fbpx

Spragnieni przytulania

Spragnieni przytulania
Pandemia zwiększyła w nas potrzebę bliskości. (Fot. Getty Images)

Pandemia dotknęła traum zapisanych w pamięci naszych komórek, a potem zamknęła nas w wirtualnym świecie, gdzie nie ma smaku, zapachu, dotyku… Umysły przyjęły to ze spokojem, bo tak bezpieczniej, ciała zadrżały, a potem zaczęły wołać o pomoc. Psycholożka Ewa Klepacka-Gryz obserwowała to okiem terapeutki, ale i osoby stęsknionej za dotykiem.

Zanim jeszcze wróciłam do pracy w gabinecie, znajoma lekarka żaliła mi się na jakieś dziwne dolegliwości, z którymi przychodzą do niej pacjenci: oporne na leczenie problemy z pęcherzem, stany podgorączkowe bez infekcji, szumy uszne, dziwna suchość gardła – niby drapanie, potem delikatny ból, problemy z przełykaniem, aż wreszcie gula w gardle, jakby utkwił tam kawałek chleba. Powiedziałam jej wtedy, że moi mają podobnie. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl: „Pora wracać do gabinetu”.

Ciała pacjentów potrzebują już bezpośredniego kontaktu, tylko w ich głowach nadal kołaczą się wątpliwości, czy to bezpieczne. I ja się waham, ale coraz trudniej pracuje mi się w wirtualnej przestrzeni z ludźmi, z którymi kiedyś regularnie spotykałam się w gabinecie.

Jak cukierek przez papierek

Lubię pracować przez Internet, konieczność siedzenia przed monitorem wzmacnia moją koncentrację i uważność. Paradoksalnie bardziej skupiam się wtedy na mowie pozawerbalnej, każdy gest natychmiast wyłapuję, bo wiem, że jest znaczący. Często zauważam, że ciało i głowa pacjenta wcale nie są zintegrowane. W realu również tak bywa, ale po pierwsze, szybciej wyłapuję tę ambiwalencję – wyczuwam ją somatycznie, a po drugie, w takich sytuacjach często korzystam z podpowiedzi mojego ciała, np. czuję potrzebę dotknięcia pacjenta, poruszenia go fizycznie po to, by poruszyć emocjonalnie. Jednak kiedy kontaktujemy się z ludźmi w wirtualnej przestrzeni, nie widząc ich całej sylwetki, gestów, nie czując zapachu, nie mogąc ich dotknąć – wprawiamy nasze mózgi w poważny dysonans, wzmacniając tym samym ich czujność, która przekłada się na wzrost napięcia w ciele. Psychiczna interakcja w wirtualnej przestrzeni nie uchroni ciał przed samotnością.

Ciała w pandemii przechodzą transformację, i to w szybkim tempie. Na początku weszły w stan pełnej gotowości. Nic dziwnego, mózg w walce o przetrwanie stawia nas na baczność. W trakcie sesji zdarzało mi się prosić pacjenta, żeby wstał, przeszedł się, poskakał, strząsnął z rąk – od ramion aż po dłonie – całe nagromadzone napięcie.

Potem nastał czas mówienia; pandemiczne lęki znajdowały upust w słowach. Zdarzały się sesje, podczas których jedynie słuchałam. – Oddychaj – prosiłam od czasu do czasu. – Hiperwentylujesz się, rozboli cię głowa. Opuść ramiona, rozluźnij szyję, popatrz na monitor, wyglądasz tak, jakbyś za chwilę miała unieść się w powietrze i odlecieć.

Ale to nie był czas ciała. Ucieczka z czucia i mocne usadowienie się w głowie, czyli racjonalnym myśleniu pozwalały przetrwać to szaleństwo, bo dawało poczucie kontroli. Wreszcie ciało upomniało się o swoje, oczywiście potrzebny był krzyk, bo szeptu nikt nie słyszał. A krzyk ciała to symptomy. Nie mogłam go nie usłyszeć.

Uczta dla zmysłów

Gdzieś usłyszałam zdanie:

„Gdy już wszystko się spieprzy do końca, to paradoksalnie najbardziej tęskni się za dotykiem”

I ja, i moi pacjenci bardzo za nim tęskniliśmy, ale w dobie pandemii dotyk, paradoksalnie, może nasilać napięcie lękowe. Oczywiście u tych, którzy się go obawiają.

Kiedy pierwszego dnia po przeszło trzymiesięcznej przerwie pojawiłam się w gabinecie, kompletnie nie miałam pojęcia, co zrobić, żeby pacjenci poczuli się bezpiecznie. I nie chodzi mi o papierowe ręczniki czy płyn wirusobójczy. Ręczniki są, jest też dyfuzor z olejkami o właściwościach antybakteryjnych (olejki dobierałam z pomocą przyjaciółki aromaterapeutki), są także japońskie kadzidełka. Zupełnie podświadomie postawiłam na zmysły, w końcu to one są czujnikami oceniającymi poziom bezpieczeństwa. A więc pachniało bezpiecznie: bliskością, zaufaniem, spokojem.

Gdy w drzwiach stanął pierwszy pacjent, poczułam lekkie napięcie. Zapytałam: – Przytulamy się na dzień dobry? – i zanim usłyszałam odpowiedź, już wpadliśmy sobie w ramiona. Po kilku dniach nie musiałam nawet pytać, pacjenci bardzo potrzebowali dotyku. Zresztą ja również.

Pandemia zwiększyła w nas potrzebę jednocześnie bliskości i odrębności – czasami, z lęku, przypominamy sobie o konieczności zachowania dystansu, ale tak naprawdę to już bardzo chcemy do ludzi: być blisko, poczuć zapach, dotknąć kogoś, kto jest nam bliski albo czyja obecność nas koi.

Trudno stworzyć więź z drugim człowiekiem, kiedy nie możemy go dotknąć, popatrzeć na jego twarz z bliska, poczuć, jak nasze ciało reaguje na ruchy jego ciała; te wszystkie gesty, a także mikroruchy, drobne drgnięcia – bardziej przez nas poczute niż dostrzeżone.

Dotknąć i przytulić, bo przytulenie jest właśnie esencją poczucia: „jestem bezpieczna, jestem bezpieczny”. Przywarcie do siebie, zastygnięcie we wspólnym uścisku – ten minispektakl ciał sprawia, że nasze oddechy integrują się, łączą w jeden rytm, tym samym zaspokajając tęsknotę, którą Zygmunt Freud nazwał tęsknotą za łonem matki – stanem zatrzymania pobudzenia w ciele i totalnego spokoju.

Dziś sesje w realu są bardziej uważne, całkowicie w „tu i teraz”, pacjenci są niezwykle skupieni i, przynajmniej na czas sesji, są w ciele, a nie w głowie. Zupełnie jakby świadomie podjęli decyzję, że tylko tutaj mogą być w kontakcie ze zmysłami, bo kiedy wychodzą do zewnętrznego świata, powinni być: rozważni, rozsądni, przewidujący czy kontrolujący. Szanują swój i mój czas; rzadziej się spóźniają, nie przeciągają sesji. Właściwie nie zdarzają mi się już sesje tzw. przegadane, czyli narzekania czy rozmów w stylu: „no tak, ale…”

Ciała pacjentów najbardziej potrzebują wsparcia; pandemiczny lęk o przetrwanie obudził demony z przeszłości, bywa naprawdę trudno. Po trzech latach wróciłam do sesji łączonych wspólnie z terapeutą manualnym. Co będzie dalej? Zobaczymy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze