1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Skąd bierze się orientacja seksualna? Obalamy mity o LGBT

Skąd bierze się orientacja seksualna? Obalamy mity o LGBT

W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna (fot. iStock)
W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. W naszej gestii pozostaje jedynie decyzja odnośnie podejmowanych zachowań seksualnych, co wiąże się z naszą tożsamością seksualną. O tym, czy jesteśmy homo-, hetero- czy biseksualni, decyduje struktura naszego mózgu. Dlatego seksuolog dr Andrzej Depko obala mity na temat gejów i lesbijek.

Odsetek osób homoseksualnych jest nieduży, lecz stały i wynosi 3–5 proc. społeczeństwa. Patrząc na to ewolucyjnie, można powiedzieć, że przecież geje i lesbijki nie rozmnażają się i powinni wymierać. Badania wykazują jednak, że homoseksualność jest predyspozycją genetyczną, przenoszoną z chromosomem X matki. Co prawda mają na nią także wpływ leki na podtrzymanie ciąży przyjmowane przez ciężarne oraz lęk i stres, jaki odczuwają przyszłe matki (na przykład podczas konfliktów zbrojnych). Zwiększa on ilość testosteronu w organizmie, a ten wpływa na kształtowanie się określonych struktur w mózgu. Zatem osoby homoseksualne nigdy nie zanikną. Mogą jedynie nie ujawniać się w społeczeństwie, które je prześladuje. Chyba że społeczeństwo zrozumie, że homoseksualizm to taka sama cecha dziedziczna jak kolor włosów czy oczu. Nie mamy na to wpływu. A co za tym idzie, osoby homoseksualne będą spełnione tylko w związku z osobami swojej płci. Nie można zmusić ich do szczęścia z kimś innym, a jeżeli same się zmuszą, to będą nieszczęśliwe – one, ich partnerzy i ich dzieci.

Orientacja seksualna zakodowana w mózgu

Sposób, w jaki ukształtowany jest nasz mózg, wpływa na to, jak postrzegamy świat, jaką mamy wrażliwość i jak kształtuje się nasza osobowość, czy też jak przyswajamy wzory społeczne. W okresie dojrzewania, gdy na mózg zaczynają działać hormony płciowe, produkowane przez jądra lub jajniki, dochodzi do ujawnienia się zakodowanej w strukturach mózgowych orientacji seksualnej i wówczas kierujemy swój popęd seksualny do pożądanej płci. Popęd jako pragnienie kontaktu seksualnego, ale też jako pragnienie pokochania i bycia kochanym przez osobę płci odmiennej lub własnej płci.

Niezależnie od tego, czy jestem chłopcem, czy dziewczyną, mogę marzyć o koleżankach lub kolegach, nauczycielach lub nauczycielkach, aktorkach lub aktorach. Dochodzi jeszcze kwestia uczuć. Jeżeli kogoś kocham, dążę do fizycznego spełnienia tego pragnienia. Choć są też osoby, u których seksualność bierze prymat nad emocjami, i podejmują one wiele zachowań, żeby się dowartościować i udowodnić sobie, że są pożądane. Na przykład u mężczyzn homoseksualnych obserwujemy zwiększoną skłonność do kontaktów seksualnych. Winny jest znów mózg, który w części odpowiadającej za pożądanie u mężczyzn homoseksualnych i heteroseksualnych nie różni się. Obie grupy pożądają równie silnie, bo nakręca to testosteron. Różnicę stwarza dopiero kobieta, która w kontakcie w mężczyzną heteroseksualnym reguluje możliwość i częstotliwość podejmowanych kontaktów seksualnych. W przypadku relacji homoseksualnych spotykają się dwie osoby, które równie mocno i bez ograniczeń pragną i potrzebują. To zwiększa częstotliwość podejmowania zachowań seksualnych, ale też skłonność do podejmowania zachowań ryzykownych, czyli przypadkowych kontaktów i możliwości zachorowań na liczne choroby przenoszone drogą płciową.

W kwestii orientacji wszystko staje się jasne zazwyczaj w okresie dojrzewania. Jeżeli mam do wyboru czekoladę gorzką i mleczną, to sięgam po tę, która bardziej mi smakuje. Podobnie wybieram relacje, w które wchodzę – decyduję się na te, które wywołują we mnie stan euforii. Chcę przebywać z tą lub tym, którego wybrałem, i chcę, żeby ona lub on podzielił moje pragnienia. Jeżeli jestem chłopakiem, mogę poczuć, że nie ciągnie mnie do koleżanek, tylko do kolegów. Jeżeli jestem dziewczyną, mogę dojść do wniosku, że umawianie się z kolegami wcale mnie nie kręci, ale pójście do kina z koleżanką i owszem. Możliwa jest również sytuacja, że do homoseksualnych kontaktów dopuszczę po wielu latach i dopiero wtedy przekonam się co do swojej orientacji. Mogę jednak czuć wtedy do siebie taki żal i obrzydzenie, że więcej tego nie powtórzę. Podobnie poczuję się, jeśli jestem homoseksualistą, który podejmie zachowanie heteroseksualne na zasadzie „nie chcę być gejem”. Taki seks będzie wbrew mojej orientacji, preferencjom i pragnieniom. Wbrew temu, jaki jestem.

Orientacja seksualna a preferencje

Preferencja, w przeciwieństwie do orientacji, jest stanem nabytym i niezależnym od orientacji. Mogę być osobą heteroseksualną lub homoseksualną o różnych preferencjach wykształconych w drodze indywidualnego rozwoju poprzez nietypowe doświadczenia seksualne, które ukształtowały moją określoną skłonność do uzyskiwania zaspokojenia seksualnego. Zarówno osoba hetero-, jak i homoseksualna może mieć preferencje masochistyczne, a więc lubić, jak inna osoba o skłonnością sadystycznych sprawi jej fizyczny ból lub upokorzy w inny sposób. Różnica polega tylko na tym, że homoseksualista będzie chciał być upokarzany przez homoseksualistę o skłonnościach sadystycznych, a osoba heteroseksualna będzie dążyła do tego, by być upokarzaną przez osobę sadystyczną odmiennej płci. Z kolei pedofil preferencyjny homoseksualny będzie uwodził chłopców, a heteroseksualny będzie uwodził dziewczynki.

Podstawowa różnica polega zatem na tym, że orientacja jest ukierunkowaniem emocji i pożądania na płeć, a preferencja tym, co chciałbym z tą płcią robić – czy chcę być przywiązany do łóżka, czy przywiązywać do niego partnera. Orientacja decyduje o tym, czy będę przywiązywał osobę swojej płci, czy płci odmiennej. Czy będę chłostał lub był chłostany przez osobę mojej płci, czy płci odmiennej. Czy na smyczy prowadzał mnie będzie po mieszkaniu mój pan, czy moja pani.

Co determinuje orientację seksualną?

Każde dziecko posiada swoją pulę genów uzyskaną od rodziców i wie, czy pośród nich znajduje się gen homoseksualizmu, czy nie. Zatem wychowanie przez parę homoseksualną nie determinuje orientacji dziecka. Co więcej, dzieci z takich związków ze względu na nietolerancję, z którą się spotykały w środowisku, często wyrastają na zaciekłych homofobów.

Natomiast heteroseksualni rodzice homoseksualnych dzieci mogą pożegnać się z nadzieją, że zdołają je „naprawić”. Wszelkie terapie reparatywne, popularne w kręgach katolickich, są zwykłym szalbierstwem, bo zmiana struktur mózgu jest niemożliwa. A takie działania mogą co najwyżej pogłębić traumę dzieci. Może będą w stanie powstrzymać się od zachowań homoseksualnych, ale nie zmienią swojej orientacji i gotowości do kochania kogoś tej samej płci.

Wskazówka dla zagubionych rodziców jest taka, żeby nie szukali winnych i kochali swoje dzieci bez względu na ich orientację. Zwłaszcza że ani rodzice, ani dzieci nie są w żaden sposób winni temu, co się stało w ich mózgu w okresie życia płodowego.

Dr n. med. Andrzej Depko, seksuolog, neurolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kocham, kiedy boli. Katarzyna Miller o tym, jak rodzi się w nas postawa sadystyczna i masochistyczna

Sadyzm i masochizm kojarzą się z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. (Fot. Getty Images)
Sadyzm i masochizm kojarzą się z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. (Fot. Getty Images)
Masowa wyobraźnia seksualna jest zapełniona przez przeróżne ekscesy, których atrybutem bywają pejcze i czarne skóry. Zamiast z wynaturzeniem sadyzm i masochizm kojarzą się nam dziś z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. Dlaczego tak się dzieje? Jak rodzi się w człowieku postawa masochistyczna i sadystyczna? – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Oto kolejny temat, któremu towarzyszy zwykle fascynacja...
...której nie wahajmy się nazwać niezdrową. Właśnie dlatego nie lubię tego tematu. Kojarzy mi się z podekscytowaniem licznej publiczności przekonanej, że sadomaso to rodzaj rewelacyjnego dekadentyzmu, rozkwitu cywilizacji zachodniej w libertyńskim wydaniu i najlepszym opakowaniu. Błyszczącym, czarnym i lateksowym. O szczególnym traktowaniu tematu świadczy już sam ten skrót i to, że wywołuje niezmiennie porozumiewawcze uśmieszki i spojrzenia, które niby mają sugerować, że my też lubimy się bawić „w te rzeczy”. Co, my jacyś gorsi jesteśmy?! A przecież tak naprawdę mało kto to lubi. Puchate kajdanki, skóry, nawet pejcze dajemy sobie w prezencie jako sugestię czy zaproszenie do udanego seksu. Cóż za nieporozumienie! Dla mnie jako terapeutki masochistyczno-sadystyczny seks to jest upadek. I to nie moralności bynajmniej, tylko ludzkiej nadziei na szczęście i spełnienie życia. Dotykamy tu bezpośrednio nagiej ludzkiej nędzy i poniżenia.

Nie spodziewałam się, że zaczniesz tak ostro. Bo przecież sadomasochizm jak każde zjawisko ma wiele odcieni. Leciutka doza pikanterii od czasu do czasu to chyba nie jest problem, zwłaszcza jeśli to gra?
Oczywiście. Bawić się można we wszystko, jestem jak najbardziej za urozmaicaniem sobie seksu. Pod warunkiem że jest to tylko i wyłącznie zabawa dla obu stron, i jest to dla obojga partnerów jasne. Wtedy niech sobie i będzie ten dreszczyk związany z tym, że nagle ja tu leżę związana, niby to na twojej łasce, i możesz ze mną robić, co chcesz. I sam ten fakt podnieca obie strony. Trochę w tym teatru, trochę gry wyobraźni – szczególnie gdy używamy przy tym jakichś tam fikuśnych rekwizytów. Ale przecież nie zakładam wtedy, że będziesz miał ochotę zadawać mi ból, prawda? Problem pojawia się wtedy, gdy żadna inna forma bliskości seksualnej nie jest w stanie człowieka pobudzić albo gdy bez pewnych tego typu elementów nie jest on w stanie osiągnąć orgazmu. Niestety, w prawdziwym sadyzmie podnieca tylko prawdziwy, nieodgrywany lęk ofiary, a masochista musi poczuć prawdziwy ból, by się spełnić. A więc ludzie dotknięci tą przypadłością, sadyści, masochiści albo sadomasochiści, są po prostu chorzy i powinni się leczyć.

Jednak dość często nasze fantazje erotyczne zawierają elementy przemocy. Przysłużył się temu choćby markiz de Sade, który wprowadził ten temat do masowej wyobraźni.
Był niezłym literatem, dzięki czemu udatnie określił w swoim zapisie normę pewnej choroby. Ale to jest tylko norma choroby i musimy sobie zdawać z tego sprawę. Coś, co ma człowieka pełnego lęku i braku miłości przekonać, że jest władcą życia, własnych i cudzych przeżyć. Czyli że to on rządzi. Podczas gdy w rzeczywistości jest sam we władzy ciężkiego nałogu. Szczególnego seksoholizmu, który człowieka uprzedmiotawia, maltretuje, może nawet zabić. Są słynne śmierci związane z duszeniem. Wyobrażasz sobie, że można żądać, by cię bito albo duszono podczas stosunku? Albo chcieć to robić komuś, żeby zaznać orgazmu? To oznacza, że ów ktoś doznawał w życiu tak silnych przeżyć, że żadne tam zbliżenie się do czyjegoś ciała czy dotyk nie wystarczają. Doznał cierpienia, które przerosło jego zdolność do asymilacji, więc się zamknął, znieczulił, zamroził.

Czyli nie rodzimy się tacy?
Nie. Dzieci są blisko seksualności. Podglądają się, pokazują sobie genitalia, bawią się w doktora. Dziewczynki wkładają sobie do cipki różne przedmioty. Ale jeśli tam włożą agrafkę, to dlatego, że jest mała, a dziewczynce brak jeszcze wyobraźni. Nie włożą otwartej agrafki czy igły, bo to boli, kłuje. Małe dziecko nie chce bólu. Żadne. Ale zdarzają się sytuacje, które uczą dziecko, że ból jest dobry. Dam przykład z mojej praktyki, który pokazuje, jak się rodzi postawa masochistyczna. Pewna kobieta, kiedy miała mniej więcej cztery latka, jadła zupę przy stole, a jej mama była w kuchni. Dziewczynka nieostrożnie machnęła rączką i zrzuciła ze stołu talerz. Zupa się wylała, a talerz stłukł. I ona wpadła w panikę, że mama ją skrzyczy i zbije – była o tym przekonana. Szybko wzięła do ręki ostry odłamek porcelany i przejechała nim sobie po nóżce. Zaczęła lecieć krew. I poczuła ulgę. Ponieważ dla matki tej dziewczynki zbicie talerza to była katastrofa, ona wiedziała, że musi zamienić tę katastrofę w jeszcze większą katastrofę, żeby się ochronić. Ta kobieta, pracując z tym zdarzeniem, odkryła, że wybrała ból, by zyskać ulgę, opiekę i zapobiec gorszemu bólowi. I od tej pory tak zaczęła działać. W związkach pozwalała się źle traktować. Bo masochizm ani sadyzm nie ograniczają się do sypialni. Ludzie pozwalają na siebie krzyczeć, nie szanować się, ranić nie tylko fizycznie. Ta kobieta najpierw sama przekroczyła swoje granice, skaleczyła się specjalnie. I za to spotkała ją nagroda: ulga i radość, że znalazła sposób, żeby się chronić i przyciągnąć uwagę matki. Strach i ból skleiły się w niej z ulgą, bezpieczeństwem i bliskością.

A jak się to ma do seksu?
Celowo mówię o sytuacjach nieseksualnych, żeby pokazać, że seks nie jest niczym innym niż pozostałe części życia. Inny przykład – doświadczenie pewnego chłopca, syna alkoholika, który sam się później stał alkoholikiem: szedł z tatą na spacer po raz pierwszy i jedyny. Miał parę lat. Podskakiwał i nagle jego nóżka ześliznęła się z chodnika. W tym momencie ojciec zareagował tak, jak reaguje alkoholik, czyli w sposób nawet dla siebie samego niezrozumiały. Zawrzał z wściekłości, że się dzieciak źle zachowuje na ulicy. I tak go skatował, że chłopiec nie mógł iść. I co zrobił wtedy tatuś? Posadził go sobie na ramionach i zaniósł do domu. I to jest najszczęśliwsze wspomnienie z dzieciństwa tego chłopca.

Znowu wzór: ból sklejony z ulgą i szczęściem. A jak się rodzi postawa sadystyczna?
Podobnie. Tyle że ulga nie pochodzi z doznanego bólu, tylko z odwetu. Ktoś doznał bólu, upokorzenia i bezradności, więc żeby sobie z tym poradzić, oddał komuś słabszemu. I doznał ulgi, napawając się lękiem swojej ofiary, jej słabością i tym, że w tym momencie to on ma władzę. Już nie jest osobą, która doznaje lęku, bólu i bezradności, tylko tę swoją bezradność przekuwa w siłę.

Nie wszyscy ludzie, którzy są sadystami, są sadystami seksualnymi. Nie wszyscy masochiści są masochistami seksualnymi. Skąd ten szczególny związek?
Żeby w ogóle coś wyszło z seksu, człowiek musi się rozluźnić. A masochista i sadysta żyją w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na karę, cios. To napięcie jest nieznośne, paraliżuje, znieczula, więc paradoksalnie jedyny sposób, w jaki taki człowiek może się rozluźnić, to wreszcie poczuć ten ból albo satysfakcję z zadawania go. Jest jeszcze jeden typowy przypadek, który może doprowadzić do wykształcenia się sadomasochistycznej postawy w seksie, a mianowicie dzieci molestowane seksualnie. Z jednej strony, gdy to się dzieje, boją się, nie chcą tego. Nie mogą się obronić, uciec, czują się bezradne. Jednak dość często zdarza się, że odczuwają przy tym przyjemność, a nawet podniecenie, czują się ważne, bo ktoś dorosły – na przykład ojciec – się nimi zajmuje. Te dzieci mają wdrukowany wzór uprzedmiotowienia, podniecenia, poczucia winy i jednocześnie potrzeby bycia za to jakoś ukaranym, a więc kompletnego zagubienia.

Mam w głowie jeszcze jedno skojarzenie: mężczyzna, w domu i biznesie absolutnie macho, a cichaczem chadza do prostytutki, której każe się bić i nazywać niegrzecznym chłopczykiem... to prawda czy wymysł?
Dobrze, że o tym mówisz. Tacy mężczyźni istnieją. I to ilu. Nie wszyscy naprawdę chodzą do tej zastępczej mamusi, żeby ukarała niegrzecznego synka, część tylko o tym fantazjuje. Coś takiego dzieje się, gdy w jakimś sensie dzielisz się na pół i w swoim codziennym życiu pokazujesz i wyrażasz tylko jedną stronę. Wówczas ta druga część ciebie, ukryta, wyparta, jakoś chce dojść do głosu. To bywa doprowadzone do ekstremum - i to jest właśnie ten przypadek, który opisujesz. Taki mężczyzna jako dziecko był zwykle tym bitym, karanym za błędy, za to, że nie spełnia wizji rodziców. I obiecał sobie, że już nikt nigdy go nie upokorzy, że to on będzie panem, będzie zdobywał, karał, zwalniał. I często udaje się mu wejść na sam szczyt, bo jest bardzo zdeterminowany, całą swoją siłę i motywację wkłada w to, żeby obronić tego bitego chłopca przed kolejnymi upokorzeniami. Życie, którym wiecznie się coś komuś udowadnia, jest pełne napięcia. I znowu potrzebne jest tego odreagowanie. Poza tym w głębi duszy taki człowiek nie czuje się wartościowy, uważa, że zasługuje na karę, bo to ciągle słyszał od matki. Więc chce, by go bito. Najchętniej owa zastępcza mamusia, bo od tej prawdziwej jest nadal uzależniony...

To wszystko, co opisujesz, to rzeczywiście wielka krzywda, cierpienie i prawdziwa ludzka nędza. Dlaczego więc zajmuje takie miejsce w kulturze? I dlaczego tak pokrętnie to zjawisko interpretujemy?
Łatwo jest skrzywdzić dziecko, trudno je naprawić. By człowieka tak skrzywionego wyprostować, trzeba naprawdę dużo pracy, odpowiednich warunków i dobrej woli. I kto to ma niby robić? Dlatego nauczyliśmy się to racjonalizować. Udowadniać, że to nieszczęście jest wielką zabawą, która niby świadczy o naszym wyzwoleniu. Dodajemy nieco szminki, lateksu, czerni i już nie wygląda to nędznie. I już możemy udawać, że mamy takie doznania, o których wy, szaraczki, pojęcia nie macie. Co tam ten wasz nudny seks w pozycji misjonarskiej, przy zgaszonym świetle, pod kołdrą. My jesteśmy panami doznań, świata, kontrolujemy, nie nudzimy się. A przecież się strasznie nudzą, nużą, niewiele czują, są uzależnieni. Czy naprawdę mamy im czego zazdrościć?

  1. Psychologia

Jak wspierać dzieci w poszukiwaniu ich tożsamości seksualnej?

Część nastolatków poszukując swojej autonomii płciowej potrzebuje sprawdzić się w kontaktach nieheteronormatywnych. (Fot. Getty Images)
Część nastolatków poszukując swojej autonomii płciowej potrzebuje sprawdzić się w kontaktach nieheteronormatywnych. (Fot. Getty Images)
Dojrzewanie to okres poszukiwania swojej autonomii, również płciowej. Część nastolatków potrzebuje sprawdzić się w kontaktach nieheteronormatywnych, co wcale nie przesądza o ich późniejszej orientacji. Psychoterapeutka Klaudia Siwek wyjaśnia, jak rodzice mogą wspierać dorastające dzieci w sytuacji ich labilności seksualnej.

W książce „Kim jesteśmy, czyli o seksie” legenda polskiej psychiatrii prof. Jacek Bomba powiedział, że młodzieńcze kontakty homoerotyczne, podobnie jak młodzieńcze zainteresowanie ciałem osób tej samej płci i towarzyszące temu podniecenie seksualne, są zjawiskiem powszechnym i nie przesądzają o późniejszej orientacji.
Dojrzewanie to etap poszukiwania. Przymierza się wtedy różne zachowania, poglądy. Z zachowaniami seksualnymi może być tak samo jak z używkami. Młodzież często sprawdza, czy jest im po drodze z alkoholem, używkami, a także z nieheteroseksualną orientacją. Oczywiście w żadnym razie nie dotyczy to wszystkich nastolatków, ale przyjmijmy do wiadomości, że wielu tak. I dobrze, niech się przekonają, kim są i jakie życie jest ich programem.

Zatem dlaczego rodzice tak bardzo boją się takich przeżyć u własnych dzieci?
Nie osądzajmy rodziców zbyt surowo. Wielu z nich po prostu nie wie, co ma z takim doświadczeniem zrobić. To, co znane i wpisane w ich kulturę, wychowanie, wartości, uznają za bezpieczne. Uważamy rodziców za nietolerancyjnych, a inność dziecka może być dla nich problemem z wielu powodów. Często martwią się o to, jak dziecko poradzi sobie w kulturze tradycyjnych wartości. Czy nie dotknie go ostracyzm, przemoc, wykorzystywanie? Jak będzie żyło? Jak oni będą ocenieni jako rodzice? Odmienność utrudnia życie i dorośli to już wiedzą, stąd panika rodziców.

Chyba jednak częściej jest to nietolerancja. Młodzi na pewno tak odbierają reakcje rodziców na ich nawet drobne sygnały homoseksualizmu.
Każda ze stron ma prawo do swoich przeżyć. Załóżmy, że mamy nastolatkę, która czuje się chłopcem i myśli o zmianie płci. Mama nastolatki może zupełnie nie wiedzieć, jak ma reagować na to, co wnosi jej córka, zwłaszcza gdy dziewczyna chce, aby już teraz nazywać ją męskim imieniem. Mama odmawia i córka uznaje to za nietolerancję. Tylko że w tym przypadku mama nie odrzuca swojego dziecka, ale jest zagubiona. Można by znaleźć wspólną drogę: nastolatka ma prawo odczuwać swoją inność, prosić, żeby mama nazywała ją, dajmy na to, Jankiem. A mama też ma prawo być tym oczekiwaniem oszołomiona, przytłoczona i może nie chcieć spełnić tej prośby. Ona wybrała imię dla swojego dziecka i to jest wbrew jej uczuciom. Czy może nie chcieć mówić do córki „Janku”?

Zawsze staję po stronie młodych, ale rozumiem, że matka może nie chcieć. I co w takiej sytuacji?
Spróbowałabym coś wynegocjować. Na przykład, żeby na początek zwracała się do córki „moje dziecko”.

To duże wyzwanie dla rodzica...
Pewnie, ale sukcesem byłaby już sama gotowość do pracy nad porozumieniem. Podkreślmy to, że rodzice, gdy dowiadują się, że ich dziecko nie jest heteronormatywne, często udają, że nie ma problemu, bo się boją, że swoją otwartą postawą będą wzmacniać tę nieheteronormatywność.

Boją się? Tak jak boją się, że kontakt homoerotyczny zrobi z ich dzieci osoby homoseksualne?
Choć brzmi to absurdalnie, wiele osób w to wierzy. Wróćmy do tej chwili, gdy rodzic nagle jest skonfrontowany z sygnałem, że jego dziecko miało kontakt homoerotyczny. Rodzice czasem boją się, że gdy zareagują zbyt spokojnie, otworzą się na rozmowę z dzieckiem, spróbują je zrozumieć – to zachęcą dziecko do homoseksualizmu. Wolą więc zamknąć oczy, niczego nie widzieć albo wejść w ostrą konfrontację z nastolatkiem, wprowadzić kary i zakazy, uważając, że w ten sposób rozwiążą problem. Strach o siebie i własne dorastające dziecko przyjmuje różne formy.

Zatem jak powinni zareagować rodzice, gdy zauważą, że ich nastoletnie dziecko przytula się do najlepszego przyjaciela tej samej płci czy całuje z nim, bo nastolatek właśnie tak może poszukiwać swojej tożsamości?
A co powinni zrobić, gdy zauważą swojego nastolatka w objęciach płci przeciwnej? Mogą się wycofać, zostać ze swoimi myślami na chwilę w ciszy i zastanowić się, jak oni się z tym czują.

Chyba wszyscy rodzice czują się wtedy tak samo. Są zagubieni.
Niekoniecznie. Po takim incydencie, czy to homo-, czy heteroerotycznym, musi być kilka chwil, kiedy rodzic zajmie się swoimi lękami. Zapyta sam siebie: „Czego ja się obawiam? Czy tego, że jestem złym rodzicem, czy może boję się o przyszłość dziecka?”.

Jeśli poczuje, że nie jest w stanie zapanować nad lękiem czy złością na swoje dziecko za to, co ono robi, to niech poczyta na ten temat, zadzwoni na telefon zaufania, pójdzie na wizytę do terapeuty, pogada z innymi rodzicami. Niech zadba o siebie na początku, bo rodzic − wchodząc w okres dojrzewania dziecka z wielkim lękiem w sprawach sfery seksualnej − może własnemu dziecku bardzo zaszkodzić. Nastolatek nie przestanie mieć wątpliwości co do swojej orientacji czy tożsamości płciowej. Po prostu ukryje to przed rodzicami, z którymi ma złe relacje. Zostanie sam ze swoim niepokojem, a pomocy będzie szukał u rówieśników czy w Internecie.

Czyli podstawą są dobre relacje z dzieckiem…
Tak. Po pierwsze, nastolatki robią różne rzeczy i to wcale nie znaczy, że tak im już zostanie na zawsze. Po drugie, w sprawach seksu nastolatków nie warto narzucać się przesadnie, bo oni często nie pragną poważnych rozmów, tylko oczekują, że dorośli nie będą zamykać oczu, tworzyć tabu ze sfery seksualnej i wycofywać się, gdy dzieci potrzebują pomocy.

Dlaczego seksualne określenie siebie jest takie ważne w okresie nastoletnim?
Kiedy wiem, kim jestem, to mogę być autonomiczna, działać zgodnie ze swoimi potrzebami, bo wiem, jakie one są. A przede wszystkim mogę budować bliskie relacje z innymi ludźmi. Kiedy nie wiem, kim jestem, gdzie są moje granice, to trudno mi znaleźć swoje miejsce w świecie. Przychodzi mi tu na myśl bajka o Brzydkim Kaczątku. Przez długi czas kaczątko szukało swojego miejsca. Nie mając świadomości swoich cech, zalet, ale też ograniczeń, było narażone na poczucie nieadekwatności i miało doświadczenie, że nigdzie nie pasuje – zupełnie jak nastolatki ze swoim „przymierzaniem”, o którym mówiłyśmy na początku. Dopiero kiedy „dorosło” i było w stanie określić, kim jest, zobaczyć swoje piękno i je docenić, poszło w świat i poczuło, że przynależy do jakiejś grupy, nawiązało relacje oparte na wzajemności.

Czy chwiejność seksualna, typowa dla okresu dojrzewania, może prowadzić do poważnych problemów psychicznych?
Sama chwiejność nie, podobnie jak inne procesy w okresie dojrzewania. Niezwykle ważna jest jednak reakcja otoczenia, z którą młody człowiek się spotyka. Jak duże oparcie będzie miał w stabilnych emocjonalnie rodzicach, będących w stanie towarzyszyć mu w tym trudnym dla niego czasie. Czy dorośli będą gotowi przyjąć zmiany, które zachodzą w dziecku, przejawy jego autonomii, jednocześnie stawiając granice dające poczucie bezpieczeństwa. To bywa trudne dla rodziców, ale jest szalenie istotne. Problemy rodzą się często nie z samych nastoletnich frustracji, ale z reakcji otoczenia na nie.

Reakcja otoczenia może wyrządzić szkody i sprawić, że nastolatek będzie wymagał pomocy psychiatrycznej?
Nie tylko sama reakcja w danej chwili, znaczenie ma też jego wrażliwość i doświadczenia z wcześniejszych etapów życia. Niemniej jeśli nastolatek, przy wszystkich frustracjach i wątpliwościach tego okresu,  przy swojej chwiejności seksualnej spotka się z brakiem akceptacji, to zaczynają rodzić się problemy. Brak zgody na autonomię i samostanowienie, unieważnianie potrzeb, bagatelizowanie, ignorowanie czy karanie za przeżywanie emocji skutkuje konsekwencjami w postaci problemów psychologicznych. To nie labilność seksualna wyrządza szkody, a reakcja na nią. Powtarzajmy to rodzicom i nauczycielom, aż do znudzenia.

Ale rodzice mają wpływ tylko na swoje zachowanie. Na kolegów dziecka ani na rodziców tych kolegów już nie. Matka czy ojciec mogą je wspierać, a inni będą piętnować... Po czym poznać, że nastolatek sobie nie radzi?
Po nagłej zmianie zachowania. Z wesołego zrobił się introwertyczny, smutny. W dodatku wycofanie, izolacja, brak kolegów – podkreślam: ubogie życie rówieśnicze powinno wzbudzić naszą czujność i troskę.

Mimo że młodzi uwielbiają udawać luzaków, prowokować dorosłych, bywają skrajnie okrutni i nietolerancja może wyjść też od nich.
I bardzo często tak się dzieje. Większość moich pacjentów ma doświadczenia przemocy rówieśniczej. W okresie dorastania kontakty koleżeńskie są niewyobrażalnie ważne. Dorosłemu w regulowaniu nastroju pomoże spacer czy poczytanie powieści, a nastolatek potrzebuje to samo zrobić w relacji z kolegami. Aktywność w towarzystwie przychylnych mu rówieśników to często jedyny balsam na stres. I nie chodzi wcale o aktywność online, a o oddychanie tym samym powietrzem. Dbajmy o to. Pilnujmy, żeby nasze nastoletnie dziecko miało prawdziwych przyjaciół.

Klaudia Siwek, psycholog kliniczna, psychoterapeutka, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna, współautorka książki „Depresja nastolatków”.

  1. Seks

Kobieta alfa szuka mężczyzny

Kobieta alfa szukając mężczyzny powinna przede wszystkim zweryfikować swoje wymagania. (Fot. iStock)
Kobieta alfa szukając mężczyzny powinna przede wszystkim zweryfikować swoje wymagania. (Fot. iStock)
Znaleźć partnera, kiedy masz sukces i pozycję, wcale nie jest łatwo. Mężczyźni boją się kobiet o cechach przywódczych, kobiet alfa. A może to tylko mit z czasów, gdy niewiele pań robiło karierę? Jaki jest idealny partner i kochanek dla kobiety alfa i jak zostać jego idealną partnerką, zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka. 

Kobiety singielki mówią, że mężczyźni boją się silnych, zdecydowanych, ambitnych kobiet i dlatego one właśnie są same. Amerykańska psychoterapeutka Sonya Rhodes w książce „Kobieta alfa szuka partnera” pisze, że od lat 70. to się jednak zmienia. Mimo tego kobiety boją się, że nie znajdą partnera, jeśli nie spuszczą z tonu. Czy to prawda? Na początku, proszę, nie szukajmy ideałów. Choć spotkałam w jednym z programów TV naprawdę wybitnego mężczyznę, jak bym powiedziała nazwisko, to pół Polski by westchnęło. Mądry, przystojny, z arcymęskim zawodem, znany i jak przypuszczam, pewnie bogaty. Rozmawialiśmy o kłóceniu się i, oczywiście, on powiedział, że się kłóci i jego żona też się kłóci. A jedna z młodych kobiet, która z nami była, powiedziała, że ona nie, bo „to nieładnie i mamusia nie kazała”. On popatrzył na nią jakby z politowaniem. Nawet kiedy przyznała, że się w nim kocha, nie wzbudziło to jego entuzjazmu. Później rozmawialiśmy już prywatnie, wcale nie krótko, i opowiadaliśmy sobie, jak to u nas w domu jest. Powiedział, że gdyby jego żona była miła, ciepła i uległa, to po dwóch latach z nią nie wytrzymałby. Jego żona dokładnie wie, czego chce, co się jej w nim nie podoba, co jej pasuje, i mówi: „Cały ten swój blichtr i wielkość zostawiaj na wycieraczce”. W związku tym on ją ogromnie ceni i lubi, kocha swój dom i kocha w nim być. Ja, jak to usłyszałam, pomyślałam: „Boże, są więc tacy mężczyźni”; bo to, że są takie kobiety, to wiadomo.

A czy ta idealna kobieta jest asertywna i w łóżku? Sonya Rhodes pisze, że silne kobiety w łóżku udają mimozy, nie mówią, czego chcą. A to dlatego, że wciąż przypomina im się, by pozwalały mężczyznom w łóżku być mężczyznami, bo inaczej ich wykastrują. I w efekcie agresywne i ambitne w życiu publicznym alfy w seksie mają problemy nawet z inicjacją.
Nie wypadało mi pytać tego pana o ich seks małżeński, ale ogień, z jakim o niej mówił, pozwolił mniemać, że jego żona i w łóżku szalenie go kręci. Możemy przypuszczać, że jest różnorodna; jeśli ma ochotę być taka „mała i słaba”, by oddawać się zwycięzcy, to jest. A jak ma ochotę na coś innego, to go do tego czegoś prowokuje.

Mówisz: „prowokuje”, czyli używa sposobów. A mogłaby – o ile to wykonalne technicznie – rzucić go na łóżko i wykorzystać, nie obawiając się, że on ucieknie z piskiem albo odrzuci takie zaloty jako niekobiece?
Myślę, że mogłaby go rzucić na łóżko, pod warunkiem że zrobi to w takim oto kontekście: „Ty tak na mnie działasz, że ogarnia mnie zmysłowe szaleństwo, cała płonę i płynę! Muszę się kochać z tobą! Już tu natychmiast”. Nie można rzucić mężczyzny na łóżko w kontekście: „Ja ciebie używam!”. Oni tego nienawidzą. Ponieważ mówimy o alfach, to ważne, by pamiętać, że one nie mogą mieć samców, którzy nie cierpią „samic alfa”. Bo tacy albo ją zadźgają, albo będą w straszliwy sposób rywalizować i niszczyć. To się często zdarza. Ale za to każdy inny mężczyzna z taką kobietą, która potrafi i bawić się, i walczyć, i ustąpić, i wygrać, czyli jest różnorodna, nie będzie się nudzić, a to ważne. Bo mężczyźni i chcą, i nie chcą uległych kobiet. Przecież oni znają z domu nieuległe kobiety.

Nieuległe kobiety, czyli swoje matki?
Oczywiście. Z jednej strony ich nie lubią, a z drugiej – cenią, bo prawdą jest też to, że przy nich czuli się bezpieczni. I tu mamy klucz do tego, dlaczego mężczyźni teraz chcą czuć się bezpiecznie, a niekoniecznie być superkochankami. Otóż wychowywani przez silne kobiety, a nie przez silnych mężczyzn (dzisiejsi ojcowie zazwyczaj nie są silnymi mężczyznami, o ile w ogóle są przy wychowaniu syna), dzisiejsi panowie mają kłopot z uprawianiem seksu z kobietami silnymi dlatego, że one im przypominają ich matki. I nie chodzi tylko o zakaz kazirodczy. Też i o to, że ich matki były całkowicie nieseksualne, bo tylko pichciły, odkurzały, prały i prasowały, do tego zrzędząc i krytykując. A więc najlepiej znana silna kobieta nie jest sexy jako taka. Ale za to daje poczucie bezpieczeństwa. A więc mężczyzna chce kobiety silnej, by czuć się bezpieczny, ale sobie z nią za bardzo w łóżku nie pohasa. Wybiera więc tę uległą i ona daje mu poczucie siły, bo on kontroluje sytuację. Po jakimś czasie odczuwa jednak przy niej niepokój, bo sam sobie poczucia bezpieczeństwa nie da, przecież zawsze dawała mu je silna kobieta, czyli matka.

Badania podane przez Sonyę Rhodes potwierdzają, że dla kobiet nie jest już najważniejsze bezpieczeństwo, a dla mężczyzn seks. Tu między nami nie ma różnic. Mamy już prawo do siły i seksualności, ale nie chcemy słabych, czyli poszukujących poczucia bezpieczeństwa, mężczyzn. Alfy nie czują z nimi żadnej chemii, bo to często straszne melepety.
Taka melepeta znudzi, nie dostarczy ciekawych bodźców. Nie ośmiela się. Dlatego alfy muszą szukać panów, którzy fajnie reagują na tę różnorodność, jaką one mają do zaoferowania, takich, którzy melepetami nie są i się nie boją. Ale też nie chcą z kobietami alfa rywalizować. One potrzebują więc mężczyzny, który będzie podziwiał ich charakter, ale nie będzie postrzegał ich jako zagrożenia. Kogoś stanowczego, ale nie dążącego do konfrontacji, oraz przystępnego emocjonalnie. A więc doświadczonego partnera, który docenia wartość związku i wspaniały seks, jaki mogą razem mieć.

Jedna z bohaterek książki o alfach twierdzi, że ma partnera z sercem beta i penisem alfa. Ale wiele pań powie, że takich nie ma. Autorka książki stwierdza coś zaskakującego, że to alfy myślą stereotypowo. Mężczyźni nie są albo agresywni i seksowni, albo wrażliwi i beznadziejni w łóżku. Oni też są różnorodni. Taki podział wynika z rozdarcia kobiet, które nie radzą sobie z konfliktem między pożądaniem seksualnym a emocjami. Ponieważ te uczucia są nie do pogodzenia, oddzielają je i w relacji z mężczyzną chodzi im albo o emocje, albo o seks.
Oczywiście, bywa, że myślimy tak o mężczyznach i mamy kłopot z uznaniem własnej seksualności. Przypomnę ci jednak mężczyznę cud, o którym mówiłam na początku. Alfa w świecie zewnętrznym, a miły gość wewnątrz, akceptujący kobiecą siłę. Ale uwaga! Tu od razu muszę przyznać, i to ze smutkiem, że nie wszystkie kobiety alfa są różnorodne. Jeśli od małego były nastawione na szóstki z plusem, a potem na zdobywanie kolejnych dyplomów i wyróżnień, a więc są takimi życiowym kujonami i prymusami, to różnorodne nie są.

Nie są różnorodne, bo zawsze muszą być najlepsze?
Tak! We wszystkim w dodatku. A rozwiązanie tkwi w tym, żeby ona była fajtłapą w niektórych rzeczach, w których on może być supermenem. Jednak ona, ten życiowy kujon, nie odpuści sobie niczego, nawet wymiany akumulatora. Więc on nie ma się jak wykazać. Dlaczego? Współcześnie postawiłyśmy na zewnętrzny rozwój, ambicje zawodowe. To, oczywiście, pozytywne. Ale zapomniałyśmy o wewnętrznym rozwoju. Zestaw jest więc często taki: żelazna pani prezes na zewnątrz, a dzidzia przerażona w środku. Przerażona nie tym, że sobie nie poradzi w robocie, tylko tym, że nikt jej nie pokocha. I im bardziej smutna i samotna w środku, tym mniej chce to pokazać, tym mocniej się ukrywa za umiejętnościami, do których jeszcze doszły te męskie. Mężczyzna ma coraz mniej pól, na których jej zaimponuje, na których ona sobie bez niego nie poradzi, w których jest naprawdę potrzebny.

A dlaczego ona myśli, że nikt jej nie pokocha?
Bo ona nie jest do kochania, tylko do zdobywania kolejnych potwierdzeń swojej wartości. Współcześni rodzice nauczyli się już, że dziewczynę trzeba wyposażyć w wykształcenie, ponieważ skończył się czas, kiedy to chłopcy zarabiali i przynosili upolowaną zwierzynę do domu. Teraz ona ma przynieść. Rodzice jednak nadal zapominają (a może nigdy nie pamiętali?), że dziewczynka ma też być kochana. W związku z tym, kiedy jest już kobietą, nie czuje, że jest do kochania, nadal czuje, że jest kimś do: przynieś, podaj, pozamiataj, tylko na wyższym, aspirującym poziomie, czyli ma sobie radzić finansowo, prestiżowo i moralnie. Na szczęście są też kobiety alfa, których dzidzia w środku nie jest rozmemłana i wie, kim jest. Czasami taka, że się oprze na nim i powie: „Ja bez ciebie bym sobie w ogóle nie poradziła”, a czasami: „Wiesz, ja sama też sobie radzę, więc nie musisz mi we wszystkim pomagać”. Chodzi o to, o co od zawsze chodziło między mężczyznami a kobietami, i co jest niezbywalne – o rodzaj walki nie do ostatniej kropli krwi, nie do zniszczenia, tylko walki dla atrakcyjności. Jak dziecięca zabawa. Byłam raz na wakacjach z dwojgiem dzieci, które się razem wychowywały i kochały się niemożebnie. Te szkraby trzyletnie siedziały sobie w piaseczku i mówiły: „Kocham cię”; „A ja cię bardziej kocham!”. Po czym patrzę, a jedno wyrywa łopatkę drugiemu i buch go w głowę. Zaraz potem znów: „Kocham cię, kocham”.

Więc całusy i przytulanki, a raz na jakiś czas buch go w łeb?
Oczywiście, choć nie chodzi o to, aby się wykrwawiać. Raczej o to, aby czuć, że każdy nasz stan, jaki mamy między sobą, jest ciekawy, bo jest między nami. Każde słowa: „Zawiodłeś mnie”, „zachwyciłeś mnie”, „jestem taka, jak ty sobie życzysz” i „jestem kompletnie inna, niżbyś chciał”, są cenne. Niedawno moja przyjaciółka powiedziała: „Wiesz, mój chłop to jednak jest słodki. Pokłóciliśmy się, wyleciał z domu, poszedł na rower. A kiedy wrócił, mówi: »Dotarło do mnie na tym rowerze, że ty mnie tak wkurzasz jak nikt, ale że to właśnie pokazuje mi, jak bardzo cię kocham”. Byłoby dużo lepiej nam wszystkim, gdyby mężczyźni nie widzieli, jak ich mamusia ich tatusia kastruje, a on się daje. Ale, niestety, widzieli i się boją. Gdyby mamusia nie kastrowała, tylko mówiła dzieciom, szczególnie chłopcom, że ich tata jest super, to ci chłopcy jako mężczyźni nie baliby się silnych kobiet. Powiedz, która kobieta w Polsce mówi synowi, że jego tata jest super?

Ja wiem tylko o jednej takiej, choć znam ich bardzo wiele.
Mamusie moich klientek i moje znajome tego nie mówią. Tak jak nie mówią córkom: „Jesteś słodka, cudna i kochana”. Po prostu nie mówią. Jeżeli chłopak widzi, że tatuś ucieka z domu i go nie ma, to albo pomyśli: „On mnie nie chce, ja się nie sprawdziłem”, albo powie matce, że to przez nią nie ma w domu taty. Jeżeli ona jest taka upierdliwa, zołzowata i do tego nieustannie sprząta, to on później takiej kobiecości z seksualnością nie połączy.

Sonya Rhodes mówi, że kiedy czegoś chcesz w seksie, powiedz o tym, to on to zrobi. Ale alfy boją się, że to mało kobiece, i dlatego unikają wyrażania swoich pragnień wprost.
Niekoniecznie mężczyzna w łóżku zrobi to, co kobieta powie. Wielu się wścieka, jak im się mówi, czego się od nich oczekuje. Złości ich sam fakt, że się mówi, że jest jakiś przepis na nich w seksie, że ktoś wie lepiej, jacy oni mają być jako samce. Przereklamowana jest zasada: mów, czego chcesz. Ja wyznaję inną – wzmacniaj to, co ci się w mężczyźnie podoba, a osłabiaj to, co ci się nie podoba. Wzmacniaj aprobatą i oddawaniem czegoś fajnego.

Rhodes pisze, że kobiety alfa nie umieją się dogadać z mężczyznami, fantazjują o samcu, który bierze siłą i doprowadza do ekstazy. Nazywa to kompleksem „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Jej zdaniem samica alfa pragnie być zdobywana, bo to zagłusza jej strach, że jest za mało kobieca.
Oczywiście! Ona sprawdza, czy on ją naprawdę chce. Jeżeli to daje się sprawdzić, a on tym sprawdzaniem się nie zraża i nie daje się wytrącić z tego, że jej pragnie, kobieta może poczuć, że jest warta, pożądana. W kobietach jest zestaw pychy („każdy ma mnie chcieć”) z biedą („nikt mnie nie chce”). A teraz o innym aspekcie. Mężczyźni starają się być samcami alfa, żeby mieć najlepszy dostęp do kobiet. Kobiety stają się samicami alfa, żeby ich życie było lepsze, żeby nie zależeć od mężczyzn. Żyć także na zewnątrz, nie tylko w domu, rozwijać się zawodowo, tworzyć, mieć wpływ na świat, którego tak długo były pozbawione. Mężczyźni wiedzą, że jakaś wielka liczba kobiet chce ich dla ich znaczenia i pieniędzy. Godzą się z tym. A kobiety z sukcesem nie chcą być wybierane z powodu prestiżu czy pieniędzy, tylko z miłości. Na razie nie ośmielają się chcieć „dysponować dostępem do facetów”, bo kobieta powinna oczekiwać wielkiej miłości. To na razie ciągle jeszcze jest ogromna różnica. Kobieta ma mieć o czym marzyć i śnić. Żyje w takim wirtualnym, neurotycznym świecie i ma sobie czym zaprzątać głowę: „Czy on mnie będzie kochał? Zechce? Czy jestem warta jego uczuć?”. To jest pochwalany przez patriarchat wewnętrzny dylemat kobiet.

Podsumujmy, proszę, jak więc kobieta alfa ma się zabrać do szukania mężczyzny kochanka i partnera dla siebie?
Ja bym na wstępie powiedziała, że powinna zweryfikować swoje wymagania. Zobaczyć, na co się godzi i co jej wystarcza. Jest różnica pomiędzy wystarczającym a wymarzonym. Jeżeli coś ci wystarcza – bierz to i się z tego ciesz. Gdy pytam kobiety: „Czy będziecie utrzymywały faceta?”, mówią: „nie!”. A dlaczego? Przez tyle wieków oni nas utrzymywali. Jeżeli sama tego chciałaś bądź twoje życie ułożyło się tak, że stałaś się kimś wszechstronnym, zauważ, że skończyły się czasy, że mężczyzna ma być lepszy od kobiety. Po to tyle lat biłyśmy się o emancypację, rozwody i wybór człowieka z miłości, żeby nie musieć sprowadzać rzeczy do prestiżu i majątku. Znam dużo dziewczyn, które są piekielnie ambitne, odważne, to supersamice alfa, też w tym sensie, że nie mają w sobie instynktu macierzyńskiego i ciepła. I wiesz, czego one chcą od mężczyzny? Chcą wyższego od siebie, lepiej zarabiającego, pewnego siebie. Takiego partnera nigdy nie znajdą, ponieważ taki mężczyzna, który ma w głowie trzy Oksfordy i dwa MBA, pięć języków itd., nie szuka kobiety, która powiększy i udowodni jego wartość, tylko takiej, przy której poczuje się blisko. Jeśli chcesz kogoś na raz, to proszę bardzo, możesz pójść do łóżka, z kim się da. Natomiast jeśli chcesz z kimś żyć, to już mówimy o miłości, związku i bliskości. Jeżeli to ma być związek, to musisz zweryfikować samą siebie.

  1. Styl Życia

Karolina Hamer: „Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie”

Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Człowiek to człowiek. Miłość to miłość. Nie godzę się na żadną dyskryminację – mówi Karolina Hamer, biseksualna paraolimpijka. Uparta, szczera, odważna, walczy o prawa osób z niepełnosprawnościami, o systemowe rozwiązania i tolerancję. 1 lipca, w formie e-booka, ukaże się jej książka „Niezatapialna”.

Sport. Jak pojawił się w pani życiu?
Miałam cztery lata i pierwsze pływackie kroki robiłam przy moim tacie. Często jeździliśmy nad jakieś jeziora, na baseny i od razu było widać, że woda to jest mój żywioł. Dawała mi poczucie wolności, nie czułam w niej ograniczeń!  Wychodziłam z wody dopiero, jak robiłam się sina. Pamiętam, jak mama mówiła: „Karolina, tylko nie wypływaj na głębokie”, a ja po dwóch sekundach właśnie tam byłam. W końcu trafiłam do sekcji pływackiej. Miałam wtedy 17 lat.

Późno.
Tak. Ale po trzech miesiącach treningów zostałam medalistką. Wszystko przypadkiem. Ówczesny chłopak mojej siostry powiedział mi, że istnieje sekcja pływacka dla osób z niepełnosprawnościami. Poszłam, popływałam półtorej godziny żabką, trenerzy byli właściwie w szoku. Po trzech miesiącach pojechałam na pierwsze zawody – mistrzostwa Polski juniorów, zdobyłam tam brązowy medal. Potem po trzech latach trenowania dostałam się do kadry. Sport był ze mną od zawsze. Pamiętam, że jako dziewczynka oglądałam igrzyska olimpijskie w Seulu i najważniejsze było dla mnie, czy pan/pani dość dużych gabarytów podniesie ciężar, czy nie.

Z pani książki dowiedziałem się, że pani, osoba z niepełnosprawnością, chodziła do klasy sportowej.
Tak. Teoretycznie zaczynałam od siatkówki. Nie uczestniczyłam jednak aktywnie w lekcjach wychowania fizycznego. Patrzyłam na kolegów i koleżanki. To było prawdziwe przechytrzenie systemu. Moją pierwszą prawdziwą miłością sportową była koszykówka NBA – krańcowe zawodowstwo. Myślę, że z tego się wziął taki mój pęd do progresywnego myślenia, pęd do profesjonalizmu: „Będę zmieniać rzeczywistość” i „teraz będzie po mojemu”. Sport nauczył mnie też techniki „padłaś – powstań”.

I to było najważniejsze?
Zawsze najważniejsze było to poczucie wolności w wodzie, ucieczki od problemów, wolna, spokojna głowa w trakcie treningów. I to poczucie, że każdy sezon jest nową szansą. Czasem się śmieję, że jestem specjalistką od wstawania po upadkach. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, kiedy robię podsumowania, to chyba właśnie to jest dla mnie najfajniejsze w sporcie: hartuje, wyrabia charakter i zostawia świadomość, że życie składa się ze wzlotów i upadków, że jak coś jest nie halo, to najważniejsze, żeby się po tym podnieść.

Kiedy pani upadła?
Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to prawdziwy rollercoaster. To bezpardonowa walka o życie po swojemu – wbrew wszystkiemu. Gdy przegrywałam zawody, a medal był na wyciągnięcie ręki, gdy zmarła moja mama. To dzięki tym upadkom jestem niezatapialna – tak brzmi zresztą tytuł książki.

Rodzice, tata przede wszystkim, wcale zachwyceni tymi sportowymi aspiracjami i planami dotyczącymi sportu nie byli.
Tata jest bardzo pragmatycznym i stąpającym twardo po ziemi człowiekiem. I prawdopodobnie czuł niepokój związany z tym, że sport niesie ze sobą niewiadomą. Bo przecież nie od razu wiadomo, czy się komuś uda, czy nie, czym skończy się ten wielki podejmowany wysiłek.

Martwił się o to, czy zdobędzie pani zawód, o pani przyszłość.
No i ja sobie wybrałam taką, a nie inną. Najważniejsza dla mnie jest własna droga. Rodzice naturalnie się o mnie martwili od samego początku, przecież kiedy się urodziłam, przez komplikacje podczas porodu (lekarz odmówił mamie cesarskiego cięcia) miałam nie chodzić, nie mówić, miałam być roślinką. Ten początkowy etap usprawniania, rehabilitacja i progres to zasługa mojej mamy. Ona była prawdziwą wojowniczką, na takiej wojnie z rzeczywistością. Widziałam i jeszcze bardziej dotarło to do mnie po niedawnej śmierci mamy, ile wysiłku to wszystko kosztowało – żeby doprowadzić do tego, żebym mogła realizować swoje marzenia.

Co oprócz uporu i wojowniczości odziedziczyła pani po mamie?
Ciepło, chęć niesienia pomocy innym, poczucie, że jestem na świecie po coś i że mogę zrobić coś dobrego.

A co dla rodziców było pani zdaniem najtrudniejsze? Oprócz tego lęku o pani przyszłość?
Przemoc systemowa. Tak to nazywam. Rodziny osób z niepełnosprawnościami przez 30 lat odczuwały to, że Polska jest w tyle, jeśli chodzi o systemowe wsparcie takich osób. Cały mechanizm radzenia sobie, wsparcia był na barkach rodziców, rodzin i uznawano to za normę. Taka codzienność osoby z niepełnosprawnością naprawdę bywa niełatwa.

Co to jest „mała solidarność”?
Kiedy system zawodzi, możemy wspierać siebie nawzajem, możemy być otwarci, tolerancyjni, dawać przykład. Mała solidarność zaczyna się wówczas, kiedy przestajemy zajmować się własnym tyłkiem,  a widzimy coś szerzej. Dla mnie taka solidarność wiąże się też z pewnego rodzaju wrażliwością. Osoby, które widzą, że świat jest piękny, zróżnicowany, i stają w jego obronie, są jak Avengersi, a nawet Avengerki, bohaterki, które ratują świat.

Sport nauczył mnie techniki 'padłaś-powstań'. Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Sport nauczył mnie techniki "padłaś-powstań". Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Ale odniosłem wrażenie, czytając książkę pani i Karoliny Domagalskiej, że ta mała solidarność nie jest tylko czymś pozytywnym. Bo to jest taka mała solidarność wykazywana wobec osób z niepełnosprawnościami przez ich znajomych, kolegów, sąsiadów, która niejako w codzienności zastępuje rozwiązania systemowe. Przeciwstawiała pani te dwie sfery.
Oczywiście. To powinno, rzecz jasna, współgrać. Jest wspaniałą rzeczą, że ludzie są dobrzy, że chcą pomagać, potrafią rozumieć innych, nie dyskryminować, czuć się współodpowiedzialnymi, kształtować rzeczywistość. Obok tego, jako część całości, powinny być jednak przyjmowane rozwiązania systemowe, dające osobom z niepełnosprawnościami podmiotowość, decyzyjność i – co za tym idzie – szanse. Szanse na wolność w decydowaniu o własnym życiu. To dlatego tak ważny był dla mnie protest osób z niepełnosprawnościami, bo podczas niego nastąpiła obywatelska pobudka: nie będziemy już spychani butem pod powierzchnię. Ważne też jest, żeby osoby z niepełnosprawnościami zyskały konkretne twarze, bo często dzieje się tak, że pozostają pod jakimś przykryciem statystyk – o, niby jest lepiej, bo więcej środków. A ja pytam: „Gdzie w przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnościami? Dlaczego jest ich tak mało na ulicach, w polityce, w sztuce? Gdzie są prawnicy czy prawniczki z niepełnosprawnościami? Aktorzy i aktorki? Przecież statystycznie powinni być, prawda?”.

Równe szanse…
To złożona kwestia. W 2012 roku Polska ratyfikowała konwencję ONZ dotyczącą praw osób z niepełnosprawnościami i tam jest wpisane prawo do niezależnego, samodzielnego życia, do edukacji, do rynku pracy, do decydowania o sobie i swoim ciele. W Polsce pracuje tylko jedna czwarta osób z niepełnosprawnościami – osób w tzw. wieku produkcyjnym. Oczywiście, istotne jest również to, by takie osoby uwierzyły, że mogą pracować, by stworzyć im takie warunki – normalne warunki – by bez lęku i jakiegoś rzucania się w przepaść mogły żyć w sposób najbardziej zbliżony do tego, w jaki chcą, i by mogły wykorzystywać swój potencjał, wykonywać jak najwięcej zawodów. To jest podmiotowość.

Może zawsze w jakiejś mierze jako ideał – utopijna.
Nie. To jest kwestia równości obywatelskiej. Chodzi o to, by te prawa były naprawdę równe dla wszystkich niezależnie od tego, czy jestem osobą z niepełnosprawnością, czy nie, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Cała książka opowiada właściwie o dążeniu do spełnienia marzeń z punktem wyjścia w równości: zdaję sobie sprawę, że jestem kobietą z niepełnosprawnością, ale ta niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie. I dlatego bywa, że się buntuję przeciwko temu, że – trochę tak jak teraz – rozmawiam z kimś sobie godzinę o niepełnosprawności. A są przecież inne tematy.

OK. Tylko że książkę pani napisała o sporcie paraolimpijskim i swojej z nim przygodzie. Napisała pani, że moc jest dawana przez autentyczność. Czym jest ta autentyczność?
To podążanie swoją drogą wbrew wszystkiemu, wbrew ograniczeniom, które są, ale nie muszą człowieka definiować. Coś, co naprawdę mam w sobie, to „prawdziwe ja” zawsze daje moc. Chcę być aktorką – robię wszystko, by nią być. Chcę być prawniczką – zmierzam do tego. Chcę być sportowczynią – będę. Choć, oczywiście, w sporcie paraolimpijskim, bo to kwestia fizyczności. Ale już o prawniku nikt nie powie „niepełnosprawny prawnik”, tylko dobry lub zły.

Równe szanse. Możliwość wyboru.
Tak! Bardzo często osoby z niepełnosprawnościami mają tyle do ogarnięcia we własnym zakresie – chodzi mi o to „łatanie systemu”, że ich potencjał jest hamowany albo nie do końca ujawniany. O to właśnie chodzi, gdy mówię, że osoby z niepełnosprawnościami są definiowane…

…przede wszystkim jako osoby z niepełnosprawnościami.
Dokładnie. Bywa, że ta niepełnosprawność jest pewną nadsprawnością: funkcjonujesz w świecie, w którym nic nie jest do ciebie dostosowane. I musisz się wykazać naprawdę specjalnymi zdolnościami, sprawnością, żeby w tym świecie żyć, działać, rozwijać się. W świecie, w którym większość ludzi byłaby osobami z niepełnosprawnościami, i świat byłby do nich „dostosowany”, osoby sprawne miałyby kłopoty, prawda? Wszystko jest relatywne. Mam wrażenie, że jesteśmy w przededniu rewolucji polegającej na tym, że ludzie to zrozumieją.

Zrozumieli, gdy ogłosiła pani światu, że jest biseksualna? Erotyka, seks osób z niepełnosprawnościami w przestrzeni publicznej stanowią jakieś tabu.
Są dwie płaszczyzny możliwych odpowiedzi. Po pierwsze, jestem zahartowana, mam w sobie dużo akceptacji, osobiście nie dotyka mnie żaden hejt. Skądinąd niemal go nie było, otrzymywałam wiele słów wsparcia. Natomiast druga odpowiedź brzmi następująco: nie godzę się na żadne strefy wolne od LGBT, bo przecież to proste – wykluczanie kogokolwiek ze względu na niezależne od niego rzeczy jest złe. Miłość to miłość. Człowiek to człowiek. Po prostu. Polska jest dla wszystkich. Powiedziałabym, że mam takie cztery dary, które bywają związane z wykluczeniem: jestem sportowczynią, osobą z niepełnosprawnością, jestem kobietą i jestem biseksualna.

Siła złego na jednego.
[Śmiech]. Nie! To naprawdę dary, zalety! Nie obciążenia.

Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B

  1. Psychologia

Uprzedzenia - skąd się biorą i jak otworzyć się na odmienność?

Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. (Fot. iStock)
Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. (Fot. iStock)
Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. Kiedy zamiast kategorią stają się żywymi ludźmi. Odpowiedzialność za wzrost niechęci do odmienności ponoszą media, politycy i Internet – mówi psycholog społeczny dr hab. Michał Bilewicz.

Polacy są zamknięci na odmienność?
Tak, ale na pewno nie tylko Polacy. To procesy w Europie, Stanach Zjednoczonych i w innych miejscach. W krajach, w których triumfuje populizm, najłatwiej jest kierować społeczeństwem poprzez zarządzanie strachem, poprzez konfrontowanie grup etnicznych, większości i mniejszości… Lęk stał się paliwem napędowym współczesnej polityki i mediów.

Handel strachem, jak określał to zjawisko Zygmunt Bauman.
Tak. Treści „lękowe” sprzedają się dobrze.

W Polsce jest więcej nabywców niż gdzie indziej?
To odsetek stosunkowo większy niż w Europie Zachodniej i mniej więcej taki sam jak w innych krajach Europy Wschodniej. Kiedy popatrzymy na wyniki Europejskiego Sondażu Społecznego w Gruzji czy Mołdawii, nawet w krajach bałtyckich, poziom uprzedzeń okazuje się taki jak w Polsce albo wyższy.

Z czego to wynika?
To, co wspólne dla tych państw, to homogeniczność etniczna. Dużo łatwiej żywić uprzedzenia wobec jakiejś grupy, jeżeli nie ma się z nią na co dzień do czynienia. To wyróżnia Polskę na tle państw Unii Europejskiej: jesteśmy jednym z niewielu krajów Unii, w którym ponad 90 procent mieszkańców stanowi jedna grupa. Czyli Polacy, katolicy, biali, mówiący po polsku.

Ale rozmawiamy ogólnie o uprzedzeniach, nie tylko tych narodowościowych czy etnicznych. I na przykład homoseksualistów jest pewnie we wszystkich krajach mniej więcej tyle samo.
No tak, mniej więcej dziesięć procent populacji.

I nie są dziś w Polsce zupełnie egzotycznym zjawiskiem.
Niechęć wobec osób homoseksualnych występuje w wielu krajach i jest częścią szerszego światopoglądu politycznego. Ale mechanizm jest podobny: im więcej mam kontaktu z osobami homoseksualnymi – kiedy na przykład nauczyciel mojego dziecka będzie osobą w związku jednopłciowym albo ślusarz naprawiający drzwi przyjdzie ze swoim chłopakiem – tym mniej będę podatny na uprzedzenia. Proste i udowodnione: więcej kontaktu, mniej uprzedzeń. Bazowe uprzedzenia, które nazywamy tradycyjną homonegatywnością – kiedy ktoś nie chce, by osoby homoseksualne przebywały w jego otoczeniu, chęć dyskryminowania ich itd. – są dużo mniejsze u osób, które miały do czynienia z homoseksualistami. Dlatego to ważne, żeby osoby homoseksualne w otwarty sposób mówiły o swojej tożsamości. Ważne nie tylko dla nich, ale także dla ludzi heteroseksualnych, bo buduje wśród nich akceptację.

A w przypadku uchodźców?
Działa tu ten sam mechanizm: kiedy poznaję człowieka, który nie jest tylko „kategorią” – Arabem, uchodźcą, gejem, ale także sąsiadem, lekarzem, nauczycielem – wówczas trudno go tak jednoznacznie zaszufladkować.

Każdy antysemita ma swojego Żyda. Słyszał pan przecież.
To jest coś innego. Czasami mówimy o praktyce tokenizmu – mamy grupę dyskryminowaną, bierzemy sobie jedną osobę z tej grupy i ona jest naszym dowodem tolerancji, listkiem figowym, alibi. Jeżeli to jest jeden człowiek – to kontakt nie działa. Jeżeli kontakty są szersze i nieideologiczne – czyli właśnie nie po to, żeby mieć listek – uprzedzenia się zmniejszają. Dlaczego w dawnych landach wschodnich Niemiec jest zdecydowanie większy opór przeciw przyjmowaniu imigrantów i płoną ośrodki? Właśnie dlatego, że tam imigrantów prawie nie ma i nie było. Na zachodzie Niemiec jest inaczej, bo tam mniejszości muzułmańskie, zwłaszcza turecka, żyły od dawna i nie budzą niepokoju.

A sympatia? Jak to bywa z sympatią wobec innych? Z badań wynika, że na początku skali narodów, które Polacy lubią, są Słowacy, Czesi, ale bardzo wysoko, bodaj na podium, są także Norwegowie. Zna pan kogoś, kto zna kilkoro Norwegów? Nie mówimy o Heyerdahlu czy Ibsenie.
Myślę, że ta sympatia to właściwie brak antypatii. Ankietowani to nie byli ludzie zaangażowani w promowanie kultury norweskiej. Tak jak filosemityzm nie jest prostym przeciwieństwem antysemityzmu. Zwykle grupy, do których odnosimy się z sympatią, są grupami emocjonalnie neutralnymi. Inaczej dzieje się w przypadku Żydów. Prof. Ireneusz Krzemiński mówi na przykład o antyantysemityzmie, o ludziach, którzy są zaangażowani w walkę z antysemityzmem. Ich liczba w Polsce stale przyrasta. Następuje polaryzacja: z obojętności trzeba przechodzić w postawę pro lub odwrotnie – w niechęć.

W Polsce grupa ludzi wyrażających niechęć wobec wszelkich innych rośnie.
Tak. Od lat 2012–2013 zauważamy widoczny przyrost uprzedzeń wobec różnych grup: muzułmanów, Żydów, a także Ukraińców. Ten wzrost można jakoś wiązać z kryzysem migracyjnym i sposobem, w jaki go nagłaśniano, i sposobem, w jaki mówiono o zamachach terrorystycznych. Odpowiedzialność w pewnym stopniu ponoszą media i w pewnym stopniu politycy – media dostrzegły w strachu potencjał i politycy także.

A może sprzeciw wobec uchodźców to jakaś emanacja zbiorowej mądrości, taki odruch obronny? Poczucie bezpieczeństwa jest wartością.
Pytanie, czy poczucie bezpieczeństwa jest wartością, czy bezpieczeństwo jest wartością. Obiektywnie bezpieczeństwo nie zyskuje na tym, że nie ma u nas znaczącej liczby uchodźców. Skala zagrożenia, jakim są ataki terrorystyczne, w porównaniu do innych zagrożeń związanych z życiem codziennym, takich jak wypadki samochodowe, przestępczość osób z zaburzeniami psychicznymi, jest minimalna. Można, oczywiście, powiedzieć, że to dobrze, iż Polacy nie dodają sobie kolejnego źródła niebezpieczeństw. Oczywiście. Ale ile na tym tracą?

Ile?
Bardzo dużo. Zespoły wielokulturowe pracują wydajniej niż jednorodne etnicznie. Najlepsze uczelnie świata, najszybciej rozwijające się firmy to miejsca, gdzie pracują obok siebie Polak, Chińczyk, Irakijczyk i Izraelczyk. Wystarczy popatrzeć na amerykańską MIT albo na firmy w Dolinie Krzemowej. Nie wiemy, czy dzieci tych ludzi, którzy dziś ubiegają się w Polsce o status uchodźcy, nie będą świetnymi lekarzami czy wybitnymi naukowcami. Ale staramy się o tym nie myśleć. To element psychiki – zagrożenia mają „większą siłę” niż potencjalne zyski. Złotówka stracona i złotówka zyskana mają inną wartość, prawda? Była za to Nagroda Nobla z ekonomii, jedna z dwóch w historii przyznanych psychologowi. Daniel Kahneman odkrył, że 20 dolarów straconych znaczy dla nas dużo więcej niż 20 dolarów zyskanych.

Dlaczego?
Człowiek unika strat – to stary ewolucyjny mechanizm, ostrożność. Lęk przed mniejszościami i tym, że coś się ze względu na ich obecność straci, jest silniejszy niż racjonalna świadomość, że ich członkowie mogą wnieść coś pozytywnego.

Wystarczy popatrzeć na reprezentację Niemiec w piłce nożnej. Przegląd wszystkich imigranckich grup – niemieccy zawodnicy będący idolami.
No właśnie. Na przykład. Argument, że Polska gospodarka nie byłaby w stanie zaabsorbować imigrantów w takiej liczbie, jest nietrafiony. Na pewno nie tylu, ilu jest w Niemczech, bo tylu chętnych by nie było, ale w znacznej liczbie byłoby to możliwe. Zresztą Polska gospodarka już przyjęła około miliona imigrantów z Ukrainy. Od czasów międzywojnia takiej mniejszości nie było.

Uprzedzeniom sprzyja Internet. Jest współczesną agorą, przestrzenią dyskusji. Tylko że można występować na niej w masce, anonimowo.
Jest jeszcze gorzej, bywa, że maski opadają, bo rośnie przyzwolenie na otwarty hejt! Duża część nienawistnych wypowiedzi i komentarzy ma miejsce w portalach społecznościowych, które są Internetem twarzy, a nie jak kiedyś, tylko anonimowych nicków. Parę tygodni temu Amerykańska Liga przeciwko Zniesławieniu ogłosiła, że w ubiegłym roku na Twitterze pojawiło się ponad cztery miliony antysemickich tweetów. To pokazuje wzrastającą skalę hejtu. Zajmowałem się mową nienawiści i narażeniem na nią młodzieży w Polsce. Okazało się, że z nienawiścią wobec muzułmanów lub Żydów spotkało się trzy czwarte ankietowanych 16-, 18-latków. To wzrost o jedną trzecią w ciągu dwóch lat.

Wzrost wiąże się z przyzwoleniem na internetowy hejt?
Internet nie podlega żadnej kontroli. Dostawcy usług, oczywiście, twierdzą, że treści są moderowane itd. Ale to złudne, w skali problemu moderatorzy to drobiazg. Kula śniegowa się toczy.

Skąd skłonność do przylepiania się do niej?
Nawet na Facebooku czy Twitterze, gdzie często widzimy twarz, imię i nazwisko, wiemy, kim jest dana osoba – anonimowość działa w drugą stronę. Człowiek, który udostępnia czyjś post, przekazuje dalej tweet, nie widzi emocji osoby, którą obraża, którą nienawiść dotyka. Łatwiej jest mówić okropne rzeczy o innych, jeśli nie widzimy ich twarzy i reakcji na te słowa. Badania Julii Barlińskiej dotyczące przemocy rówieśniczej w sieci dowiodły, że wystarczy pokazać twarz osoby, przeciwko której kierowany jest hejt, pokazać jej smutek, zażenowanie, żeby zmniejszyć i spowolnić taką falę. Tak działa człowiek jako istota: kiedy krzywdzi kogoś innego i widzi to, rejony mózgu odpowiedzialne za empatię się aktywizują.

Czyli wciąż kontakt jako najskuteczniejsza metoda przeciwdziałania uprzedzeniom. Nienawidzisz gejów – otocz się gejami. Chyba nie będzie wielu homo- i ksenofobów chętnych na taką terapię.
Można podkreślać nawet historyczną obecność mniejszości. Wystarczy uświadamianie, że w danej miejscowości mieszkali na przykład Żydzi albo że najlepsza oranżada przy rynku była w żydowskim sklepiku, albo że świetny nauczyciel miał partnera, a nie żonę. Badaliśmy program Szkoły Dialogu motywujący Polaków z mniejszych miast do odkrywania historii obecności Żydów przed wojną. I okazało się, że świadomość pochodzenia z miasta, które było kiedyś wieloetniczne, jakaś duma z tego przekłada się na zdecydowanie większą otwartość i jednocześnie buduje silniejszą tożsamość z danym miejscem. To nawet trochę paradoksalne, ale okazało się, że tak właśnie jest. Drugą receptą – mówię teraz o uchodźcach i imigrantach – jest to, by zawsze pokazywać, że radykałowie stanowią mniejszość – na przykład w społeczności muzułmańskiej. To zmienia podejście do tematu i może przeciwdziałać uogólnieniom, które najczęściej stoją u podstaw uprzedzeń.