„Przecież pracuję nad sobą!” – Hanna Samson ostrzega przed pułapkami i blokadami rozwoju

Są osoby, które jeżdżenie na różne warsztaty. szkolenia i treningi traktują jak styl życia. I nie ma to nic wspólnego z rozwojem. (Fot. GettyImages)

Czy z wielu godzin spędzonych na terapii, szkoleniach i warsztatach wynika zmiana? Czy ilość przechodzi w jakość? Wiele zależy od naszej motywacji. Co zatem kieruje ludźmi, którzy skaczą z warsztatu na warsztat, od terapeuty do terapeuty, ale wewnętrznie ciągle stoją w tym samym miejscu?

Są osoby, które latami chodzą na terapię, biorą udział w różnych warsztatach rozwojowych, wydają się zaangażowane i chętne do współpracy, entuzjastycznie reagują na kolejne spotkania i… nic się nie zmienia. Wciąż tkwią w tych samych sytuacjach i mają te same problemy.

W tempie largo

Basia ma już ponad 40 lat, ale wciąż wygląda jak dziewczynka, i tak się czuje. Jest z tego bardzo zadowolona, bo miło być młodą. – Czytelnicy myślą, że jestem stażystką, a nie kierowniczką biblioteki. Sama też nie mogę w to uwierzyć – śmieje się, jakby robiła sobie i światu psikusa. Poznałam Basię kilkanaście lat temu, gdy uczestniczyła w grupie dla rodziców. Nie radziła sobie z córką, która miała wtedy kilka lat. Dziś dziewczyna już studiuje, wyprowadziła się z domu, za to Basia ma kilkuletniego synka i te same problemy co z córką. – Wszystko musi być tak jak on chce, kompletnie mnie nie słucha. Tak samo jak Emilka mnie przedrzeźnia, włazi na szafę albo pod stół, gdy chcę go złapać. Może to zależy od genów?

To samo pytanie Basia zadawała wtedy, gdy Emilka była mała. Nie mogła uwierzyć, że coś tu zależy od niej i jej metod wychowawczych, a właściwie ich braku. I od postawy męża, który wyśmiewa jej polecenia, a gdy ona czegoś zakazuje dziecku, on pozwala, choć nie angażuje się w wychowanie. Po prostu zmienia wszystko dla zasady. Przedrzeźnia żonę i parodiuje ją przy dzieciach – one go naśladują, a on się śmieje. Kiedy inni uczestnicy grupy dla rodziców próbowali nowych zachowań wobec dzieci, Basia nie próbowała, bo nie widziała sensu. – Mąż mnie tylko wyśmieje. Zresztą z Emilką to się nie uda, ona robi, co chce, niezależnie od tego, co ja robię, na nią nie ma sposobu – stwierdzała i żadne argumenty nie zmieniały jej przekonania.

Jakiś czas po zakończeniu grupy dla rodziców Basia została uczestniczką grupy dla kobiet doświadczających przemocy. Mężowi powiedziała, że to grupa dla kobiet, które chcą się nauczyć lepiej łączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym. – Mąż nie pozwala mi wychodzić z domu, tylko do pracy i na zajęcia, które zaakceptuje, na tę grupę się zgodził, bo chce, żebym lepiej zajmowała się domem – śmieje się Basia. – Ciągle mnie dyscyplinuje. Jeśli spóźnię się 15 minut z pracy, to nie daje mi pieniędzy na zakupy, a ja ze swojej pensji opłacam wszystkie rachunki, pod koniec miesiąca nie mam ani grosza.

Mąż nie zajmuje się domem, nigdy nie został sam z dzieckiem.Kiedy Basia wychodzi, to zostawia synka u sąsiadki. Basia codziennie robi wszystkie posiłki, zakupy, sprząta, gotuje, a mąż nic. – On mówi, że kobieta jest od zajmowania się domem i dziećmi – przytacza słowa męża. – A ty jak myślisz? – Tak samo, ale chciałabym, żeby mi czasem pomógł. Jestem ciągle zmęczona i niewyspana, a on codziennie chce się kochać. – I co ty na to? – Jak to co? – Basia wzrusza ramionami. – To obowiązek małżeński.

Podczas spotkań grupowych Basia dowiedziała się, że ma wiele praw, ale nie zamierza z nich korzystać. – Nie znacie mojego męża. On się na to nie zgodzi! – torpeduje każdy pomysł.

Zapytałam ją kiedyś, po co chodzi na te wszystkie zajęcia, skoro nic się od tego nie zmienia.

– Przynajmniej wiem, że nic się nie da zrobić w mojej sytuacji. 
– To może warto w końcu zmienić sytuację? – Nie da się. Mąż musiałby się zmienić, a on nie chce.

Rozwód nie wchodzi w grę. Basia wie, co jest dobre, a co złe. Zasad wpojonych w dzieciństwie nie zamierza weryfikować. – Przecież pracuję nad sobą i się rozwijam – dodaje po chwili namysłu.

I może ma rację. Efekty jej pracy nie są spektakularne, ale rzeczywiście jest pewniejsza siebie, bardziej świadoma swoich uczuć, chętniej zabiera głos i wyraża swoje zdanie, które może nie zawsze jest naprawdę jej, ale na pewno łatwiej jej się żyje. Trwa w toksycznym związku i nie chce tego zmienić, ale do uwag męża ma już dystans. Terapeuci nie są z niej zadowoleni, ale ona jest bardziej zadowolona z życia. Może ten czas na grupach i warsztatach wcale nie był stracony?

Oporność na zmiany

Innym przykładem zmianooporności jest Elwira, o której niedawno pisałam. Elwira ma 27 lat i jest w ciąży z Maćkiem, lat 45, z którym ma już trzyletnią Basię. W domu są ciągłe awantury, bo Elwira nie jest w stanie pogodzić się z tym, że Maciek nie rozstał się z byłą żoną. Żona źle zniosła rozwód, cierpi na depresję, on nie potrafi jej zostawić. Nadal często nocuje w ich wspólnym domu, ma tam część swoich rzeczy. Obiecuje, że z żoną zerwie, ale tego nie robi. Elwira biega od terapeuty do terapeuty, żeby rozwiązać problem.

– Jestem porządną dziewczyną, z tych co to Bóg, honor, ojczyzna, suknia ślubna i wierność do końca życia – rzuca od progu i opowiada wzburzona swoją historię. – Nie wyobrażam sobie, żebym mogła mieć nieślubne dziecko! – Ale je pani ma. I niedługo urodzi się drugie – to czyste fakty. – No właśnie, to musi się zmienić! On musi odejść od tamtej! Nie wyobrażam sobie życia w trójkącie! – Od kilku lat pani w nim żyje. – Ale nie chcę! – Elwira złości się, krzyczy, płacze. – Chcę mieć normalną rodzinę! Biała suknia, dzieci po ślubie, chcę być z siebie dumna!

No i co z tym zrobić? Elwira zna sposób na rozwiązanie swojego problemu. – Musi pani wytłumaczyć Maćkowi, że powinien zerwać z byłą żoną, bo ja nie zgadzam się na tę sytuację. – A on nie wie o tym? – No wie, ale z nią nie zrywa. Pani musi go przekonać, żeby zerwał.

Elwira chodzi od gabinetu do gabinetu, ale nie chce pracować nad sobą. Nie chce pogodzić się z sytuacją ani rozstać z Maćkiem, chce, żeby to on się zmienił. Kolejni terapeuci nie spełniają jej oczekiwań, więc szuka dalej i dalej cierpi, że nie jest tak, jak być powinno.

Dyskretny urok pozorów

Alicja, lat 48, i jej mąż Tadeusz, lat 50, pracują nad swoim związkiem od kilku lat. Mają piękny dom, który po rozwodzie przynajmniej jedno z nich musiałoby opuścić, a żadne nie chce. Wolą pracować nad sobą, dają sobie kolejne szanse, choć każde z nich jest związane z kimś innym. Tadeusz ma od lat kochankę, o czym Alicja wie. Alicja ma kochanka, o którym Tadeusz nie wie, bo gdyby wiedział, pewnie wystąpiłby o rozwód, a tego Alicja nie chce. Przecież pracują nad swoim związkiem, więc może będzie lepiej? Pewnie nie będzie, bo pracują tylko pozornie, ich uczucia i energia są gdzie indziej. Ale chyba nie jest im z tym źle, skoro taki wariant swego życia wybierają.

Małgosia, lat 33, od kilku lat chodzi na terapię. Nie spóźnia się, nie opuszcza sesji, nie odwołuje, ale nic się od tego nie zmienia. Nadal czuje się gorsza od innych, nieatrakcyjna, za gruba, nie ma nic do powiedzenia w towarzystwie, nie zna angielskiego, nie umie tańczyć – tych defektów umie wyliczyć tysiące. Chciałaby zaakceptować siebie, ale nie może, bo jest gorsza. I codziennie na nowo to przeżywa. – Dzisiaj znowu zjadłam trzy pączki zamiast obiadu, bo nie chciało mi się gotować kaszy. Zapisałam się na angielski, zapłaciłam za cały semestr, ale nie poszłam ani razu na zajęcia, bo to nie ma sensu. Nigdy nie będę umiała języka tak jak osoby, które uczą się go od dzieciństwa, więc po co zaczynać?

Małgosia codziennie udowadnia sobie i światu, że jest beznadziejna. Nie wierzy, że kiedykolwiek dorówna osobom, z którymi się nieustająco porównuje. Chodzi na terapię, chłonie słowa psychoterapeuty, tworzy plany działania, ale nie robi nic, żeby poczuć się lepiej ze sobą. Może chce w ten sposób karać mamę, która zawiodła ją w dzieciństwie, a teraz się o nią martwi? Może chce udowodnić kolejnym terapeutom, że jest wyjątkowa i żaden z nich nie jest w stanie jej pomóc? Terapia zwykle pomaga tym, którzy chcą sobie pomóc, a nie tym, którzy chcą udowodnić, że im pomóc się nie da.

Są osoby, które z jeżdżenia na różne warsztaty, szkolenia, treningi uczyniły styl życia – istnieje wręcz zjawisko turystyki rozwojowej. Dla turysty ważne jest, gdzie, kiedy i za ile coś się odbywa, a nie dlaczego i po co ma wziąć w tym udział. Wygląda to bardziej jak uzależnienie od silnych doznań niż praca nad sobą. Takie spotkania wywołują zwykle wiele emocji, dają poczucie bliskości z grupą, które jednak nie wypełni samotności w realnym życiu. W ten sposób nie uda się rozwiązać głębokich problemów. W fundacji, w której pracuję, zachęcamy osoby, żeby robiły przerwy między różnymi formami pracy, dały sobie szansę na zasymilowanie tego, co się wydarzyło, na zobaczenie, czego im jeszcze potrzeba. Nie więcej niż trzy warsztaty w roku – powtarzamy, wierząc, że ma to sens.

Monice, lat 52, udaje się te zalecenia przeskoczyć. Różne warsztaty prowadzą różne osoby, które nie wiedzą, że Monika niedawno była na innych, a ona się do tego nie przyznaje. Wzięła udział w wielu zajęciach grupowych i wydawało się, że to praca pozorna i nic się nie zmienia. Pamiętam jej początki w fundacji. Była przekonana, że kobieta bez mężczyzny nie może funkcjonować. Bywała w nocnych klubach, wchodziła w ryzykowne relacje, byleby tylko mieć kogoś, o kim może powiedzieć: mój facet. Niedawno umówiła się ze mną na spotkanie indywidualne. I okazało się, że to już inna osoba. Nawiązała bliskie relacje z innymi uczestniczkami warsztatów, dają sobie nawzajem wsparcie, przestała kompulsywnie szukać faceta. Podjęła kilka nowych aktywności, zaczęła biegać i robić biżuterię, jest zadowolona z życia. W jej przypadku ilość przeszła w jakość.

Skoki rozwojowe się zdarzają, szczególnie wtedy, gdy naprawdę się chcemy rozwijać.