1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego męskie pośladki są atrakcyjne dla kobiet? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Dlaczego męskie pośladki są atrakcyjne dla kobiet? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pośladki mężczyzny wyrażają męską moc i siłę. Wiedzieli już o tym starożytni rzeźbiarze. Jaką jeszcze informację o nas niesie ta zakryta część ciała? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger. (fot. iStock)
Pośladki mężczyzny wyrażają męską moc i siłę. Wiedzieli już o tym starożytni rzeźbiarze. Jaką jeszcze informację o nas niesie ta zakryta część ciała? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger. (fot. iStock)
Kanony i preferencje estetyczne są często podyktowane przez naturę. To, co biologicznie użyteczne i służy podtrzymaniu gatunku, odbieramy jako piękne i pociągające. Dotyczy to też terytorium ludzkiej pupy. Biologia i estetyka idą ręka w rękę, a raczej pośladek w pośladek. Co więc nas podnieca, pociąga w męskich pośladkach? Tajemnice  ciała rozszyfrowuje psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Zacznijmy od mody na jawne zwracanie przez kobiety uwagi na męskie pośladki. Czy ich kształt mówi coś o erotycznej sprawności mężczyzny? W istocie mocna, wyrazista i jędrna męska pupa nie musi świadczyć o wybitnych kwalifikacjach akurat na kochanka. W miłosnej sztuce, jak wiemy, liczą się przede wszystkim inne męskie atrybuty i kompetencje, które niekoniecznie współwystępują ze świetnymi pośladkami. Tu bardziej chodzi o wybór ojca przyszłych wspólnych dzieci. Bo mięśnie pośladkowe z pewnością zajmują miejsce na podium w konkurencji największych i najsilniejszych mięśni ludzkiego ciała. Wraz z czterogłowymi mięśniami ud tworzą zarówno podstawowy potężny mechanizm napędowy człowieka, jak i superpodnośnik. Mocny tyłek mężczyzny świadczy więc jednoznacznie o tym, że jego właściciel może szybko i długo iść i biec, że może coś upolować, skutecznie pchać, ciągnąć i dźwigać, a także w razie potrzeby walczyć i bronić. Krótko mówiąc, że mocno stoi na nogach i że da radę jak przyjdzie co do czego. No i że spłodzone przez niego dzieci będą dziedziczyć błogosławione cechy jego mięśniowego silnika. Więc nie ma potrzeby już dłużej owijać męskich pośladków w bawełnę i najwyższy czas jasno stwierdzić, że zauroczona męskim tyłkiem kobieta tak naprawdę widzi w nim obiecujący materiał genetyczny. Pojawiające się w tej sytuacji kobiece pożądanie jest sprytnie zaprojektowanym przez naturę mechanizmem, dającym silnym i odpornym mężczyznom większe szanse prokreacyjne. W sumie wszystko to służy podtrzymaniu naszego gatunku na wypadek zapaści cywilizacyjnej. Mechanizm ten działa wyśmienicie w Afryce. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety tego kontynentu mają wspaniałe mięśnie pośladkowe. Aż miło patrzeć. W dużej mierze to dzięki nim tak często wygrywają w rywalizacji sportowej z właścicielami i właścicielkami białych pośladków. Bo, niestety, białe pośladki od kilku pokoleń służą prawie wyłącznie do siedzenia, co sprawia, że tracą nie tylko siłę, ale również kształt i jędrność, co źle wróży możliwościom przeżycia naszej rasy w nadchodzących postkorporacyjnych czasach.

Czyli mężczyzna z tłustym tyłkiem nie ma wstępu do sypialni, a nawet salonu przezornej kobiety? Trzeba uważać, by nie nabrać się na pozory. Bo warstwa tłuszczu może czasami okrywać imponujące mięśnie. Tak jak to ma miejsce np. u zapaśników sumo. Więc lepiej zdać się na dotykową i wytrzymałościową metodę diagnozy jakości męskiego zadu. Tym bardziej że otłuszczenie rzadko jest uwarunkowane genetycznie. Bardziej świadczy o deficytach siły woli, charakteru i edukacji skutkujących kiepskim, pozbawionym ruchu trybem życia. Nie twierdzę, że rozważając, czy wpuścić kandydata do sypialni, nie należy brać tego pod uwagę, ale czasami warto też dać hodowcy tłuszczu dyspensę w nadziei, że zakochany tłusty kotek zechce z czasem zamienić się w tygrysa.

To jaki pożytek z takiego kochanka? W sprawie seksualnej sprawności otłuszczonych bioder rzeczywiście mogą pojawić się przejściowe kłopoty. Bo mięśnie pośladkowe biorą na siebie sporo pracy w trakcie męskiej akcji seksualnej. Podobnie jak – często u takich mężczyzn zapuszczone – mięśnie brzucha. Ale nawet mocne mięśnie brzucha ukryte pod zbyt grubą warstwą tłuszczu nie będą działać wystarczająco sprawnie w miłosnych okolicznościach, bo nie dość, że niosą zbyteczny, wielki ciężar, to na dodatek tłuszczowa poduszka na brzuchu ogranicza zakres właściwego ruchu miednicy. Ale to są na szczęście cechy możliwe do zmiany przy odrobinie wysiłku i determinacji.

W filmie „Jak mi nie wyszło” młody gej oblewa się wodą i pianą, a potem biegnie, kamera nastawiona jest na jego tyłek. Dlaczego, to oczywiste. Ale czy na pewno aż tak proste? Heteroseksualni mężczyźni mogą zwracać uwagę na pośladki innych mężczyzn, by oszacować ich siłę i wydolność – jako ewentualnych sojuszników czy przeciwników. Męskie pośladki nie są dla nich przedmiotem pożądania. Nie mają szans w rywalizacji z mocnymi i wydatnymi pośladkami kobiety. Uwodzące zachowania gejów są zapożyczeniem z repertuaru uwodzicielskich zachowań kobiet. Gej – rzec można – udaje kobietę zachęcającą mężczyznę do seksu eksponowaniem atrakcyjnych pośladków. To oczywista i skuteczna strategia. Bo w męskim kodzie biologicznym pośladki – analogicznie jak u kobiet – grają rolę jednoznacznej zachęty do zachowań prokreacyjnych. Kształtne, wydatne i jędrne oznaczają wystarczająco młodą, silną samicę, co zwiastuje partnerstwo w znoszeniu trudów życia i sukces prokreacyjny w postaci zdrowego, silnego potomstwa. I znowu – to, czego doświadczamy jako estetycznego zachwytu pięknem formy, jest w istocie napędzane mechanizmem biologicznym. Zważmy jednak, że dobrze ukształtowane, silne i młode pośladki same w sobie wyglądają i reagują na dotyk bardzo podobnie bez względu na płeć posiadacza. Można więc uznać, że pośladki są transpłciowe w tym sensie, że same w sobie wycięte z kontekstu pełnego obrazka nie są naznaczone określoną płcią. Powiedzmy to głośno: pupa ma walor uniwersalny, ponadgenderowy. Właściwość ta dotyczy także pośladków nieidealnych, starszych, a także tych rozklapcianych i zaniedbanych od nadmiaru siedzenia. Więc trudno się dziwić, że czasami pośladki stają się dla mężczyzn i kobiet transpłciowo atrakcyjne. Widać to szczególnie w sytuacjach długotrwałej seksualnej deprywacji np. w więzieniach, kiedy także heteroseksualni mężczyźni i kobiety doświadczają epizodów tzw. sytuacyjnego homoseksualizmu.

I widzisz, rozmowa o pośladkach pokazuje zaskakujący świat gender. No właśnie, w tym kontekście jeszcze jedna obserwacja, która mogłaby się stać źródłem badawczych hipotez w dziedzinie wpływu gender – czyli kulturowej definicji płci – na percepcję ciała przez mężczyzn i kobiety. Otóż moje obserwacje wskazują na to, że mężczyźni heteroseksualni nie zdają sobie na ogół sprawy z tego, że kobiety obserwują i oceniają ich pupy. Skupiają swoją uwagę raczej na formowaniu brzucha w kaloryfer, na wyrobionej klacie, barach, tricepsach i bicepsach, udach i łydkach. To te fragmenty atrakcyjnych męskich ciał eksponowane są w reklamach dezodorantów, perfum, maszynek do golenia i majtek, a także w magazynach kulturystycznych. Czy ktoś widział, żeby mężczyzna reklamujący majtki czy szorty stał do adresata reklamy tyłem? Albo żeby kulturysta demonstrujący wypracowane w pocie czoła i wspomagane anabolikami mięśnie pleców nosił stringi? Czas na rewolucję i równouprawnienie. Żądajmy wprowadzenia do reklam, szczególnie tych adresowanych do kobiet, widoku pięknie ukształtowanych, potężnych męskich pośladków! Dlaczego zgrabne kobiece pupy szaleją w naszej przestrzeni publicznej, a męskie są tak niesprawiedliwie represjonowane? Zanim jednak ta rewolucja nastąpi, można sobie zadać poważne pytanie: dlaczego to, co mogłoby się okazać superskuteczne zarówno w reklamie, jak i w uwodzeniu kobiet, nie jest wykorzystane nawet w naszej pragmatycznej kulturze? Czyżby stała za tym kulturowa homofobia? Może mężczyźni nie myślą o szpanowaniu zgrabnym tyłkiem, bo adresatem takiego przekazu może być nie tylko kobieta, lecz także homoseksualny mężczyzna? W każdym razie nigdy się u mnie na terapii nie pojawił mężczyzna z problemem niezgrabnej pupy. W przeciwieństwie do kobiet, które często sygnalizują ten problem.

Pomijając genetykę, czy jakieś trudne lub pozytywne doświadczenia wpływają na kondycję i kształt naszych pup? Idealny kształt kobiecej pupy jest ponoć inny niż męskiej. Zgodnie z tą teorią pożądany jest kształt odwróconego symbolu serca. Moim zdaniem nie chodzi tu jednak o kształt samej pupy. Jest rodzaj złudzenia wynikający z połączenia szerokości pośladków z gwałtownie zwężającą się talią. Jak już mówiliśmy przy okazji rozważań o miednicy, mężczyźni mają uniwersalny odruch uznawania pewnej proporcji między szerokością lub obwodem kobiecych bioder/pośladków a talią za nieodparcie pociągający. Antropolodzy dowiedli, że ta cecha u kobiet związana jest silnie z płodnością. A więc znowu piękne okazuje się tożsame z biologicznie użytecznym. Ale w pewnym stopniu za kształt pupy odpowiadać mogą także silny i/lub długotrwały negatywny wpływ wychowawczy i towarzyszące temu emocje. Tak więc pupa podkulona to pupa w dzieciństwie straszona, bita, nadużywana. Pupa nadmiernie odchylona do tyłu może być pupą dziecka rozpaczliwie szukającego akceptacji. Pupa spięta i zaciśnięta to często pupa dziecka zawstydzanego i zmuszanego do nadmiernej kontroli zwieraczy i potrzeb seksualnych.

Można sobie wstrzyknąć w pupę specjalny preparat, żeby ją podnieść. To, jak myślę, zadziała bardzo szybko. Lepiej się przyłożyć do ruchu i ćwiczeń, zrobić porządek ze swoimi pośladkami. A jeśli to nie wystarczy, zająć się nieuświadomionymi uczuciami i przekonaniami związanymi z własną pupą. Wtedy odzyskamy swój naturalny potencjał i radość życia. Mniej ryzykowne i efekt bardziej trwały, a przy okazji więcej zdrowia.

Kobieta może faceta klepnąć w tyłek? Mamy przecież czas gender – równości. Tradycyjny kod kulturowo-obyczajowy uznałby takie zachowanie wobec niezaprzyjaźnionych mężczyzn za niewłaściwe i ryzykowne. Albo zostanie odebrane jako: „Jestem zainteresowana i sprawdzam”, albo: „Jestem gotowa! Na co czekasz? Rusz tyłek!”. Więc lepiej tego nie robić, jeśli nie wiemy, co przekazujemy, albo/i nie jesteśmy gotowe na przyjęcie impetu męskiego seksualnego zapału. Ale możliwy jest też odbiór negatywny: „Spadaj. Nie nadajesz się. Może innym razem”. Więc klepanie mężczyzn w tyłek przez kobiety bywa bezpieczne, przydatne i na miejscu, lecz wyłącznie w odniesieniu do tych, którzy są przynajmniej nominowani do zaszczytu znalezienia się kiedyś w sypialni.

A jak z klepaniem w tyłek kobiety przez mężczyznę? To gest zdecydowanie nadużywany przez mężczyzn. Mężczyźni często pozwalają sobie na to w relacjach z mało znanymi kobietami, które ich do takich zachowań nie upoważniają. Wówczas trafnie jest on odbierany przez kobiety jako wyraz braku szacunku, obraźliwy, upokarzający, redukujący relację do seksualnego wymiaru. Podświadome, antropologiczne i biologiczne konteksty tego gestu sumują się w jednoznaczny komunikat: „Jestem zainteresowany! Sprawdzam”. Przy czym sprawdzana jest wtedy nie tylko jakość pośladków, ale także jakość odpowiedzi kobiety na ten poufały gest. Jeśli nie zaprotestuje, to znaczy, że istotna bariera na drodze do bardziej zaawansowanych zalotów została przełamana. Dla kobiet ważne jest, by zdawały sobie sprawę ze znaczeń zawartych w języku ciała, reagowały w porę i adekwatnie na niewczesne męskie zaloty i próby. Tylko w ten sposób mężczyźni zrozumieją w końcu, że targ niewolnic dawno się już skończył.

Dlaczego ludzie karzą się nawzajem klapsami w ramach fascynacji sadomaso? Dlaczego pieszczoty mają być przez pupę okupione bólem? Niestety, zdecydowana większość naszych pup jest naznaczona piętnem grzeszności, kary i upokorzenia. Gdy te mroczne doświadczenia dochodzą do głosu, to już nie nazywamy tej cudownej, wielofunkcyjnej części naszego ciała pośladkami, pupą, pupcią, tyłeczkiem, orzeszkiem, księżycem w pełni, czy nawet tyłkiem czy silnym wspaniałym zadem, lecz: dupą, dupskiem, sraką, kloaką, odwłokiem itp. Nasza kultura i język zawierają i kodują w naszej podświadomości dramatycznie ambiwalentny stosunek oraz przekaz dotyczący tej części ludzkiego ciała. Możemy okazać się „do dupy” albo coś może być tak do niczego, że nawet „do dupy niepodobne”, możemy być symbolicznie skazani na degradujące przebywanie w czyjejś dupie, gdy znienacka usłyszymy od kogoś, kto nas kiedyś lubił, a nawet kochał: „Mam cię w dupie”. Gdy coś się nie udało, źle wygląda lub jesteśmy przygnębieni, to jest do dupy. Możemy też poczuć się odrzuceni i upokorzeni, gdy dostaniemy kopa w dupę. Tak wygląda kulturowo przetworzona ekspresja powszechnego dziecięcego doświadczenia lania pupy. Stąd pewna popularność karania klapsami albo szpicrutą pupy rozochoconej seksualnie kobiety czy mężczyzny w ramach gry sadomaso. Psychologiczna interpretacja jest następująca: w sadomaso gesty, słowa i doznania skojarzone z doświadczeniem bycia karanym w dzieciństwie redukują poczucie winy związane z piętnowanym kulturowo i karanym podnieceniem seksualnym, co otwiera drogę do pełnego przeżywania seksualnej rozkoszy. Można i tak, choć znowu jest to tylko leczenie objawów. Więc może lepiej zadziałać przyczynowo i raz na zawsze wydobyć miednicę i pupę z lochów upokorzenia i umieścić ją po jasnej stronie mocy. Aby tak się kiedyś stało, musimy konsekwentnie zwalczać okropny, niezasłużony, dewaluujący kulturowy przekaz, dotyczący pupy i pośladków, rugować go z naszego języka i obyczaju. W przeciwnym razie nadal będziemy marnotrawić niezmiernie ważny obszar naszego ludzkiego istnienia.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czy jesteśmy świadomi własnej rangi?

Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Jeśli ktoś nie ma świadomości, ile ma i kim jest, to nie wykorzystuje swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. O mocy przywilejów opowiadają psychoterapeuci Joanna Dulińska i Michał Duda.

Czym są rangi w Psychologii Procesu? Joanna Dulińska: Ranga to suma wszystkich przywilejów. To, jaką mamy rangę, zależy od naszych przywilejów w różnych obszarach w danym momencie.

A czym są przywileje? Michał Duda: To atrybuty, które podnoszą nasz status. Choć niekoniecznie muszą to być rzeczy materialne, można też nie mieć własności, a korzystać z przywilejów. Ten, kto ma dużo pieniędzy i w związku z tym wysoką rangę społeczną, niekoniecznie ma taki wpływ na ludzi jak ktoś, kto ma wysoką rangę duchową. Gdy mówimy o sumie przywilejów, mamy na myśli różne przywileje – psychologiczne, duchowe i społeczne. I to wszystko razem tworzy rangę w społeczeństwie.

Zawsze mamy jakąś rangę? J.D.: Zawsze czymś dysponujemy, ale często jest tak, że się z tym nie utożsamiamy.

M.D.: Na przykład ranga społeczna istnieje obiektywnie. Jest bardzo często mylona z subiektywnym doświadczeniem czy subiektywną oceną sytuacji. Może być też zmienna w czasie.

A po co nam wiedza o rangach? J.D.: Jest niezbędna, aby móc z nich celowo korzystać, choć rangi działają bez względu na to, czy mamy ich świadomość, czy nie. Jeśli nie mamy wiedzy o swoich rangach, to inni nie mogą z nich korzystać, przeciwnie – mogą się poczuć ich ofiarami, a my będziemy mieć tendencję, by ich nadużywać, nawet jeśli czujemy się słabi i bezradni.

Możemy zilustrować to przykładem? J.D.: Do tego potrzebna jest wiedza o rodzajach rang. Wyróżniamy trzy typy: ranga społeczna – mówi o naszej pozycji w społeczeństwie, a ta zależy od wykształcenia, wieku, płci, pieniędzy – przywilejów, które dają wysoki status społeczny. Do tego dochodzi ranga psychologiczna, która jest wysoka, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie ze sobą, potrafi rozwiązywać konflikty, jest oswojony z emocjami, umie je przeżywać i wyrażać, lub niska, jeśli tego nie potrafi. Wreszcie ranga duchowa – kontakt z czymś większym, głęboką wiarą, z czymś, co daje jakąś pewność.

Przypuśćmy, że mamy do czynienia z szefem korporacji, który w ogóle nie jest świadomy swoich rang. Zarabia mnóstwo pieniędzy, ma bardzo duży wpływ na swoich pracowników, ale nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. Ma za to kompleksy, bo np. jest otyły albo łysy, może ma wadę wymowy – w dzieciństwie był odrzucany przez kolegów i w związku z tym czuje się niepewnie w relacjach – więc nie ma rangi psychologicznej. Nie ma też rangi duchowej, nie uznaje, że jest coś większego, co go prowadzi, nie ma poczucia misji. I taki człowiek w sytuacji, gdy podwładna w jakiś sposób uruchomi jego kompleks, nastawi się obronnie, może atakować, bo nie posiadając umiejętności bycia w relacjach z kobietami, może uznać, że ona go lekceważy czy się z niego naśmiewa. Wtedy on może nadużyć swojej rangi i powiedzieć lub zrobić coś przykrego.

Mając świadomość swojej pozycji, możemy chyba też wpływać na podnoszenie rang innych ludzi. Przykładowo – może nam się wydawać, że nie mamy czym się podzielić, podczas gdy wystarczy czasem jednostkowo niewielka kwota miesięcznie, a pomnożona przez udział kolejnych osób daje globalną pomoc.

M.D.: Kryteria porównania są bardzo różne i na ogół ludzie wybierają identyfikację z niższą rangą niż z wyższą. Ale rzeczywiście parę złotych płacone na rzecz różnych fundacji może bardzo pomóc komuś, kto ma niższą rangę od naszej i pokryć mu np. koszty życia przez miesiąc. My takiej pomocy rzeczowej, finansowej, doświadczaliśmy ponad 20 lat temu. Świadomość rang w aktualnej sytuacji z obiektywnego punktu widzenia pomaga też więc odnaleźć swoje miejsce w tej hierarchii i korzystać świadomie z rang, np. poprzez przeznaczenie kwoty, którą codziennie wydajemy w sklepie spożywczym na pomoc komuś o niższej randze.

Masz świadomość, masz wybór. J.D.: Świadomość rang pomaga podczas pracy z indywidualnymi trudnościami – jeśli ktoś nie ma świadomości, jaką ma rangę, to nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. Kiedy wiem, co mam, to mogę się tym podzielić, nie muszę się tego kurczowo trzymać, pilnować, by mi ktoś tego nie zabrał. Świadomość rangi wpływa na poczucie wartości, na zadowolenie z życia, na dobrostan psychiczny. Kiedy odnajdę, co mam – a każdy coś ma – to poznam swoje miejsce na ziemi.

Można mieć taką samą rangę w kilku dziedzinach? J.D.: Niższa ranga w jednej dziedzinie wiąże się zwykle z wyższą rangą w innej. My, mieszkańcy Zachodu, mamy dostęp do bieżącej wody, robimy zakupy w sklepie, a np. ludzie żyjący w Tybecie tego nie mają, posiadają więc dużo niższą rangę społeczną. Mają jednak dużo wyższą rangę duchową, a może też psychologiczną. Cenią życie, widzą jego ogromną wartość, bo żyją na co dzień w ogromnym zagrożeniu, muszą dołożyć starań, by przeżyć – nie są zagubieni, nie zadają pytań: „po co ja żyję?”.

Z kolei rangę psychologiczną zazwyczaj mają osoby o niższej randze społecznej, radzą sobie dobrze w trudnych sytuacjach, stawiają bardziej na relacje, jednoczą się, ponieważ same nie radzą sobie w rzeczywistości, która je otacza. Wysoką rangę psychologiczną mają też ludzie, którzy przetrwali krytyczne sytuacje – taka osoba, gdy straci wszystko, nie załamie się, bo ona już zna sytuację, gdy niczego nie miała albo miała niewiele. I przeżyła, poradziła sobie. A ktoś, kto zawsze miał dom i samochód, będzie się bał kryzysu, końca świata i innych rzeczy, które go nagle z tego stanu posiadania mogą wytrącić. Gdy znam swoją rangę i czuję, kim jestem, jaką mam moc – to mogę się dzielić swoimi przywilejami, wspomagać innych.

Czy wyższa ranga jest zawsze lepsza? J.D.: Nie chodzi o to, żeby mieć najwyższą rangę w całej okolicy, tylko o to, by się podzielić, jeśli ma się wyższą, i umieć poprosić i przyjąć, gdy ma się niższą. Świadomość niższej rangi nie jest wcale taka zła. Wyższa ranga wiąże się z odpowiedzialnością, a niższa z relaksem, z tym, że to inni mogą zabiegać, decydować. Mogę się komuś poddać, dostać coś, zaufać. To też jest dobre przeżycie – nie mieć w danej sytuacji rangi.

Rangi zaostrzają czy pomagają rozwiązać konflikt? J.D.: To właśnie ranga, hierarchia jest częściej źródłem konfliktu niż cokolwiek innego. Wyższa ranga wzbudza emocje, takie jak zazdrość, złość, zawiść, niechęć, roszczeniowość, ale też inne – podziw, chęć przypodobania się. Jest to trudne dla osoby, która ma wysoką rangę w środowisku – musi umieć sobie poradzić ze wszystkimi konsekwencjami swojej pozycji. A jeśli nie utożsamia się z nią, to będzie uciekała od odpowiedzialności, nie będzie w stanie sobie z tym radzić. Często związane jest to z poczuciem winy, wychowaniem. Taką ideą, że wszyscy powinni być równi.

M.D.: Uświadomienie sobie swojej rangi, miejsca, w którym się jest, jest po części kluczem do rozwiązania bardzo wielu konfliktów. Dotyczy to wszelkich obszarów, pracy czy życia rodzinnego – jeżeli ojciec krzyczy na dziecko, nie mając świadomości, że ma ono niższą rangę, to nie atakuje równego sobie, tylko słabszego. Nie zdaje sobie sprawy z poczucia zagrożenia, jakie wywołuje w tym dziecku. Jeśli będzie świadomy różnicy rang, to będzie w stanie adekwatnie ocenić sytuację. Już samo to może prowadzić do częściowego rozwiązania kłopotu. To jest też kwestia zrozumienia drugiej strony, tego, co ona robi. Świadomość rang naprawdę może coś zmienić.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś? Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą? Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić? Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje? Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne? Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy? To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje. Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia... ...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się? Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane? Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności? Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.

  1. Seks

Kiedy mężczyzna nie ma ochoty na seks?

Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Pada kolejny mit. Ten, że mężczyzna ma zawsze ochotę na seks, a kobieta niekoniecznie. Powody, dla których mężczyźni omijają sypialnie, mogą zdziwić lub rozbawić ich partnerki, ale warto potraktować je poważnie.

Problem niedopasowania seksualnego towarzyszył ludzkości od wieków. Ale wektor skarg biegł kiedyś w przeciwnym kierunku. – Coraz częściej to kobiety skarżą się na oziębłość partnera – mówi seksuolożka i psycholożka, Małgorzata Zaryczna. – Coraz więcej par trafia do mnie właśnie dlatego, że partner unika seksu. To naprawdę palący problem naszych czasów.

Jak na spadek męskiego zainteresowania seksem reagują partnerki? Najczęściej myślą: „on na pewno ma romans, zdradza mnie”, „już mu się nie podobam”, a nawet: „jest gejem!”. No cóż – wszystko może się zdarzyć, ale seksuolodzy twierdzą, że romans zwykle jest na szarym końcu listy powodów. A podejrzenie o homoseksualizm to wpływ amerykańskich filmów. W życiu takie sytuacje stanowią zaledwie promil przypadków. Prawdziwych powodów kobiety nawet się nie domyślają, bo… zwyczajnie nie przyszłyby im do głowy.

Święta, nieskalana

Do gabinetów seksuologów przychodzą najczęściej pary – i to kobieta z reguły mówi, podczas gdy mężczyzna siedzi naburmuszony lub zawstydzony. Ale przychodzą też i sami mężczyźni. Niekiedy nawet dość otwarcie opowiadają o swoim problemie, ale kompletnie nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje.

Tak właśnie czuł się Patryk, który przyszedł poskarżyć się na to, że każdy jego związek kończy się tak samo: na początku jest super, seksualna fascynacja i sporo zbliżeń. Ale stopniowo traci erotyczny apetyt… Nie libido jako takie, ale zainteresowanie partnerką. Choć czuje, że ją kocha, woli się masturbować, niż inicjować współżycie. Ten schemat powtórzył się już wiele razy, a Patryk nic na to nie umie poradzić. Dlaczego?

– Bo cierpi na bardzo nadal częsty u mężczyzn syndrom myślenia o kobietach w kategoriach dziewicy lub dziwki – mówi Zaryczna. – Mężczyzna czuje, że nie może opowiedzieć swojej ukochanej, co go podnieca, gdy ogląda erotyczny film. Z żoną i przyszłą lub faktyczną matką swoich dzieci „takich” rzeczy wyprawiać nie wypada. Ale o aktorkach, które podniecały go na ekranie, myśli: „one nie są materiałem na żonę”.

Seks dzieli na ten dobry, małżeński, prokreacyjny oraz zły, bo wyuzdany. To skazuje go na dwie ścieżki. Pierwsza: będzie zdradzał żonę – bo kochankę łatwiej poprosić o spełnienie najskrytszych erotycznych fantazji, ale będzie się z tym źle czuł, bo kocha żonę i chce z nią spędzić życie. Druga: zdecyduje się na przykładne pożycie małżeńskie, w jednej pozycji, po ciemku, bez świntuszenia, fundując w ten sposób i sobie, i jej erotyczną pustynię. Co zatem robić? Zgłosić się do seksuologa. Pomoże wskazać ukryte motywy postępowania i rozpocząć terapię.

Nie tylko świece i kwiaty

Ale nie trzeba cierpieć na syndrom dziwki i dziewicy, żeby stracić seksualny apetyt w związku. Wielu mężczyzn hołubi w głowach taki obrazek: „kobiety chcą czułości, delikatności, światła świec, płatków róż na prześcieradle i godzinnych pocałunków”. A skoro znają kobiece pragnienia, to nie pytają o nie swojej partnerki.

Tak właśnie było z Krzysztofem, najbardziej romantycznym z kochanków. Zachwycał swoje partnerki czułością i delikatnością, bogactwem romantycznych scenariuszy i tym, że zamiast łapać za piersi, delikatnie głaskał po twarzy. Tyle tylko, że po kilku miesiącach, choć wciąż rozpieszczał kobiety, przestawał reagować na ich bliskość erekcją.

– Na początku relacji partnerka wysyła nowe bodźce, sama jej bliskość działa jak afrodyzjak – tłumaczy seksuolożka. – Ale w pewnym momencie mężczyzna zaczyna tęsknić za swoimi upodobaniami seksualnymi.

W miarę upływu czasu efekt nowości traci na sile i on potrzebuje innych bodźców, by się podniecić. Już nie chce być „grzeczny”, tęskni za tym, co podniecające, zakazane, trochę brudne. Miłość? Ok. Ale perwersja bardziej podnieca…

– On chce tego, co mu się podoba. Jednak czuje ogromny opór, by powiedzieć o tym partnerce, poprosić, by spróbowali czegoś nowego, zaproponować np. seks „na pieska” – mówi Zaryczna. – Boi się, że ona go odrzuci, uzna za dewianta. A on chce, by go kochała i by było jej dobrze i bezpiecznie. Dlatego tłumi własne potrzeby i odmawia sobie ich spełnienia. Stąd seksu coraz mniej.

To nie koniec męskich obaw. Bo – myśli mężczyzna – kiedy on opowie o jakiejś fantazji, kobieta powie „zgoda” – ale potem zaskoczy go własną. Co więcej, taką, której on nie będzie chciał lub mógł spełnić. Na przykład w zamian za zgodę na seks oralny, usłyszy: „nie ma sprawy, ale wiesz co, ja bym chciała trójkąt”. I co wtedy?

Brzmi już to jak mantra, ale najlepszym lekarstwem jest zwykle rozmowa. Jeśli seks jest tematem tabu, nasze lęki i zahamowania będą zawsze górowały. Ale jeśli umiemy o nim rozmawiać – oswoimy każdego demona. Jednak otwarta rozmowa na początku bywa trudna, dlatego dobrze uciec się do „pomocy naukowych”: rozmawiać o różnych scenach z filmów czy literatury, badając, gdzie są granice drugiej osoby. Bo może się zdarzyć, że on powie: „zobacz, co oni w tym filmie wyprawiają” – i usłyszy: „to wygląda na całkiem podniecające”. Okaże się, że może eksperymentować w łóżku, bo – wbrew obawom – ma na to pełną zgodę partnerki.

Oddech modliszki

Kiedy Robert poznał Małgosię, pomyślał: „jestem w raju!”. Pierwszy raz był z kobietą, która dawała mu w sypialni prawdziwe spełnienie. Była ucieleśnieniem jego marzeń: tak jak on uwielbiała seks. Była wyzwolona, otwarta i cudownie wyuzdana. Nie odmawiała eksperymentów i – aż trudno uwierzyć męskiemu szczęściu – sama czasem prosiła o zbliżenie. Robert cieszył się więc seksem swojego życia i był spełniony, ale...

Z czasem zaczął się czuć przytłoczony. To, co mu się kiedyś podobało, czyli aktywność i otwartość Małgosi, nagle zaczął odbierać jako zagrożenie. Czuł, że jego męskość jest wystawiana na próbę. Coraz rzadziej inicjował współżycie – na co Małgosia reagowała zwiększoną aktywnością, więc on jeszcze bardziej się wycofywał.

– W naszej kulturze, hołdującej modelowi patriarchalnemu, to partnerka powinna być stroną zdominowaną, bierną, uległą. Tymczasem ona chce więcej! Jest aktywna i ma wymagania! Mężczyzna powoli zaczyna żyć w przekonaniu, że cokolwiek zrobi i tak będzie za mało. Uznaje więc, że nie sprosta wyzwaniu. Woli nie reagować, bo po co mu porażka? – mówi Zaryczna.

Co więcej, partnerka wcale nie musi mieć wysokich wymagań, wystarczy, że on tak o niej myśli. Mężczyzna boi się samej sugestii, że nie może nad partnerką temperamentalnie górować. Oliwy do ognia dolewają same kobiety, bo upewniają swoich partnerów w ich obawach, skarżąc się: „Nie wierzę, żeby mężczyźnie w tym wieku nie chciało się seksu. Nie wierzę, że tak wysportowany i sprawny facet nie chce się kochać”. W ten sposób umacniają kulturowy stereotyp mężczyzny, który zawsze chce i może – ale się nie sprawdza.

Rada? Wizyta u specjalisty. Mężczyźnie trzeba pomóc w zmianie podejścia do seksualności partnerki. Uświadomić mu, że to, czego się obawia, jest tylko jego wyobrażeniem o sytuacji – a niekoniecznie jej prawdziwym obrazem. W konsekwencji wypracują sposób i częstotliwość współżycia, satysfakcjonujące dla obu stron.

Stres zabójca

Jest coś, z czym mężczyźni trafiają do gabinetu seksuologa tylko w pojedynkę. To lęk przed diagnozą: „jest pan impotentem”. Żaden nie chciałby tego usłyszeć w obecności partnerki.

Tego właśnie najbardziej obawiał się Łukasz. Przestała go interesować fizyczna bliskość z żoną, zaczął jej wręcz unikać. Ale nie interesowały go też inne kobiety, chęć stracił nawet na masturbację. Libido po prostu znikło, wyparowało, przestało istnieć... Kiedy mówił o tym seksuologowi, drżały mu głos i dłonie. Zdziwił się, kiedy lekarz pytał go o inne sprawy: sytuację w pracy, kwestie finansowe, w ogóle – całe życie. Okazało się, że przyczyną kłopotów Łukasza było coś, czego nie brał pod uwagę: stres!

– Mężczyźni zwykle nie łączą problemów w życiu zawodowym czy rodzinnym z tym, co się dzieje w sypialni – ubolewa Zaryczna. – Traktują seks, jakby był oderwany od reszty ich życia. Kłopoty, problemy, zmartwienia? To nic, tutaj mają być sprawni. Podobno facet stres rozładowuje właśnie w łóżku…

Stres krótkotrwały – owszem, ale nie przewlekły. Produkowane przez zestresowane ciało substancje, takie jak kortyzol czy noradrenalina, ograniczają aktywność układu hormonalnego. Ich głównym zadaniem jest ochrona, czyli w rzeczywistości obkurczanie, narządów płciowych. I libido spada na łeb na szyję.

Kolejny koszyk przyczyn, który skazuje kobiety na samotność w sypialni, a mężczyzn na ucieczkę od seksu, to choroby somatyczne, odbijające się na sprawności mechanizmu erekcyjnego. Ale wczesne podjęcie leczenia jest niemożliwe, bo przecież on za nic w świecie się do tego nie przyzna.

– Mężczyzna da się upiec żywcem, ale nie powie partnerce, że zdarzają mu się zaburzenia erekcji – uważa Zaryczna. – Bo to dla niego znaczy, że nie jest już mężczyzną. Tymczasem problemami z erekcją objawia się ponad 40 schorzeń: kardiologicznych, neurologicznych, hormonalnych. Wizyta u lekarza pomogłaby postawić diagnozę i szybko zwalczyć przyczynę, ale trzeba się odważyć na szczerość. Na początek... wobec samego siebie.

Tylko w samotności

Pornografia i masturbacja – ta koszmarna para sprawia, że wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „czy już go nie podniecam?”. Coraz więcej mężczyzn wybiera tę formę rozładowania: ekspresową, bez zobowiązań i skuteczną. Paradoksalnie, niektórzy zaczynają przygodę z masturbacją z altruistycznych pobudek. Tak jak Jurek: najpierw  uciekał się do samozaspokojenia, bo... żona wracała z pracy zmęczona, nie w nastroju do seksu i nie chciał jej zmuszać. Kiedy zasypiała, potrzebował dziesięciu minut przed komputerem i… mógł spokojnie położyć się obok niej. Z czasem jednak coraz mniej myślał o żonie, a coraz chętniej sięgał po samotny seks. W końcu Eliza się poskarżyła: „nie spaliśmy ze sobą od ponad pół roku”. I zapytała: „już mnie nie kochasz?”. Kochał, ale przyzwyczaił się inaczej zaspokajać własne seksualne potrzeby.

– W dobie internetu i łatwej dostępności pornografii można sobie urządzić erotyczny seans w dowolnym momencie – mówi seksuolożka. – Dla mężczyzny najważniejsze są bodźce wizualne, a tu je znajdzie. Wie, czego potrzebuje i jak reaguje jego ciało. Potrafi się szybko zaspokoić. Dlaczego miałby się męczyć staraniem o kobietę?

Dlatego wcale nie tak rzadko się zdarza, że masturbacja wypiera życie seksualne pary, a wybierający łatwiejsze zaspokojenie mężczyzna zaczyna unikać seksu.

– W samozaspokojenie ucieka się jeszcze z jednego powodu: poszukiwania specyficznego bodźca. Mężczyźni miewają swoje fetysze: lateks, trójkąty, specyficzny rodzaj pieszczot. Łatwo znaleźć pornografię na dany temat, trudniej zachęcić partnerkę do takiej zabawy. Niektórzy wręcz boją się jej o tym powiedzieć – tłumaczy Zaryczna.

Masturbacja zostawia jednak ślad: warunkuje na pewien rodzaj bodźca. Takim może być np. nacisk własnej ręki. Kiedy mężczyzna się do niego przyzwyczai, stosunek genitalny nie daje mu przyjemności. A wtedy tym bardziej będzie unikać zbliżeń…

Na szczęście i z tej ścieżki można w porę zawrócić. Mężczyzna musi się tylko przełamać i opowiedzieć o swoich potrzebach partnerce, a ona chcieć je spełnić z miłością.

  1. Psychologia

Kobiecość i męskość we współczesnym świecie. Jak się dopełniać w związku?

Współczesne kobiety są przemęczone, mają zbyt wiele obowiązków. Zadaniem mężczyzn jest je ochraniać, stwarzać im taką przestrzeń, aby mogły odpocząć i zagłębić się w siebie. (Fot. iStock)
Współczesne kobiety są przemęczone, mają zbyt wiele obowiązków. Zadaniem mężczyzn jest je ochraniać, stwarzać im taką przestrzeń, aby mogły odpocząć i zagłębić się w siebie. (Fot. iStock)
Nadchodzi trzecia fala miłosnych relacji. Mamy już  za sobą model związku: macho i gospodyni domowa. Teraz królują: niezależna kobieta i miękki mężczyzna. Ale nieuchronnie nadciąga nowe: związek kobiecej kobiety i męskiego mężczyzny – autonomicznych, autentycznych, namiętnych kochanków. Ten potencjał już jest w nas.

Kobiecość to troska o przepływ miłości, przyjmowanie, celebrowanie codzienności, zmysłowe postrzeganie świata, odprężenie, karmienie, tworzenie życia, emanowanie pięknem. Męskość to działanie ukierunkowane na cel, poszukiwanie misji, jasność i klarowność, mądrość i ochrona życia.

A gdybyśmy tak uznali, że nieprzypadkowo urodziliśmy się w ciele kobiety czy mężczyzny. Że być może naszym przeznaczeniem jest wypełnić siebie nawzajem swoimi energiami. Tęsknota za kobiecymi kobietami i męskimi mężczyznami pobrzmiewa w wielu rozmowach o roli kobiecości i męskości we współczesnym świecie.

– Czy ja na pewno tego chciałam? – pyta Magda, menedżerka wysokiego szczebla w korporacji, pokazując stertę dokumentów na swoim biurku i kalendarz wypełniony zadaniami. Co chwilę dzwoni telefon. Zirytowana podnosi słuchawkę. W ułamku sekundy jej twarz przybiera maskę uprzejmości, a głos robi się spokojny i miły. Krótka, rzeczowa rozmowa, po której Magda opada zmęczona w fotelu.

– Masz wszystko, o czym marzyłaś – przypominam. – Niezależność, pieniądze, sukces i władzę.

– Jestem zmęczona – wzdycha. – Oparłabym się o mocne męskie plecy. Mam po dziurki w nosie walk o klienta, strategii rozwoju i nieustającego zarządzania kryzysem. Tak naprawdę jestem wrażliwą, delikatną kobietą, znasz mnie. Czy ktoś na tym świecie potrzebuje mojej łagodności?

Magda jest rozwódką (mąż artysta opuścił rodzinę kilka miesięcy temu), ma dwoje dzieci, do których biegnie po pracy. Jej babcia załamuje ręce: „Jakie ty, dziecko, masz życie! Jak wy, współczesne kobiety, to wytrzymujecie!”.

Paweł od dwóch lat nie pracuje zawodowo. Zajmuje się domem, sprząta, gotuje, odprowadza dzieci do przedszkola. Dla żony Joanny, która codziennie wychodzi do pracy w biurze, stara się być czuły i opiekuńczy.

– Robię wszystko, żeby zaspokoić jej potrzeby – mówi z wyrzutem Paweł. – Jednak czuję, że żona nie darzy mnie szacunkiem. Nieraz już mi powiedziała, że w jej oczach nie jestem męski.

Joanna marzy o mężczyźnie sprawczym, decyzyjnym, zainteresowanym światem, dzielnym i oczywiście wrażliwym też. – Nie mam w nim oparcia – mówi. – Co z tego, że zajmuje się domem, skoro i tak wszystkiego muszę dopilnować, pokazać palcem, przypomnieć. Czuję się jak zawiadowca stacji – ani przez chwilę nie mogę się odprężyć.

Ostatnio – jak mówią – nie układa im się. Przestali mieć ochotę na seks.

„Co się dzieje?” – coraz częściej pytają kobiety i mężczyźni w parach. „Dlaczego nam się nie udaje? Co poszło nie tak?”.

Socjologowie i psychologowie zwracają uwagę, że jeszcze do niedawna role przyjmowane przez kobiety i mężczyzn były sztywno ustalone i rozdzielone. Mężczyźni mieli iść do pracy i zarabiać pieniądze. Kobiety – zostać w domu i opiekować się dziećmi. Mężczyźni często manipulowali fizyczną i finansową dominacją oraz groźbami. Kobiety często manipulowały swoimi mężczyznami emocjonalnie i seksualnie, przymilając się bądź zadając ostre ciosy. Karykaturą tego poprzedniego okresu był dureń macho i uległa gospodyni domowa. Następnie nadszedł (i nadal trwa) etap, podczas którego mężczyźni i kobiety zaczęli szukać drogi do zrównoważenia swoich wewnętrznych energii, męskiej i kobiecej, do stanu pół na pół, stając się podobni do siebie. Mężczyźni zaczęli odkrywać swoją wewnętrzną kobiecość, a kobiety swoją wewnętrzną męskość. Dzięki temu obie płcie stały się mniej podzielone i pełniejsze. Stały się też mniej zależne od siebie. Mężczyźni typu macho nieco się odprężyli, a gospodynie domowe stały się bardziej niezależne. Zyskaliśmy na tym wszyscy.

Wiele par coraz częściej przyznaje jednak, że ten etap pół na pół męskości i kobiecości w każdym z nas był (jest) tylko przejściową fazą rozwoju kobiet, mężczyzn i związków, a nie punktem docelowym. Właśnie zaczynamy odczuwać efekty uboczne upodabniania się płci: mamy już swoją niezależność i pieniądze, ale gdzieś po drodze zagubiliśmy namiętność. Niezależne kobiety sukcesu narzekają, że współcześni mężczyźni stali się mięczakami, zbyt słabymi i niezdecydowanymi, aby można im było naprawdę zaufać. Wrażliwi mężczyźni narzekają, że współczesne kobiety stały się modliszkami, zbyt opancerzonymi, aby można się było z nimi w pełni zjednoczyć. Gdy upodabniamy się do siebie, gdy gaśnie męsko-żeńska biegunowość, zaczyna zanikać soczystość związku. Wygląda na to, że zaczynamy rozglądać się za bardziej męskimi mężczyznami i kobiecymi kobietami w nadziei na miłosne spotkania pełne życia, ognia i pasji.

Urzeczywistniona męskość

„Odkryj swoją ścieżkę w świecie nieskończonych możliwości, podążając za tym, co cię pasjonuje”– radzi David Deida mężczyznom w książce „Droga prawdziwego mężczyzny”. A potem już… przestań czekać. Czuj wszystko. Kochaj do bólu. Dawaj nieskazitelnie. Odpuszczaj. Męski mężczyzna to ten, który ciągle stwarza siebie na nowo, wytrwale dąży do celu, jest pewny siebie i ukierunkowany, wrażliwy i spontaniczny, idzie wybraną przez siebie drogą z głęboką spójnością i humorem. Swoją pracą i seksualnością ucieleśnia miłość na Ziemi. Żyje z głębi swojego wnętrza, całkowicie oddany potęgowaniu miłości. Gdy więc twoja kobieta – aspirujący mężczyzno – jest uszczypliwa, złości się, atakuje, wiedz, że zachowuje się tak, ponieważ cię kocha, dlatego sprawdza cię i testuje. Chce czuć twoją prawdę. Chce czuć twoją miłość. Chce również czuć, że twoja prawda i miłość są silniejsze niż jej cięte uwagi. Wtedy może ci zaufać.

Przebudzona kobiecość

– W dawnych kulturach stwórczynią życia była bogini, pramatka. Wszechświat został zrodzony z jej łona przepełnionego miłością i obfitością – mówi Marek Taran, socjolog i religioznawca. Czczono energię żeńską jako tę, która daje życie, kumuluje światło i obdarza swoją mocą wszystko, co kocha. Kobietę nazywano światłem świata, porównywano do róży. Zadaniem mężczyzny było chronić to światło, strzec świątyni życia, podlewać różę adoracją i wyręczaniem w trudach życia. Każda kobieta jest potencjalną boginią, która swoim tańcem stwarza wszechświaty. Moc kobiecości to moc kreacji, miłości, obfitości, zdrowia i piękna. Ci, którzy znajdują się w sferze oddziaływania przebudzonej kobiety, wewnętrznie się odradzają, ponieważ taka kobiecość współpracuje z siłami życia, rozkwitu i wzrostu. Współczesne kobiety są przemęczone, mają zbyt wiele obowiązków. Zadaniem mężczyzn jest je ochraniać, stwarzać im taką przestrzeń, aby mogły odpocząć, zagłębić się w siebie i skontaktować się z odwieczną mocą, którą zawsze były i są.

  1. Psychologia

Wzajemne wsparcie w związku - ważna jest harmonia kobiecej i męskiej energii

Brak wsparcia w związku to problem wielu par... Kobiecość i męskość - dwie siły, które powinny się uzupełniać. Dlatego, jeśli chcecie zapewnić sobie w związku prawdziwe wsparcie, szanujcie swoją odmienność. (fot. iStock)
Brak wsparcia w związku to problem wielu par... Kobiecość i męskość - dwie siły, które powinny się uzupełniać. Dlatego, jeśli chcecie zapewnić sobie w związku prawdziwe wsparcie, szanujcie swoją odmienność. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
My, mężczyźni i kobiety, nie jesteśmy tacy sami – dzielą nas istotne różnice, które nie są po to, aby ścigać się, kto ma lepsze, a kto gorsze. Są po to, aby dzięki nim budować coś, co da efekt synergii, powiększenia – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski.

Jak wspierać mężczyznę? Jak wpierać kobietę? -

Męskość i kobiecość – archetypowe energie spotykają się… To spotkanie najlepiej oddaje taka metafora: mężczyzna przedziera się przez dżunglę, wyrąbuje ścieżkę maczetą, rani się, potyka i przewraca. Za nim podąża kobieta. Idzie tym tunelem, który on wyrąbał. Wie jak wspierać mężczyznę. Kiedy on upada, ona pomaga mu się podnieść.

Nie łapie za maczetę, nie wyręcza go. Tak, kobieta nie musi walczyć z przeciwnościami losu, nie musi się potykać, ranić, ponieważ to jest przestrzeń, którą zagospodarowuje mężczyzna. On podejmuje to wyzwanie, ponieważ ma w sobie taką energię. My, mężczyźni, często się potykamy, a nawet przewracamy, niestety, z różnych powodów nie przyznajemy się do tego. Gdy mamy przy sobie kobietę, która wie jak wspierać mężczyznę i mówi: „OK, wywaliłeś się, nie szkodzi, zaraz coś zaradzimy”, nabieramy sił i idziemy dalej, testujemy różne ścieżki, sprawdzamy siebie.

To znana prawda, że za sukcesem mężczyzny stoi kobieta. Tak, aura, którą ona tworzy, pozwala mu efektywnie funkcjonować. Takie kobiece kobiety nie muszą być wyłączone z życia zawodowego. Wiele z nich pracuje, ponieważ mają misję. Nie muszą jednak koncentrować się na przetrwaniu, myśleć o pieniądzach. Gdy zmieniamy te role, osłabiamy siebie. Po pierwsze dlatego, że mężczyźni mają w swoim męskim pierwiastku niewiele takiej opiekuńczości, o jakiej tu mówimy.

Gdy kobieta łapie za maczetę, bywa zmęczona i poraniona, a znikąd ratunku. Jest wewnętrznie wściekła. Dlaczego? Bo gdy idzie w świat, musi się utwardzić, zrezygnować ze swojej łagodności, wrażliwości. Gdy jest szefową, nie może się rozpłakać, bo takie zachowanie zostanie uznane za nieprofesjonalne. Reguły funkcjonowania w świecie biznesu są męskie, zostały wymyślone setki lat temu przez mężczyzn. Kobiety wchodzą w ten świat i dostosowują się, starają się sprostać oczekiwaniom, zaczynają funkcjonować w trybie przetrwania. Odrzucają miękką, przyjmującą kobiecą energię. Aby przetrwać w biznesie, muszą uznać kobiecą energię za słabość. Płacą za to wysoką cenę.

Załóżmy jednak, że mężczyzna wspiera taką kobietę po kobiecemu (bo nie wie jak inaczej wspierać kobietę). Kobieta zaczyna nim gardzić.

Gardzić? Celowo użyłem takiego słowa. Ta wzgarda nie jest wypisana w domu na plakacie, przejawia się raczej w postaci pobłażliwości dla mężczyzny: to taki mój misiu, chodzi w kapciach, prowadzi dzieci do przedszkola. Kobiety biznesu na psychoterapii skarżą się, że straciły partnera. Mężczyzna przestał się rozwijać, nie ma z nim o czym porozmawiać.

Mamy brak wsparcia w związku... Wracamy więc do tradycyjnego podziału ról? W swojej istocie ten podział nie jest zły, pod warunkiem że nie deprecjonujemy żadnej ze stron. Jeśli docenimy te role, uznamy, że są komplementarne, ani lepsze, ani gorsze, wtedy będziemy wspierać siebie nawzajem niejako automatycznie. Z doświadczenia wiem, że to nie wymaga żadnego wysiłku. Nie trzeba niczego wymyślać, kombinować. Gdy spotkają się dwie osoby ze zintegrowanymi pierwiastkami męskości i kobiecości, wtedy naturalnie znajdują te obszary związku, które pragną zagospodarować. Brak wsparcia w związku nie występuje. Wzajemne wsparcie wydarza się samo. Można więc żyć stosunkowo prosto. Żeby to jednak mogło się wydarzyć, i żeby nie dotknął nas brak wsparcia w związku, trzeba sporo rzeczy w sobie wypracować. Przede wszystkim znaleźć kontakt z wewnętrznym źródłem swojej męskiej i kobiecej energii.

W jaki sposób mężczyzna może wspierać kobiecość kobiety? Jak wspierać kobietę mądrze? Większość mężczyzn ma z tym kłopot, ponieważ ma kłopot z odnalezieniem w sobie męskiej siły. Kobiecość i męskość wzajemnie się dopełniają. Gdy w relacji występuje deficyt którejś z tych energii, dochodzi albo do rozpadu związku, albo jedna ze stron musi nadrobić ten deficyt. Kobieta, która ma u boku mężczyznę bez zintegrowanego pierwiastka męskiego, będzie miała trudność w realizowaniu w codziennym życiu pierwiastka kobiecego. Będzie odczuwała konieczność sprostania oczekiwaniom, jakie stawia jej współczesny świat. Stanie się kobietą niezależną, sprawczą, osiągającą sukcesy. Jednak w rozmowie z psychoterapeutą ta kobieta powie, że tęskni za tym, aby – z jednej strony – zrzucić maskę niezłomnej, wziąć głęboki oddech i oprzeć się na kimś, kto ją utrzyma. Z drugiej strony – by zrealizować swoją opiekuńczość. Jak wspierać taką kobietę? W jaki sposób mężczyzna może wesprzeć te pragnienia? Tylko poprzez wsparcie własnej męskości, ponieważ to jest właśnie rusztowanie, na którym on buduje swoją wewnętrzną siłę.

W jaki sposób my, kobiety, możemy pomóc w budowaniu tej męskiej siły? Jak wspierać mężczyznę? Na warsztaty dla mężczyzn, które prowadzę, przychodzą mężczyźni, bo „żona kazała”, „siostra wykupiła miejsce”. Dobrze, że ci mężczyźni w ogóle przychodzą, jednak to jest właśnie ten kłopot. Mężczyźni potrzebują odbudować swoją męskość. Niestety, budują swój pomysł na męskość w oparciu o oczekiwania świata kobiet. Bo ona zarabia, ma to i tamto, tak myśli, tak czuje, ma kosmiczne potrzeby seksualne – te punkty a, b, c, d, g – nie wiadomo już, gdzie one są. No więc mężczyzna się stara, a i tak w końcu dowie się, że jest z nim coś nie tak i najlepiej, żeby się naprawił. Wtedy on przestaje się starać, włącza swoją grę komputerową albo pornografię. Przechodzi na tryb oporu, wycofuje się z sypialni, odmawia współżycia. Kobieta jest zdezorientowana: „Co tu się dzieje, teraz ja mam inicjować współżycie, chodzić, pytać, prosić, bo jego boli głowa, jest zmęczony?”. To jest opór związany z dominującą rolą kobiety w związku: „Nie dam ci satysfakcji”. Za tym idą zachowania bierno-agresywne: przedwczesny wytrysk, problemy z erekcją.

Ten wygodny układ staje się nie do zniesienia. Tak, on jest pozornie wygodny. Żadna ze stron nie czerpie realnych korzyści. Mamy brak wsparcia w związku. Kobieta ma wrażenie, że coś kontroluje, a jednocześnie bardzo się męczy. Mężczyzna ma wrażenie, że jest zaopiekowany i nie musi wkładać wysiłku, ale tak naprawdę traci sens życia. My, mężczyźni, w procesie rozwoju zatrzymaliśmy się tu na poziomie: być miłym chłopcem dla mamy.

Jak wspierać kobietę? Miły chłopiec nie jest w stanie wspierać kobiecości kobiety. Moim zdaniem to nie jest możliwe. Może kobietę wspierać operacyjnie, ale kobiecości raczej nie. My, mężczyźni i kobiety, nie jesteśmy tacy sami – dzielą nas istotne różnice, które nie są po to, aby ścigać się, kto ma lepsze, a kto gorsze. Są po to, aby dzięki nim budować coś, co da efekt synergii, powiększenia.

Jak mu pomóc? To niestosowne pytanie. Pytanie mamusi. Gorzej. To pytanie ratowniczki. A ratowniczka zawsze na końcu przegrywa. Wystarczy, że kobieta przestanie przeszkadzać mężczyźnie w odbudowywaniu jego męskości, przestanie go kontrolować, naprawiać. Im bardziej chcecie coś zrobić, tym gorzej to wychodzi. Dam przykład. Moja żona za chwilę idzie do szpitala rodzić, zostaję z dzieciakami w domu. Dziewięć na dziesięć kobiet w takiej sytuacji ugotuje jedzenie, poodkurza, posprząta, przygotuje dzieciom ubranka, zrobi rozpiskę, co on ma robić i w jakiej kolejności. „Dlaczego to robisz?”. „Wspieram go”. „Nie, nie wspierasz. Uczysz go, że on właściwie nic nie musi robić. Idź spokojnie do szpitala, zajmij się rodzeniem dziecka, a nie tym, co dzieje się w domu”. Jak wspierać mężczyznę? Fundamentalną męską potrzebą w związku jest bycie docenionym, uznanym przez kobietę: „Widzę w tobie mądrość, ufam ci”.

Kobieta chętnie to powie, pod warunkiem że naprawdę może zaufać. Jak być mądrym mężczyzną? Jak wspierać kobietę? Wielu z nas zatraciło zdolność do bycia mężczyznami męskimi. Nie wiemy, czym jest męskość, jak to się robi. Raczej nie mamy wspierających przekazów pokoleniowych. Męski mężczyzna wie, kim jest, co sobą reprezentuje, jakie ma zasoby, deficyty, przekonania, potrzeby, jakie są jego wartości, co jest dla niego ważne. Wie, dokąd zmierza. Steve Biddulph w książce „Męskość. Nowe spojrzenie” zwraca uwagę, że współcześni mężczyźni nie zadają sobie odpowiednich pytań w odpowiedniej kolejności. Zanim wejdziemy w relacje z kobietami, powinniśmy wiedzieć, dokąd zmierzamy. I kto tam pójdzie z nami. Większość mężczyzn przygląda się, kto chce z nimi gdzieś iść, a dopiero potem pyta, dokąd idziemy. Mądrość bierze się z doświadczenia, nie z wiedzy, nie z książek.

W jaki sposób kobiecość kobiety wpływa na mężczyznę? To coś bardzo miękkiego, po prostu widzi się zachwyt w jej oczach, potwierdzenie: „Tak, jesteś moim mężczyzną”. To wszystko. Mówimy tu o kobiecie, która ma otwarte serce, uznaje mężczyznę za tego, któremu chce się choć trochę poddać…

…raczej oddać. Tak, to chyba lepsze słowo. Pozwala na to, aby jego zdanie było ważne, żeby miał wpływ, na przykład na wychowywanie i kształcenie dzieci. Niewielu mężczyzn ma na to wpływ. Stanowczość, odpowiedzialność, decyzyjność mężczyzny nie jest równoznaczna z tym, że kobieta jest bezwolna. „Ufam ci, czuję się przy tobie bezpieczna” – taki przekaz sprawia, że energia męska się podnosi. A wtedy kobieta może się odprężyć w przestrzeni miękkości i łagodności, może wspierać mężczyznę.

Dojrzały mężczyzna wspiera kobiecość kobiety. Jakby to miało wyglądać? Możemy być ze sobą w ciągu dnia krótko, pół godziny, godzinę, ale wtedy jesteśmy tylko dla siebie. Najważniejsza jest obecność: widzę cię, reaguję na to, co mówisz, jestem zainteresowany, spójny, transparentny. Kobieta nie musi wtedy tracić energii, żeby mężczyznę doganiać, przeganiać, przesuwać czy w jakikolwiek inny sposób funkcjonować w relacji. Może realizować swoją kobiecość, którą on szanuje. Ona wie, że on jest autonomicznym mężczyzną i nie wymaga bycia obsługiwanym. Gdy gotuje obiad i podaje mu go, on to docenia. Jednak gdy nie ugotuje obiadu, nie będzie katastrofy, on spokojnie zrobi obiad sam, także dla dzieci. Mężczyzna, który przez jakiś czas mieszka sam, bez kobiety, uczy się żyć samodzielnie. Potem, gdy wchodzi w relację z kobietą, przestaje być petentem, który ciągle czegoś oczekuje i żąda. Wręcz przeciwnie – sam wiele oferuje, zapraszając tym samym kobietę, aby odprężyła się i pielęgnowała swoją kobiecość. To bardzo ważne, abyśmy my, mężczyźni, zrezygnowali z takiego wymagania, które wielu mężczyzn stawia kobietom: zaopiekuj się mną, ugotuj mi, posprzątaj, jak mama. A najlepiej bądź na każde moje wezwanie. Autonomiczność jest kluczowa w przypadku obu płci, bez tego nie ma szans na wzajemne wspieranie się. Wyzwanie dla kobiet, które wchodzą w relacje z męskimi mężczyznami, to zrezygnowanie z kontroli, z oceniania, wtłaczania w wymyślone role, scenariusze na temat związku.

Żyjemy w czasach, które stawiają bezwzględne wymagania obu płciom. Jednym z nich jest młodość. A przecież przemijamy. Jednak nasza męskość i kobiecość nie przemija. Bardzo ważne jest, żeby mimo upływu lat mężczyzna widział piękno kobiety. Najpierw kobieta jest ładna, a dopiero potem piękna. Piękno emanuje ze środka – wyraża się w sposobie myślenia, ubierania, w ruchach, w spojrzeniu, w twórczości, w trosce o dom. Gdy widzimy to piękno, to tak, jakbyśmy podlewali kwiat, a on ciągle na nowo rozkwitał. Widzę twoją siłę i mądrość, i ufam ci – to przekaz kobiecości. On nieustająco pragnie to wiedzieć.