fbpx

Nasz rozwój: ustalmy na czym stoimy

Ustalmy na czym stoimy
123rf.com

Czy może być coś bardziej oczywistego dla nas niż kontakt z Ziemią? A jednak mimo pozorów bliskości nie mamy z nią wiele wspólnego. W każdym razie rzadko korzystamy ze wsparcia, jakie nam daje. Żyjemy jak we śnie, biegnąc wciąż do przodu, zaabsorbowani własnymi myślami, odcięci od ciała. Czy warto się przebudzić? I jak to zrobić? – zastanawia się Olga Mieszczanek, coach.
Na warsztatach rozwojowych słyszymy często, jak istotne jest ugruntowanie, nawiązanie kontaktu z ziemią, że to ważny zasób. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie rozumiałam, co to właściwie znaczy.

Najprościej to wytłumaczyć, wchodząc w słowa: „ugruntowanie”, „uziemienie”, „ukorzenienie”. To są w zasadzie synonimy. Wszystkie mają związek z ziemią, gruntem. Na poziomie fizycznym kwestia jest prosta: albo nasze stopy mają kontakt z ziemią, albo nie.

A mogą nie mieć?

Nie ma możliwości, by całkiem nie miały, jeśli stoimy czy idziemy. Jednak są osoby, które tylko część stopy stawiają na ziemi, np. chodzą na palcach. Wtedy ten kontakt jest ograniczony. Czyli to, co daje im podparcie, nie do końca działa. To widać w ciele. Gdy ciężar nie spoczywa na stopach, inne części ciała są nim bardziej obciążone. Na przykład plecy, kolana czy uda. Niektóre mięśnie mogą być permanentnie spięte, stawy zablokowane, ciało bywa nadmiernie wyciągnięte w górę. Takie osoby w zasadzie nie bywają w pełni rozluźnione. Nawet w pozycji leżącej. Bo oczywiście nie mówimy tylko o stopach. Kontakt z podłożem można nawiązać dowolną częścią ciała. W takiej sytuacji część energii zużywana jest na to, by zapewnić ciału poczucie stabilności i wsparcia. Wszystko w ciele jest połączone, a więc niby taka banalna rzecz, jak to, że nie stoimy swobodnie na ziemi czy nie siedzimy całym ciężarem, opierając się o krzesło, ma wpływ na nasz stan psychofizyczny. Również emocjonalny.

W jaki sposób?

ZAMÓW

E-WYDANIE

To się przekłada na coś bardzo podstawowego, czyli poczucie bezpieczeństwa. Język również to odzwierciedla. Mówimy, że poczucie bezpieczeństwa daje nam to, że mamy się na czymś lub kimś oprzeć, że stoimy pewnie na nogach, stąpamy po pewnym gruncie. Jeśli fizycznie tak się dzieje, psychika dostaje od ciała przekaz: „Jest bezpiecznie, nie musisz cały czas się kontrolować, masz wsparcie”. Bez tego czujemy się niepewnie, gdzieś w naszym ciele siedzi podświadomy lęk, który nas osłabia, odbiera poczucie, że świat jest OK. Ugruntowanie działa stabilizująco, uspokajająco. To fizyczny odpowiednik zaufania, oddania kontroli.

Kiedy po raz pierwszy to świadomie poczułam, miałam wrażenie, że wracam do domu, że nie jestem sama, coś mnie trzyma. To dodało mi sił, nakarmiło mnie.

Często się mówi, że kontakt z ziemią nas karmi. I rzeczywiście: rosną na niej rośliny i żyją zwierzęta, które są dla nas pożywieniem, a więc przekształcamy jej dary w energię. Ziemia karmi nasze zmysły swoim pięknem, co pozwala nam się wznosić na poziom duchowy. Ale też w sensie energetycznym. Ugruntowanie to relacja. Opieramy się, oddajemy ciężar podłożu, ufamy, że nas utrzyma, i ono nam oddaje ten nacisk. Siły w obie strony się równoważą. Takie są prawa fizyki. Ciało dostaje stabilny, podświadomy przekaz, że jest siła, która je trzyma. Psychika odbiera ten stan jako coś uspokajającego, budzącego zaufanie.

Jeśli mamy sztywne, zablokowane ciało, zwykle nie czujemy tego wsparcia, bo niewiele w ogóle czujemy. Energia nie płynie albo płynie bardzo słabo. W nieco innym sensie mówi się o uziemieniu w bioenergetyce. To mechanizm w rodzaju odgromnika, piorunochronu, dzięki któremu możemy nadmiar energii odprowadzić do ziemi. Uziemienie jest więc szczególnie istotne, gdy dzieje się coś trudnego, działają na nas silne emocje. Dlatego ugruntowany człowiek lepiej radzi sobie z uczuciami, a w związku z tym z dowolnymi trudnościami.

To się nawet nazywa stabilność emocjonalna.

Ktoś taki jest jak dobrze ukorzenione drzewo, którego nie wywróci wiatr szalejący w konarach. Natomiast jeśli emocjonalna zawierucha dotknie człowieka mało ugruntowanego, łatwo go może wybić z rytmu, rozchwiać, przewrócić, bo energia nie znajdzie ujścia. Dlatego człowiek nieuziemiony boi się emocji, daje im sobą miotać albo je tłumi, przez co gorzej radzi sobie z życiowymi wyzwaniami. Ugruntowanie to podstawa wszystkiego. Bo kontakt z podłożem wymaga kontaktu z ciałem, a kontakt z ciałem oznacza połączenie z emocjami i odczuciami, a to z kolei – kontakt z tym, co się w danym momencie dzieje. I tu dopiero zaczyna się zabawa. Bo większość z nas naprawdę nie jest ugruntowana, a więc nie ma kontaktu z rzeczywistością. I to z bardzo prostego powodu – identyfikujemy się ze swoimi myślami, ze swoim umysłem, odcinając się od ciała. A myśli są zawsze gdzie indziej. W przeszłości, przyszłości czy w świecie fantazji, przekonań, iluzji. Do tego zachęca nasza cywilizacja, która jest bardzo nieugruntowana. Spędzamy czas przed ekranami komputerów, żyjemy w świecie liczb, idei, dyskusji. Siedzimy w zamkniętych wieżowcach, nie mamy kontaktu z ziemią.

Również w naszym ciele mieszkamy na najwyższym piętrze – w głowie.

W tym kontekście ciekawe, że mimo tego odcięcia wyjeżdżamy wypocząć wśród natury. Powietrze, zieleń, morze, cielesność w dowolnym wydaniu, choćby leżenia na plaży, doładowują akumulatory. Kontakt z naturą to wspaniałe źródło darmowej energii. Podświadomie to wiemy. Ale mamy tego kontaktu średnio dwa tygodnie na rok i chcemy, żeby wystarczyło. To niemożliwe. Nie zauważamy też tego, co się dzieje z Ziemią, planetą, która nam to wszystko daje. Nie widzimy, że ją niszczymy, wykorzystujemy. Ponieważ jesteśmy odcięci, możemy żyć w iluzji, że nic się nie dzieje. Ale też dokładnie tak samo, jak traktujemy Ziemię, traktujemy nasze własne ciała. Widać tu ciekawą analogię.

W jakim sensie?

Nie szanujemy ciała, traktujemy je jak coś oczywistego. Jest, ma nam służyć wiecznie, jego zasoby mają być niewyczerpane. Więc dziwimy się, kiedy chorujemy i brak nam energii. A przecież zmęczenie jest naturalnym wołaniem organizmu o regenerację. Kiedy ciało do nas coś mówi za pomocą bólu, zagłuszamy jego głos pigułkami. Jednym z symptomów odcięcia od ciała jest też zapychanie się jedzeniem, na przykład słodyczami, fast foodem, używkami. Wrzucamy w siebie cokolwiek, byle zagłuszyć głód, który często wcale nie jest fizycznym głodem, tylko głodem emocjonalnym, wołaniem naszego ciała o opiekę. Dla mnie sygnałem braku uziemienia jest właśnie odcięcie się od takich prostych realiów życia jak to, że aby pracować, trzeba odpoczywać; żeby coś dawać, trzeba dostawać. Żeby mieć ciało w dobrym stanie, trzeba o nie dbać, na przykład spać, ćwiczyć, zdrowo się odżywiać. To nic nowego, a tak wielu ludziom udaje się tych prostych prawd nie przyjmować do wiadomości.

Żyjemy w kulturze, w której dominują wartości uznawane za męskie: działanie, a nie słuchanie, nieustający wzrost, parcie do przodu, a nie bierność, odpoczynek, trawienie. A przecież oba te stany są niezbędne. Pokazuje to znany symbol jin-jang, starożytny wzór harmonii, równowagi. Nie można iść tylko w górę i do przodu, czyli być jang, tak samo ważne jest jin, czyli zejście w dół i do środka, do ziemi właśnie. Życie jest cykliczne. Jeśli pozwolimy sobie na te cykle, również na odpoczynek, pobycie ze sobą, kontakt z ciałem, z tym, co się dzieje, z naturą, to z większą energią i chęcią będziemy znowu działać. A my żyjemy tak, jakbyśmy chcieli jechać samochodem bez tankowania benzyny, bo to zabiera cenny czas.

Zatrzymanie, odpoczynek, powrót do cielesności to wartości tradycyjnie uznawane za żeńskie. A przez wieki żeńska energia była przecież spychana na margines, a nawet
aktywnie tępiona.

Ten negatywny stosunek pokutuje do dziś. Na podstawowym poziomie wyraża się to właśnie w tym, że ciało cenimy mniej niż umysł, że kobiety w wielu krajach są wciąż gorzej traktowane niż mężczyźni, że przyziemne prace – takie jak sprzątanie, dbanie o przestrzeń w domu, przygotowywanie posiłków – są mniej warte niż tak zwana praca. Nic dziwnego, że czasem coś nas sprowadzi na ziemię całkiem nachalnie: a to nam wyłączą prąd, a to zachorujemy, a to się spóźniamy na kolejne spotkanie – są to sygnały, że gdzieś po drodze uciekł nam grunt spod nóg. Ugruntowanie wiąże się z bardzo podstawowym fizycznym wymiarem: jesteśmy w stanie zadbać o siebie, jedzenie, spanie, odpoczynek, stymulację.

Brak ugruntowania w sensie kulturowym bierze się również ze sfery duchowości, a konkretnie z faktu, że w niej także królują męskie wartości, czyli umysł, a ciało i materialna strona życia są w pogardzie. Z prochu powstałeś… Dlatego w kręgu ludzi rozwijających się duchowo jest wiele istot nieugruntowanych, żyjących w odlocie, szukających duchowych przeżyć, ale borykających się z brakiem pieniędzy, nieporadnych.

Z drugiej strony mamy przecież materializm, to bliżej ziemi?

Co ciekawe, nie. Nasza kultura ma dwa nurty: duchowości odciętej od świata materialnego oraz świata materialnego odciętego od duchowości. Przejawem tego drugiego jest konsumpcja. Oba są odcięte od ziemi. Taki materializm nie ma nic wspólnego z ugruntowaniem. To kult ciała jako sztucznego tworu, który ma dobrze wyglądać, nie czuć. Być bez wieku, bez negatywnych stron.

Ratunkiem jest łączenie, nawiązanie na nowo tego kontaktu. Drzewo ma korzenie w ziemi, a konary w niebie. Nie musi wybierać. My też nie musimy. Gruntując się, przywracamy wartość życiu na ziemi, życiu jako takiemu, nam samym jako istotom z ciała i ducha. Przywracamy równowagę i harmonię.

Bez korzeni nie ma skrzydeł. Im bardziej jesteśmy zakorzenieni w rzeczywistości, tym wyżej możemy sięgać – pamiętam takie zdanie z warsztatu. Jak się więc ugruntować?

Zrobić coś fizycznego, spocić się. Umyć podłogę, samochód, zająć się ogrodem, pójść na spacer, pochodzić boso po trawie, czyli dosłownie skontaktować się z ziemią. Potupać, potańczyć, oklepać ciało, pomasować się, pooddychać świadomie. Znakomicie uziemiają zmysły, smaki, zapachy, dotyk. Ostatnio codziennie chodzę na poranny fitness. Kiedy użyję mięśni przez godzinę, cały mój system funkcjonuje lepiej. Potrzebujemy fizyczności, żeby zrównoważyć naszą umysłowość. Dobrze jest też w ciągu dnia nawiązywać co jakiś czas kontakt z ciałem. Zatrzymać się i sprawdzić, co się teraz z nim dzieje. Gdy siedzimy na krześle, zastanówmy się, co się dzieje z nogami, rękami, tułowiem. Czy i jak odczuwamy podparcie krzesła? Oddech? Do jakiego miejsca on dochodzi, czy jest głęboki – im bardziej człowiek jest ugruntowany, tym głębiej oddycha.

Uczyłam się podobnego ćwiczenia podczas treningu Mindfulness. Z początku nic nie czułam.

Ważne, by tego nie oceniać, tylko systematycznie ćwiczyć. W ten sposób oswajamy bycie ze sobą. Przez tyle lat nie mieliśmy ze sobą kontaktu, więc nie od razu musi się coś pojawić. W końcu zaczynamy głębiej oddychać, być bardziej świadomi tego, co się z nami dzieje i co się dzieje dokoła nas.

Można to nazwać rodzajem przebudzenia. Podczas snu uśpione jest ciało, a umysł robi, co chce. Można powiedzieć, że gdy odcinamy się od ciała, w jakimś sensie śpimy na jawie, a umysł wyświetla nam filmy, które uznajemy za rzeczywistość. Pytanie, czy warto się budzić, gdy inni śpią?

Pytanie, o co nam chodzi w życiu. Czy jesteśmy szczęśliwi? Bez kontaktu z rzeczywistością, z ciałem nie wiemy tak naprawdę, kim jesteśmy. Ugruntowani – stoimy na własnych nogach, czujemy to, co czujemy, wiemy, co się dzieje, więc możemy z tego miejsca lepiej ocenić sytuację. Łatwiej nam podejmować dobre dla nas decyzje, nawet jeśli są niepopularne i trudne. Nie da się nas łatwo pokonać, bo nie tracimy gruntu pod nogami. Bo tym gruntem są ciało, oddech i ziemia pod stopami. A to są rzeczy, które będą z nami zawsze. Dobrze wiedzieć, na czym się stoi.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>