1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Czy jesteśmy już zmęczeni współczuciem? Rozmowa z profesorem Wiesławem Łukaszewskim

„Myślę, że jeśli ludzie się nawzajem szanują, to empatia jest częścią składową tego szacunku. Empatia nie rodzi szacunku, za to szacunek rodzi empatię” – mówi profesor Wiesław Łukaszewski. (Ilustracja: Matylda Damięcka)
Społeczność altruistyczna, która ostatnio w Polsce powstała, to jest coś zachwycającego, ale musimy mieć świadomość, że to jest przelotne, przejściowe. Ten proces będzie wygasał i musi z czasem wygasnąć – mówi profesor Wiesław Łukaszewski. Jak zatem trwale budować w sobie wrażliwość na drugiego człowieka?

Kiedy patrzyłam na Polaków ofiarnie pomagających ukraińskim uchodźcom, przypomniałam sobie badania Williama Chopika z Michigan State University z 2019 roku na temat poziomu empatii w poszczególnych krajach. Wprawdzie kwestionuje się jego metody badawcze – badani wypełniali kwestionariusz po angielsku, wysyłany elektronicznie – ale wyniki są zaskakujące. Najbardziej empatyczni okazali się Ekwadorczycy, Polska znalazła się na trzecim miejscu… od końca.
Po pierwsze, mam bardzo duże wątpliwości co do badań empatii za pomocą prostych kwestionariuszy prowadzonych na niereprezentatywnych próbach. Po drugie, empatia niejedno ma imię. Można mówić o dwóch zupełnie różnych jej formach, które się wzajemnie nie wykluczają, ale nie są tym samym. Pierwsza to emocjonalny rezonans, współodczuwanie, czyli empatia odwołująca się do wrażliwości emocjonalnej człowieka. Druga forma to zdolność rozumienia położenia, w jakim znalazł się drugi człowiek, czyli objęcie tego umysłem czy intelektem, a niekoniecznie emocjami.

Czy Polacy są empatyczni? Lepiej spytać: kiedy ludzie są empatyczni, a kiedy przestają być? Niezależnie od tego, czy to są Francuzi, Kanadyjczycy, czy Polacy.

To kiedy jesteśmy empatyczni, a kiedy nie?
Nie ulega wątpliwości, że zdarzenia, jakie obserwujemy, wywołały falę zaangażowania ludzi na całym świecie. Empatia jest tylko jednym z czynników tego zaangażowania. Częstym motywem angażującym ludzi do pomocy innym jest na przykład potrzeba aprobaty społecznej, potrzeba naśladownictwa innych, ale też przejmowanie wzorów zachowania, czyli uczenie się przez obserwację. Dlatego wolę mówić o wsparciu, bo to nie tylko jest stan umysłu czy przeżywane emocje. Wsparcie społeczne jest obecnie rzeczywiście nadzwyczajne, a empatia niewątpliwie odgrywa w nim dużą rolę, choć przecież nie wyłączną.

Proszę zauważyć, że wsparcie – jakiekolwiek by ono było: emocjonalne, informacyjne czy materialne – ma zawsze dwa filary. Pierwszy to intencja. Ta zazwyczaj jest jasna: robi się coś, aby polepszyć położenie drugiego człowieka, poprawić jego dobrostan. Drugi filar to kompetencja, czyli znajomość efektywnych sposobów zmiany, poczucie własnej skuteczności, ale też trafne rozpoznawanie potrzeb innych ludzi. I tu się pojawiają problemy, bo kompetencje zazwyczaj nie nadążają za intencjami. Intencje są dobre, a kompetencje – bardzo często – małe. Stąd bierze się między innymi zjawisko, które obserwuje się w licznych badaniach, a mianowicie niesprawiedliwość, nierówność tego wsparcia. Dostają je częściej ludzie młodzi, a nie starzy, wykształceni, a nie niewykształceni, zamożni, a nie biedni – a więc zupełnie inaczej, niżbyśmy oczekiwali. Dlaczego się tak dzieje? Bo pomoc otrzymują ci, którzy umieją o nią prosić. Jak widać, jedna z kompetencji polega na tym, by umieć dostrzec tych, którzy wsparcia potrzebują, a nie potrafią o siebie zawalczyć.

Jak jeszcze może przejawiać się ten brak kompetencji?
Na przykład w przekonaniu, że człowiek, który jest w potrzebie, weźmie byle co; cokolwiek mu zaoferujemy – będzie szczęśliwy. Otóż nie, bo tu pojawia się jeszcze kwestia godności ludzkiej. Dawanie ludziom w potrzebie starych szmat, zużytych butów, zdezelowanego sprzętu gospodarstwa domowego pokazuje przedmiotowy stosunek darczyńcy do beneficjenta. A to dobrostanu beneficjentów nie poprawia, choć być może polepsza dobrostan darczyńców.

Kompetencja przejawia się również w umiejętności samoobserwacji, w tym zobaczenia pewnego efektu, który jest nieuchronny w wypadku empatii emocjonalnej. Chodzi mi o znieczulenie. Jest ono naturalną konsekwencją wielokrotnego kontaktu z czymś – w tym przypadku z nieszczęściem i udręczeniem ludzi. Tak po prostu działa nasz układ nerwowy: nie może być inaczej, zatem trzeba być na to przygotowanym. Tymczasem brak kompetencji psychologicznej w tym zakresie kończy się zazwyczaj przerzucaniem odpowiedzialności za utratę własnej wrażliwości na beneficjentów.

Społeczność altruistyczna, która ostatnio w Polsce powstała, to jest coś zachwycającego, ale musimy mieć świadomość, że to jest przelotne, przejściowe. Ten proces będzie wygasał i musi z czasem wygasnąć.

Cieszę się, że poruszył Pan ten temat, bo mnie z kolei zainteresowała kwestia zmęczenia czy też wyczerpania współczuciem albo inaczej – wypalenia empatią. To określenie, compassion fatigue, sformułował w 1995 roku Charles Figley. To zaburzenie związane z byciem świadkiem trudnych, traumatycznych zdarzeń dotykających innych ludzi. Pierwszą grupą zawodową, u której to zaobserwowano i nazwano, były pielęgniarki.
To nie jest tak, że wyczerpuje się empatia, choć może ona słabnąć w następstwie wspomnianego znieczulenia – wyczerpują się po prostu zasoby, które mamy do dyspozycji. Zasoby energetyczne, ale i poznawcze: pamięć, uwaga, tempo przetwarzania informacji, co na przykład prowadzi do błędnej oceny sytuacji.

Przede wszystkim najpierw wypalają się ci, którzy się zapalili, czyli niewiele myśląc lub kalkulując, rzucili się z pomocą – i są to głównie ci, którzy kierowali się empatią emocjonalną. Entuzjaści przyjmują bowiem strategię sprintera, który wszystkie siły zużywa na pierwszych stu metrach, a powinni przyjąć strategię maratończyka, który wie, że po stu metrach ma przed sobą jeszcze 42 kilometry. Nie zastanawiają się, jak długo będą musieli to robić i z czym jeszcze będą musieli się borykać, tylko po prostu pomagają bez wytchnienia, aż padają na nos z wyczerpania. Wtedy orientują się, że już nie mają siły i nawet gdyby chcieli, nie potrafią już tego robić dalej.

Drugi powód, dla którego to się prędzej czy później wyczerpuje, to wzbudzanie nierealistycznych oczekiwań u beneficjentów, wedle zasady: „Nie martwcie się, kochani, będziecie mieli wszystko załatwione”. To jest tworzenie złudzeń i – w konsekwencji – rozczarowania u tych nieszczęsnych ludzi, którzy najpierw dowiedzieli się, że dostaną wszystko, a potem okazuje się, że nie tylko nie będą mieli wszystkiego, ale że będą mieli dosyć mało, i to w dodatku w krótkiej perspektywie. Wzbudzanie nierealistycznych oczekiwań zachęca do rezygnacji z aktywności, bo rodzi złudzenie, że wystarczy biernie poczekać.

Trzeci bardzo ważny czynnik – który miałem okazję obserwować choćby podczas wielkiej powodzi w 1997 roku na Dolnym Śląsku – to przekształcanie się relacji pomocy w relację władzy. Mamy bowiem człowieka słabego, który potrzebuje pomocy, i człowieka silnego, który tę pomoc mu daje. Relacja słaby–silny bardzo szybko przekształca się w relację dominacyjną, a więc silny decyduje za słabego, co ten ma robić, czego ma potrzebować, co ma myśleć. Pojawia się odwieczna reguła: „Ja dzielę, ja rządzę”, bo przecież ja wiem lepiej niż beneficjent, czego on potrzebuje. A jeśli on się z tym nie zgadza, to znaczy, że w głowie mu się przewróciło. To najczęściej nie jest objaw złej woli, tylko rezultat dynamiki interakcji między słabym a silnym. Pojawia się też coś, co można nazwać recenzowaniem potrzeb, czyli komentowaniem, które są dobre, a które nie. Nie tak dawno w Trójmieście zbieraliśmy pieniądze na kosmetyki dla uchodźczyń muzułmańskich. Wcale nierzadko wywoływało to reakcje oburzenia: w głowach się poprzewracało, kosmetyków się zachciało!

Dorzućmy jeszcze do tego oczekiwanie wdzięczności.
A czasem wręcz jej wymuszanie i nabieranie coraz większego przekonania, że beneficjenci są niewdzięczni; nie potrafią docenić naszych starań i naszej dobroci. To jest szczególnie wyraziste u osób, które pomagają z powodów egocentrycznych, czyli żeby się pochwalić, dodać sobie poczucia wartości. „My tu harujemy od rana do nocy, a oni nie chcą przyklęknąć i ucałować nas w rękę”. Takie oczekiwanie skutecznie rozbija społeczność altruistyczną.

Jak widać, mamy do czynienia ze zjawiskiem bardziej złożonym niż samo znieczulenie czy wygasanie entuzjazmu. To raczej splot okoliczności, które sprawiają, że wcześniej czy później – a raczej wcześniej – ta fala społecznego wsparcia słabnie. I powinniśmy być na to przygotowani.

Zmęczenie współczuciem kojarzy mi się z sytuacją, w której nie mamy już w sobie miejsca na pomieszczenie cierpienia innych ludzi. Weźmy dwa ostatnie lata. Najpierw współczuliśmy osobom umierającym na COVID-19, w samotności, z dala od bliskich. Potem służbie zdrowia i ratownikom, uchodźcom z Afganistanu i tym przy polsko-białoruskiej granicy – to się przecież nie skończyło, choć już jakby o tym zapomnieliśmy. Teraz nasze serca znów się otworzyły na ból mieszkańców Ukrainy. A jednak, karmieni obrazami wojny w mediach, zauważamy, że i to powszednieje…
Jednym z irracjonalnych przekonań, które leżą u podłoża wyczerpania i wypalenia, jest przekonanie, że trzeba być dobrym dla wszystkich. To bardzo ładny i zbożny postulat, tyle że niewykonalny. A ponieważ nie można być dobrym dla wszystkich – choćby z powodu ograniczonych zasobów i kompetencji – my wybieramy, dla kogo będziemy dobrzy, a dla kogo nie. A kryteria wyboru bywają nieraz irracjonalne.

Paul Bloom w słynnej książce „Przeciw empatii” pisze właśnie, że empatia jest antyracjonalna i wyczerpująca. Nie jesteśmy w stanie empatyzować ze wszystkimi, więc empatyzujemy z jednostkami, w związku z czym tracimy szerszy kontekst. Jego zdaniem za pomocą empatii można więc nami świetnie manipulować. Podobnie jak on, inni badacze uważają, że lepsze, doskonalsze jest współczucie, które włącza racjonalną ocenę sytuacji.
Bloom właściwie przeciwstawia sobie dwie empatie: emocjonalną i poznawczą. Twierdzi, że ta pierwsza jest dość mało sensownym sposobem rozwiązywania problemów, i przeciwstawia jej empatię odwołującą się do rozumienia. Oczywiście w pewnych warunkach empatia może nieść ze sobą negatywne konsekwencje, na przykład przyczyniać się do zwolnienia beneficjentów z aktywności. Może też prowadzić do instrumentalnego traktowania otrzymywanej pomocy. Ale to są raczej wyjątki niż reguła. Mnie Bloom tym swoim przeciwstawieniem nie przekonuje, bo to tak, jakby dziś, w świetle wiedzy o ludzkim mózgu i regulacji naszych zachowań, nadal podtrzymywać romantyczne przeciwstawienie serca i rozumu. Empatia się wyczerpuje, a współczucie nie… Prawdę mówiąc, nie rozumiem.

Ja spotkałam się niedawno z krytyką tego, że ludzie pomagają finansowo zwierzętom, a mogliby pomagać ludziom.
Martin Hoffman, wielki specjalista od empatii, w swoich badaniach stwierdził, że empatyczny stosunek do ludzi najłatwiej przewidzieć na podstawie stosunku do zwierząt. Ci, którzy empatyzują ze zwierzętami, są też empatyczni wobec ludzi, ale nie odwrotnie. Z kolei w pewnych badaniach brytyjskich pytano uczestników, kto jest dla nich najbliższą osobą. Ponad 40 proc. osób wskazało zwierzę. Przypomnę: pytanie dotyczyło najbliższej osoby. To oburzenie czy zdziwienie, które i ja czasem słyszę, że jak to, że po co ci uchodźcy biorą ze sobą zwierzęta, po co z nimi uciekają… Otóż taka postawa miłości i przywiązania jest głęboko zakorzeniona w szeroko pojętej empatii emocjonalnej.

Powiedzmy jeszcze o zawodach najbardziej narażonych na wypalenie, też empatyczne: pracownikach służby zdrowia, hospicjów i schronisk, terapeutach, ale i o wielu osobach, które ostatnio zaangażowały się w wolontariat. O czym warto pamiętać, by zapalenie nie skutkowało wypaleniem?
To jest bardzo zindywidualizowane, ale istotnie osoby, które są chronicznie nastawione na kontakt z cudzym cierpieniem, muszą po jakimś czasie zmniejszyć poziom wrażliwości, bo inaczej oszaleją. To naturalny proces, o czym już wspominałem, i nie ma w tym nic dziwnego, a zwłaszcza nie ma powodów do poczucia winy. Trzeba tylko zaznaczyć, że czasem to osłabienie wrażliwości może prowadzić aż do uprzedmiotowienia innych ludzi. Kluczową sprawą jest więc pamiętanie, że tam po drugiej stronie jest też człowiek.

Tylko jak to zrobić? Jak pielęgnować wrażliwość, by czyniła nas lepszymi, a nie tymi, którzy uważają się za lepszych?
Dotyka Pani trudnej i niepopularnej u nas kwestii – szacunku. Kiedy w polskiej przestrzeni społecznej analizuje się relacje między ludźmi, to w głównej mierze zwraca się uwagę na to, czy pojawia się w nich sympatia i antypatia. Czy ludzie się lubią, czy nie lubią. W tym drugim przypadku pojawiają się zachęty: znajdź powód, by polubić drugiego człowieka. Tyle że najważniejsze jest nie, by się lubić, ale by nauczyć się nawzajem szanować; to jest nie tylko uważnie respektować położenie drugiego człowieka, lecz także liczyć się z jego zdaniem.

Dostrzegam deficyt szacunku w naszym życiu społecznym, a powodu tego upatruję w sposobach socjalizacji. Socjalizacja w Polsce opiera się w głównej mierze na posłuszeństwie i uległości: masz robić, co ci każę. To kładzie podwaliny pod przedmiotowe, instrumentalne traktowanie relacji z innymi ludźmi. Ratunkiem na to ma być wspomniane lubienie.

Czyli zamiast: masz robić to, co ci każę, powinno być: masz robić to, co jest dla ciebie dobre?
Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Szacunek powinien iść zatem w parze z empatią? Być nadrzędny w stosunku do niej?
Myślę, że jeśli ludzie się nawzajem szanują, to empatia jest częścią składową tego szacunku. Empatia nie rodzi szacunku, za to szacunek rodzi empatię.

Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii. Specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji. Autor książek, najnowsza to „Niewielka suma szczęścia” (wyd. Smak Słowa).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze