaty psychologiczne wykorzystywany jest w różnych formach pracy z drugą osobą – indywidualnie i grupowo. Może to być psychoterapia, coaching, trening pracy z emocjami, trening interpersonalny, warsztat ogólnorozwojowy czy tematyczne szkolenia. Podczas sesji możesz spodziewać się zarówno rozmowy, jak i zaproszenia do szeregu ćwiczeń ruchowych pomagających pozbyć się maski, by dotrzeć do uniwersalnego planu życia. O tym, jakie będą to ćwiczenia, decyduje terapeuta w porozumieniu z pacjentem, w zależności od zgłaszanego problemu oraz etapu pracy nad problemem.

Cztery fazy pracy

Niezależnie od tego, w jakiej dokładnie formie będzie przebiegać terapia, musi objąć ona cztery fazy, z których każda „jest szansą do eksplorowania głębszych poziomów naszej osobowości i do coraz głębszego kontaktu z esencją naszego istnienia” – jak pisze amerykańska psychoterapeutka holistyczna Lisa Loustaunau w poświęconym Core Energetics artykule. W trakcie terapii można przechodzić między tymi fazami zupełnie spontanicznie i nie muszą one następować po sobie. Gdy osobie pracującej nad odzyskaniem wolności uda się pozbyć energetycznych, zapisanych w ciele blokad, może doświadczyć czterech faz podczas jednej sesji. Oto one:

1) Penetracja maski

Maska jest tym, co widoczne, można ją porównać do ego. Kształtuje się w toku życia w odpowiedzi na wychowanie, rany, sukcesy, strategie zapożyczone od dorosłych. Maska może mieć różne imiona, takie jak: mądra, głupia, wierna, piękna, zaradna, wytrwała, znosząca, krzywdząca. W tym sensie jest zbiorem cech i mechanizmów obronnych, które pełniły w przeszłości określone, ważne role – pomagały chronić przed zranieniem, zapewniały przetrwanie, pozwalały zyskać znajomych i przyjaciół albo ukryć wstydliwą czy intymną prawdę. Budowanie maski kosztuje sporo energii i stoi za tym wiara, że dzięki tej określonej masce – czyli temu, jak będą mnie inni postrzegali, jak będę o sobie myśleć – zdobędę miłość, sukces lub inne korzyści. Jednak energia potrzebna do utrzymania maski przypomina wodę uwięzioną w wiadrze, a nie tę żywą, w jeziorze czy rzece. Taka energia jest zastała, można powiedzieć, że martwa; prawie nie sposób nawiązać autentycznego kontaktu z noszącą ją osobą. Porzucenie maski zazwyczaj wywołuje lęk, prawdopodobnie dlatego, że chodzenie z odkrytą twarzą musiało w przeszłości wiązać się z krzywdą w życiu danej osoby. Pokazała, kim naprawdę jest i została wyśmiana, skrzywdzona, pominięta czy upokorzona. Zadaniem terapeuty na początku jest tolerować maskę i wyjaśniać, że ta przypomina reprodukcję albo tarczę, za którą ukrywa się wyższe ja. Pacjent jest równocześnie zapraszany, by doświadczać swojego ciała, pozwalać, by przepływało przez nie więcej świeżej, żywotnej energii. Ma to przygotować go do etapu porzucenia maski, trochę tak jakby w końcu zdecydować się wodę z wiadra wylać z powrotem do rzeki.

2) Wyzwolenie i transformacja niższego „ja”

Niższe „ja” jest zamkniętym sercem, upartym wysiłkiem, by unikać bólu. W tym celu niższe „ja” namawia nas, byśmy pozostawali w separacji, czuli się odrębni, wyjątkowi albo przeklęci, niepasujący, wyobcowani. Niższe „ja” lubi złość i energię osądzania, drwienia, nienawiści. Jest przywiązane do tego, co destrukcyjne. Jest jak zaklęcie „drętwota”, którym posługiwano się w świecie Harry'ego Pottera – powodowało, że człowiek zamierał, chociaż był żywy. Tkwienie w energii niższego „ja” powoduje, że człowiek nie żyje w pełni, ale tkwi w życiu. W konsekwencji dochodzi do utraty naturalnego przepływu energii, przeżywania emocji i doznań duchowych. Praca terapeutyczna na tym etapie polega na ośmielaniu osoby do zdania sobie sprawy z tego, że niższe „ja” nie jest pełną opowieścią, oraz zachęceniu, żeby wzięła odpowiedzialność za własne życie bez poczucia winy, wstydu czy lęku. W ten sposób może zostać uwolniona ogromna energia, którą pacjenci czują na poziomie ciała jako pobudzenie, ożywienie, które zazwyczaj pomagają zrzucić swoje stare maski.

3) Dostęp i korzystanie z wyższego „ja”

Pierrakos określał wyższe „ja” jako kreatywne ego, które nie ma nic wspólnego z aroganckim, zaborczym czy wylęknionym ego. Wyższe „ja” to nie tylko świadomość siebie, ale również siebie jako części znacznie większej sieci połączeń z ludźmi, Ziemią i wszystkimi żywymi organizmami. To z poziomu wyższego „ja” można karmić się mądrością i miłością przekraczającą umysł, by osiągnąć równowagę. Terapeuta patrzy na pacjenta właśnie przez jego wyższe „ja” – z godnością, szacunkiem i uwzględnieniem faktu, że bez względu na trudności, przez które przechodzi, ma dostęp do mocy mądrości i miłości. To nic, że w danym momencie może ich nie dostrzegać. Ta pozornie niewielka różnica bywa rewolucyjna. Pacjent nie jest zapraszany do drobiazgowego analizowania nieszczęść, traum i krzywd, ale odzyskiwania mocy, sprawczości i życiowej energii. W tym celu możliwy jest dotyk, wykonanie określonych ćwiczeń fizycznych, ale również czuła rozmowa z terapeutą.

4) Uniwersalny plan życia

Ostatnia faza, której przebłysków pacjent może doświadczać na poszczególnych sesjach, to moment łączenia skrajności, godzenia się z chaosem i porządkiem, rozumienia, że wszystkiego nie da się, a nawet nie należy zrozumieć. Uniwersalny plan na życie osadza w  życiu – czasami w samym sercu, niekiedy na obrzeżach, ale nigdy ponad ani pod życiem czy nawet obok niego. To wcale nie oznacza, że życie pozbawione jest bólu czy cierpienia, ale uwalnia od konieczności ulegania słowom innych czy ranom przeszłości. Ból lub cierpienie mogą zostać przeżyte, doświadczone i nie muszą wywoływać konieczności barykadowania serca, odcinania się od ludzi lub kompulsywnego pragnienia bycia z nimi blisko. Jest uznaniem, że każde życie jest indywidualne – ale istnieje wyłącznie w zjednoczeniu z wszystkim, co żywe dookoła.

  1. Psychologia

Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Nie mówią o miłości w obawie przed utratą swojej siły, ale gdy kobieta odchodzi, trudno im poradzić sobie z emocjami, które się wtedy ujawniają. - Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To jest unik wobec siebie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Kobieta pyta mężczyznę: „Czy mnie kochasz?”, a on popada w stupor: marszczy brwi, bije się z myślami. Albo wycofuje się do swojego pokoju. Najwyraźniej szuka ratunku. Gdy już ochłonie, rzuca z wyrzutem: „A kto naprawił stół?”, „Przecież umyłem samochód!”. Przyparty do muru w końcu kapituluje: „Przecież raz powiedziałem i nie odwołałem!”. Dlaczego mężczyznom tak trudno powiedzieć: „kocham cię”? Jest taka scena w filmie „Uwierz w ducha”. Ona mu mówi: „kocham cię”, a on na to: „i nawzajem”. „Kocham” nie przechodzi mu przez usta.

W filmie „Thelma i Louise” mężczyźni rozmawiają o tym, jak to trzeba kobietom mówić te pierdoły o miłości. Rozmowy mężczyzn przy piwie: „Słuchaj, czy ty wierzysz w miłość?”. Bo przecież „nic takiego nie istnieje”. Mężczyźni wolą rozmowy o seksie, bo seks wydaje się czymś pierwotnym i naturalnym. Ale miłość? Z miłością nie wiadomo, co począć. Gdy słucham mężczyzn, to oni nie mówią: „kocham kobietę”, tylko „mam kobietę” albo „jestem z kobietą”. To są sformułowania bardziej neutralne, bezpieczne.

Gdy on mówi „kocham”, wtedy traci poczucie bezpieczeństwa? Może mieć wrażenie, że traci swoją siłę. Co innego, gdy mówi: „Ja cię ochronię”. Wtedy jest silny. Chłód i dystans dają mu poczucie panowania nad sytuacją. Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się przed sobą, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To unik wobec siebie. Dopiero, gdy kobieta odchodzi albo umiera, trudno poradzić sobie z silnymi emocjami, które się wtedy ujawniają.

Przyszło mi takie rozwiązanie do głowy: kobieta może powiedzieć do mężczyzny: „Jeżeli mnie kochasz, to... skiń głową!” (śmieje się). A poważnie...

Kobieta potrzebuje usłyszeć: „Kocham cię, jesteś dla mnie ważna, najważniejsza”. Chciałaby, aby on pokazał całe serce, powiedział o miłości mocno, z ogniem. Chłopcy nie mówią takich rzeczy, ale mężczyźni? Dlaczego nie? Oczywiście zdarzają się mężczyźni bardzo ekspresyjni, którzy nie mają problemów z mówieniem swoim kobietom o miłości. Ale rzeczywiście większość ma. Gdy przychodzą do mnie pary, które przeżywają kryzys, to pierwszym pytaniem, które zadaję, jest: „Czy kochasz tę kobietę?”, „Czy kochasz tego mężczyznę?”. Odpowiedzi po obu stronach są zróżnicowane. Jednak zauważyłem, że jeśli mężczyzna powie: „Tak, kocham”, to takie wyznanie jest dla niego ważnym przeżyciem i często zaraz potem mówi: „Rzeczywiście, nie myślałem o tym tyle czasu...”. Ale już na pytanie: „Czy partnerka cię kocha?”, często odpowiadają: „Nie wiem” albo „Wydaje mi się, że jestem jej potrzebny”. Wielu mężczyzn mówi, że nie są pewni miłości swoich partnerek, nie są pewni, czy kobiety ich jeszcze kochają, skoro tak często ich krytykują, porównują z innymi, koncentrują się na obowiązkach i zadaniach. Nieraz słyszałem: „Haruję jak wół, a potem ona jeszcze żąda, żebym był czuły”. „I żadnych złamanych wyrazów uznania” – jak mawia jeden z moich klientów. A przecież mężczyźni bardzo lubią słyszeć na przykład: „Czuję się z tobą bezpiecznie” albo „Cieszę się z tego, co robisz, doceniam twoje osiągnięcia...”.

Bardzo często mówienie o miłości, tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet, oznacza pokazanie słabości, a więc jest zagrażające. Jeśli jednak mówię komuś: „kocham cię”, to docieram do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. Pamiętam, miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy pewnej 14-latce powiedziałem, że kocham. Wiedziałem, że się rozstaniemy, bo to była wakacyjna miłość, a jednak powiedziałem. Serce mi łomotało, zrobiło mi się ciemno przed oczami, jakbym umierał. Przekroczyłem wtedy jakiś próg, granicę – i poczułem się silny, męski. Być może mężczyznom, którzy mają problem z wyrażaniem uczuć, „kocham cię” kojarzy się z okresem młodzieńczego szaleństwa, zakochania, wzajemnego zauroczenia. A tymczasem już nie chodzimy na randki, nie wydzwaniamy do siebie 20 razy dziennie, nie esemesujemy...

Jak więc nazwać tę więź po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach razem, jeśli nie miłością? Czasem trudno znaleźć jakiekolwiek określenie. Z pewnością dobrze byłoby, gdybyśmy pamiętali, że miłość ma wiele twarzy. To nie tylko młodzieńcze zakochanie. Późniejsza więź jest nasycona uczuciami, tylko bardziej stonowanymi. To już nie wulkan, raczej słońce, które świeci równomiernie. Gdy mówimy: „kocham” w związku, który trwa już jakiś czas, to tak, jakbyśmy mówili: „Zależy mi na tobie, twój dobrostan leży mi na sercu”. Być może potrzebujemy przeformułować znaczenie tego wyznania.

Dla mężczyzn dom, rodzina są bardzo ważne – to, że mają dokąd wracać, mają dla kogo pracować, poświęcać swoje talenty, energię i czas. Jednak rodzina staje się stałym elementem życia. To, że mężczyzna kocha, staje się tak oczywiste, że niedostrzegalne. I gdy kobieta domaga się deklaracji, mężczyzna może wpaść w panikę. Nie myślał o tych sprawach, są poza jego świadomością. Musi ochłonąć, uświadomić sobie, że gorączkowo szuka odpowiedzi, jak przysłowiowych okularów, które cały czas ma na nosie. Mężczyźni, którzy są aktywni, pracują, muszą wtedy przestawić swoje myślenie na inny tryb działania. Więc trzeba mu dać trochę czasu, zanim pomyśli i odpowie.

W książce „Gdyby mężczyźni umieli mówić” psycholog Alon Gratch pisze, że cztery na pięć rozwodów inicjują kobiety, a główną przyczyną jest niedostępność emocjonalna mężczyzn, nieumiejętność wyrażania przez nich uczuć. Chociaż wydaje się, że niedostępność emocjonalna to męska cecha, wiele współczesnych kobiet – szczególnie tych, które zajmują eksponowane stanowiska, działają w biznesie – skarży się, że są odbierane jako chłodne, nieprzystępne czy nieczułe. A przecież w głębi takie nie są. Coś je jednak wstrzymuje przed pokazaniem tego, co głębiej. Nawet na terapii, gdy silnej kobiecie zdarzy się zapłakać, czuje się skrępowana, szybko ociera łzy i przeprasza: „Obiecywałam sobie, że nie będę płakać, ale widać jest ze mną tak źle, że nie panuję nad sobą”. Mówię wtedy, że naprawdę źle jest, gdy nie jesteśmy w stanie płakać. Podobnie mężczyźni – pragną bliskości, pragną kontaktu z głębszą częścią siebie, ale mają z tym trudność. Przyczyn jest wiele. Dom rodzinny – to po pierwsze. Jeśli w domu nie okazywano uczuć, mama nie przytulała, a tata nie obejmował męskim ramieniem, mężczyzna nie ma wzorca, do którego mógłby się odwołać. Wielu mężczyzn nie słyszało w domu o miłości.

 
Małżeństwo, bycie razem, praca, obowiązki, borykanie się z trudnościami – to tak, ale miłość? Bardzo silnie działają społeczne stereotypy – mężczyzna jest twardy i niezłomny, i nigdy nie płacze. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich scen na ulicy – mama mówi do synka: „Bądź mężczyzną, czego się mażesz? Przestań! Co ludzie pomyślą?”. Ojcowie jeszcze częściej niż matki zwracają się do synów w ten sposób. Zeszłej zimy widziałem, jak chłopiec wywrócił się na sankach, nie chciał więcej zjeżdżać, płakał, a tata mówi: „No nie, dziewczyna jesteś czy co?!”. Takie sugestie trafiają bardzo silnie do podświadomości chłopców, którzy uczą się napinać, wytwarzać wewnętrzną blokadę po to, by sprostać zaleceniom rodziców i w dalszym ciągu zasługiwać na ich miłość. To tak, jakby w środku nich zapadła żelazna kurtyna, którą potem ciężko podnieść. Na fizycznym poziomie objawia się to długotrwałym, chronicznym skurczem mięśni, napięciem w brzuchu, w okolicach klatki piersiowej, zaciśniętymi szczękami. Poluzowanie tych napięć może budzić paniczny lęk – jeśli pozwolę sobie na czucie, wtedy wypuszczę na wolność potwora, i co się wtedy stanie? Rozpadnę się. Przez wiele lat mężczyzna uczy się, żeby funkcjonować w pewien określony sposób, usztywniać się, kontrolować. I nagle ma stracić „siebie”? Przerażające.

Mężczyźni niedostępni emocjonalnie potrzebują w bezpiecznych warunkach otwierać się na wstydliwe, zatrzaśnięte części siebie. Gdy poświęcamy uwagę temu, co się w nas dzieje, wtedy wewnętrzny demon, potwór, którego tak boimy się wypuścić, okazuje się nie tak groźny, jak podejrzewaliśmy. Miałem w terapii mężczyzn, którzy płakali na każdej sesji przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Czuli się coraz lepiej. Niewypłakane łzy, które nosi się w sobie przez długi czas, kładą się cieniem na wszystkie sfery życia, na związki z najbliższymi, przyjaźnie, relacje zawodowe.

Problem w tym, że mężczyzna niedostępny emocjonalnie często nie jest świadomy swoich głębszych potrzeb, tych związanych z bliskością, co jest źródłem frustracji kobiet. Może być też tak, że nie pozwala sobie na nie, ponieważ został kiedyś zraniony – odrzucony, wyśmiany czy zlekceważony – i podjął decyzję, że już nigdy więcej nie wystawi się na taki ból. Albo był świadkiem, jak ktoś bliski doświadczał cierpienia z tego powodu. Emocjonalne otwarcie jest jak poszerzanie tożsamości, odkrywanie nowych horyzontów. Może budzić lęk, ponieważ wtedy lepiej poznajemy siebie, konfrontujemy się z różnymi iluzjami na swój temat.

Emocjonalne otwarcie jest jak odkrywanie nowych horyzontów. Gdy wyznajemy komuś: „kocham cię”, to docieramy do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. I przemienia nas.

Kilkanaście lat temu byłem na filmie „Szeregowiec Ryan”. Film zaczyna się od sceny lądowania desantu w Normandii i masakry, która tam się dokonuje. Bardzo realistyczny obraz, trup ściele się gęsto, żołnierze modlą się, płaczą, inni uciekają w panicznym lęku. W pewnej chwili jednemu z żołnierzy pocisk urywa rękę. Na widowni była młodzież z gimnazjum. Jeden z chłopców mówi na głos: „On szuka swojej ręki”. Rzeczywiście, żołnierz się nachylił, podniósł rękę i poszedł dalej. I w tym momencie chłopcy gruchnęli śmiechem. Jestem pewien, że gdyby się nie roześmiali, musieliby się rozpłakać. Na widowni obok nich siedziały dziewczyny. Gdyby się rozpłakali, okazałoby się, że nie są tacy odporni, zdystansowani i wyluzowani. I co wtedy? Jak przyjęłyby to dziewczyny? Ale widziałem też mężczyzn ocierających łzy na filmie „Król lew” czy „Mój brat niedźwiedź”, i to przy własnych dzieciach. Byli prawdziwi, pokazali swoją wrażliwość.

Dramat wielu mężczyzn polega właśnie na tym, że myślą: „Jeśli pozwolę sobie na łzy, na pokazanie lęku, wzruszenia czy miłości, to w ten sposób przekreślę swoją męskość”. Tak jakby funkcjonowali według zasady „albo albo”, albo jestem wrażliwy, albo jestem silny. Wielu mężczyzn uważa też, że tylko rozum jest źródłem poznania. Rozum jest źródłem poznania teorii, natomiast w konkretnych sytuacjach ciężko jest opierać się na jakichś teoriach, trzeba reagować na bieżąco, opierając się na tym, co się konkretnie dzieje.

  1. Kultura

Roma Gąsiorowska o emocjach w zawodzie aktora

Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Aby wiarygodnie pokazać emocje, trzeba je zrozumieć, poczuć, a jednocześnie zachować dystans. – Zanim zaczniesz grać, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu – mówi Roma Gąsiorowska. Jej zdaniem dobry aktor musi być też dobry dla siebie. 

Aktorstwo to praca wyłącznie na emocjach?
To przede wszystkim nieustająca praca nad sobą. Weryfikacja tego, czego się boimy, jak siebie czujemy, jak radzimy sobie z wewnętrzną krytyką. To praca nad akceptacją każdego aspektu swojej osobowości poprzez odnajdywanie siebie w postaciach i poszukiwanie, gdzie stawiamy granicę, i to na wielu polach. To umiejętność komunikowania się, wsłuchiwania się w to, kim jesteśmy oprócz tego, że jesteśmy aktorem czy aktorką. Dopiero później przychodzi praca z emocjami. W tym zawodzie potrzebne są duża elastyczność i dyscyplina emocjonalna. Nazywam to dystansem, bo trzeba być gdzieś pomiędzy sobą a rolą, aby umieć oddawać autentycznie emocje postaci, ale nie brać ich z siebie i do siebie, umieć oczyszczać tę energię, która towarzyszy sztucznemu generowaniu emocji, a potem świadomie wracać do wewnętrznej harmonii. To podstawowa umiejętność. Tego nie uczy się w szkołach, no, chyba że w mojej (śmiech).

Zawód, który uprawiam, uczy mnie bardzo dużo. Wiele lat zagłębiania się w psychikę nie tylko moją czy osób, które gram, ale każdego napotkanego człowieka. Aby zagrać wiarygodnie, trzeba nie tylko zrozumieć postać i siebie, ale obserwować innych ludzi i mechanizmy, które rządzą naszymi zachowaniami. Aktor zawsze działa w warunkach trudnych. Jest wystawiony na krytykę, wybebesza się emocjonalnie przed publicznością.

Na czym polega to wybebeszanie się?
Wybebeszaniem się nazywam emocjonalne obnażenie. Nie mamy możliwości skontrolowania wszystkiego, co jest odbierane przez innych podczas wchodzenia w emocje postaci. Trzeba zaufać sobie i bezpiecznie przejść przez ten proces, starając się nie oceniać, ale działać w emocjach. Świadomie się w nich „nakręcać”, szukając prawdy i zbliżając się do postaci. A po wszystkim umieć się wyciszyć i zaakceptować efekt. Przeprowadzić wewnętrzny dialog.

Na reżyserii czy aktorstwie przez długi czas nie było podobno żadnych zajęć z psychologii. Psychologia interesuje się filmem, a film – co dziwne – psychologią nie do końca.
No właśnie, różne mechanizmy psychologiczne powinny być podstawą edukacji każdego aktora i aktorki, ponieważ sami z siebie nie jesteśmy tego świadomi. Oczywiście fajnie jest, jeśli wkręcasz się w swoją rolę, a nawet trochę schizujesz, bo jesteś wtedy dziką artystką, a tego się od nas oczekuje. Ale musisz mieć w tym procesie jakąś autokontrolę i samoświadomość. Inaczej to jest eksperyment na żywym organizmie, który nie wiadomo jak się skończy. Bo zanim zaczniesz grać na serio, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu. O tym kiedyś się nie mówiło. Aktorzy byli pozostawieni sami sobie i musieli sobie jakoś umieć poradzić z emocjami, które generowali podczas tworzenia postaci. Jedni radzili sobie lepiej, inni gorzej. Dlatego uważam, że podstawą edukacji artystycznej, bo nie tylko aktorskiej, powinny być narzędzia psychologiczne, aby każdy twórca mógł świadomie rozgraniczyć fikcję twórczą i rzeczywistość. To bardzo pomaga w procesie tworzenia, a przede wszystkim w zachowaniu prawdziwego kontaktu ze sobą w życiu prywatnym.

Ja tego wszystkiego uczyłam się krok po kroku, kiedy miałam możliwości doświadczania siebie w postaciach w przeróżnych okolicznościach. Wzbogaciłam to w narzędzia psychologiczne ze względu na to, że się tym interesowałam, i połączyłam to w autorską metodę pracy. Dlatego osiem lat temu postanowiłam otworzyć własną szkołę. Dziś jestem przekonana, że to był dobry ruch, bo narzędzia wsparcia, świadomości i poczucia własnej wartości, które dajemy naszym studentom, powodują, że oni nie tylko osiągają sukcesy statystycznie większe niż aktorzy po państwowych szkołach, ale jako ludzie stają się bardziej stabilni, pewni siebie i szczęśliwi.

Co według ciebie znaczy to wyświechtane określenie „dbać o siebie”?
Być uważnym i czujnym w stosunku do siebie, obserwować, nazywać, analizować, zmieniać, otwierać, przepracowywać, wybaczać, zamykać, akceptować, wspierać… To też, niezależnie od doświadczeń, wyciągać wnioski i zwycięsko z nich wychodzić; stanąć na nogi i poukładać sobie wszystko w głowie.

Czy dzisiaj wsparcie psychologiczne w pracy aktorki to już standard?
Nie wiem. To kwestia indywidualna, ale chyba już od kilkunastu lat zmienia się ogólna tendencja i społeczeństwo nabiera świadomości. Wiele osób w moim zawodzie przechodzi czy przechodziło swoją terapię, co kilkanaście lat temu nie było tak powszechne. Fajnie, że nasze społeczeństwo bierze się za siebie. Myślę, że moje pokolenie jest pierwszym, które może mieć realny wpływ na swoje życie, używając narzędzi samoświadomości szerzej, niż robiło się to 20 czy 30 lat temu. Mamy dziś wiedzę psychologiczną, czytamy książki, dokształcamy się, rozwijamy. W AktoRstudio prowadzimy m.in. coaching dla aktorów i reżyserów. Coaching przydaje się już na pierwszym etapie rekrutacji do szkoły, kiedy trener rozmawia z młodymi ludźmi o tym, co będzie, jeśli się nie dostaną. Jaki mają plan? Jakie są ich zasoby i alternatywna droga rozwoju?

W jaki sposób pracujesz z aktorami i aktorkami jako coach?
Dzięki temu, że przez kilka ostatnich lat trafiały do mojej szkoły przeróżne osoby z rozmaitymi problemami, na różnych poziomach zamknięcia i z odmiennymi zaburzeniami dotyczącymi poczucia własnej wartości – miałam szansę na wypracowanie uniwersalnych metod. Pracuję już nie tylko z aktorami, lecz także z biznesem, prowadzę warsztaty, spicze motywacyjne i indywidualny coaching. Uskrzydla mnie, kiedy mogę dzielić się wiedzą i doświadczeniem, które powodują, że ludzie dokonują w sobie zmiany. Na moich oczach zdarzyło się to wielokrotnie. Na przykład przy „Córkach dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej pracowałam z dwiema młodymi dziewczynami, które już skończyły szkołę aktorską – Złotą i Srebrną Syreną, czyli Michaliną Olszańską i Martą Mazurek, otwierając je na pracę z ciałem, nagością i kobiecością. Rozgrzebywałyśmy na bieżąco różne emocje i próbowałyśmy stworzyć im na planie odpowiednie warunki po to, żeby dziewczyny mogły wydobyć z siebie to, co mają już zakotwiczone w wyobraźni. To nie jest łatwy proces, szczególnie na początku drogi potrzebujesz w tym jakiejś ochrony, kogoś, kto cię poprowadzi. Prowadzę aktorów przed castingami, daję master­classy przed filmem czy serialem, kiedy budują rolę. Pracuję też z młodzieżą, wspierając rozwój ich poczucia własnej wartości opartego na samoakceptacji, pozytywnej motywacji i umiejętności czerpania z kreatywnego potencjału, który jest w każdym z nas.

A jak ty doszłaś do samoświadomości?
To proces. Składa się na niego wiele elementów: doświadczenia życiowe, ciekawość świata, pasja w dążeniu do wiedzy i poznawania narzędzi psychologicznych, wola życia, wewnętrzny optymizm, determinacja, empatia oraz pokora. To mieszanka cech, które mi pomagają w poznawaniu siebie. Samoświadomość to przecież nie jest raz osiągnięty cel czy cecha, którą można nabyć. To raczej pewna droga do poznawania siebie i zgoda na to, aby ciągle nie wiedzieć jeszcze wielu rzeczy o sobie i o świecie, o ludziach. To gotowość do zmiany i otwartość na pokonywanie trudności. Jestem wielką fanką procesu. Lubię wprowadzać do mojego życia pozytywne zmiany i wciąż się uczyć czegoś, co może mnie wzbogacić wewnętrznie i w czymś pomóc.

Jaką metodą pracujesz najczęściej jako aktorka?
Głównie metodą pracy z wyobraźnią. Wypracowałam własne techniki, które polegają na wyciszaniu wewnętrznego krytyka i selektywnym skupieniu, które nie mają nic wspólnego z psychodramą. Ta metoda jest właśnie po to, żeby od siebie odpocząć i uruchomić wyobraźnię, a nie czerpać nieustannie z siebie. Jest wynikiem głębokiej analizy psychologicznej wszystkich postaci i próbą budowania napięć między nimi. Czyli nie tak jak często wykorzystywana metoda Stanisławskiego, w której filtrujesz wszystkie emocje przez siebie, czerpiąc mocno z własnego doświadczenia. Wiesz, co słyszałam, kiedy byłam jeszcze w szkole? „Roma, twoja mama umarła, to może wykorzystaj to, poczuj to teraz, pokaż nam”... A ja czułam, że tak nie można, to nie jest dobre! Nie da się pracować na swoich trudnych emocjach, używając ich do stworzenia postaci i obnażania publicznie najintymniejszych zakamarków umysłu, bez uszczerbku dla własnej osobowości i psychiki. Zawsze wiedziałam, że muszę ochronić przede wszystkim siebie. Dlatego metody pracy, którymi się dzielę, są nie tylko skuteczne, ale i bezpieczne, a jednocześnie pozwalają wejść bardzo głęboko w emocje, które są wiarygodne. Natomiast nie dotykają prywatności.

W psychologii znany jest eksperyment, który dotyczy mimicznego sprzężenia zwrotnego. Polega na tym, że wkładasz ołówek poziomo do ust i dzięki mimicznej reakcji uśmiechu, angażującej mięsień jarzmowy większy, po kilku minutach czujesz się zadowolona. To pokazuje, że nasz wyraz twarzy czy postawa ciała mogą wpływać na doświadczane przez nas emocje.
No właśnie, w tym wszystkim chodzi o większą świadomość swojego ciała. Bo na przykład stan delirki możesz zagrać na różne sposoby. Możesz się najpierw zastanowić, co czuje człowiek w tym stanie, kiedy to przeżywa. I później dołączasz do tego ciało, zaczynasz się trząść, co dzieje się bardziej mechanicznie. To bliskie metodzie Stelli Adler. Z kolei w metodzie fizycznej wychodzisz od ciała i dopiero wtedy zaczynasz coś czuć, nie uruchamiasz głowy.

Myślę, że każdy aktor i aktorka muszą przejść przez metodę Stanisławskiego, choćby po to, by dowiedzieć się o sobie więcej, ale niekoniecznie muszą tą metodą pracować, na dłuższą metę jest to bowiem zbyt eksploatujące. Moim zdaniem powinni znaleźć coś bezpieczniejszego dla siebie. Te metody działały i były potrzebne wtedy, kiedy w teatrze czy filmie grano jeszcze bardzo sztucznie. Teraz już wszyscy przywykliśmy do tego, że bierzemy z siebie i jesteśmy naturalni. Inaczej się nie da. Dlatego uważam, że edukacja aktorów powinna zostać zaktualizowana. I ja staram się to robić.

Czyli my tu o emocjach, a jednak w pracy aktorki wszystko sprowadza się do fizyczności...
Absolutnie nie! Uważam, że dużym błędem jest myślenie o zawodzie aktorki od strony fizyczności, chociaż rzeczywiście teraz zwraca się na to uwagę. To dobry temat na szerszą rozmowę. Ogólnie myślę, że z powodu kultu piękności i ciała oddalamy się od głębi i od podążania za własną intuicją, nie tylko w aktorstwie. Dlatego warto zwracać uwagę na takie sprawy, jak akceptacja siebie i swojego ciała, warto podkreślać naturalność, warto mówić o tym, że się od siebie różnimy i że to jest cenne. Nie zmieniać swojej urody zgodnie z obowiązującymi trendami i przede wszystkim jej sztucznie nie podkreślać. Podam ci pewien przykład: niedawno widziałam okładkę z Angeliną Jolie, spojrzałam jej w oczy i musiałam zasłonić ręką dół jej twarzy. Bo tylko oczy mówiły prawę.

Roma Gąsiorowska, aktorka, coach, reżyserka, producentka, menedżer kultury, założycielka szkoły aktorskiej AktoRstudio, twórczyni kierunku studiów Manager Sektora Kreatywnego na WSG w Bydgoszczy. Właścicielka W-arte Dom Produkcyjny. Znana z ról w filmach: „Pogoda na jutro”, „Rozmowy nocą”, „Wojna polsko-ruska”, „Ki”, „Sala samobójców”, „Listy do M” czy „Podatek od miłości”. Mama dwójki dzieci, żona aktora Michała Żurawskiego.

  1. Psychologia

Skąd biorą się fobie?

Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane. (Ilustracja: iStock)
Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane. (Ilustracja: iStock)
Obawa przed niebezpieczeństwem to mechanizm ratujący życie. Kiedy jest uszkodzony, atak paniki mogą wywołać nawet, wydawać by się mogło, najnormalniejsze przedmioty. 

Kiedy ośmioletnia Sophie po raz drugi trafiła do szpitala, była tak wychudzona, że kości prześwitywały jej przez skórę. Skrajnie wyniszczona dziewczynka straciła wszystkie włosy i nie mogła się poruszać. Mimo starań lekarzy zmarła. Sekcja zwłok jako przyczynę zgonu wykazała ciężkie uszkodzenie nerek na skutek odwodnienia i wychudzenia, ale prawdziwym powodem jej śmierci był strach.

Sophie panicznie bała się dentysty. Kiedy zaczęły chwiać się jej mleczne zęby, przestała otwierać usta. Nie jadła i nie piła. Ze strachu nie mogła spać. W ciągu trzech tygodni straciła 11 kilogramów. Była tak słaba, że nie mogła chodzić. Umarła z głodu, bo bała się otworzyć buzię.

Zabierzcie to ode mnie

Fobie, zaburzenia nerwowe o charakterze lękowym, dręczą co dziesiątego człowieka. Osoby nimi dotknięte czują irracjonalny, wyolbrzymiony lęk przed pewnymi sytuacjami lub przedmiotami, mimo że obiektywnie nie są to rzeczywiste zagrożenia. Choć zdają sobie sprawę z niedorzeczności własnych obaw, niekiedy sama myśl o prześladującym ich przedmiocie może wywołać napad niepohamowanej paniki. A objawy strachu są już jak najbardziej realne: płytki, urywany, szybki oddech, nierówny rytm serca, palpitacje, wzmożone pocenie się, suchość w ustach, wymioty, drżenie rąk i nóg, niemożność wydobycia głosu, utrata kontroli nad ciałem, poczucie umierania.

Czego się boją dotknięci fobią? Niemal wszystkiego: łysych (peladofobia), łóżek (klinofobia), pałeczek do ryżu (konsekotaleofobia), przedmiotów znajdujących się po prawej (dekstrofobia) czy lewej (lewofobia) stronie ciała, nieskończoności (apeirofobia), pocałunków (filematofobia), erekcji (ityfallofobia) czy nawet... kiszonych ogórków. Prawie każdy przedmiot, kolor czy substancja mogą być przedmiotem lęku: kurz, fioletowe przedmioty, mięso, samochody, cmentarze, lalki, księża, jeżdżenie windą...

Niektórzy czują paniczną obawę przed podejmowaniem decyzji (decidofobia), inni umierają ze strachu na myśl o tym, że do podniebienia może przylgnąć im porcja masła orzechowego (arachibutyrofobia). Medycyna zna ponad pół tysiąca nazw określających różne fobie. Są wśród nich nawet tak egzotyczne, jak lęk przed konwersacją podczas obiadu (deipnofobia – fantastycznie przedstawiona w 20-minutowym dokumencie Kanadyjczyka Lewisa Leona) czy... myśleniem (fronemofobia). Najdłuższą nazwą fobii jest hippopotomonstrosesquippedaliofobia – nomen omen lęk przed długimi i skomplikowanymi słowami.

Kto się czego boi

Johnny Depp cierpi na koulrofobię – lęk przed klaunami. „Pod ich jaskrawo wymalowanymi gębami czai się zawsze coś ciemnego, gnijącego, czyste zło” – skarżył się w jednym z wywiadów.

Alfreda Hitchcocka przerażały... jajka (ovofobia). „Ta wstrętna biała gładka rzecz bez żadnego otworu budzi moją największą odrazę. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej obrzydliwego niż jajko i wypływająca z niego gęsta żółta substancja?”.

Madonna – banalnie – boi się burz (brontofobia).

Napoleon Bonaparte, nieustraszony cesarz Francuzów, omdlewał ze strachu i obrzydzenia na widok kotów (ailurofobia). To dość powszechna fobia przywódców wojskowych – cierpieli na nią również m.in. Juliusz Cezar, Aleksander Wielki, Henryk III, król Francji, oraz włoski dyktator Benito Mussolini.

 
Nicole Kidman boi się motyli (lepidopterofobia), Steven Spielberg nie znosi owadów (entomofobia).

Pamela Anderson – nie uwierzycie! – cierpi na eisoptrofobię, czyli paniczny lęk przed lustrami.

Nie chodzi o to, że obawia się zobaczyć swoją podobiznę, bynajmniej. Chodzi raczej o to, że obawia się, by przypadkiem nie zbić lustra, sprowadzając na siebie zły urok, bądź tego, że poprzez lustra może zajrzeć w okno nadprzyrodzonych światów.

Po złej stronie rzeki

Dla dotkniętych gefyrofobią podróż po moście to udręka. Gdy tylko zbliżają się do kładki prowadzącej nad wodą, czują się paskudnie. Potrafią nadkładać drogi, wyszukują objazdy, mogą godzinami stać w korkach, by nie przechodzić ponad znienawidzonym żywiołem. Most Tappan Zee wywołuje w niektórych nowojorczykach tak niepohamowane napady paniki, że po to, by ludzie ci nie zostali na całe życie uwięzieni po jednej stronie rzeki Hudson, władze stanu Nowy Jork zatrudniają specjalnych przewoźników, którzy pomagają nieszczęśnikom przetrwać podróż. Kierowca może zatelefonować na godzinę przed planowaną podróżą, a technik drogowy przeprowadzi jego samochód na drugą stronę. Codziennie z takiej możliwości korzysta od kilku do kilkunastu osób, rocznie kilka tysięcy. Gdyby nie przewoźnicy, na mostach non stop tworzyłyby się korki – łatwo sobie wyobrazić, jaki chaos może zapanować, gdy kierowca zatrzyma samochód w połowie przeprawy, bo nie czuje się na siłach otworzyć oczu.

Fobie dalekiego wschodu

Niektóre fobie są prawdopodobnie uwarunkowane kulturowo. Taijin kyofusho dotyka wyłącznie mieszkańców Japonii. W odróżnieniu od fobii społecznej popularnej na Zachodzie, której ofiary unikają ludzi z obawy przez upokorzeniem lub wyśmianiem, taijin kyofusho jest lękiem przed skrzywdzeniem innych. Cierpiący na tę fobię Japończycy boją się, że swoim wyrazem twarzy, spojrzeniem, zapachem ciała postawią kogoś innego w trudnej i niekomfortowej sytuacji bądź nie okażą mu należytego szacunku.

W Azji rozpowszechniony jest koro – lęk przed tym, że nieoczekiwanie penis zostanie wciągnięty w głąb ciała. Atak może nastąpić w każdej chwili i miejscu, choćby podczas seansu w kinie. Kiedy ogarnięci paniką zwracają się do sąsiadów, by pomogli w utrzymaniu niesfornego organu na miejscu, taka prośba znajduje całkowite zrozumienie. Kilku dorosłych potrafi wspólnie wyciągać penisa nieszczęśnika i nawet przez myśl im nie przejdzie wzmianka o chorobie psychicznej. Ci, którzy nie mają odwagi korzystać z pomocy, podwieszają sobie do męskości ciężarki. Ba! Niekiedy dokonują samookaleczeń, byle tylko „wydłubać” z podbrzusza utraconą część członka.

Epidemie koro przychodzą falami – w Singapurze falę tego lęku wywołał artykuł w lokalnej gazecie o tym, że koro wywołuje spożycie mięsa z nielegalnego uboju, w Korei przyczyną paniki była wiadomość o dosypywaniu chemikaliów do wody przez agentów obcego wywiadu. Trzy lekkie przypadki koro odnotowano również w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie ofiary choroby nadużywały narkotyków i... interesowały się cywilizacją Wschodu, co potwierdza tezę o tym, że choroba przenosi się wyłącznie drogą kulturową.

Na śmierć i życie

Strach jest całkowicie normalnym sygnałem, który niejednokrotnie ratuje nam życie albo co najmniej zdrowie. Pojawia się, gdy znajdujemy się w niebezpieczeństwie, na przykład gdy ktoś nas atakuje. Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane.
 
W obliczu niebezpieczeństwa w mózgu uruchamiają się dwa niezależne obwody. Jeden jest umiejscowiony w płacie czołowym kory mózgowej, obszarze, który odpowiada za świadomość i podejmowanie decyzji. Drugi, bardziej pierwotny, ukryty jest w jądrze ciała migdałowatego i zarządza nieuświadomionymi procesami. To on sprawia że rozciągają się kanaliki oskrzeli, pogłębia oddech, przyspiesza metabolizm, wątroba uwalnia do krwi dodatkową porcję glukozy niezbędnej do wydajnej pracy mięśni i mózgu, rozszerzają się źrenice gotowe uchwycić najdrobniejsze poruszenie, szybciej bije serce, podnosi się ciśnienie krwi. Mniej krwi dociera do skóry i przewodu pokarmowego, zwiększa się za to jej dopływ do narządów o pierwszorzędnym znaczeniu podczas walki i ucieczki – mięśni, mózgu i serca. Organizm jest przygotowany do walki na śmierć i życie na długo przed tym, zanim świadoma część mózgu wie, jaką akcję podejmie.

Medycyna zna – bardzo rzadkie – przypadki zwapnienia jąder migdałowatych. Dotknięte nimi osoby – dosłownie – nie znają lęku. Nie boją się nigdy niczego.

U źródeł lęku

Ciało migdałowate potrafi zapamiętać obrazy i dźwięki kojarzone z przerażającą sytuacją i stawia ciało w stan wyższej gotowości, kiedy tylko natrafi na coś podobnego, i to bez konsultacji z właścicielem ciała.

Często taka reakcja lękowa na pewne – niewinne, zdawałoby się – sytuacje utrwala się we wczesnym dzieciństwie. Niektórzy jako wyjątkową traumę wspominają pierwsze spotkania z psami czy końmi. Innym bolesne czy przykre zdarzenie nieoczekiwanie skojarzyło się z jakimś zupełnie niewinnym atrybutem – Sophie, dziewczynka, która umarła ze strachu przed dentystą, została w wieku czterech lat boleśnie zraniona przez stomatologa w dziąsło.

Jak „oduczyć” mózg nieuzasadnionych uprzedzeń? Bardzo skuteczna jest terapia behawioralna – powolne odczulanie, oswajanie ze źródłem lęku. I tak pani obawiająca się ogórków najpierw o nich słucha, potem ogląda maleńki ogórek na ekranie komputera, a pod koniec terapii raczy się mizerią. Takie postępowanie powinno być wsparte farmakoterapią, daje wówczas najlepsze efekty, choć wciąż jeszcze większość farmaceutyków, które przepisuje się w stanach lękowych, osłabia objawy, ale nie radzi sobie z pierwotnym mechanizmem wyzwalającym uczucie paniki. Medycy eksperymentują z kilkoma nowymi preparatami. W badaniach nieźle wypada propranolol – lek nasercowy regulujący poziom hormonów stresu. Reakcje przyjmujących go pacjentów są spokojniejsze i bardziej stonowane. Obiecujące jest też działanie pewnego antybiotyku – D–cykloseryny. Choć nie rozumiemy, jak działa, testy wykazały że jest niezwykle skuteczny, przynajmniej przy leczeniu fobii sytuacyjnych. Grupa pacjentów z ciężkim lękiem wysokości już po kilku sesjach psychoterapii wspomaganych antybiotykiem mogła śmigać w przeszklonych windach na najwyższe piętra wieżowców i nawet czuć wielką frajdę podczas tych podróży.

Granice logiki

Pod koniec XX wieku w bogatych Stanach Zjednoczonych umarł z głodu największy logik wszech czasów, genialny matematyk, bliski przyjaciel Alberta Einsteina, Kurt Gödel. Autor twierdzenia o niezupełności, które wywróciło na nice pojmowanie matematyki miał obsesję na punkcie zdrowego żywienia. Przez dziesięciolecia zapisywał codziennie temperaturę swojego ciała, ilość wypitego mleka i spożycie... magnezu. Prześladował go lęk przed przypadkowym zatruciem. Z czasem przerodził się w podejrzenie, że ktoś usiłuje go otruć. Każdy kęs jego posiłków próbowała zwykle żona Adela – jedyna istota, której ufał. Gdy zaniemogła i musiała pójść do szpitala, uczony bał się wziąć cokolwiek do ust.

Najbardziej przenikliwy umysł XX wieku, określający granice ludzkiego poznania i naszej logiki, nie był w stanie pokonać własnych granic wyznaczonych przez lękowe obsesje. Nie mógł uwierzyć, że nie sposób zatruć całej żywności w puszkach we wszystkich supermarketach Ameryki. Przed śmiercią ważył zaledwie 30 kg. Umarł w styczniu 1978 roku.