1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Droga kobiety do odkrycia własnej mocy wiedzie od zachwytu męską siłą, poprzez pustkę biorącą się z tęsknoty za utuleniem w pełnych miłości opiekuńczych ramionach, aż do zejścia w głąb kobiecości. I tę drogę każda z nas musi przejść sama, kierowana wskazówkami serca i duszy – przekonuje psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Byłam typową córeczką tatusia, jego najstarszym synem – jak lubił o mnie mówić. Młodszy brat nie miał ze mną szans, musiał zostać po stronie matki. Pod jej opiekuńczymi skrzydłami, przez lata rozwijał swoją wrażliwość, delikatność, energię twórczą. W tym czasie ja trenowałam wyczynowo sport, dostałam się na oblegany wydział i zaczęłam szybko robić karierę, a ojciec każdego dnia tłumaczył, że „dam radę, bo jeśli nie ja, to kto” – wiele silnych, niezależnych kobiet mogłoby opowiedzieć tę historię jako swoją. Małe dziewczynki, które porzuciły słabe, zależne od mężów matki i przeszły na stronę silnych ojców. Zamieniły odkrywanie i pielęgnowanie kobiecej mocy na zdobywanie i podtrzymywanie męskiej siły, co z założenia jest niemożliwe.

Podróż zaczyna się od konfliktu

W dzisiejszych czasach ciężko jest nam zrezygnować z roli córki ojca – kobiety osiągającej sukcesy – tłumaczy Maureen Murdock, autorka książki „Podróż Bohaterki”. Książka ta to historia kobiecej podróży rozpoczynającej się porzuceniem matki, bo „jest słaba i żałosna, a ojciec jest silny”, dalej mamy wędrówkę w poszukiwaniu męskiej siły, odczucie pustki na szczycie, zejście do podziemi kobiecości i wreszcie integrację tego, co kobiece i męskie w każdej z nas. A to staje się możliwe, kiedy ponownie odkryjemy siebie jako córki matki.

„Pęka nam serce, kiedy uświadamiamy sobie głęboką ambiwalencję, jaką naznaczona jest nasza relacja z matką. Nie możemy nic poradzić na to, że równocześnie kochamy ją i mamy do niej żal” – pisze Murdock. To smutna historia, która ciągnie się od pokoleń; losy kobiet próbujących łączyć kobiecą wrażliwość z męską siłą, pęd do wolności i niezależności z potrzebą opiekowania się, instynkt macierzyński z karierą zawodową… Czy da się to pogodzić?

Odczucie wewnętrznej pustki

Rola matki jest najbardziej trwała ze wszystkich ról, właściwie jest nieodwoływalna – przekonuje Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka książki „La Mamma”. Od początku swojego własnego macierzyństwa próbowała zerwać ze stereotypami, że matka – nawet jeśli jest umęczona i nieumalowana – powinna być nieustająco w dobrym humorze oraz bez przerwy dostępna dla dziecka. Nic dziwnego, że małe dziewczynki z ciekawością zerkają w stronę tatusia, gdy elegancko ubrany wychodzi rano do pracy, w której robi mnóstwo bardzo ważnych rzeczy, podczas gdy mama… wiadomo. Autorka ,,La Mammy” podjęła własny wybór: „Po prostu chciałam być mamą, która się rozwija i realizuje, mamą, która zarabia; mamą, która wraca do formy; mamą, która jest zadbana. To były moje decyzje, które miały swoje konsekwencje i swoją cenę”. To prawda, cena za godzenie ról zawsze jest wysoka. Połączenie roli matki i pracownika to odwieczny konflikt tych kobiet, które decydują się na macierzyństwo i karierę.

Czas narodzin dziecka jest często również czasem powrotu do własnej matki. „Razem z macierzyństwem dostajesz dostęp do tej części macierzyństwa twojej mamy, do której wcześniej nie miałaś” – pisze Stopyra-Fiedorowicz. To prawda. Nawet jeśli nie mamy dzieci, przez lata, ciągle na nowo próbujemy znaleźć dostęp do matki – kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła nas pod sercem. Tej pierwotnej więzi nie da się zerwać, choć można ją boleśnie nadszarpnąć. To w relacji z matką jest klucz do naszej kobiecej mocy.

„Kocham swoją pracę i kocham swoją rodzinę, ale chciałabym, żeby ktoś się mną zajął” – czytamy w „Podróży Bohaterki”. Córeczka tatusia w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje kogoś kochającego i opiekuńczego, kto wysłuchałby zmartwień, wymasował obolałe stopy, docenił sukcesy i zmniejszył ból porażek. Jednym słowem, tęskni za wewnętrzną opiekuńczą matką, którą kiedyś porzuciła. Zdaniem Murdock, oddzielenie od osobowej matki jest dla córki szczególnie intensywnym procesem, ponieważ musi postawić granicę między sobą a tą, która jest taka sama jak ona.

Wiele z nas pragnie żyć swobodniej i bardziej niezależnie niż nasze matki, ale czujemy, że wybranie takiego życia jest przeciwko miłości pomiędzy nami i matką. Ciężar tego konfliktu domaga się znalezienia winnego i… wybór najczęściej pada na matkę. Obwinienie i przez to kolejne jej porzucenie to zdrada nie tylko kobiety, która dała nam życie, ale także samej siebie. Konsekwencją tego aktu jest odczucie pustki, którą Murdock opisuje jako zgaśnięcie wewnętrznego ognia: ,,Po co to wszystko? Dlaczego czuję się taka pusta? Osiągnęłam każdy cel, który sobie wyznaczyłam, a jednak czegoś wciąż mi brakuje. Z jakiegoś powodu czuję, że się sprzedałam, że się zdradziłam, że porzuciłam jakąś część siebie samej, której nie umiem nawet nazwać”.

Odczucie pustki to jeden z początkowych etapów podróży bohaterki, ale bardzo znaczący. W dzisiejszych czasach wiele z nas, po zachłyśnięciu się realizacją zawodową, zgodnie ze scenariuszem dla córeczek tatusia, zaczyna odczuwać tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym i pustkę – ssąco-gniotący ból, który umiejscawia się w różnych częściach ciała.

Wszystko będzie dobrze

Kiedy dopuścisz do siebie tę tęsknotę, poczujesz i przeżyjesz ból pustki, z pokorą przyjmiesz słabość i swoją bezsilność – pewnego dnia, gdzieś w głębi serca usłyszysz głos: „Wszystko będzie dobrze”. Te magiczne słowa brzmią autentycznie jedynie w ustach kobiety. Tęsknimy za nimi wszyscy bez wyjątku, także silni mężczyźni. Kiedy podczas sesji zdarza mi się poczuć, że to właśnie chwila na te słowa, a pacjent dopytuje: „Obiecujesz?”, wiem, że bez względu na płeć, jest to ważny moment konfrontacji z własną słabością, a jednocześnie moment przyznania się do potrzeby dostania opieki – którą może dać tylko matka.

Zdaniem Murdock dla kobiety tak zaczyna się etap podróży: schodzenie w głębiny po to, by odzyskać te części samej siebie, które odszczepiły się w momencie odrzucenia matki i ,,roztrzaskania lustra kobiecości”. Aby odbyć tę podróż, musisz, jak pisze Murdock, być może po raz pierwszy w życiu, odłożyć na bok swoją fascynację intelektem oraz grami umysłu kulturowego i zapoznać się ze swoim ciałem, swoimi emocjami, swoją seksualnością, swoimi obrazami, swoimi wartościami oraz swoim umysłem. To jest święta podróż. Kobieca pustka może być uzdrowiona przez wewnętrzne połączenie, integrację wszystkich swoich części, „złożenie na powrót ciała matki-córki”, czyli uleczenie wewnętrznego rozłamu pomiędzy tobą samą a twoją kobiecą naturą.

Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy całą sobą poczujesz, że to nie matka jest źródłem twojej pustki, to nie z jej powodu przeszłaś na stronę ojca, nie w niej powinnaś szukać winy. Twoja matka dała ci wszystko, co miała, była najlepszą matką dla ciebie.

Twoja matka być może również przeszła swój proces walki o męską siłę kosztem kobiecej mocy. Prawdopodobnie również doświadczyła swoich tęsknot, poznała ból pustki, a na dodatek czuła, że ty – jej córka jesteś skazana na podobną drogę. „W dniu, w którym moja mama została babcią, w jej ciele dopełniło się kontinuum pokoleniowe. W jej ciele mieszkają córka, matka i babcia (…). Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom” – pisze Joanna Stopyra-Fiedorowicz. Ten ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego męskie pośladki są atrakcyjne dla kobiet? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pośladki mężczyzny wyrażają męską moc i siłę. Wiedzieli już o tym starożytni rzeźbiarze. Jaką jeszcze informację o nas niesie ta zakryta część ciała? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger. (fot. iStock)
Pośladki mężczyzny wyrażają męską moc i siłę. Wiedzieli już o tym starożytni rzeźbiarze. Jaką jeszcze informację o nas niesie ta zakryta część ciała? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger. (fot. iStock)
Kanony i preferencje estetyczne są często podyktowane przez naturę. To, co biologicznie użyteczne i służy podtrzymaniu gatunku, odbieramy jako piękne i pociągające. Dotyczy to też terytorium ludzkiej pupy. Biologia i estetyka idą ręka w rękę, a raczej pośladek w pośladek. Co więc nas podnieca, pociąga w męskich pośladkach? Tajemnice  ciała rozszyfrowuje psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Zacznijmy od mody na jawne zwracanie przez kobiety uwagi na męskie pośladki. Czy ich kształt mówi coś o erotycznej sprawności mężczyzny?
W istocie mocna, wyrazista i jędrna męska pupa nie musi świadczyć o wybitnych kwalifikacjach akurat na kochanka. W miłosnej sztuce, jak wiemy, liczą się przede wszystkim inne męskie atrybuty i kompetencje, które niekoniecznie współwystępują ze świetnymi pośladkami. Tu bardziej chodzi o wybór ojca przyszłych wspólnych dzieci. Bo mięśnie pośladkowe z pewnością zajmują miejsce na podium w konkurencji największych i najsilniejszych mięśni ludzkiego ciała. Wraz z czterogłowymi mięśniami ud tworzą zarówno podstawowy potężny mechanizm napędowy człowieka, jak i superpodnośnik. Mocny tyłek mężczyzny świadczy więc jednoznacznie o tym, że jego właściciel może szybko i długo iść i biec, że może coś upolować, skutecznie pchać, ciągnąć i dźwigać, a także w razie potrzeby walczyć i bronić. Krótko mówiąc, że mocno stoi na nogach i że da radę jak przyjdzie co do czego. No i że spłodzone przez niego dzieci będą dziedziczyć błogosławione cechy jego mięśniowego silnika. Więc nie ma potrzeby już dłużej owijać męskich pośladków w bawełnę i najwyższy czas jasno stwierdzić, że zauroczona męskim tyłkiem kobieta tak naprawdę widzi w nim obiecujący materiał genetyczny. Pojawiające się w tej sytuacji kobiece pożądanie jest sprytnie zaprojektowanym przez naturę mechanizmem, dającym silnym i odpornym mężczyznom większe szanse prokreacyjne. W sumie wszystko to służy podtrzymaniu naszego gatunku na wypadek zapaści cywilizacyjnej. Mechanizm ten działa wyśmienicie w Afryce. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety tego kontynentu mają wspaniałe mięśnie pośladkowe. Aż miło patrzeć. W dużej mierze to dzięki nim tak często wygrywają w rywalizacji sportowej z właścicielami i właścicielkami białych pośladków. Bo, niestety, białe pośladki od kilku pokoleń służą prawie wyłącznie do siedzenia, co sprawia, że tracą nie tylko siłę, ale również kształt i jędrność, co źle wróży możliwościom przeżycia naszej rasy w nadchodzących postkorporacyjnych czasach.

Czyli mężczyzna z tłustym tyłkiem nie ma wstępu do sypialni, a nawet salonu przezornej kobiety?
Trzeba uważać, by nie nabrać się na pozory. Bo warstwa tłuszczu może czasami okrywać imponujące mięśnie. Tak jak to ma miejsce np. u zapaśników sumo. Więc lepiej zdać się na dotykową i wytrzymałościową metodę diagnozy jakości męskiego zadu. Tym bardziej że otłuszczenie rzadko jest uwarunkowane genetycznie. Bardziej świadczy o deficytach siły woli, charakteru i edukacji skutkujących kiepskim, pozbawionym ruchu trybem życia. Nie twierdzę, że rozważając, czy wpuścić kandydata do sypialni, nie należy brać tego pod uwagę, ale czasami warto też dać hodowcy tłuszczu dyspensę w nadziei, że zakochany tłusty kotek zechce z czasem zamienić się w tygrysa.

To jaki pożytek z takiego kochanka?
W sprawie seksualnej sprawności otłuszczonych bioder rzeczywiście mogą pojawić się przejściowe kłopoty. Bo mięśnie pośladkowe biorą na siebie sporo pracy w trakcie męskiej akcji seksualnej. Podobnie jak – często u takich mężczyzn zapuszczone – mięśnie brzucha. Ale nawet mocne mięśnie brzucha ukryte pod zbyt grubą warstwą tłuszczu nie będą działać wystarczająco sprawnie w miłosnych okolicznościach, bo nie dość, że niosą zbyteczny, wielki ciężar, to na dodatek tłuszczowa poduszka na brzuchu ogranicza zakres właściwego ruchu miednicy. Ale to są na szczęście cechy możliwe do zmiany przy odrobinie wysiłku i determinacji.

W filmie „Jak mi nie wyszło” młody gej oblewa się wodą i pianą, a potem biegnie, kamera nastawiona jest na jego tyłek. Dlaczego, to oczywiste. Ale czy na pewno aż tak proste?
Heteroseksualni mężczyźni mogą zwracać uwagę na pośladki innych mężczyzn, by oszacować ich siłę i wydolność – jako ewentualnych sojuszników czy przeciwników. Męskie pośladki nie są dla nich przedmiotem pożądania. Nie mają szans w rywalizacji z mocnymi i wydatnymi pośladkami kobiety. Uwodzące zachowania gejów są zapożyczeniem z repertuaru uwodzicielskich zachowań kobiet. Gej – rzec można – udaje kobietę zachęcającą mężczyznę do seksu eksponowaniem atrakcyjnych pośladków. To oczywista i skuteczna strategia. Bo w męskim kodzie biologicznym pośladki – analogicznie jak u kobiet – grają rolę jednoznacznej zachęty do zachowań prokreacyjnych. Kształtne, wydatne i jędrne oznaczają wystarczająco młodą, silną samicę, co zwiastuje partnerstwo w znoszeniu trudów życia i sukces prokreacyjny w postaci zdrowego, silnego potomstwa. I znowu – to, czego doświadczamy jako estetycznego zachwytu pięknem formy, jest w istocie napędzane mechanizmem biologicznym. Zważmy jednak, że dobrze ukształtowane, silne i młode pośladki same w sobie wyglądają i reagują na dotyk bardzo podobnie bez względu na płeć posiadacza. Można więc uznać, że pośladki są transpłciowe w tym sensie, że same w sobie wycięte z kontekstu pełnego obrazka nie są naznaczone określoną płcią. Powiedzmy to głośno: pupa ma walor uniwersalny, ponadgenderowy. Właściwość ta dotyczy także pośladków nieidealnych, starszych, a także tych rozklapcianych i zaniedbanych od nadmiaru siedzenia. Więc trudno się dziwić, że czasami pośladki stają się dla mężczyzn i kobiet transpłciowo atrakcyjne. Widać to szczególnie w sytuacjach długotrwałej seksualnej deprywacji np. w więzieniach, kiedy także heteroseksualni mężczyźni i kobiety doświadczają epizodów tzw. sytuacyjnego homoseksualizmu.

I widzisz, rozmowa o pośladkach pokazuje zaskakujący świat gender.
No właśnie, w tym kontekście jeszcze jedna obserwacja, która mogłaby się stać źródłem badawczych hipotez w dziedzinie wpływu gender – czyli kulturowej definicji płci – na percepcję ciała przez mężczyzn i kobiety. Otóż moje obserwacje wskazują na to, że mężczyźni heteroseksualni nie zdają sobie na ogół sprawy z tego, że kobiety obserwują i oceniają ich pupy. Skupiają swoją uwagę raczej na formowaniu brzucha w kaloryfer, na wyrobionej klacie, barach, tricepsach i bicepsach, udach i łydkach. To te fragmenty atrakcyjnych męskich ciał eksponowane są w reklamach dezodorantów, perfum, maszynek do golenia i majtek, a także w magazynach kulturystycznych. Czy ktoś widział, żeby mężczyzna reklamujący majtki czy szorty stał do adresata reklamy tyłem? Albo żeby kulturysta demonstrujący wypracowane w pocie czoła i wspomagane anabolikami mięśnie pleców nosił stringi? Czas na rewolucję i równouprawnienie. Żądajmy wprowadzenia do reklam, szczególnie tych adresowanych do kobiet, widoku pięknie ukształtowanych, potężnych męskich pośladków! Dlaczego zgrabne kobiece pupy szaleją w naszej przestrzeni publicznej, a męskie są tak niesprawiedliwie represjonowane? Zanim jednak ta rewolucja nastąpi, można sobie zadać poważne pytanie: dlaczego to, co mogłoby się okazać superskuteczne zarówno w reklamie, jak i w uwodzeniu kobiet, nie jest wykorzystane nawet w naszej pragmatycznej kulturze? Czyżby stała za tym kulturowa homofobia? Może mężczyźni nie myślą o szpanowaniu zgrabnym tyłkiem, bo adresatem takiego przekazu może być nie tylko kobieta, lecz także homoseksualny mężczyzna? W każdym razie nigdy się u mnie na terapii nie pojawił mężczyzna z problemem niezgrabnej pupy. W przeciwieństwie do kobiet, które często sygnalizują ten problem.

Pomijając genetykę, czy jakieś trudne lub pozytywne doświadczenia wpływają na kondycję i kształt naszych pup?
Idealny kształt kobiecej pupy jest ponoć inny niż męskiej. Zgodnie z tą teorią pożądany jest kształt odwróconego symbolu serca. Moim zdaniem nie chodzi tu jednak o kształt samej pupy. Jest rodzaj złudzenia wynikający z połączenia szerokości pośladków z gwałtownie zwężającą się talią. Jak już mówiliśmy przy okazji rozważań o miednicy, mężczyźni mają uniwersalny odruch uznawania pewnej proporcji między szerokością lub obwodem kobiecych bioder/pośladków a talią za nieodparcie pociągający. Antropolodzy dowiedli, że ta cecha u kobiet związana jest silnie z płodnością. A więc znowu piękne okazuje się tożsame z biologicznie użytecznym. Ale w pewnym stopniu za kształt pupy odpowiadać mogą także silny i/lub długotrwały negatywny wpływ wychowawczy i towarzyszące temu emocje. Tak więc pupa podkulona to pupa w dzieciństwie straszona, bita, nadużywana. Pupa nadmiernie odchylona do tyłu może być pupą dziecka rozpaczliwie szukającego akceptacji. Pupa spięta i zaciśnięta to często pupa dziecka zawstydzanego i zmuszanego do nadmiernej kontroli zwieraczy i potrzeb seksualnych.

Można sobie wstrzyknąć w pupę specjalny preparat, żeby ją podnieść. To, jak myślę, zadziała bardzo szybko.
Lepiej się przyłożyć do ruchu i ćwiczeń, zrobić porządek ze swoimi pośladkami. A jeśli to nie wystarczy, zająć się nieuświadomionymi uczuciami i przekonaniami związanymi z własną pupą. Wtedy odzyskamy swój naturalny potencjał i radość życia. Mniej ryzykowne i efekt bardziej trwały, a przy okazji więcej zdrowia.

Kobieta może faceta klepnąć w tyłek? Mamy przecież czas gender – równości.
Tradycyjny kod kulturowo-obyczajowy uznałby takie zachowanie wobec niezaprzyjaźnionych mężczyzn za niewłaściwe i ryzykowne. Albo zostanie odebrane jako: „Jestem zainteresowana i sprawdzam”, albo: „Jestem gotowa! Na co czekasz? Rusz tyłek!”. Więc lepiej tego nie robić, jeśli nie wiemy, co przekazujemy, albo/i nie jesteśmy gotowe na przyjęcie impetu męskiego seksualnego zapału. Ale możliwy jest też odbiór negatywny: „Spadaj. Nie nadajesz się. Może innym razem”. Więc klepanie mężczyzn w tyłek przez kobiety bywa bezpieczne, przydatne i na miejscu, lecz wyłącznie w odniesieniu do tych, którzy są przynajmniej nominowani do zaszczytu znalezienia się kiedyś w sypialni.

A jak z klepaniem w tyłek kobiety przez mężczyznę?
To gest zdecydowanie nadużywany przez mężczyzn. Mężczyźni często pozwalają sobie na to w relacjach z mało znanymi kobietami, które ich do takich zachowań nie upoważniają. Wówczas trafnie jest on odbierany przez kobiety jako wyraz braku szacunku, obraźliwy, upokarzający, redukujący relację do seksualnego wymiaru. Podświadome, antropologiczne i biologiczne konteksty tego gestu sumują się w jednoznaczny komunikat: „Jestem zainteresowany! Sprawdzam”. Przy czym sprawdzana jest wtedy nie tylko jakość pośladków, ale także jakość odpowiedzi kobiety na ten poufały gest. Jeśli nie zaprotestuje, to znaczy, że istotna bariera na drodze do bardziej zaawansowanych zalotów została przełamana. Dla kobiet ważne jest, by zdawały sobie sprawę ze znaczeń zawartych w języku ciała, reagowały w porę i adekwatnie na niewczesne męskie zaloty i próby. Tylko w ten sposób mężczyźni zrozumieją w końcu, że targ niewolnic dawno się już skończył.

Dlaczego ludzie karzą się nawzajem klapsami w ramach fascynacji sadomaso? Dlaczego pieszczoty mają być przez pupę okupione bólem?
Niestety, zdecydowana większość naszych pup jest naznaczona piętnem grzeszności, kary i upokorzenia. Gdy te mroczne doświadczenia dochodzą do głosu, to już nie nazywamy tej cudownej, wielofunkcyjnej części naszego ciała pośladkami, pupą, pupcią, tyłeczkiem, orzeszkiem, księżycem w pełni, czy nawet tyłkiem czy silnym wspaniałym zadem, lecz: dupą, dupskiem, sraką, kloaką, odwłokiem itp. Nasza kultura i język zawierają i kodują w naszej podświadomości dramatycznie ambiwalentny stosunek oraz przekaz dotyczący tej części ludzkiego ciała. Możemy okazać się „do dupy” albo coś może być tak do niczego, że nawet „do dupy niepodobne”, możemy być symbolicznie skazani na degradujące przebywanie w czyjejś dupie, gdy znienacka usłyszymy od kogoś, kto nas kiedyś lubił, a nawet kochał: „Mam cię w dupie”. Gdy coś się nie udało, źle wygląda lub jesteśmy przygnębieni, to jest do dupy. Możemy też poczuć się odrzuceni i upokorzeni, gdy dostaniemy kopa w dupę. Tak wygląda kulturowo przetworzona ekspresja powszechnego dziecięcego doświadczenia lania pupy. Stąd pewna popularność karania klapsami albo szpicrutą pupy rozochoconej seksualnie kobiety czy mężczyzny w ramach gry sadomaso. Psychologiczna interpretacja jest następująca: w sadomaso gesty, słowa i doznania skojarzone z doświadczeniem bycia karanym w dzieciństwie redukują poczucie winy związane z piętnowanym kulturowo i karanym podnieceniem seksualnym, co otwiera drogę do pełnego przeżywania seksualnej rozkoszy. Można i tak, choć znowu jest to tylko leczenie objawów. Więc może lepiej zadziałać przyczynowo i raz na zawsze wydobyć miednicę i pupę z lochów upokorzenia i umieścić ją po jasnej stronie mocy. Aby tak się kiedyś stało, musimy konsekwentnie zwalczać okropny, niezasłużony, dewaluujący kulturowy przekaz, dotyczący pupy i pośladków, rugować go z naszego języka i obyczaju. W przeciwnym razie nadal będziemy marnotrawić niezmiernie ważny obszar naszego ludzkiego istnienia.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Przyznaj sobie prawo do "nie wiem"

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Konkretna, zdecydowana, pewna swego… Nie zawsze musisz taka być. A może coraz częściej nie potrafisz. Za każdym razem, gdy bezradnie rozkładasz ręce, dajesz sobie prawo do bycia człowiekiem. Bo mylić się, błądzić, szukać – to rzecz ludzka. Tak jak i wreszcie się odnaleźć.

Od czasów podstawówki przez wiele lat śniłam ten sam koszmar – jestem wywołana do tablicy, pada pytanie, a w głowie pustka i jedno zdanie: „Nie wiem”. Czuję, że jeśli wypowiem te słowa na głos, świat przestanie istnieć. Być może właśnie owe sny miały decydujący wpływ na wybór przyszłego zawodu. Chciałam wiedzieć wszystko o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, motywach zachowań i wpływie emocji na nasze życie. Fantazjowałam, że będą przychodzić do mnie pogubieni w meandrach życia, bezradni, a ja dam im gotową receptę na szczęście…

W jednym się nie myliłam. Gdyby podsumować problemy większości pacjentów, którzy do mnie trafiają, wspólny mianownik brzmiałby właśnie: „Nie wiem”. Nie wiem, czego chcę, nie wiem, co mam teraz zrobić, nie mam pojęcia, co dalej – czyli jeden wielki znak zapytania i oczekiwanie, że ja będę wiedziała albo przynajmniej powiem, jak się dowiedzieć.

John Wayne i Calineczka

Kiedy staje w drzwiach wyprostowana, ubrana na sportowo i po męsku ściska mi dłoń, czuję, że mam do czynienia z silną kobietą. – Michalina – mówi donośnym głosem. „Nawet imię ma męskie” – myślę. – W czym mogę pomóc? – pytam. – Brakuje mi pewności siebie – odpowiada. Jestem zaskoczona.

Michalina jest reżyserką. – Jaki twórczy zawód – mówię. – Wszystkim tak się wydaje – oburza się. – W praktyce to niezła harówka: użeranie się z producentem, aktorami i chmarą innych ludzi, którymi musisz rządzić twardą ręką, bo jak nie, to cię zjedzą. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, wahania czy jakąkolwiek słabość.

Michalina musi być alfą i omegą nie tylko w pracy. W życiu pełni rolę pogotowia ratunkowego, ludzie dzielą z nią troski i kłopoty, proszą o radę, wsparcie, pomoc. – A ja już powoli nie daję rady – mówi.

Próbujemy pracować nad zasadami asertywności, ale Michalina w ogóle tego nie przyjmuje. Tłumaczę, że relacja to wymiana: dajemy, ale mamy prawo też brać czy dostawać, a ona na to, że świetnie radzi sobie sama i że chodzi jej o to, jak być jeszcze bardziej pewną siebie, jeszcze bardziej wydajną w pracy, jeszcze bardziej odporną na stres. Rozkładam bezradnie ręce i mówię: „Nie wiem, jak pani pomóc”. I nagle widzę, jak Michalina z silnego Johna Wayne’a przemienia się w bezradną, słabą Calineczkę, którą każdy chętnie się zaopiekuje. Przez chwilę trwamy w ciszy, jakby moje „nie wiem” przykryło jej sztuczną siłę, nadmierną pewność siebie, przymus bycia wszechwiedzącą – przykryło i roztopiło.

– Uff – po raz pierwszy nabiera powietrza głęboko, do brzucha. – To „nie wiem” nie jest wcale takie złe. Jakby mi z pleców spadł ciężki kamień. Doznanie „nie wiem” pozwoliło jej, być może po raz pierwszy, stanąć w pozycji „spocznij”, skontaktować się ze swoją słabością i przekonać się, że świat z tego powodu nie przestaje istnieć.

Działać, działać, działać

Kiedy Kasia odkryła zdradę męża, wpadła w wir działania. Na każdej sesji relacjonowała mi, co powiedział prawnik, na ile agent wycenił ich dom, jak zabezpieczyła ich wspólne oszczędności. Czułam, że w ten sposób broni się przed cierpieniem, że jest w szoku i jedyne, co mogę na razie zrobić, to cierpliwie jej wysłuchać. Na zakończenie każdej sesji pytałam ją o samopoczucie: czy ma apetyt, czy dobrze śpi. Odpowiadała, że budzi się o trzeciej nad ranem, je niewiele, ma bóle w mostku. – Ale to przecież naturalne, jestem w stresie – ucinała każdą moją próbę rozmowy o uczuciach.

Ciało krzyczało coraz głośniej, ale ona nie chciała słyszeć. Zaniepokoiła się dopiero, kiedy pojawił się uciążliwy odruch wymiotny. – Nie wiem, co się dzieje, przydarza mi się to coraz częściej, ostatnio w czasie spotkania z klientem – żaliła się, ale nadal była w wirze. Wreszcie pewnego dnia usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała: – Nie wiem, co dalej. Nie wiem, co czuję w związku ze zdradą, nie wiem, czy kocham męża, nie wiem, czy chcę ratować związek, czy się rozwieść.

To totalne „nie wiem” na wszystkich frontach, choć bardzo trudne dla pacjentki, było cudownym zatrzymaniem jej kompulsywnego szaleństwa działania, załatwiania, racjonalizowania. Dało upust emocjom, uwolniło ciało od napięcia, wrzuciło w kobiecą słabość, stworzyło przestrzeń do namysłu i nareszcie pozwoliło przyjąć wsparcie i pomoc.

Pilna uczennica

– Wreszcie dojrzałam do długoterminowej terapii indywidualnej – powiedziała Anka i wyjęła pokaźny notes. – Relacje z mamusią i tatusiem załatwiłam w terapii grupowej, z odrzuceniem przez partnera pogodziłam się na zajęciach z choreoterapii, konflikty z córką rozpuszczam w medytacji…

Nie byłam w stanie słuchać dalej tej wyliczanki. Ania wydawała się zdyscyplinowanym żołnierzem, który systematycznie odhacza kolejne zadania. W szkole była najlepszą uczennicą, na studiach robiła dwa fakultety równocześnie, a kiedy urodziła córkę, przez trzy lata zajmowała się tylko dzieckiem. – Kiedy córka wyjechała na studia, pomyślałam, że teraz pora zająć się samorozwojem; warsztaty dla kobiet, taniec, praca z ciałem i wreszcie przyszła pora na terapię.

Ania sprawiała wrażenie bardzo pilnej pacjentki. Upominała się o zadania domowe, prosiła o listę lektur do przeczytania, jej zeszyt z notatkami powoli się zapełniał, ale czułam, że to wszystko trafia jedynie do jej głowy, ciało spało. Terapia stała w miejscu, nie bardzo wiedziałam, co dalej. Pewnego dnia Ania zezłościła się: – Ja to wszystko rozumiem, wiem, jak powinno być, ale moje życie wcale się nie zmienia. Nie wiem, kim jestem, czego tak naprawdę chcę od życia. Nie mam żadnego poważnego problemu, który mogłabym rozwiązać w terapii, nie czuję się szczęśliwa. – A co czujesz? – zapytałam. – Nie wiem. Czy to bardzo źle? – odpowiedziała. – Nie, to cudownie!

Otwórz się na pustkę

Przyznanie sobie prawa do „nie wiem”, do tego, że nie zawsze musisz wiedzieć, czego chcesz, jak ma wyglądać twoje życie za 10 lat, czy chcesz mieć dziecko teraz, a może w ogóle – to bardzo ważny moment zatrzymania się w biegu przez życie. Czas do zastanowienia, błogosławiony odpoczynek dla głowy, zerwanie z mitem o wszechmocnej potędze wiedzy, siły i pewności siebie. Zrobienie miejsca na czucie, posłuchanie doznań płynących z ciała, otwarcie się na nowe i zaufanie do tego, co się pojawi. Zdaję sobie sprawę z tego, że takie bezradne rozłożenie rąk to wejście w pustkę, której wszyscy się boimy. Ale to z tej pustki rodzą się niezliczone możliwości. Kiedy odważnie mówisz: „Nie wiem”, świat zaczyna ci podsuwać najbardziej smakowite kąski.

Medytuj „nie wiem”

Kiedy masz do podjęcia trudną decyzję, usiądź przed białą, pustą kartką i wpatruj się w nią uważnie. Spokojnie oddychaj. Poczuj, co dzieje się w twoim ciele. Zwróć szczególną uwagę na doznania w klatce piersiowej, splocie słonecznym, brzuchu. Jeśli w którymś z tych miejsc poczujesz dyskomfort, po prostu spokojnie oddychaj. Wytrzymaj do momentu, kiedy poczujesz, że pusta kartka nie wywołuje już niewygodnych doznań w ciele. Poczuj, że jesteś jak ta kartka, na której może pojawić się wszystko. Moment tuż przed tym, zanim artysta postawi na niej pierwszą kreskę, jest jak początek narodzin świata.

  1. Psychologia

Wiem, że dam radę. Jak uwierzyć w siebie i swoje możliwości?

Wiara w siebie to siła,  takie wewnętrzne przekonanie, że cokolwiek by się działo, przetrwam. (Fot. iStock)
Wiara w siebie to siła, takie wewnętrzne przekonanie, że cokolwiek by się działo, przetrwam. (Fot. iStock)
Wiara w ludzi, w świat i w siebie daje nam największą moc. To jest takie wewnętrzne źródełko nadziei i energii – mówi psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk. Skąd brać wiarę we własne siły i jak ją w sobie wzmacniać, by nie załamywały nas osobiste i światowe kryzysy?

  

Pracuje pani z osobami po rozmaitych życiowych stratach oraz traumach. Skąd one biorą siłę? Skąd możemy my wszyscy ją czerpać? My wszyscy, którzy zmagamy się od kilku miesięcy z obawą o własne zdrowie i przyszłość, wywołaną przez koronawirus. Jak odzyskać wiarę w siebie? Największą, naturalną siłę, która jest ściśle związana z wysokim poczuciem własnej wartości, a przede wszystkim sprawczości, dostajemy niejako z mlekiem matki. Dzieje się tak wtedy, gdy nasze dzieciństwo i pierwsze kształtowanie się psychiki były na tyle dobre, że mamy ufność w sobie, że nawet w trudnych chwilach sobie poradzimy. Wiara w ludzi, w świat i w siebie daje nam największą moc. To jest takie wewnętrzne źródełko nadziei i energii. Kiedy czuję, że mam wpływ na to, co się dzieje – mniejszy, większy, ale mam – mam chęć do działania, do życia.

Czyli siła to takie wewnętrzne przekonanie, że cokolwiek by się działo, przetrwam? Dokładnie tak, to zaufanie do świata i do siebie. Jeśli mieliśmy szczęśliwy, dobry dom, to taki zasób mamy w sobie właściwie od urodzenia. Ale nawet jeśli mieliśmy trudny start, to też możemy czuć się silni. Mają tak często osoby, które mimo różnych traum, perturbacji i mimo braku wyposażenia w ten naturalny zasób, jednak dały sobie radę, wykształcając mniej lub bardziej konstruktywne mechanizmy obronne. Zasób w ten sposób wypracowany nazwałabym omnipotencją, takim „liczę tylko na siebie”. Cechuje on osoby, które bardzo dbają o poczucie kontroli i wpływu. Dopóki mają zdrowie, pracę, pieniądze i poczucie sprawstwa, dopóty czują się silne. Jednocześnie całkowicie odcinają się od swojej słabości, nie przyjmują jej często do świadomości. Zaprzeczają, że czują lęk. Lekceważą zagrożenie. W ekstremalnych sytuacjach są w stanie działać z zimną krwią. Ale to pozorna siła.

Omnipotentne przekonanie, że to ode mnie wszystko zależy, na dłuższą metę może być bowiem nie do udźwignięcia, prowadzi do pracoholizmu, ekstremalnego uprawiania sportu, odsuwania od siebie ludzi, trudności w bliskich, intymnych związkach czy masy innych uzależnień. Nie jest to jednak całkowicie zły zasób. Pozwalał nam przetrwać, kiedy w dzieciństwie nie mogliśmy liczyć na bliskich. I teraz też nas ratuje. Ludzie po dużej traumie, którzy poradzili sobie z zagrożeniem, uratowali się, nie załamali, mogą być dumni z tego – choć brzmi to strasznie – że to, co ich nie zabiło, zahartowało ich. Buduje to w nich poczucie zaufania do siebie. Z drugiej strony nie potrafią zaufać innym, pozwolić sobie na słabość i bezradność, prosić innych o pomoc. To cena, jaką za to się płaci. Do tego często dochodzą choroby o podłożu somatycznym, tendencja do nadużywania się w pracy czy trudności interpersonalne spowodowane nadmierną chęcią sprawowania kontroli. Ale trzeba przyznać, że takie osoby zawsze mają w sobie chęć walki. Ja nazywam je „dzielnymi”.

Taka siła staje się pułapką. Jak z niej uciec? Najlepszym lekarstwem jest drugi człowiek albo nawet grupa osób, które pomogą przetrwać chwile trwogi. Wzajemne wsparcie, śmiech, zabawa, wspólne szukanie rozwiązań. Ale także uchwycenie się takich zajęć, które są konstruktywne. Jak pomaganie innym czy sport. Choć sport też może być pułapką, bo daje poczucie siły fizycznej oraz niesamowitej wytrzymałości.

Dla osób „dzielnych”może stać się uzależnieniem. Czasami dziwimy się, że osoby, które były uzależnione od narkotyków, biegają maratony lub ekstremalnie się wspinają, ale można powiedzieć, że – póki nie poddadzą się terapii i nie nauczą innych psychologicznych mechanizmów – czują, że mają jakiś wpływ dopiero wtedy, gdy są na granicy życia i śmierci. To daje im niesamowity power. Choć nadal jest to ucieczka od zbyt trudnych emocji i własnej słabości poprzez zastąpienie ich silnym kontaktem z ciałem. Dlatego radziłabym takim osobom, by, owszem, były bliżej swojego ciała, ale uprawiając spokojny sport, typu joga czy pilates, by medytowały i utrzymywały bliskie relacje z ludźmi, a przynajmniej z jedną osobą, której ufają.

Bo bliscy to kolejne ważne źródło naszej siły. Świadomość, że się o nich troszczysz, że masz w nich oparcie, że jesteś dla nich ważny – daje bardzo dużo. Źródłem siły może być też pasja, idea czy religia. Czyli wartości, które dają poczucie wpływu i sensu. Nawet ludzie terminalnie chorzy, póki czują, że ich walka ma jakiś sens, póty działają, póki mogą robić choć jedną rzecz, która jest dla nich ważna, póty trzymają się życia. Myśl „dotrwam do szczepionki”, „dotrwam do operacji”, „do końca chcę żyć godnie” – daje mnóstwo siły, jeśli oczywiście nie jest samooszukiwaniem się.

Pozorne poczucie siły dają też używki. Po używki sięga się często po to, by zapanować nad swoim lękiem i bezradnością, obniżyć napięcia nie do pomieszczenia w psychice. To wprawdzie ratuje przed psychicznym rozpadem i stanem emocjonalnym nie do wytrzymania, ale znów – na dłuższą metę destruuje życie, bo skutki uzależnień są powszechnie znane. Po tę strategię sięgają zwykle osoby, które nie poradziły sobie z wewnętrzną pustką, nicością i powracającą obawą, że się rozpadną, że nie ogarną emocji, jakie je zalewają, w tym lęku. Zatem postanawiają odgonić te myśli, uciec od nich – świetnie w tej roli sprawdzają się alkohol, narkotyki, kompulsywny seks, w skrajnych momentach samookaleczanie się i inne zachowania ucieczkowe. I rzeczywiście – początkowo pozwalają nie rozpaść się na kawałki, czyli rzeczywiście ratują. Potem jednak tylko niszczą.

Wróćmy na chwilę do tego najbardziej podstawowego zasobu, czyli ufności… Ona wynika bezpośrednio z dobrej więzi z najbliższymi osobami w dzieciństwie, i to naprawdę od pierwszych chwil. Jeśli niemowlę miało poczucie bezpiecznego trzymania przez rodziców; jeśli wiedziało, że kiedy zakwili czy zapłacze, ktoś przyjdzie; jeśli było nakarmione, przewinięte i jeśli czuło zapach, dotyk i widziało uśmiech rodzica – czuło się bezpiecznie, czuło, że ma wpływ.

Czuło, że świat, w postaci matki, odpowiada na jego potrzeby. Matki czy innego stałego opiekuna. To buduje ufność na całe życie na poziomie wręcz komórkowym czy neurologicznym. Może być przez chwilę niekomfortowo, ale ostatecznie skończy się dobrze. Oczywiście z wiekiem dziecko uczy się, że jego potrzeby nie muszą być spełniane od razu, bo nie stanowią już o jego być albo nie być. Dziecko więc czasem krzyczy głośniej, kiedy mama od razu nie przychodzi na jego żądanie, ale dopóki krzyczy, jest dobrze. Najgorzej, kiedy przestaje płakać czy krzyczeć, bo wie, że to nic nie da. To bardzo często widać w placówkach opiekuńczych starego typu. Wtedy dziecko zaczyna sobie radzić samo: patrzy w jeden punkt, buja się w przód i w tył – w ten sposób dysocjuje się lub transuje się, by przetrwać beznadziejny czas. Jedne dzieci robią to z większym, inne z mniejszym powodzeniem. Te drugie kończą wtedy wcale nie w gabinecie psychologa, bo najczęściej to się nie udaje, a w destrukcyjnych sytuacjach życiowych.

Gabinet psychologa jest miejscem, w którym można odzyskać wiarę w siebie? Odbudować swoją siłę lub zbudować na nowo? Tak, terapia często właśnie temu służy. Trafiają na nią zarówno ci dzielni, którzy jako dzieci musieli być dorośli, ci z ogromnym poczuciem lęku i zagrożenia, jak i ci, co radzą sobie poprzez zachowania uzależnieniowe. Pierwszy typ pojawia się zwykle, gdy już tak zmęczy się swoim wiecznym działaniem i byciem dzielnym, że dopadają go lęki, somatyzacje czy depresja, i uznaje, że dalej sam nie da rady. I to jest idealny moment. W gabinecie takie osoby mogą się nauczyć, że to, że kiedyś ich matka, ojciec czy inny opiekun ich zawiedli, nie znaczy, że cały świat zawiedzie. Na początku w relacji z terapeutą, potem przenosząc to na życie, obserwują, że kiedy zaczynają mówić o swoich uczuciach i potrzebach, to może nie wszyscy, ale część osób na to pozytywnie odpowiada i im pomaga. Nie muszą być już osamotnieni w zmaganiach z życiem. Bardziej siebie szanują i troszczą się o siebie. Dają sobie prawo do słabości i bezradności, które już ich nie przerażają. Wiedzą, że to normalne, że czasem traci się kontrolę nad sytuacją, że bywa się bezsilnym. I to właśnie ma im dać doświadczenie relacji terapeutycznej.

Przychodzą też osoby, które dotąd radziły sobie w destrukcyjny sposób, na przykład przy pomocy alkoholu. Pojawiają się często dopiero wtedy, kiedy w oczy zagląda im śmierć lub poważna choroba i uruchamia się im instynkt samozachowawczy. Czasem zaczyna im zależeć na sobie dlatego, że w jakimś obszarze życia wreszcie się im wiedzie – na przykład w pracy – i uzależnienie przeszkadza być im w tym naprawdę dobrym. Powodem może być też partner, na którym im zależy, albo jakaś pasja. Terapia idzie wtedy w kierunku rozpoznawania swoich emocji – także tych trudnych, pozwolenia sobie na przeżywanie ich, komunikowanie innym oraz na zobaczenie, że one nas nie zabiją. Pacjenci uczą się stawiania granic sobie i innym, mówienia o swoich potrzebach oraz bardziej adaptacyjnych sposobów radzenia sobie z ludźmi i życiem. Gdy się tego raz, drugi, trzeci i dziesiąty doświadczy, to człowiek zaczyna to robić automatycznie i z czasem przechodzi na inny sposób funkcjonowania. Osobom w bardzo dużym lęku potrzebne jest wsparcie lękowe i psychoterapia.

Kiedy myślimy o sile, kojarzy się nam ona właśnie ze sprawczością, nieugiętością, twardością. Obecnie jednak zaczynamy dopuszczać do siebie myśl, że naszą siłą może być też wrażliwość, łagodność, pozytywne nastawienie do życia czy elastyczność, zwana rezyliencją. W terapii uczymy się tego, że siłą jest zaakceptowanie faktu, że bywam bezradny i słaby. Że mogę przez chwilę nie mieć pomysłu na rozwiązanie danego problemu i że to jest OK. Że mam prawo poprosić o pomoc, że mam prawo się do kogoś przytulić. Siła to też odwaga przyznania się do błędu, do zaakceptowania straty. Weźmy bardzo współczesny przykład: ktoś z powodu koronawirusa traci źródło zarobku lub będzie musiał zamknąć biznes. Siłą jest nie obwiniać się za to, że może źle się zainwestowało, nie wstydzić, że coś źle się zrobiło. Siłą jest pozwolić sobie na złość z tego powodu, ale też uznać, że są rzeczy, które od nas nie zależą. Wtedy można powiedzieć sobie i innym: „Jestem zła, ale nie mam wpływu na to, że tak jest. To, co mogę, to zminimalizować straty i ochronić siebie na przyszłość”. Przecież to nie jest niepowetowana strata, to nie jest śmierć. To po prostu życie. Przetrwamy i odbudujemy to na nowo.

Z tego, co pani mówi, wynika, że siła to ciągłe kierowanie się ku życiu, w jasną stronę. To są właściwie dwie rzeczy. Pierwsza: zawsze się kieruję ku życiu. Druga: sprawdzam, na co mam wpływ, i realizuję to. Poczucie wpływu i nadzieja na przyszłość to dla człowieka najważniejsze rzeczy. Jeśli wiemy, czego chcemy, do czego dążymy, co jest możliwe w tej sytuacji – to jest nasz sens. Znów odwołam się do aktualnej sytuacji: wprawdzie w okresie zagrożenia epidemiologicznego nie mogę pracować tak jak pracowałem i żyć tak jak żyłem, ale przynajmniej zostanę w domu i: wyśpię się, odpowiem na maile czy oddam się mojej pasji. Na to mam wpływ – to, na co nie mam, trzeba opłakać i nie rozpamiętywać dłużej. Trzeba umieć radzić sobie, ale też prosić o pomoc, kiedy nasz wpływ się kończy.

I jeszcze jedno – siła może też płynąć do nas od naszych przodków. Świadomość, że oni też przetrwali, że dali radę – to ogromne wsparcie.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy, www.lps.pl

 

Jak wzmacniać swoją wewnętrzną siłę, jak zacząć wierzyć w siebie, niezależnie od tego, co się dzieje wokół - radzi Patricia Spadaro, trenerka rozwoju osobistego 

1. Napisz do siebie pocieszający list. Włóż go do koperty i zaadresuj, a jeśli jesteś w podróży – wyślij do siebie pocztówkę z kilkoma słowami otuchy. Albo wyślij sam do siebie mail wdzięczności, który przeczytasz o poranku.

2. Stwórz wyjątkowy wygaszacz ekranu. Możesz umieścić tam ulubioną sentencję lub poprawiające ci humor zdjęcie. Może to być też zdanie mające na celu przypomnienie ci, że: „Troszczę się o siebie, ponieważ zasługuję na szczęście i zdrowie”.

3. Postaw na biurku swoje zdjęcie z dzieciństwa. Za każdym razem, kiedy na nie spojrzysz, przypomnisz sobie, kim naprawdę jesteś.

4. Zadbaj o towarzystwo osób, które szanują to, kim jesteś, i cię wspierają. I tyle.

5. Używaj wycieraczki przedniej szyby. Tak jak obfity deszcz utrudnia patrzenie przed siebie na drogę, tak też wewnętrzną siłę nadwątlają frustracja, krytyka i zwątpienie w siebie. Twoją wycieraczką może być medytacja, modlitwa, prowadzenie dziennika, ćwiczenia fizyczne czy spacery.

6. Działając, opieraj się na swojej wielkości. Gdybyś działał, wychodząc z założenia, że jesteś wielki, jakbyś dzielił się darami z innymi? Co byś zrobił, by dawać innym więcej? Spisz to wszystko i spytaj siebie, jaki pierwszy krok możesz zrobić, by tak się stało.

7. Stwórz arsenał pozytywnych odpowiedzi. Zapisz kilka sentencji, które pomogą ci w sytuacji, gdy ogarnia cię lęk, wątpisz w siebie, innych lub świat, np. „Uczę się z wczoraj, żyję dla dzisiaj, mam wiarę w jutro”.

 

  1. Psychologia

Moc jest z nami - jak odnaleźć w sobie siłę?

(fot. iStock)
(fot. iStock)
Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia rodziny, ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie odbierze – mówi psycholog Iwona Majewska-Opiełka.

Organizuje pani Dni Siły. Przyznam, że to słowo kojarzy mi się stereotypowo – z przymusem, siłą fizyczną. Ulubiony kulturysta mojego syna kończy swoje filmiki na YouTube zawołaniem: „siła!”, prezentując przerośnięte muskuły. Pani jest kobietą, która mówi i pisze o sile. Czyli o czym tak naprawdę?
Moją intencją było odwołanie się do znanych w fizyce pojęć i pokazanie pewnej analogii, czym jest w istocie nasza moc i siła oraz jaka jest między nimi relacja. Moc w fizyce to skalar. Zatem pojęcie to mówi o naszym potencjale, który może zamienić się w siłę. Siła z kolei jest wartością wektorową – ma punkt przyłożenia i kierunek. Mówi o działaniu w świecie, realizowaniu tego potencjału. Możemy dysponować wielką mocą osobistą, ale nie umieć zamienić jej w siłę, czyli wykorzystać do realizacji marzeń.

Ciekawi mnie, czym dla pani jest ta moc. Ludzie często mówią o mocy jako o czymś tajemniczym, niemal magicznym.
Dla mnie to coś realnego. Logodydaktyka, którą stworzyłam, tym różni się od innych systemów próbujących opisać zachowanie człowieka, że mówi konkretnie i o konkretach. Nie odwołuję się do sfer ezoterycznych wprost, choć to nie znaczy, że są mi obce. Jednak pracuję w biznesie i to często z mężczyznami – istotami w większości mocno lewopółkulowymi – używam zatem języka dla nich zrozumiałego i poruszam się w obszarach opisywanych przez współczesną psychologię i fizykę kwantową.

Czym jest więc ta moc?
Część mocy każdy człowiek dostaje na wyposażeniu, rodzimy się z nią. Jej elementami są wyobraźnia, wola, samoświadomość i sumienie – ale rozumiane jako bazowa zdolność rozróżniania, czy coś jest w zgodzie z nami, a nie jako konkretne wartości typu dekalog, bo te nakłada na nasz potencjał sumienia społeczeństwo. Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia od rodziny – tak często bywa. Ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie może odebrać. Do tych czterech elementów ja dokładam jeszcze piąty – instynkt samorealizacji. Przyznam, że nie wierzę w istnienie innych instynktów u człowieka. Całe szczęście nie jestem w tym odosobniona, ale nie jest to pogląd powszechny.

Proszę pomyśleć, jaki my mamy instynkt samozachowawczy, jeśli popełniamy samobójstwa albo jesteśmy w stanie głodować w imię sprawy? Jaki instynkt rozrodczy, jeśli są białe małżeństwa, celibaty? Jedynym instynktem, jaki człowiek według mnie posiada, jest właśnie instynkt samorealizacji. Każdy chciałby coś po sobie zostawić. Jedni realizują się na planie materialnym, inni na duchowym. Jedni mają dzieci, inni realizują się w obszarze emocjonalnym – pod postacią twórczości artystycznej, jeszcze inni najlepiej czują aspekt intelektualny. Ja realizuję się właśnie w tym obszarze. Ten składnik naszej mocy pcha nas do przodu, w stronę działania. Oczywiście, oprócz uniwersalnych elementów, z którymi przychodzimy na świat wszyscy, mamy też indywidualne talenty, pozytywne skłonności. Wrodzone albo wypracowane.

W jaki sposób przekuć tę moc w siłę? Czyli jak zacząć działać w zgodzie ze sobą?
Zapoznać się z instrukcją. Logodydaktyka ma dziesięć punktów, które są ogólną instrukcją człowieka pokazującą, w jaki sposób dojść do samorealizacji. Nie uda nam się tu omówić wszystkiego – odsyłam do książki. Ale możemy się zająć punktem dotyczącym siły. Przede wszystkim, jeśli działanie ma być skuteczne, musimy mieć konkretny cel. Ale teraz: jaki cel, czyj? Właśnie po to, by go wyznaczyć, musimy najpierw rozpoznać swoją moc. Musimy wiedzieć, co mamy w sobie i co w związku z tym ma być tym naszym obszarem samorealizacji. Tak długo, jak będziemy realizować cudze cele, nie będziemy mieć stabilnej motywacji do działania i nie uznamy naszego życia za sukces, choćbyśmy nie wiem co osiągnęli. Żeby się czegoś o sobie dowiedzieć, trzeba zajrzeć w siebie, zadać sobie te pytania. To się samo nie wydarzy. Ktoś, kto cały czas pędzi, pracuje, a w domu ogląda telewizję, niczego się o sobie nie dowie. Dlatego ludzie idą na łatwiznę – z żalem to stwierdzam – i wybierają sobie stereotypowe cele.

Dom, rodzina, pies – istnieje taki obraz spełnionego człowieka.
A nie każdy jest do tego stworzony. Najprościej pójść ścieżką posiadania. Gadżetów, domu, samochodu. Albo zyskać siłę w potocznym rozumieniu: władza, przypadkowa kariera. To się dzieje dlatego, że nie zadajemy sobie trudu, by znaleźć własny cel, taki, który pozwoli nam poczuć życiowe spełnienie, głębokie szczęście. Człowiek spełniony życiowo nie ma wielkiej presji posiadania, wojowania, nawet rywalizowania. Najpiękniejsza definicja celu, jaką znam, jest taka: cel to marzenie z datą realizacji. Marzenie uruchamia proces, ustala wektor naszej siły. Emocje z tym związane napędzają nas do działania. Pragniemy czegoś, więc sięgamy po to. Ale to nie wystarczy. Trzeba to urealnić, ustalić datę realizacji naszego celu. Przerzucić w wyobraźni most między teraźniejszością a przyszłością. Inaczej marzenie pozostanie w sferze marzeń. A my będziemy sfrustrowani.

Jak zrobić pierwszy krok? Dla mnie to najtrudniejsze.
Na pewno pomaga plan działania, czyli rozpisanie go na kolejne kroki. Ale nawet wtedy potrzeba impulsu, dodatkowej cząstki energii, czegoś, co pomoże przełamać ewentualny lęk czy opór. Nie żyjemy w próżni – można poszukać pomocy. Są mentorzy, książki, coaching, warsztaty i spotkania typu Dni Siły, z których wychodzi się z dodatkową energią. Dla mnie takim impulsem do działania była książka „Discover the Power within You” Erica Butterwortha. Przeczytałam, na fali entuzjazmu zrobiłam pierwszy krok i od tego czasu nie mogę przestać. Bo działanie napędza działanie.

Trochę się tego obawiam, bo często gdy rzucam się w wir działań, wypalam się fizycznie i emocjonalnie.
Najważniejsze w skutecznym działaniu jest zachowanie równowagi ciało – umysł – duch – emocje. Nie może być tak, że realizujemy jakiś cel i wszystko inne leży odłogiem. To się mści. Ciało nam zastrajkuje albo dusza. Trzeba tak to zaplanować, by zadbać o harmonię w życiu. Inna sprawa, że ta harmonia też bywa narzucana odgórnie. Na przykład próby zmuszenia mnie, żebym poszła na imprezę, są bez sensu. Nie muszę się realizować emocjonalnie na grillu. Wystarczy mi taka rozmowa jak teraz, dobry film, książka. Ale słyszę: „Ty nie żyjesz w ogóle, to pracoholizm”. Nieprawda. Niczego mi nie brakuje, jestem zdrowa, czuję się spełniona, pełna mocy i siły do działania. Gdybym tylko mogła, to bym usiadła i pisała „Logodydaktykę w szkole”. Chce mi się po prostu. W tym cały sens szukania celu zgodnego ze sobą. Dlaczego niby harleyowiec, który rusza w Polskę, ma pasję, a ja, pisząc książkę po godzinach, jestem pracoholiczką? By działać, trzeba też rozumieć, czym jest skuteczne działanie. Bo znowu – świat zna różne definicje tego pojęcia. Ludziom się wydaje, że skuteczny jest ten, kto osiąga cel.

A nie jest tak?
No nie. Wystarczy sobie przypomnieć pyrrusowe zwycięstwo. Skuteczność to osiągnięcie zamierzonego celu przy optymalnym nakładzie kosztów. Ani za dużym, ani za małym, bo wtedy nie cenimy tego, co osiągnęliśmy. Optymalizacja kosztów to też czas. Często chcemy coś wymusić, zrobić przedwcześnie. Tymczasem wszystko ma swój rytm, trzeba to uszanować. Jest taka bajka Ezopa o gęsi, która znosiła złote jajka. Pewnego dnia jej właściciel zapragnął więcej złota, więc zabił ją i wyjął z jej brzucha jajko i wszystkie zarodki. Był skuteczny? W żadnym wypadku. Miał więcej złota tego dnia, ale zabił producenta. Tak postępują firmy, tak postępujemy w relacjach.

Brak nam cierpliwości, tracimy z oczu założony na początku cel. Skuteczne działanie to wyłącznie to w zgodzie z zasadą win-win, czyli wygrana-wygrana. Przykład, który często podaję. Mąż przychodzi do domu i mówi: „Kupiłem wędki, jedziemy na wakacje na ryby”. A żona na to: „W żadnym wypadku, jedziemy do mamy”. I co teraz? Kiedy pytam, jakie wyjście będzie wygraną-wygraną? Ludzie kombinują: z mamą na ryby? Tydzień tu, tydzień tu? A to nie o to chodzi. Już Einstein powiedział, że trudno rozwiązać problem na tym samym poziomie, na którym powstał. Zwykle trzeba wejść wyżej, spojrzeć z innego miejsca.

Czyli nie ma rozwiązania, póki nie dowiemy się, jakie były motywacje tej pary?
Właśnie. Powinni usiąść i szczerze porozmawiać o potrzebach. On by powiedział np.: „Kochanie, bardzo chcę, abyś odpoczęła, zastanówmy się, jak znaleźć wyjście dobre dla nas obojga”. Wtedy ona może powiedzieć: „W porządku, jedziemy na ryby. Chodziło mi tylko o to, że decydujesz za mnie”. Albo: „Nie lubię z tobą jeździć na ryby, bo jak nic nie złowisz, to się złościsz, a jak złowisz, muszę te ryby skrobać, a tego nie lubię”. Więc znowu nie chodzi o to, że nie na ryby, tylko jak mamy się zachowywać na tych rybach. Wygrana-wygrana to droga, to sposób komunikacji.

Uważam, że nie ma innej drogi wspólnego działania, życia czy robienia interesów. Inaczej rośnie jakaś niechęć, aż rozsadzi związek. Ostatni element niezbędny, by skutecznie działać, to moc produkcyjna. I tu wracamy do początku. Znamy już swoje możliwości, wiemy, jakie mamy marzenia, planujemy, zaczynamy iść do celu, ale coś utyka. Okazuje się, że brak nam pewnych cech charakteru albo mamy je słabo wykształcone. Logodydaktyka wyróżnia pięć cech, bez których nie sposób się odnaleźć w dzisiejszym świecie. To poczucie własnej wartości, pozytywne myślenie, spójność wewnętrzna, proaktywność i poczucie obfitości. Nad nimi trzeba pracować.

Która jest najważniejsza?
Zabawa polega na tym, że musimy mieć je wszystkie, bo jeśli któraś nie działa, cały system siada. Moim zdaniem jednak w Polsce wszyscy powinni zacząć od poczucia własnej wartości, bo go nie mamy i dlatego między innymi tak słabo u nas z pozytywnym działaniem, budowaniem czegoś. Ważnym elementem poczucia wartości jest wartościowa tożsamość – akceptowanie tego, kim się jest i gdzie się mieszka. To znaczy szukać pozytywów w tym, że jestem Polką, mieszkam w tym miejscu, mam takich rodziców itp. My tak lubimy narzekać, a z drugiej strony – sztucznie się dowartościowywać, udając kogoś innego. W Kanadzie, gdzie mieszkałam, spotykałam samych Polaków z wielkich miast. Nikt nie był ze wsi. Lubimy sobie dorabiać sztuczną wielkość.

Jak wyrobić w sobie poczucie wartości?
Każdy, kto choć raz był ze mną na spotkaniu, robił ćwiczenie, które polega na wypisywaniu pozytywnych informacji na własny temat w ciągu pięciu minut. Warto to zrobić, uzupełnić przynajmniej do 50, a potem czytać. Za każdym razem, kiedy się to robi, wynik jest lepszy. Ja zaczynałam od zaledwie dziewięciu rzeczy. Trzeba pracować z samooceną. Ludzie często mylą poczucie wartości z wysoką samooceną, tymczasem chodzi o to, by ta samoocena była adekwatna. Człowiek, który ma poczucie własnej wartości, nie boi się informacji zwrotnych, umie weryfikować opinię o sobie. Ja nie powiem na przykład, że jestem śliczna. Ale uważam, że jestem atrakcyjną kobietą. Tyle że moja atrakcyjność na czym innym polega. Warto się nauczyć kochać siebie. Szekspir powiedział: Piękno jest w oczach patrzącego. Jeśli kocham siebie i patrzę w lustro, to widzę w nim piękną kobietę i czuję się dobrze ze sobą. A był czas, kiedy w moim domu nie było ani jednego lustra.

Jak kochać siebie?
Jak normalna zdrowa matka kocha małe dziecko, które uczy się chodzić. Wspiera je, nie złorzeczy, że się przewróciło. Nie mówi: „Nie nadajesz się do chodzenia, właź do kojca i siedź, niezdaro”. A my tak często siebie traktujemy po pierwszej porażce. Taka miłość to szacunek do siebie, do swojego ciała, poczucie godności, ważności. Wiele lat spędziłam w Kanadzie, tam zrozumiałam, że dzieci wyrastają w poczuciu własnej wartości, kiedy ktoś naprawdę słucha tego, co mają do powiedzenia.

A u nas wciąż dzieci i ryby…
Albo druga skrajność – wychwalamy dziecko, że najlepsze, najpiękniejsze, najmądrzejsze, nie stawiamy granic, wszystko mu podporządkowujemy. A przecież najlepszy może być tylko jeden. I takie biedne dziecko traci kontakt z rzeczywistością. Jeśli ktoś mówi, że jest najlepszy, nie ma poczucia własnej wartości. Jeśli je ma – powie raczej, że jest w czymś dobry. Brak porównywania się i oceniania jest jedną z cech poczucia własnej wartości. Podobnie jak dawanie sobie prawa do inności. Wie pani, ile razy słyszałam: „Pani, taka kobieta sukcesu, i nie ma samochodu?”. A dla mnie kobieta sukcesu jeździ… taksówką. Zna siebie, wie, kim jest, a kim nie jest, w czym jest dobra, w czym potrzebuje wsparcia. Dzięki temu ma motywację i siłę, by robić to, co kocha.

Iwona Majewska-Opiełka
– psycholog, trener, coach, mentor liderów i ludzi związanych ze sprzedażą. Napisała 16 książek, w tym „Siłę kobiecości” i „Agenta pozytywnej zmiany”.

  1. Psychologia

Jak wyjść ze swojej strefy komfortu? Wyjaśnia psycholog Jacek Walkiewicz

Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. (Fot. iStock)
Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. Bo najważniejsze (ważniejsze nawet niż zdrowie) jest poczucie sensu. Jeśli zamiast niego króluje u ciebie bezsens, pora to zmienić!

Wszyscy mamy jakieś marzenia, jedne bardziej szalone, inne zwykłe, można by rzec, przyziemne. Ale łączy je jedno – to, że już na samą myśl o nich oczy nam się śmieją. I choćby inni się pukali w głowę, my wiemy swoje. Tego pragnie nasza dusza i nic na to nie poradzimy. Marzenia jednak mają to do siebie, że kiedy pozostają tylko w sferze wyobrażeń, zamiast uśmiechu potrafią wywołać na twarzy grymas bólu, złości czy frustracji. I to właśnie ten grymas widzimy czasem w lustrze. Cóż, łatwo marzy się kilkulatkowi, trudniej zaryzykować wszystko, gdy ma się, dajmy na to, 30 lat. Prawda, trudniej, ale może mimo to warto? Bo jeśli czujemy się nieszczęśliwi, smutni, przygnębieni; jeśli prześladuje nas jedna myśl: „a co by było, gdyby…”; jeśli serce się rwie, choć rozum ostrzega – nie bagatelizujmy tego. Jakaś część w nas domaga się wysłuchania.

Oczywiście, nikt nam nie powie dokładnie, co mamy robić, aby nasze życie stało się piękniejsze, pełniejsze, szczęśliwsze, bo to wiemy tylko my sami. Czasem potrzebujemy tylko inspiracji, przykładu kogoś, komu się udało. Myśli, która w nas zarezonuje, wytyczy nowy kierunek, pomoże dostrzec coś, czego do tej pory nie widzieliśmy. Mentora, który da kopa do działania.

Pełna moc możliwości

„Jestem z pokolenia, dla którego szczytem marzeń było pojechać do Niemiec, zarobić trochę marek, kupić rozbitego golfa, przywieźć go do Polski i czuć się lepszym człowiekiem” – tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych wykładów motywacyjnych, „Pełna MOC możliwości”. Rok po opublikowaniu w serwisie YouTube.pl ma już ponad milion odsłon, a jego autor, Jacek Walkiewicz, jest obecnie jednym z najpopularniejszych mówców motywacyjnych w Polsce. Kiedy pierwszy raz usłyszałam zarówno o nim, jak i o jego wykładzie, spytałam: „Ale właściwie o czym on mówi?”. „Trudno powiedzieć, w sumie o wszystkim” – odpowiedziała koleżanka. – „Po prostu musisz to zobaczyć”.

Zobaczyłam i potwierdzam. W sumie nie ma znaczenia, o czym, ale JAK Jacek Walkiewicz mówi…! Zadaje trafne pytania i udziela na nie jeszcze trafniejszych odpowiedzi. I konstruuje zdania, które nie dają spokoju, które wwiercają się w głowę i skłaniają do myślenia. Jak na przykład takie, zapożyczone od prof. Władysława Bartoszewskiego: „W życiu są rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca, ale nie zawsze to, co warto, się opłaca, i nie zawsze to, co się opłaca, warto”. Albo to: „Marzenia są czymś uroczystym, są czymś odświętnym. Natomiast dochodzimy do nich przez taką normalną prozę życia, przez codzienność”. Oba cytaty odwołują się do historii o kamperze, młodzieńczym marzeniu Walkiewicza. Odkąd jeździł za granicę na kempingi, marzył o tym, żeby zamiast małego namiotu mieć porządną przyczepę, jak niemieccy turyści. O kamperze śnił 20 lat, aż w końcu, już jako 40-latek postanowił go kupić. Znalazł nawet odpowiedni na Allegro, pojechał do właściciela, obejrzał i wpłacił trzy tysiące zaliczki, po czym wrócił do domu i… popadł w przygnębienie. Ogarnęły go smutek i poczucie, że nie wie, co dalej. Aż w końcu, po paru dniach, jego żona spytała: „Kupujesz tego kampera czy nie?”. Odpowiedział, że nie wie. Że 20 lat marzył o kamperze i teraz nie wie, czy naprawdę go chce. Na to żona: „Jacek, zawsze mi mówiłeś, że marzenia są po to, żeby je realizować. Więc zrób to, bo inaczej nigdy nie będziesz wiedział, jak to jest mieć kampera”.

Walkiewicz, mówiąc o sobie, mówi tak naprawdę o nas wszystkich. Jego wykład, ale też książki, są tak naprawdę o odwadze do spełniania marzeń, a czasem o odwadze do ich porzucenia. Jednym zdaniem – o odwadze, by stać się bohaterem swojego życia.

Jest słoneczne poniedziałkowe popołudnie, a ja siedzę naprzeciwko niego w jego niewielkiej, ale bardzo klimatycznej księgarni przy ul. Chmielnej. Miękki fotel, gwar dziecięcych głosów dobiegający z oddali, zapach smakowitych dań dochodzący z włoskiej restauracji nieopodal. Przyszłam na wywiad o istocie marzeń, ale nie wiem, że czeka mnie tak naprawdę godzinny wykład motywacyjny. Bo Jacek Walkiewicz, jak sam twierdzi, od zawsze miał skłonność do przegadywania innych. I wiecie co? Rzeczywiście jest w tym najlepszy. Zresztą, co będę wam opowiadać, posłuchajcie.

Historia o kamperze tak naprawdę jest o tym…

…że mamy wyrzuty sumienia, gdy kupujemy sobie coś „drogiego”, gdy przeznaczamy dużą sumę pieniędzy tylko na siebie. To chyba nasza narodowa cecha. Gdy słyszę, jak młoda matka mówi, że ma wyrzuty sumienia, bo kupiła sobie drogi płaszcz, to ja się pytam, w czym jest problem? Skoro płaszcz jej się podobał i skoro zarabia tyle, że było ją na niego stać… No właśnie, problem polega na tym, że ona czuje, że nie ma prawa spełniać swoich zachcianek, że trzeba było przeznaczyć te pieniądze na dziecko, jedzenie, cokolwiek, byle nie na siebie. Ja podchodzę do kwestii zakupów następująco: skoro podoba mi się jakaś koszula, ale waham się, czy nie jest za droga, to mówię sobie, że jeśli jej nie kupię, to sprzedawca jej nie sprzeda, a jak sklep przestanie przynosić zysk, to go zamkną i wiele osób straci pracę. Moja konsumpcja ma więc szerszy wymiar niż tylko osobisty. Zarabiamy pieniądze, to je wydawajmy. Świat daje ogromne możliwości, ale cóż z tego, skoro my mamy w głowach ograniczenia i blokady, które nie pozwalają nam w pełni z nich korzystać.

Ostatnio zrobiłem taki wpis na blogu, że większość z nas powinno mieć na imię „Uważaj”. Uważaj Krystyna czy Uważaj Paweł. Przecież od dziecka to słyszymy: „Uważaj, nie biegaj z patykiem, bo wbijesz go sobie w oko”, słowo daję, nigdy w życiu nie widziałem dziecka z patykiem w oku. Przez to wieczne „uważaj” sądzimy, że nie ma sensu czegoś zaczynać, bo i tak się nie uda, wolimy nie ryzykować, bo to niebezpieczne. Lepiej zostać w strefie komfortu. A bycie bohaterem swojego życia to akt odwagi. To wewnętrzne zintegrowanie, takie poczucie, że jest się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i właściwą osobą. To dążenie do największej spójności między swoim „myślę”, „mówię”, „robię” i „czuję”. Co nie znaczy, że stajemy się niewolnikami swoich postanowień czy przekonań. Jeśli postanawiam, że od dziś nie jem mięsa, a za rok najdzie mnie ogromna ochota na kurczaka, to go zjem. Ludzie oczywiście będą się dziwić: „Ale ty przecież nie jesz mięsa”. Nie jem, ale dzisiaj zjem. Dlaczego? Bo chcę.

W życiu najbardziej fascynuje mnie to…

…że jest tajemnicze. I że te tajemnice odkrywa przed nami stopniowo. Zwykle zapominamy, że to my ustawiamy się na określonej ścieżce, podejmując z pozoru niewiele znaczące decyzje. Ja na przykład miałem być lekarzem, wybrałem klasę biologiczno-chemiczną, miałem zdawać na medycynę. Niestety, niespecjalnie lubiłem i rozumiałem fizykę, a ona była obowiązkowa. Pozostało mi wybrać studia, na które zdaje się tylko biologię i chemię. Zdecydowałem się na weterynarię. Studiowałem tak dwa lata, z głębokim przekonaniem, że boję się zwierząt i że to, co robię, jest kompletnie bez sensu. Ale bez jakiegokolwiek wglądu w to, co mógłbym robić. Czyli dokładnie wiedziałem, czego nie chcę, ale nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, co chcę. Z drugiej strony, zawsze miałem głębokie przekonanie, że najpierw trzeba coś zamknąć, żeby coś nowego otworzyć. Ludzie zwykle boją się tego zawieszenia, wolą żyć „na zakładkę”, czyli jeszcze trzymają się jednej rzeczy, ale już chwytają za drugą. Ja wiele razy w życiu zaryzykowałem, dzięki czemu, jak sądzę, mój stopień otwartości i motywacji jest o wiele wyższy, niż gdybym ciągnął coś na dwa etaty.

Przeniosłem się na psychologię, która wtedy, w okresie stanu wojennego, była uważana za „naukę o wariatach”. Tymczasem w czasach mięsa na kartki weterynarz to był ktoś. Psychologia otworzyła mnie na coś, co mnie zafascynowało, czyli na temat perswazji, wpływu na ludzi. Dlatego też po studiach, mimo że rozpocząłem pracę w poradni, przerwałem ją i poszedłem do działu reklamy w „Gazecie Wyborczej”. A tam, dzięki jednemu z moich mistrzów, przekonałem się, że mówiąc do ludzi, w trzy godziny można im przekazać więcej, niż słyszeli przez ostatnie pięć lat. Ale tylko wtedy, kiedy dzielisz się swoim doświadczeniem, na zasadzie: „opowiem wam o swoim życiu i zostanę waszym bohaterem”. Bo naszymi bohaterami stają się ludzie, którym możemy zajrzeć do ich życia, i dzięki temu porównać je ze swoim.

Odszedłem z gazety, założyłem własną firmę szkoleniową, ale czułem, że to też nie do końca to, co chciałbym robić. Tak naprawdę nigdy nie byłem trenerem warsztatowcem, zawsze miałem tendencję, by przegadywać innych, a nie słuchać. A na dwudniowych warsztatach raczej się ćwiczy, a nie mówi do uczestników. Oni z kolei zawsze pytali się o ćwiczenia, wymyślałem więc jakieś, ale one nie wciągały ludzi tak jak to, co do nich mówiłem. Proporcje zaczynały się więc przesuwać i doszło do tak absurdalnej sytuacji, że robiłem dwudniowe warsztaty, na których nie było żadnego ćwiczenia. Może pani sobie wyobrazić, jak trudno w tamtych czasach było coś takiego sprzedać.

Postanowiłem, że rzucam warsztaty i skupiam się tylko na wykładach. Poczułem, że nie mogę siedzieć na sali, słuchać tego, co mówią uczestnicy, i mieć poczucie, że to wbrew mnie i że w pewien sposób wszystkich oszukuję. Że nie jestem bohaterem swojego życia, jestem antybohaterem. I znów było to ogromne ryzyko, niewiele firm było zainteresowanych takimi wykładami, a warsztaty były na topie. Nikt nie wierzył, że można utrzymać uwagę słuchaczy przez bite dwie godziny. Wszyscy pytali: „Ale o czym pan mówi?”. – Dobre pytanie – odpowiadałem – trzeba by o to spytać tych, co mnie słuchają. Moim zdaniem mówię o życiu.

Cała prawda o marzeniach…

…jest taka, że one się zmieniają, ewoluują. Kiedy jesteśmy młodzi, nasze marzenia są głównie materialne. Chcemy mieć. Potem, tak po trzydziestce, bardziej zaczyna nas interesować nie tylko to, co mamy, ale również to, co robimy. Zaczynamy doceniać drogę do celu bardziej niż sam cel. Jeszcze później myślimy już nie o tym, co robimy, ale kim się dzięki temu stajemy.

A ponieważ marzenia się zmieniają i my też, warto co jakiś czas robić update swoich przekonań, talentów i celów, bo nawet te ostatnie mogą się z czasem dewaluować. Ja sam byłem ogromnie zdziwiony, gdy jakiś czas temu zmieniłem jedno ze swoich fundamentalnych przekonań, że w życiu najważniejsze jest zdrowie. Ale przekonał mnie przykład osób doświadczonych przez los, chorych, niepełnosprawnych fizycznie, którzy jednak spełniają się w życiu. I odkryłem, że od zdrowia ważniejsze jest poczucie sensu. Nawet jeśli inni będą pukali się w głowę. W życiu po prostu należy robić swoje. Co nie znaczy, że trzeba się konsekwentnie trzymać ścieżki, jaką obraliśmy lata temu. Niekiedy najciekawsze rzeczy przydarzają się z boku drogi, poza ustalonym szlakiem. Dlatego czasem warto zmienić plany, wsiąść do innego pociągu, na imprezie podejść do grupki nieznajomych, zrobić coś wbrew utartej logice.

I warto realizować dziecięce marzenia, nawet jeśli nie są już w nas tak silne jak kiedyś, chociażby po to, żeby je odhaczyć. Powiedzieć wnukom: „Dziadek zawsze marzył o podróży do Afryki i w końcu tam pojechał”. Wtedy stają się one naszą prawdą, doświadczeniem, historią. Dowodem na nasze sprawstwo. Inaczej potrafią dręczyć do końca życia. Ja większość swoich dziecięcych marzeń zrealizowałem między 37. a 40. rokiem życia. Ale z marzeniami trzeba też uważać, bo mogą stać się bieganiem od punktu do punktu: tu skaczę, tu pływam, tu jadę do Nowej Zelandii, ale tak naprawdę nie spełniam się, tylko miotam. Wszystko jest dobre, od czego nie jesteśmy uzależnieni. Kiedy stajemy się ich niewolnikami, pojawiają się choroby. I może dobrze, bo dla wielu osób większym kopem do zmian jest nie inspiracja, a desperacja. O wiele trudniej jest zaryzykować, gdy wszystko jest dobrze. A już najtrudniej jest zaryzykować pieniądze. Ciągle balansujemy między poczuciem bezpieczeństwa a wolnością. A jak ktoś mądry powiedział, możesz wybrać albo bezpieczeństwo, albo wolność, ale jak wybierzesz bezpieczeństwo, stracisz jedno i drugie. Dlatego według mnie lepiej wybrać wolność. A marzenia są właśnie tam, gdzie jest wolność.

Zamień słowa blokujące zmianę na wspierające

Zmień swoje słownictwo, a zmienisz swoje życie – przekonuje Jacek Walkiewicz. Dlatego jeśli masz poczucie, że nic ci się nie udaje, że nie jesteś w miejscu, w którym zawsze chciałaś być, zacznij od tej prostej, ale potężnej w skutkach zmiany.
  • Zamiast „ROZCZAROWAŁAM SIĘ”, mów: „DOŚWIADCZYŁAM”
  • Zamiast „JUTRO” – „TERAZ”
  • Zamiast „CHCIAŁABYM” – „POTRZEBUJĘ”
  • Zamiast „POŚWIĘCĘ SIĘ” – „WYBIERAM”
  • Zamiast „MOŻE” – „POSTANAWIAM”
  • Zamiast „POWINNAM” – „DECYDUJĘ”
  • Zamiast „UDAŁO MI SIĘ” – „ZROBIŁAM”
  • Zamiast „TRZEBA” – „MOGĘ”
  • Zamiast „PROBLEM” – „ZADANIE”
  • Zamiast „NIE POTRAFIĘ” – „NAUCZĘ SIĘ”
  • Zamiast „NIE WIEM” – „SZUKAM”