1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zemsta czy wybaczenie - co przynosi większą ulgę?

Zemsta czy wybaczenie - co przynosi większą ulgę?

W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)
W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)

Zranieni, zdradzeni, oszukani – reagujemy zwykle na trzy sposoby. Udajemy, że nic się nie stało, odpłacamy pięknym za nadobne lub cierpimy, a potem zwykle po jakimś czasie wybaczamy. Wychowuje się nas w przekonaniu, że ta ostatnia droga jest najwłaściwsza. Ale czy dla każdego i zawsze? O skomplikowane reakcje na krzywdę prof. Piotra Olesia pyta Martyna Harland.

Zemsta czy wybaczenie — co daje większą ulgę, gdy ktoś nas skrzywdzi? W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, na przykład poczucie winy. Daje świadomość rewanżu, z którym człowiek przez krótki czas czuje się dobrze, ale nie daje on satysfakcji. Z kolei przebaczenie wymaga więcej wysiłku, czasu i przepracowania krzywdy, za to uwalnia od ciężaru tzw. negatywnych emocji, które w sobie nosimy.

Psychologowie twierdzą, że dla własnego dobra warto wybaczać innym. Tyle że wtedy akceptujemy wyrządzoną nam krzywdę i nie przywracamy stanu równowagi w życiu... Krzywda krzywdzie nierówna. Jeżeli ktoś kolejny raz sprawia nam ból i przewidujemy, że to się powtórzy, wtedy rewanż może być adekwatną reakcją. Powstrzymuje kolejne akty cierpienia. Dlatego przebaczenie nie jest receptą na każdą sytuację. Natomiast ściśle wiąże się z naszymi przekonaniami na temat świata, innych ludzi i nas samych. Jeżeli uważamy, że ludzie generalnie są dobrzy, a złe zachowania tylko się im przydarzają, łatwiej nam przebaczać. Przekonania na temat własnej wartości mają krzywoliniowy związek z naszą zdolnością do przebaczania. Jeśli mamy niską samoocenę i myślimy: „Jestem nic niewart”, wtedy trudniej wznieść się ponad własną krzywdę, żeby przebaczyć. Bardzo wysoka samoocena również utrudnia proces wybaczania. Człowiek czuje wtedy poważny dysonans między tym, co się zdarzyło, a tym, na co jego zdaniem zasługuje.

Uczy się nas też, by brać sprawy w swoje ręce, być sprawczym. Właśnie, istotne są również nasze przekonania na temat świata. Jeżeli uważamy, że świat jest sprawiedliwy, to łatwiej poruszać się w nim, przebaczając. No, chyba że to sprawiedliwość typu oko za oko, ząb za ząb. Wtedy faktycznie bierzemy sprawy w swoje ręce...

Czy takie przekonania kształtują się już w dzieciństwie? Często największym wyzwaniem w procesie terapii jest przebaczenie bliskim. Pierwsze przebaczenie, na które człowiek się zdobywa, to to w stosunku do rodziny – rodzeństwa, a znacznie później rodziców. Tak naprawdę rzadko kiedy dochodzi do uświadomienia i ujawnienia wszystkich krzywd powstałych w dzieciństwie. Takie urazy najczęściej mają charakter niezawiniony. Przykładowo nadopiekuńczość i ograniczanie dziecka w rozwoju wynikają z lęku, a nie złych intencji rodzica. Biorąc pod uwagę, jak długotrwałe były te działania, a przez to silne i często nie w pełni uświadamiane, bardzo trudno jest nam wybaczyć, niekiedy wymaga to pomocy terapeuty. Jednocześnie intencje sprawcy – w tym przypadku dobre choć nietrafione – oraz to, czy odczuwa skruchę, to warunki istotnie ułatwiające wybaczenie.

A może istnieje dobra zemsta? Mścić trzeba się na bieżąco. Wtedy złość nie narasta i kierujemy ją wobec właściwej osoby, nie przenosimy na innych. W niektórych sytuacjach, jak zdrada w związku, może warto pokazać drugiej osobie swoje emocje i to, że zostaliśmy skrzywdzeni? Lepiej chyba zniszczyć sukienki niewiernej partnerki, niż udawać, że to nas nie dotknęło. Pomyślałem, że taka zemsta na sukienkach to w ogóle świetna sprawa. Po pierwsze, nie uderza bezpośrednio w człowieka, tylko w rzecz. Poza tym tkwi w tym potencjał do rozpoczęcia czegoś od nowa. Trzeba kupić nowe sukienki. Niezależnie od tego, czy były ukochane, mogą się łączyć z okresem życia, w którym doszło do zdrady. Natomiast jeżeli zemstą byłaby zdrada, wtedy zaczyna być znacznie trudniej.

Z drugiej strony wtedy sytuacja między partnerami się wyrównuje i mogą zacząć od nowa. Wystarczy wyjechać gdzieś na dłużej, partner lub partnerka mogą się tylko domyślać, czy coś się wtedy wydarzyło. Mogło, ale nie musiało... Bardzo trudno mi odpowiedzieć, czy w takiej sytuacji warto płacić pięknym za nadobne. Ale faktycznie postawienie drugiego człowieka w sytuacji niepewności i domysłów mogłoby mieć sens. Rzeczywiście dzisiaj usilnie dążymy do równowagi, szczególnie w związkach. Moim zdaniem to skrzywienie typowe dla kultury zachodniej, związane z przeakcentowaniem własnego „ja”. Jeśli ty masz czegoś więcej, czy naprawdę znaczy, że ja jestem gorszy? Jeśli ty możesz, to czemu ja nie? Moim zdaniem to błąd myślenia, związek może nie przetrwać takiej próby.

Może samo wyobrażanie sobie zemsty, planowanie jej, oglądanie na ekranie na przykład w filmach Quentina Tarantina, czytanie książek, jak „Hrabia Monte Christo“ Aleksandra Dumasa – wystarczy i przyniesie ulgę? Kiedy uczymy ludzi, na przykład psychologów i pedagogów, tego, jak zrozumieć emocje innych, rozgrywamy z nimi psychodramy. Stawiamy ich w różnych sytuacjach i pytamy, dajmy na to, w jaki sposób czuje się uczeń, który jest kozłem ofiarnym w klasie. Ktoś staje się na tę chwilę uczniem, a inni mu dokuczają. Tego rodzaju odgrywanie ról w „wyobrażonym teatrze życia” sprawia, że możemy na chwilę poczuć sytuację samotności, odrzucenia czy napiętnowania. To pewnego rodzaju szczepionka przeciwko krzywdzie i agresji. I najskuteczniejszy sposób uczenia ludzi tego, jak zapobiegać wykluczeniu oraz piętnowaniu innych. A może też wybaczania. Oczywiście przy zdrowej osobowości, bez tendencji sadystycznych.

Tyle że zemsta przychodzi nam naturalnie, w przeciwieństwie do wybaczenia. A przecież tzw. negatywne emocje wywołane krzywdą to ciężar, który niesiemy w sobie. To nas ogranicza i sprawia, że dużo trudniej jest cieszyć się życiem. Czasem wręcz uniemożliwia. To wszystko niszczy człowieka od środka. Rzutuje na inne, bliskie relacje. Jeśli coś nas gnębi, nie jesteśmy otwarci w kontakcie z naszymi bliskimi. Krzywda przypomina kulę lodową. W normalnych okolicznościach pomału się rozpuszcza i z czasem jest coraz mniejsza. Dlatego rzadko zdarza się, żeby człowiek dokonywał zemsty po latach. Może się tak stać w przypadku zbrodni nie do wybaczenia, na przykład gdy ktoś z zimną krwią wymorduje naszą rodzinę i pozostaje bezkarny.

Nie wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć. Ale czy można nie wybaczyć krzywdy, a jednak zaznać spokoju? Są ludzie, którzy na skutek jakiegoś przykrego doświadczenia zamykają niewygodny rozdział swojego życia. Zrywają kontakt ze sprawcą krzywdy. Izolują się od problemu i osoby. Decydują, że nie będą się tym zajmowali. Nie chcą inwestować w to energii. Bo, żeby przebaczyć, trzeba mieć motywację. To trudny i czasochłonny proces.

Czym różni się „wybaczam i akceptuję”, od „wypieram i zapominam”? Możemy wybaczyć tylko to, co pamiętamy. Tymczasem „wypieram i zapominam” to w języku psychologii tłumienie. Staramy się odsuwać nasze problemy na różne sposoby, czyli nie pamiętać zdarzeń, które wywołały w nas poczucie krzywdy. Faktyczna niepamieć takich zdarzeń sugeruje wyparcie, czyli wymazanie ich z pamięci, usunięcie ze świadomości w podświadomość. Jeżeli krzywda ma charakter gwałtowny i dramatycznym, tak jak na przykład sytuacja gwałtu, wtedy może dojść do wyparcia lub dysocjacji, czyli oddzielenia emocji od zdarzenia. Człowiek reaguje tak jakby to wszystko nie miało miejsca, jeżeli chodzi o emocje. Ma pamięć zdarzeń, czyli wie, a jednak nie czuje. Niedoświadczony terapeuta, rozmawiając z osobą będącą w stanie dysocjacji, może mieć wątpliwości, czy rzeczywiście doświadczyła krzywdy, bo opowiada o tym zdarzeniu, jakby nie była ofiarą.

Trudniej jest też chyba wybaczyć sobie niż innym. Też tak czuję, dlatego, że sam tak mam. Natomiast jest wielu ludzi, którzy mają odwrotnie. Musimy wziąć pod uwagę dwa motywy organizujące nasze „ja”: motyw zmierzający do budowania pozytywnego obrazu siebie i ten, który buduje obraz prawdziwy. Jeżeli przeważa pierwszy – pozytywny, nie mamy większego problemu z przebaczaniem sobie. Będziemy chronić samych siebie przed prawdą o tym, że skrzywdziliśmy drugiego człowieka, minimalizować jego krzywdę. Natomiast jeżeli silniej działa u nas motyw budowania „ja” prawdziwego – w tym przypadku sprawcy cierpienia – wówczas możemy mieć kłopot z przebaczeniem sobie różnych rzeczy, nawet takich, które inni ludzie już dawno nam wybaczyli.

W takim razie bardziej adaptacyjne są dla nas różowe okulary. A przecież wydaje się, że lepsze powinno być dążenie do prawdziwego obrazu siebie? Jeśli chodzi o realizację różnych celów życiowych, to faktycznie różowe okulary lepiej się sprawdzają, bo nie mamy problemu z tym, że popełniliśmy masę błędów, na przykład przy wychowaniu dzieci. Wtedy jest nam łatwiej o pozytywny bilans życia. Pracując na oddziale neurologii, miałem okazję rozmawiać ze starszymi ludźmi i niejednokrotnie zadziwiało mnie to, jak często potrafią wskazywać na różne swoje błędy życiowe, które z mojego punktu widzenia nimi nie były. Ktoś może uważać, że był zbyt surowy dla swoich dzieci, ale gdy go zapytamy, co te dzieci robią w życiu, okazuje się, że świetnie sobie radzą.

Dzieci mogły poradzić sobie w dorosłości, co nie zmienia faktu, że taki rodzic przez swoją surowość nie stworzył z nimi wystarczająco dobrej relacji. Stąd poczucie winy. Może w życiu jednak ważne jest przede wszystkim budowanie dobrych relacji z bliskimi? Trafiła pani w drugie dno tego zjawiska. W samotność. Jeżeli zbudujemy dobrą, bliską i aktywną relację z dziećmi, wtedy mamy dużo mniej miejsca na to, żeby zastanawiać się nad tym, co w życiu nam nie wyszło. Energię do wybaczania można czerpać od innych. Gdy mamy fajnych, wspierających partnerów życiowych, jest nam łatwiej. Trudności stają się mniejsze, kiedy zostają opowiedziane i ujawnione. Jeżeli człowiek jest emocjonalnie nasycony, to najprawdopodobniej łatwiej jest mu zdobyć się na przebaczenie – sobie i innym.

Co najtrudniej jest nam wybaczyć? Dotknęła pani nowego pola tematycznego, które jest niełatwe i bardzo złożone. Bo trudność z wybaczaniem może iść w kierunku poczucia winy za to, że nie potrafimy przebaczyć. Inny człowiek już dawno by wybaczył, a ja ciągle nie mogę sobie z tym poradzić. Dlatego, że to cały czas było i jest dla mnie bardzo ważne. Być może podważyło fundamentalny porządek świata, jak to, że z żoną ślubowaliśmy sobie miłość i wierność, a potem okazuje się, że to nie przetrwało na zawsze. Osoba, która ma kłopot z wybaczeniem, może mieć później poczucie winy dlatego, że nie potrafi się wznieść ponad swój ból i uczucia. Dla tej osoby krzywda jest nie do przejścia, przynajmniej na jakimś etapie życia.

Największe wyzwanie to wybaczyć sprawy, które dotyczą naszych wartości? Zwłaszcza tych związanych z wiernością, miłością, godnością, życiem bliskiej osoby. Zastanówmy się, czy i w jakich okolicznościach można wybaczyć to, że ktoś jazdą po pijaku sprawił, że mamy niepełnosprawne dziecko. W jaki sposób można wybaczyć taką krzywdę? To wymaga wręcz heroizmu. I nie są to procesy związane jedynie z życiem psychicznym. Niektórzy uzyskują siłę do tego, żeby wybaczyć, poprzez zaangażowanie w życie duchowe. Jeżeli człowiek ma kontakt ze sferą duchową, niekoniecznie religijną, wtedy jest otwarty na wymiar transcendencji, który pozwala wznieść się ponad swoje uczucia. Gdy przyjmujemy, że istnieje rzeczywistość wyższa, większa, lepsza, to może ona pomóc nam spojrzeć na naszą krzywdę z dystansu i dokonać aktu przebaczenia. To jednak nie dzieje się szybko, proces przebaczania wymaga motywacji, wysiłku i czasu.

Wybaczenie to wyjście poza siebie i własne ograniczenia? Dzięki niemu się rozwijamy? Rozwój jest efektem ubocznym lub też skutkiem procesu wybaczania. Rozwijamy się dzięki temu, że byliśmy zdolni przekroczyć własne emocje i przebaczyć. Wbrew sobie i swojej naturze.

Co jeszcze daje nam wybaczenie? Daje ogromne poczucie wolności i uwolnienia: od ciężaru oskarżeń, od tzw. negatywnych emocji, złorzeczenia lub chęci zemsty. Jeżeli potrafimy się uwolnić od bardzo ciężkich, trudnych emocji, związanych z poważną krzywdą, to na nowo stajemy się wolnymi ludźmi.

W jaki sposób nauczyć się wybaczania? Czy są jakieś techniki, które możemy wprowadzić w życie? Co może nam w tym pomóc? Drugi człowiek. Zjawisku krzywdy sprzyja samotność. Jedną z najważniejszych rzeczy, najbardziej pomocnych jest bliski kontakt z innymi ludźmi. Wtedy mamy szansę poszerzać własny punkt widzenia. To wyzwala nas od schematów. Nie tkwimy w zaklętym kręgu swoich myśli i uczuć. Sam przerabiam to w ciągu ostatnich miesięcy, po śmierci żony. Czuję, że mam mniej możliwości skonfrontowania swoich myśli i uczuć z bliskim człowiekiem. Teraz widzę, że sam fakt rozmowy z drugą osobą sprawia, że nie wpadamy w pętelki własnego myślenia. Od czasu do czasu, gdy z kimś porozmawiam, tak jak teraz z panią, uświadamiam sobie, że jestem w tym miejscu. Wtedy mogę z niego wyjść lub tam pozostać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczęśliwi po rozwodzie. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nowy związek?

Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Badania pokazują, że szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nową, dobrą miłość – mówi psycholog  prof. dr hab. Maria Beisert.

Mam znajomą – szczęśliwą mężatkę, która uważa, że rozwodnicy muszą mieć w sobie jakiś defekt niepozwalający im zbudować trwałego związku. Taki, który sprawił, że źle wybrali albo popełnili błędy skutkujące rozpadem małżeństwa. Czy rzeczywiście po rozwodzie trzeba dokonać jakiejś gruntownej zmiany w sobie, by kolejny związek mógł być szczęśliwy? Na pewno nie mówiłabym o defekcie! Jeśli rzeczywiście ktoś ma za sobą nie jeden, ale serię nieudanych związków, można mówić o pewnych trudnościach z relacjami. A jeśli ta powtarzalność jest naprawdę duża – zaryzykować tezę o jakimś deficycie, ale na pewno nie o defekcie. Byłabym też daleka od stwierdzenia, że osoba, która się rozwiodła, sama jest sobie winna. Na związek mają wpływ dwie osoby. Nie bez znaczenia są też okoliczności zewnętrzne.

Jakie więc są szanse na to, by po rozwodzie stworzyć z nowym partnerem lepszy związek? Naprawdę duże, pod warunkiem że przejdzie się przez wszystkie cztery fazy rozwodu: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję. Cały proces trwa mniej więcej rok. Kończy się rekonstrukcją, czyli etapem spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie. To czas, kiedy ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, dlaczego się nie udało. Nie ma już złorzeczenia, łez czy obwiniania. Człowiek potrafi przed sobą samym przyznać, że on też popełnił błędy i przyczynił się do rozwodu. Niektórzy wyrażają to na przykład tak: „Moja impulsywność popsuła związek” albo „Nigdy więcej nie będę tak zazdrosny!”.

Mam uwierzyć, że każdy dochodzi do takich wniosków? A wie pani, że tak? Warunkiem jest oczywiście dotarcie do etapu rekonstrukcji, co niestety nie wszystkim się udaje. Niektórzy utykają już na pierwszym etapie, czyli w nieskończoność zaprzeczają, że małżeństwo się zakończyło. Miałam pacjentkę, której mąż się z nią rozwiódł i powtórnie ożenił z kimś innym, ale ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nadal czuła się żoną tego mężczyzny, bo kiedyś wzięli ślub kościelny. „Dla mnie liczy się tylko związek sakramentalny” – mówiła i nie chciała dać byłemu mężowi spokoju.

Rozumiem jednak, że takie nieprzyjmowanie rozwodu do wiadomości jest przez pewien czas czymś zupełnie naturalnym? Tak. To jest prawo osoby opuszczonej, która nagle została poinformowana o decyzji partnera, by nie dowierzać, myśleć: „Nic straconego”, „Jeszcze mogę to naprawić”, by inicjować kontakt i prosić o rozmowę. Najgorsze, co może wtedy zrobić ta druga osoba, to spełniać prośby byłego partnera, będące jawnym lub ukrytym naleganiem na powrót do związku, typu: „Przyjedź, bo tak źle się czuję”.

Jak, będąc osobą porzuconą, można sobie pomóc na tym etapie? Skorzystać ze wsparcia tych, którzy są w stanie poświęcić swój czas, potrafią słuchać – nie kwitują wszystkiego opowieściami o tym, jak oni się rozwodzili – i mają do całej sprawy pewien dystans. Nie będą więc przekonywać: „Próbuj”, „Może się uda”, „Zobaczysz, on jeszcze zmieni zdanie”. Dostrzegą np., że przyjaciółka się narzuca czy wręcz nęka byłego partnera, i będą w stanie powiedzieć o tym tak, by jej nie zranić.

A co pani myśli o zaprzeczaniu nie tyle rozwodowi, ile temu, że jest on czymś ważnym i smutnym? Niektórzy nie tylko nie płaczą po rozstaniu, ale wręcz świętują podczas organizowanych wspólnie z byłym małżonkiem imprez rozwodowych. To dość dziwna w kontekście rozwodu demonstracja, która ma pewnie pokazać, że nic się nie stało. Może ci ludzie próbują zaprzeczyć swoim uczuciom, udowodnić sobie, że nie są przesiąknięci trudnymi emocjami. A może jest tak, jak wyczytałam kiedyś w czeskim opracowaniu dotyczącym rozwodów: „Nie żałuje ten, kto nic nie stracił”. Może oni rzeczywiście nie cierpią z powodu rozwodu, dlatego że nic w związek nie włożyli. Bo jeśli ktoś był zaangażowany w małżeństwo, po rozwodzie zawsze poczuje smutek. Będzie on towarzyszyć nie tylko osobie opuszczonej, lecz także temu, kto opuszcza – z powodu dzieci, poczucia porażki czy tego, że sprawiło się ból byłemu partnerowi.

Jak przetrwać ten drugi etap rozwodu, etap smutku, gdy jest się opuszczonym? Chociaż osoba opuszczona ma prawo czuć się bardzo źle, to jednak warto, by zwracała uwagę na to, czy w tym smutku coraz bardziej się nie pogrąża, czy nie zaczyna wycofywać się z życia i izolować od ludzi. Jeśli tak jest, to ja bym namawiała do ściągnięcia do siebie przyjaciół. Bez oporów i wstydu. Rola przyjaciół na tym etapie sprowadza się głównie do towarzyszenia w przeżywaniu smutku. Muszą oni jednak uważać, by nie zwiększać cierpienia refleksjami typu: „Ależ ty to rzeczywiście masz życie! Teraz zostawił cię mąż, a pamiętasz, jak chodziłyśmy do szkoły, to też cię dwa razy opuszczono”.

A jak poradzić sobie z fazą gniewu? Na tym etapie normalne są fantazje o zemście na byłym partnerze lub jego nowej dziewczynie. Na tych fantazjach powinno się jednak poprzestać. Dlatego najlepiej opowiedzieć o nich bliskiej osobie. Przyjaciel nie powinien tego gniewu podsycać. Może najwyżej zachęcić do wygadania się, wykrzyczenia czy spisania wszystkiego. To powinno pomóc obniżyć poziom agresji i rozwiać myśli o zemście.

Po czym kobieta po rozwodzie może poznać, że dobrnęła już do etapu rekonstrukcji? Po tym, że zaczyna snuć plany na przyszłość. Wyciąga wnioski i zaczyna zastanawiać się, co dalej.

Powiedzmy, że wniosek brzmi: „Nigdy więcej związków”. Takie stwierdzenie może być dowodem na to, że ta osoba jest jeszcze w fazie gniewu i zabraniając sobie wejścia w relację, obraca ten gniew przeciwko sobie. To może być też element gry, chęć przechytrzenia losu, deklaracja, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości – być może ktoś tak bardzo tęskni za byciem z drugą osobą, że woli powiedzieć, że mu nie zależy. Boi się zapeszyć.

A jeśli jednak ktoś naprawdę jest przekonany, że już nigdy nie chce się wiązać? To ja bym powiedziała, że trudno uznać to postanowienie za całkowicie zdrowe. Należy je raczej potraktować jako przejaw lęku przed bliskością. Ludzie mogą zabraniać sobie wejścia w nową relację, bo np. są przerażeni perspektywą ciągłej obecności drugiego człowieka w ich życiu albo nie są w stanie zaakceptować faktu, że w związku trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej osoby. Oczywiście, chcąc uniknąć ograniczeń, pozbawiają się też możliwości wzbogacenia swojego życia, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Rozumiem, że niektórzy, np. ofiary przemocy, mają bardzo złe doświadczenia i wydaje im się, że najlepiej się ochronią, nie wchodząc więcej w związek. Widziałam kobiety tak poranione, że nie chciały nawet patrzeć na osoby płci męskiej. Jednak proszę pamiętać: to nie jest decyzja, to ucieczka.

Mamy też drugi biegun, a na nim osoby, które jeszcze się dobrze nie rozwiodły, a już są w kolejnym związku. Jeśli nie zdążą przejść przez wszystkie fazy rozwodu, ryzykują, że dawny związek lub jego fragmenty będą funkcjonować w ich przestrzeni i niszczyć nowy związek lub ich samych. Zdarza się, że ktoś bardzo szybko wchodzi w relację z nową osobą, bo np. podświadomie chce udowodnić, że jest lepszy niż ten, kto go zdradził. Nie zastanawia się więc nad wyborem kolejnego partnera. Zarówno polskie, jak i amerykańskie badania pokazują, że o wiele częściej w tę pułapkę wpadają mężczyźni. Oni w ten sposób próbują poradzić sobie z bólem, robią wszystko, by szybko przestać się martwić.

A w jaką pułapkę wpadają kobiety? Kobiety mają problem z tym, że wchodzą w rolę ofiary. Często, mimo że od rozwodu upłynęło wiele lat, wciąż są niesamodzielne i wieszają się na innych. Żądają więcej pomocy, niż potrzebują, i to od zbyt dużej liczby osób. A takie wsparcie im szkodzi. Wiele rozwódek przez lata korzysta z pomocy finansowej rodziny i współczucia otoczenia. Rodzice wciąż utwierdzają je w przekonaniu, że same nie dadzą sobie rady. Pamiętam zdziwienie jednej z moich pacjentek, która dopiero cztery lata po rozwodzie pojechała po raz pierwszy sama wymienić opony, a potem wspominała: „Nie wiedziałam, że to takie proste i przyjemne. Podjeżdżam do stacji, miły pan bierze ode mnie kluczyki, a potem prosi, bym poczekała w kawiarni”. Wcześniej to ojciec tej pani jeździł wymieniać opony i zwykle kończyło się to awanturą, że moja pacjentka nie jest w stanie przekazać mu samochodu wtedy, kiedy on chce. Traktowanie dorosłej kobiety jak małej dziewczynki bardzo przeszkadza w konstruowaniu stabilnego obrazu swojej osoby, a więc także utrudnia wejście w dobry związek. Wtedy nie szuka się odpowiedniego partnera, tylko opiekuna. Kiedy dach wciąż przecieka, myśli się: „Wezmę sobie za męża majsterklepkę”, zamiast: „Zarobię na to, by móc wynająć kogoś do naprawienia dachu”. Czasem trudno wejść w jakikolwiek związek z mężczyzną.

Bywa, że wsparcia wciąż udziela były mąż. Niektóre kobiety twierdzą, że się z nim przyjaźnią. Taka stała obecność dawnego partnera w życiu jest niebezpieczna dla nowego związku, bo prowokuje do porównań. Kiedy np. kobieta zauważa potem jakieś wady u obecnego partnera, zaczyna wspominać, że były mąż ich nie miał. To bardzo ryzykowna sytuacja. Jeśli nowa więź ma być silna, trzeba najpierw osłabić starą. Ale to nie wszystko – stara i nowa relacja muszą się różnić nie tylko intensywnością, lecz także jakością. Nowy partner powinien być kimś wyjątkowym, z kim tworzy się coś unikalnego w zakresie bliskości i seksualności. Tylko wtedy kolejny związek ma szansę być tym szczęśliwym.

Prof. dr hab. Maria Beisert jest psychologiem, seksuologiem i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz studiami podyplomowymi Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką książki „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Najstraszniejsze słowa świata

Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Powinnaś, powinieneś... w tych słowach pobrzmiewa „wina”. Czy jest to wyrzut stawiany przez kogoś, kto do ciebie mówi: „jesteś mi coś winien?” A może to słowo oznacza: „jeśli nie zrobisz tego, czego od ciebie oczekuję, będziesz czuł się winny?

Wróćmy na chwilę do czasów dzieciństwa. Ktoś - być może nauczyciel, być może rodzic, a być może twój rówieśnik, powiedział: „powinieneś być w tym dobry”. I nie ma znaczenia czy chodziło o matematykę, pobicie rekordu w biegu na sto metrów, czy zdobycie akceptacji innych. A co, kiedy nie udało ci się to, co „powinno” ci się udać? Czy wraz z tym, że się „nie udało”, nie pojawiło się czasem poczucie winy?

„Powinieneś", czy też „powinnaś" to, moim zdaniem, jedno z najstraszniejszych słów świata. To, kiedy je słyszymy jest tak samo ważne jak to, od kogo. Bo cóż ono bowiem oznacza? To, że ktoś wie lepiej, co jest dla nas dobre. Co powinniśmy robić, a czego nie. W czym powinniśmy być dobrzy, a za co nie powinniśmy się zabierać.

Warto się przyjrzeć temu co się kryje pod spodem. Moim zdaniem jest to za każdym razem projekcja - ludzie projektują na nas swoje własne lęki i ograniczenia. Obdarzają nas swoimi własnymi wzorcami kulturowymi, kreując mniej czy bardziej udane kopie samych siebie. „Nie powinnaś tak wyglądać” mówi matka do córki, szykując ją do udziału w konkursie kilkuletnich miss, co odbiera tej dziewczynce dzieciństwo pełne brudu za paznokciami, przytulania przypadkowo napotkanego kota i zrolowanych podkolanówek. „Nie powinnaś” zachowywać się jak Pippi Långstrump, a „powinnaś” jak księżna Monaco. „Nie powinieneś” zachowywać się jak chcesz, a powinieneś tak, jak przystało na syna adwokata, lekarza czy szanowanego w dzielnicy pana Stasia.

Powyższy model wtłacza nam w głowę dwubiegunowy schemat: oto są rzeczy dla nas odpowiednie i nieodpowiednie. I nagle ten, wydawałoby się niewinny i słuszny edukacyjno-społecznie schemat, odwraca się przeciwko nam, kiedy jako czterdziestolatkowie z pewnym przerażeniem konstatujemy, że to, czemu poświęciliśmy swoje zawodowe życie nie jest nawet namiastką tego, czym powinniśmy się zajmować. Ja na przykład - by obnażyć przed tobą drogi Czytelniku to, że i mnie ten mechanizm nie oszczędził - „powinienem” zostać inżynierem. Tak mi podpowiadali rodzice i nauczyciele przedmiotów ścisłych, do których podobno miałem spory talent. No i co z tego, że dokładnie trzydzieści lat temu zdałem celująco pisemną oraz ustną maturę z matematyki? Czy sięgnąłem do tej dyscypliny w swoim życiu choć raz? A przecież „powinienem” sięgnąć! Tyle, że jakoś przez następnych trzydzieści lat nie byłem i wciąż nie jestem tym „sięgnięciem” zainteresowany!

Zwróć uwagę jak często ten mechanizm gości w naszym życiu. Od marketingowego: „powinien pan skorzystać z naszego ubezpieczenia”, po społeczny dyktat: „by potwierdzić swoją użyteczność, powinien pan założyć rodzinę, wybudować dom i posadzić drzewo”. A kiedy odpowiesz „może ja nie chcę sadzić drzew?” usłyszysz: „powinieneś wiedzieć, dlaczego w naszej kulturze to nie może być dobra odpowiedź"…

 Jarosław Gibas, coach, trener

 

  1. Psychologia

Wyrzuty sumienia - co zrobić, gdy zatruwają nam życie?

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że wyrzuty sumienia to głos duszy, który podpowiada nam, że zrobiliśmy coś nie tak, jak powinniśmy lub, że czegoś nie zrobiliśmy, a poczuwaliśmy się do powinności. Czy wyrzuty sumienia to konstruktywny drogowskaz, czy raczej, trzymający nas w szachu, efekt wychowania w jakiejś strukturze społeczno-kulturowej oraz dla tej struktury?

Wyrzuty sumienia to sygnał płynący z naszego układu nerwowego. Sygnał powstaje na skutek stresu wywołanego przez dysonans tego, czego byśmy chcieli, z tym co się stało. Informuje nas, że coś poszło „nie tak”.

Cała nasza siła naprawcza tkwi w odpowiedniej reakcji na tę sytuację dysonansu.

Wyobraźmy sobie sytuację ojca, który spóźnia się na występ dyplomowy swojej córki w szkole muzycznej. Wścieka się na siebie, że zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił sobie butelkę wody oraz na to, że nie wybrał dłuższej, ale być może przez to mniej zakorkowanej trasy. Ma wyrzuty sumienia, które odbierają mu całą radość z tego, że jego córka właśnie obroniła dyplom. Pochłaniają go krytyczne myśli na swój temat, przyznaje, że zawiódł samego siebie…. Zawiódł samego siebie… Nastrój udziela się całej rodzinie.

Jak zatem reaguje ojciec? Gniewem, obwinianiem, pretensjami, krytykowaniem samego siebie, przez co utrudnia, wręcz uniemożliwia swój autentyczny kontakt z córką. Córka chce nadal dzielić z ojcem swoją radość, ale ojciec nie jest w stanie dzielić z nią nic innego, jak tylko swój smutek, rozczarowanie. Spotykają się dwa światy… nazwę je, celowo nad wyraz: świat cnoty i świat występku.

Córka pełna radości, dumy i wdzięczności sobie, rodzicom, nauczycielom za swoje muzyczne wykształcenie nie dostaje od ojca tego, na co liczyła. Próbuje uspokoić jego wyrzuty sumienia. Atmosfera jednak odbiega od tej, której życzyłaby sobie cała rodzina.

A gdyby odwrócić reakcję ojca?

Spóźnia się, przyjeżdża w momencie, w którym córka właśnie schodzi ze sceny, ale mimo to postanawia dać jej to, czego ona od niego się spodziewa i czym on sam zdecydował się z nią podzielić. Nie są to wyrzuty sumienia z powodu spóźnienia, nie są to też emocje z tym związane, jak wspomniana złość, rozczarowanie. Ojca rozpiera duma i radość, że może dzielić z córką tak wyjątkową dla niej chwilę. Atmosfera skupia się na celebrowaniu chwili.

Zobaczmy, jak łatwo możemy sterować swoją reakcją na dane wydarzenie, na które mamy większy czy mniejszy wpływ. Wzajemne rozliczanie się ludzi, czy też rozliczanie samych siebie, zwłaszcza poprzez porównania, prowadzi do powstania blokad, które uniemożliwiają harmonijny przepływ cnót, takich jak: dobroć, życzliwość, miłość, troska, opanowanie, łagodność.

Jeśli ktoś czytał List do Galatów z Nowego Testamentu, to jest w nim wyraźnie powiedziane, że przeciw takim cnotom (jak te wyżej wymienione) „nie ma prawa”. Co to oznacza? To znaczy, że jeśli rezultatem danej reakcji będą powyższe cnoty, wówczas żadna zasada nie ma mocy. W tym przypadku ważniejsze było współuczestniczenie w radości dziecka, aniżeli robienie sobie, czy komukolwiek wyrzutów z powodu spóźnienia. Radość, miłość, życzliwość zostałyby podtrzymane i pomnażane.

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej… Tym bardziej, gdy chcemy aby nasze pragnienia miały moc sprawczą, uzdrawiającą i autentyczną.

Kogo cieszy w 100 proc. nawet wielki podarunek od najbliższej osoby, gdy jego ofiarowaniu towarzyszą wypowiedziane z żalem słowa: „mnie się nie udało, mi nikt nie dał, nie pomagał, ale ja Tobie dam”?

Pamiętajmy również o tym, by nie wzmagać wyrzutów sumienia, nie wzmacniać ich mocy poprzez częste powtarzanie ich przeciwko sobie. Jeśli z czymś walczymy, staje się to coraz silniejsze. Tylko akceptacja danego stanu lub faktu (jak spóźnienie w tym przykładzie), refleksja nad intencją (chcę dzielić wraz z córką radość), odpowiednie nastawienie, wybaczenie sobie, pozwala na otwarcie się na uzdrawiającą moc płynącą nie z „prawa”, z zasad, ustaleń, regulaminów, czy planów, ale z miłości do siebie i innych.

Dbając o cnotę dobroci, życzliwości, miłości, opanowania w swoim sercu, wypełniamy nimi serca innych, nie dokładając im trosk.

Po co komuś prawo, które zabija, zamiast dawać lepsze życie? Prawo wypełnia się doskonale w cnocie miłości.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny.