1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wizerunek potrzebny od zaraz

Wizerunek potrzebny od zaraz

123rf.com
123rf.com
Image, portret, postrzeganie... Jeśli chcesz pełnić określoną rolę – zadbaj o odpowiedni wizerunek. Od zaraz. A czy konwencja oznacza unifikację? Jak nie oszukiwać siebie? Czytaj dalej!

Oto syndrom starego swetra – tego szarego, ukochanego, jeszcze z liceum. Bronimy go jak niepodległości, no bo czemu zdejmować z grzbietu, po co jakiś tam dress code i podobne formy ucisku wolności?

Tymczasem w świecie konsumpcji i marzeń o sukcesie – to właśnie garnitur otwiera drogę do niezależności. Znajomość dress code’u, dobry adres, odpowiedni gadżet – mogą więcej dać niż zabrać. Wrażenie, jakie robimy na innych, często decyduje o tym, czy zyskamy, czy stracimy, czego będziemy mogli dokonać. Jak mieć na nie wpływ?

Sweter w koszu, cisza w necie

– Czy prezes dużej firmy może prowadzić blog poetycki albo dyskutować o seksie? – pytam Piotra Onikki-Górskiego, dyrektora kontaktów zewnętrznych Business Centre Club. – Zależy, czy pisze dobre wiersze. Jeśli to czysta liryka, może zajmować się i biznesem, i poezją – śmieje się. – Dziś wielu polityków, biznesmenów, przedsiębiorców na Twitterze czy Facebooku opowiada, że właśnie gotuje bigos, albo – jak minister Sikorski – pisze o książce swojej żony. Mój szef Marek Goliszewski nie ukrywa, że był kiedyś zapaśnikiem. Zdjęcia, na których siłuje się z Andrzejem Supronem, są w sieci. Myślisz sobie: „Równy gość”.

Kreowanie wizerunku w internecie jest bardzo skuteczne. Ale trzeba ostrożnie postępować z tym narzędziem. Siedzimy sami w domu przed ekranem komputera i mamy złudne poczucie intymności. Nie ulegajmy mu. To, co napiszemy, przeczytają wszyscy. Dlatego nie jest wskazane na przykład prowadzenie bloga o seksie czy o rozstaniu i wylewanie w nim pomyj na byłego partnera albo zbyt emocjonalne reagowanie na Facebooku.

– Wpis o małym członku byłego partnera może mieć znaczenie w… negocjacjach zawodowych – mówi Piotr Onikki-Górski. – Kiedy, powiedzmy, jakaś Ewa, prezeska firmy i autorka takiego wpisu, stara się o kredyt obrotowy w wysokości dwóch milionów złotych, to negocjator z banku, który siedzi po drugiej stronie stołu, usiłuje ją ocenić. Być może czytał jej wpis. Bo dziś, zanim ktokolwiek poważny siądzie do negocjacji (a dwa miliony możemy nazwać sprawą poważną), robi research. Informacji szuka nie tylko na stronach internetowych, ale także na ich kopiach. Monitoring mediów jest legalny i prowadzi go wiele firm. Polega na kopiowaniu wszystkiego, co pojawiło się w internecie i po chwili znikło. Zatem, może stać się tak, że Ewa pani prezes nie dostanie pieniędzy dla firmy, bo ujawniła się w sieci jako Ewa kobieta i zostanie uznana za osobę ulegającą emocjom, a więc niewiarygodną. Tymczasem bez tego kredytu jej firma upadnie i kilkadziesiąt osób straci pracę. Zanim więc cokolwiek napiszesz w internecie – zastanów się.

Poza House’a niewskazana

Zwłaszcza podczas rozmowy rekrutacyjnej. – Jeśli pójdziemy rozmawiać o pracy ubrani byle jak, z laptopem w jednej i hamburgerem w drugiej ręce, cudem będzie, jeśli ktoś się nami zainteresuje na tyle, żeby w ogóle wziąć pod uwagę naszą kandydaturę – mówi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta i prezes Centrum Psychoterapii Behawioralno-Poznawczej CBT. – A jeszcze większym cudem, gdy nas zatrudni. A jeśli już – to pewnie da nam wtedy jakąś ciemną kanciapę na końcu korytarza i zapewni dyskretną dostawę hamburgerów, żebyśmy nie włóczyli się po firmie i nie psuli jej wizerunku...

– Bo pracownik to nie tylko umiejętności – potwierdza Piotr Onikki-Górski. – Szefowa HR powinna wprawdzie umieć wyłowić genialnego House’a, nawet jeśli przyjdzie na rozmowę kwalifikacyjną w starym T-shircie i rzuci brzydkie słowo, ale potem postawi firmę na nogi. Jednak w 99 proc. przypadków człowiek, który zakłada na rozmowę kwalifikacyjną T-shirt, ma w nosie tę firmę i będzie traktował swoje obowiązki tak jak i przygotowanie do tej rozmowy. Gandhi powiedział, że nic nie zabiera tyle czasu, środków i wysiłku, jak to, żeby wyglądać naturalnie.

Jak zatem dochodzi się do naturalności, która jest w cenie i która wspiera nasz biznesowy sukces? – W zawodowym życiu mężczyzny są trzy etapy – mówi Piotr Onikki-Górski. – Pierwszy – to młodzieńcza abnegacja – czyli koszulka i trampki, swetry i dżinsy. Rzadko kto od razu lubi garnitur i czuje się w nim tak cudownie jak Barney z serialu „Jak poznałem waszą matkę”. On mógłby nawet na jogę chodzić w garniturze. Zwykle kochamy wygodę i zgrzytamy zębami, gdy musimy założyć marynarkę i spodnie z materiału. Ale to jest praca. Trzeba poznać dress code, tak jak poznajemy języki obce. Kiedy kończymy studia, idziemy z mamą kupić krawat na obronę pracy dyplomowej. Potem nosimy go cztery lata przy każdej okazji. Ale potem czas przejść w dorosłość.

Druga faza – to wbicie się w sztywny garnitur i źle zawiązane krawaty. Czas obserwowania i pracy nad tym, żeby mieć rzeczy odpowiednie do sytuacji. Nauka wiązania podwójnego węzła windsorskiego, dobierania krawatu do białej koszuli i do tej w kratkę. Dopiero kiedy zaczynamy czuć, że garnitur jest naszą drugą skórą, możemy przejść do trzeciego etapu. Umiemy już dobrać rzeczy na luzie: marynarka sztruksowa, koszula w kratkę, stalowe dżinsy, pasujące do rozmowy, do sytuacji i – do osoby je noszącej…

Snobizm — czy tak trzeba?

Kiedyś w redakcji koleżanka zwróciła mi uwagę: „jak ty się nie wstydzisz przychodzić do pracy w okularach kupionych na stacji benzynowej?!”. Przez dwa lata nie nosiłam ciemnych okularów, nie mogłam wydać na nie więcej niż 50 zł. A w zwykłych wstydziłam się chodzić… Czy markowe gadżety są konieczne do zbudowania wizerunku?

– Nie ma takiego przymusu, ale ja na przykład lubię markowe przedmioty – mówi Piotr Onikki-Górski. – Ten napis, logo… lubię tak sobie rzucić okulary, że niby wcale mi nie zależy. Sam się z siebie śmieję. Moja kuzynka, dyrektorka finansowa, gdy jeździ po jajka na bazar w Szczytnie, niedaleko którego ma domek letniskowy, to kupuje tam ciemne okulary. Nosi je potem na deptaku w Chamonix i nie ma kompleksów… Są jednak przedmioty, które zwyczajowo mają znaczenie. W kontaktach służbowych na posiedzeniach komisji używam piór markowych: Aurora lub Visconti. Są elementem stroju, mam je przypięte do marynarek odpowiednich garniturów. Ale notatki robię żelowym długopisem, za 3,50, który najlepiej pisze – Pilotem G2, nim pracuję całe dnie i noce.

– Przedmioty są oznakami statusu i sukcesu oraz siły i sprawstwa – dodaje dr Tomasz Srebnicki. – W przypadku ludzi sukcesu związanych z biznesem powinny świadczyć o cechach w ich profesji pożądanych, zgodnych ze stereotypowym obrazem. Epatować luksusowym zegarkiem biznesmen może, bo tak manifestuje swoją siłę. Ale profesor czy ekspert lepiej, gdy posiada rzeczy eleganckie, ale będące niewidocznym tłem do tego, co ma w głowie, co ma do powiedzenia. Niedobrze, gdy strój eksperta rzuca się w oczy, gdy ma widoczne logo, jest w krzykliwych kolorach. Ekspert nie powinien na spotkanie, konferencję, kurs jechać starym autem. Nawet, jeśli wydaje się mu, że to głupie wydawać fortunę na nowego saaba, albo gdy nawet ma zabawną teorię, która tłumaczy, czemu tego nie robi („nie muszę nadrabiać męskości”), prestiżowe auto jest mu potrzebne. To element spójnego obrazu jego roli społecznej.

– Dobrze, gdy wygląd eksperta zgadza się ze stereotypem osoby o tej profesji czy na tym stanowisku. Jeśli tak nie jest, to ludzie w jego obecności czują się zaniepokojeni – mówi dr Srebnicki. – Rodzi się w nich nieświadoma wątpliwość: „Czy jest tym, za kogo się podaje?”. Gdy podjeżdża pod miejsca szkoleń starym autem, kojarzy się z konserwatorem powierzchni płaskich, a nie prelegentem, który zapełni audytorium. I tak jego autorytet, zbuntowany przeciw zasadom, traci też na spolegliwości.

Zasady kreowania wizerunku w wypadku pozycji społecznej podpowiadają nam stereotypy. Można udawać, że się im nie podlega, ale wtedy inni myślą, że nie okazujemy im szacunku, że jesteśmy skupieni na sobie.

– Wielu ludzi ma potrzebę niezależności – mówi dr Srebnicki. – Ale, w końcu dochodzą do wniosku, że to, z czego oni się śmieją,  dla innych może być istotne. Tłem tego, co nazywamy kreowaniem wizerunku w pozycji społecznej, jest szacunek dla innych, zrozumienie, dlaczego to dla nich ważne.

Jak budować autorytet

– Świadome kreowanie wizerunku zaczyna się od pytania: „Jak chcę być postrzegany?” – mówi dr Srebnicki. – Na przykład nauczycielka najczęściej chce być autorytetem, kimś, komu należy się szacunek, kto jest też postrzegany jako osoba zdecydowana. Ale jeżeli założy rajstopy z lecącym oczkiem i będzie czuć od niej dym papierosowy, zrodzi to pewien dysonans. Takim wizerunkiem wysyłałaby uczniom sprzeczne komunikaty: „Jestem kimś niechlujnym, lekceważę zasady” – i drugi: „Macie mnie słuchać i naśladować, bo jestem tu autorytetem”.

Niektórzy nauczyciele myślą, że już z racji samej roli społecznej przysługuje im szacunek. A tak nie jest. Nawet Margaret Thatcher przeszła szkołę mówienia, akcentu, manier. Dzięki temu – jako kobieta z nizin – wydobyła się do high class.

Zamieszanie z wizerunkiem bierze się często stąd, że wychowano nas w przekonaniu: „Ważniejsze jest to, co człowiek sobą reprezentuje, niż to, jak wygląda”. To przeświadczenie wielu z nas prowadzi na manowce. Dlaczego?

– Jest bardzo mało ludzi ciekawych tego, co sobą naprawdę reprezentujemy – mówi dr Srebnicki. – Przyjaciele, psycholodzy może są tym zainteresowani. Reszta chce tylko najłatwiej i najszybciej załatwić z nami swoją sprawę. Nie zastanawiają się, co mamy w środku, zwłaszcza gdy z wierzchu zobaczą niemodne, pogniecione ciuchy.

Miejsce na „ja” w konwencji

– Do tej pory chodzę z plecaczkiem, podobnie jak mój znajomy minister – mówi Piotr Onikki-Górski. – Nie możemy się odzwyczaić. Jeżdżę do pracy na rowerze. W pokoju mam szafę i przebieram się. Nie jestem wyjątkiem, mój teść, który w Finlandii jest sędzią, również dojeżdża do pracy rowerem. Można pogodzić pasję, bycie sobą i przestrzeganie dress code’u. To nie są ekstrawagancje. Konwencja nie oznacza unifikacji, tylko podpowiedź, jak się zachować w danej sytuacji. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że to efekt działania społeczeństwa, które jednostkę tłamsi. Człowiek zawsze może odnaleźć w konwencji swoje miejsce, czasem na obrzeżach, a czasem w centrum. Zazwyczaj jednak wszyscy się mieścimy w jej granicach.

– Jeśli zawsze chodzę w dżinsach i swetrze, to zapewne znaczy, że forsuję samego siebie za wszelką cenę, a więc bardzo zależy mi na wizerunku, tyle że jestem w innym miejscu niż to, dla którego byłby typowy – stwierdza dr Tomasz Srebnicki. – Skupiony jestem na tym, co czyni mnie unikalnym: mój strój, mój sposób mówienia, moje gadżety. Wizerunek osoby oryginalnej zawsze czemuś służy, np. unikaniu konfrontacji z tym, że jest się samotnym, że poza oryginalnością niewiele się ma w życiu. Zmiana wizerunku oznaczałaby przyznanie się do tego, że jest się takim samym człowiekiem jak inni.

Ktoś, kto chodzi zawsze w swetrze z liceum i podartych dżinsach, jest postrzegany jako osoba roztrzepana, żyjąca w innym świecie, zagubiona, poświęcająca się sprawom nadrzędnym. A to daje mu uwagę i uznanie. Wykorzystuje więc innych do tego, by spełniali jego potrzebę podziwu i uwagi. Tak radzi sobie z poczuciem niskiej wartości, uzyskuje opiekę, ciepło. Ale jednocześnie – bojkotuje swój sukces, możliwość zrealizowania ambicji zawodowych. Przez wrażenie, jakie robi na innych, nie jest brany pod uwagę przy awansie czy delegowaniu do ważnych projektów. No nie pasuje…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Piękno to pojęcie względne. Pożegnaj swojego wewnętrznego krytyka

Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody, pokochasz siebie na nowo. (Fot. iStock)
Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody, pokochasz siebie na nowo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sztuką jest dostrzec piękno tam, gdzie nikt go nie szuka, bo piękno jest względne: zgodnie z definicją to stan umysłu. O tym właśnie mówi historia pewnej budowli, która przez długie lata była nienawidzona przez mieszkańców miasta, w którym powstała.

Potępiali ją intelektualiści, architekci, artyści i robotnicy. Protestowali już w trakcie budowy, chcąc doprowadzić do jej odwołania, argumentując to tym, że oszpeci to pozostałe zabytki miasta. Dodatkowo cała konstrukcja wykonana została z żelaza, uznawanego za nieszlachetny materiał budowlany. Mieszkańcy znaleźli nawet obraźliwe określenia dla niej: „nieudana latarnia uliczna'', czy też „fabryczna rura”.

W projekcie zakładano, że po 20 latach od budowy zostanie rozebrana. Jednak jej założyciel, stworzył na niej laboratorium meteorologiczne, dzięki czemu uchronił ją przed zniknięciem. Dziś jest jednym z bardziej znanych obiektów architektonicznych i stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych dla ludzi z całego świata. Wieża Eiffla.

Bywa, że nieraz jesteśmy jak wieża Eiffla - atuty naszej urody nie są docenione. Próbując na siłę dopasować się do obowiązujących trendów i źle interpretowanej definicji piękna, nie dostrzegamy tego, co w nas piękne i wyjątkowe.

Jak widać po historii słynnej budowli, pojęcie piękna jest tylko kwestią umowną.

Każda z nas może być piękna na swój własny sposób. Zamiast skupiać się na swoich kompleksach i niedoskonałościach, lepiej znaleźć pozytywne aspekty.

Może nie masz figury modelki, ale twoim atutem są kobiece kształty, które możesz wyeksponować na kilka różnych sposobów. Może jesteś posiadaczką kręconych włosów, a marzysz o prostych i nie dostrzegasz tego, czym obdarzyła cię natura? Może posiadasz piękną cerą, a ciągle narzekasz na swoje włosy. Te przykłady można mnożyć. Co kobieta to inna historia.

Jedno jest pewne: wiele kobiet nie dostrzega swoich atutów.

Czy kiedykolwiek czułaś obawę przed tym, że nie jesteś wystarczająco piękna? Czy towarzyszą ci natrętne myśli na temat twoich niedoskonałości, które spędzają Ci sen z oczu? Czas pożegnać swojego wewnętrznego krytyka... Jeśli chcesz dobrze czuć się w swojej „skórze”, powinnaś opanować wewnętrzny głos, który ciągle podważa twoją atrakcyjność. Daj sobie przyzwolenie na to, że nie musisz być idealna.

Zatem wytęż wzrok, spójrz na siebie w inny sposób. Znajdź inspiracje wśród znanych osób, które są do ciebie podobne. Może masz kobiece kształty, niczym Kim Kardashian, albo piękne rude włosy, niczym Jessica Chastain. Może jesteś figlarną kobietą, podobnie jak Eva Longoria, a może jesteś kobietą dojrzałą, podobnie jak Meryl Streep. Odważ się użyć słowa „piękno” w kontekście swojej osoby. Nie myśl o tym, co powiedzą inni, nie zastanawiaj się, czy czasem nie podważą tego oceniającym spojrzeniem. Nie potrzebujesz karmić się negatywnymi opiniami przypadkowych ludzi, wystarczy ci, że masz swojego własnego krytyka.

Podobno ciało słucha umysłu, stąd ulega ono zmianie, bądź nie, w zależności od tego, co myślisz i mówisz o sobie. Pozytywne wzmacnianie jest niezbędne w drodze do wykreowania w swoim umyśle pozytywnego wizerunku, co bezpośrednio stanie się widoczne dla innych. Im mocniej uwierzysz w swoje piękno, tym wyraźniej będzie ono zauważalne dla innych. Dlatego pracę nad doskonaleniem swojego wizerunku powinnaś zacząć od siebie, zamiast przeglądać się w oczach innych ludzi.

Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody i zrozumiesz, co oznacza słowo piękno, to przyjdzie taki moment, że pokochasz siebie na nowo. Dlatego bądź dla siebie najlepszą przyjaciółką, opiekuj się sobą, mów sobie miłe rzeczy. Nie pozwól sobie wmówić, że nie zasługujesz na to, by stać się niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju.

Aleksandra Necel-Kozioł: certyfikowana trenerka i osobista stylistka, która pomaga kobietom poczuć się wyjątkowo i wyglądać pięknie, a także znaleźć mocne strony swojej osobowości i wykorzystywać je w życiu zawodowym i prywatnym.

  1. Moda i uroda

Nowy wizerunek na nowy etap życia - jak go stworzyć?

Radykalna zmiana wizerunku często idzie w parze z dużymi zmianami w życiu. (Fot. iStock)
Radykalna zmiana wizerunku często idzie w parze z dużymi zmianami w życiu. (Fot. iStock)
Za dużo tej blondynki w lustrze. Beznadziejny bilans: niewykonane postanowienia, dziesięć kilogramów więcej, spodnie nie chcą się zapiąć. Czy to Bridget Jones 20 lat później? Nie, to Katarzyna Droga łaknąca nowego wizerunku na nowy etap życia. Z fachową pomocą trenerki rozwoju osobistego Barbary Kohlbrenner podpowiada, jak go stworzyć.

Skąd wiadomo, że jest nam potrzebna zmiana wizerunku?
Już samo rozważanie tego tematu to sygnał, że coś jest nie tak, że chyba nie czuję się ze sobą dobrze. Kiedy spotykam się z kobietami, pytam je: „Co w sobie najbardziej lubisz?”. Zapada cisza. A potem mówią: „Lepiej zacznijmy od tego, czego w sobie nie lubię”. I tu cała litania: „Nie lubię bioder, ud, cellulitu…”. A skupienie się na atutach to podstawowy punkt wyjścia do zmiany. W każdej osobie jest coś ładnego – trzeba to odkryć, eksponować i pielęgnować. Pewna klientka przyszła do mnie i mówi: „Mam wielką pupę i szerokie biodra, jak ja ich nie lubię!”. Ubrałam ją i pokazałam, że to właśnie jest jej atut, bo takiej pupy kobiety o sylwetce chłopczycy mogą jej tylko pozazdrościć.

Budowanie wizerunku to stawienie czoła kompleksom?
Kompleksom i stereotypom, które nam kiedyś zaszczepiono. Bo jeśli jako nastolatce ktoś mi powiedział: „Masz krótkie nogi i dużą pupę”, to takie słowa zapadają w pamięć. Trudno się od tego odciąć. Dlatego budowanie wizerunku to projekt na całe życie. Owszem, klientka może przyjść do mnie, pójdziemy na zakupy, dokonamy metamorfozy, ale potem ją z tym zostawiam i ona każdego następnego dnia buduje pewność siebie. Poza tym my się zmieniamy, nie jesteśmy takie same jak wtedy, kiedy miałyśmy 18 czy 30 lat. Nie tylko ciało ulega zmianom, ale i psychika – mamy inne spojrzenie na świat i świat sam też się zmienia. Zatem trzeba uważać, żeby nie utknąć gdzieś w przeszłości, dać wyraz swojemu dojrzewaniu i nowemu etapowi właśnie w nowym ubiorze i wizerunku.

Nowym etapem może być nowy rok. Albo mój przypadek: właśnie zostałam babcią. Wizerunek babci w naszej kulturze nie jest budujący: pani w koczku i okularach, z robótką w ręku albo wesoła emerytka z reklam maści na stawy. Jak czuć się z tym dobrze?
Jest niezawodny sposób: być autentyczną. Bo tak naprawdę co się zmienia wraz z narodzinami wnuka? Tylko to, że przybycie nowego członka rodziny może dodać wigoru, świadomości, że jesteśmy dodatkowo potrzebne, że mamy jeszcze jedną osobę do kochania. To nowa energia i cudowne doświadczenie. Czasy się całkowicie zmieniły. Żyjemy coraz dłużej, mamy medyczne narzędzia, by zadbać o zdrowie, więc jesteśmy młode. Dagmara Skalska, która zajmuje się badaniem trendów, nazywa obecne pokolenia „forever young”, czyli „wiecznie młodzi”. Bo młodość to stan umysłu. Można czuć się starym i zmęczonym, mając dwadzieścia kilka lat lub pełnym sił i wigoru po siedemdziesiątce. Dlatego kobieta, która została babcią, powinna nadal być sobą. Jeśli jej zawód i tryb życia wymagał tego, żeby chodziła na obcasach i w garsonkach, to niech nadal w nich chodzi. Oczywiście, że jeśli wybiera się z wnuczkiem do piaskownicy, to zmienia żakiet na strój sportowy, ale to nadal będzie ona. Współczesne babcie po pięćdziesiątce to kobiety, które odżywają, dostrzegają w sobie prawdziwą kobiecość i zaczynają ją podkreślać, także strojem. Teraz dopiero mają czas, by zatroszczyć się o siebie, rozwijać pasje i spełniać marzenia.

Tak, ale samo słowo, też element wizerunku, brzmi słabo. Zostanie babcią dowodzi upływu czasu, kwalifikuje w starość.
I ta starość w czasach kultu młodości jest źle postrzegana. A mogłaby być postrzegana pozytywnie jako dojrzałość, doświadczenie, dzielenie się z innymi, bycie ekspertem. To zewnętrzne cechy starości sprawiają, że odbieramy ją negatywnie. Kojarzy się z czymś niedołężnym, boimy się tego. Ale zawsze to powtarzam: to od nas zależy, jak postrzegamy siebie. Czy damy się wpuścić w te niemodne konotacje słowa „babcia”, czy powiemy sobie: „Jestem superbabka, mam ochotę na wygłupy z wnuczkiem, na zjeżdżalnię i kolorowe ciuchy”.

Ale wygłupy i młodzieżowe stroje mogą prowadzić do śmieszności. Gdzie jest ta granica, którą niebezpiecznie jest przekroczyć?
I znów podkreślę, chodzi o autentyczność. Udawanie, że nie jestem babcią, ale licealistką, więc zakładam krótką spódnicę, cekiny i kolorowe rajstopy – nie uda się, bo to będzie przebranie. Co innego jeśli ktoś cały czas ubierał się jak kolorowy ptak, to niech robi tak na starość, jak słynna Iris Apfel. Niemal tuletnia ikona mody, zawsze megakolorowa, z mnóstwem biżuterii i śmiesznymi okularami. Nikt nie ma wątpliwości, że to cała ona. Ale nie ma co przebierać się z powodu wejścia w nową rolę. Lepiej poprawić aktywność fizyczną. Potraktować to nie jako przymus, ale wyraz tego, że chcę być sprawna, aktywna, atrakcyjna. Pomoże w tym fajny strój, buty do biegania, dresy...

Czyli zakupy! Zabieramy się do zmiany ubioru. Jak?
Pierwszy krok: zaglądamy do szafy i sprawdzamy, czy tam nadal „mieszkamy” my, czy tylko wspomnienia i złudzenia. Czy są tam ubrania, które rzeczywiście lubimy, po które z ochotą sięgamy i w których czujemy się atrakcyjnie. Czerwone światło powinno się zapalić, kiedy pojawiają się takie myśli: „Ta sukienka jest fajna, nosiłam ją na weselu córki… 12 lat temu”. Albo: „Całkiem nienoszone, nigdy tego nie założyłam... szkoda wyrzucić”, „Te dżinsy założę, kiedy schudnę”. Drugi krok: robimy gruntowne sprzątanie szafy. Zostawiamy tylko te ubrania, które lubimy i komfortowo się w nich czujemy. Piękny sweter, który gryzie, nie spełnia tych kryteriów. Porządek w szafie powoduje, że oczyszcza się nasza wewnętrzna energia. A w szafie robi się miejsce, więc namawiam, żeby zaraz potem kupić kilka rzeczy. Jakich? Takich, które pasują przede wszystkim do nas i do siebie – łatwo będzie komponować z nich zestawy na różne okazje. Nie musi ich być dużo. Trzeba stworzyć sobie konkretną bazę szafy, czyli bazę ubrań klasycznych, w miarę spokojnych, o stonowanych kolorach. Kiedy mamy zbudowaną bazę, możemy sobie pozwolić na różne szaleństwa modowe – w zależności od budżetu. Jeśli trudno nam rozstać się z jakimiś ubraniami, a są już za ciasne, to trzeba przynajmniej je schować.

Zwłaszcza że frustrują.
Nie frustrujmy się ubraniami, które są za ciasne! Trzeba je schować do wora albo wydać, na pewno znajdzie się osoba, która się z nich ucieszy. Potem robimy listę rzeczy niezbędnych do kupienia: wygodne dżinsy, dopasowane do sylwetki, ciepły sweter w kolorze, w którym jest nam do twarzy. Porządny płaszcz, dobre buty, może coś na specjalne okazje. Ubranie nie zbuduje pewności siebie, ale bardzo w tym pomaga. Kiedy mamy gorszy dzień, nie ma nic gorszego niż ubrać się w byle jaki porozciągany dres. Nastrój siądzie totalnie. A kiedy umalujemy usta mocniejszą szminką, uczeszemy się, uśmiechniemy i wyjdziemy do ludzi, to naprawdę świat zacznie wyglądać inaczej. Jeszcze ktoś powie nam komplement i cały podły nastrój pójdzie w niepamięć. Mówmy sobie komplementy. Szczere, bo każdy z nas ma coś ładnego. I nie przejmujmy się tym, że nie wyglądamy już jak wtedy, gdy miałyśmy 20 lat.

Ale otoczenie patrzy na nas. Czytelnicy na spotkaniach, rodzina... Wydaje się, że tak, a nie inaczej powinna wyglądać pisarka czy dziennikarka.
Co to znaczy „powinna”? Nie ma przecież jakiegoś szablonu, jak powinna wyglądać wzorowa pisarka, dziennikarka czy nawet żona polityka. Mamy panią prezydentową Brigitte Macron, sześcdziesięciolatkę, która nosi miniówki. Mają jej to za złe, ale jeśli ona czuje się w tym dobrze, to w czym problem? Wprawdzie w świecie biznesu i wysokiej polityki obowiązuje formalny dress code, ale jeśli chodzi o wolne zawody, jak artyści i dziennikarze, to naprawdę można puścić wodze fantazji. Weźmy Monikę Olejnik, kobietę dojrzałą, świetnie ubraną, niebanalną. Prowadzi rozmowy z politykami, wydawałoby się, że od niej wymaga się raczej powściągliwego wizerunku. A ona przeciwnie, nosi długie kolczyki, kolorowe stroje, słynne buty na obcasach. Czy jest przez to mniej profesjonalna?

Nie mamy się podobać wszystkim, to jest niemożliwe, mamy się czuć dobrze sami ze sobą. Zresztą naturalność, miłość i szacunek do siebie przekładają się na to, jak inni nas odbierają. Ludzie wyłapują sztuczność. Gdy bije od nas pozytywna energia, chcą z nami przebywać.

„Znalazłam nową pracę”, „Mam nowego partnera”, „Wyszłam z domu po długim siedzeniu z dzieckiem, słucham komplementów”... – takie maile dostaję od klientek po wspólnej pracy nad ich wizerunkiem. Piszą: „Zmieniłam tylko sposób ubierania się, a zadziała się jakaś magia”. Ciuch, niby tylko ciuch, a sprawia, że chce nam uśmiechać się do ludzi. Niech więc ta magia trwa przez cały nowy rok i przez całe życie.

Barbara Kohlbrenner doradca wizerunkowy, coach, prowadzi warsztaty z zakresu wizerunku i budowania stylu. Występuje jako mówca na konferencjach. Jako stylistka TVN przeprowadzała metamorfozy uczestników w programie "W poszukiwaniu piękna". 

Czas na zakupy z klasą!

Wielka akcja rabatowa "Zakupy z klasą" Weekend 25-27 października 2019 Tylko z listopadowym Zwierciadłem rabaty do 60% W sklepach stacjonarnych i zakupach online Ponad 2900 sklepów i punktów usługowych w całej Polsce!

 

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS