fbpx

Maciej Stuhr: Prawda nie musi krzyczeć

Maciej Stuhr: Prawda nie musi krzyczeć
fot. Rafał Masłow

O tym, po co człowiekowi autorytety i rytuały, co można zbudować z porażek i w czym najlepiej utopić diabła megalomanii. Oraz o mocy wspomnień i cudzie zapominania. Czyli o tym, co człowiek pamiętać powinien, a aktor z głowy wyrzucać musi – opowiada Maciej Stuhr.

Zdarza się panu ostatnio stawać w filmach na straży prawa, jak choćby w serialu „Belfer”. Zapytam więc wprost – gdyby robiono remake, to: Columbo czy Kojak?

Kojaka pamiętam mniej, ale na tyle dobrze, że jego bezczelna dezynwoltura aż tak bardzo do mnie nigdy nie przemówiła. Moje serce skłania się raczej ku Columbo ze względu na jego wspaniałe poczucie humoru i nonszalanckie roztargnienie, które sprawiają, że nikt go nie podejrzewa o to, że w tej jego głowie może tlić się rozwiązanie zagadki, a tymczasem on wszystko wie.

Czyli jest panu bliższa raczej osobowość przebiegle uległa niż ostentacyjnie zbuntowana?

Myślę, że nadmierna ostentacja prawdzie nie sprzyja. Zawsze zresztą bardziej podziwiałem moc ukrytą, taką, której nikt nie przeczuwa, cichą, ale skutecznie przechytrzającą zło z tego prostego powodu, że siła prawdy leży po jej stronie. Myślę, że prawda nie musi krzyczeć, żeby być prawdą, wystarczy, że się tli, jak w głowie Columbo, bo jeśli się tli, to prędzej czy później zapłonie. Bohater, którego gram w „Belfrze”, Paweł Zawadzki, też zresztą zachowuje podobny umiar i wiarę w to, że jest w stanie rozwiązać zagadkę zabójstwa, mimo że nie jest zawodowym detektywem. Tu chciałbym też dodać, że nie tylko widz do samego końca nie wie, kto zabił, ale również my, aktorzy, nie mieliśmy o tym bladego pojęcia aż do ostatniego odcinka, który celowo zrealizowano chronologicznie.

Tajemnicy nie znał nawet aktor grający mordercę?

Zwłaszcza aktor grający mordercę, bo właśnie o to chodziło, żeby przede wszystkim ta osoba nie grała podwójnego dna, a po drugie, by w pewnym sensie dzięki temu wszyscy grali to podwójne dno. Żeby każdy był podejrzliwy w stosunku do całej reszty, ale również nie był tak do końca pewien, czy to przypadkiem nie on jest zabójcą. Adrenalina i ekscytacja tej zagadki czaiły się więc na planie ciągle, a dodam, że realizacja, jak to w serialu, trwała kilka miesięcy.

Zakładaliście się w trakcie?

Ja nie, ale na planie były i zakłady, i próby podpatrzenia albo wydobycia od reżysera sekretu, bo każdy miał chrapkę, żeby wcześniej niż inni dowiedzieć się, kto zabił. Nikomu się jednak nie udało.

Ja obstawiam Magdę Cielecką.

Powiem tak – mimo że wszyscy byliśmy mocno w środku tej historii i każdy z nas miał ją przetrawioną na wszystkie sposoby, to rozwiązanie było dla nas bardzo zaskakujące i mało kto trafnie wytypował. Poza tym, co mi się podoba w tym scenariuszu, to fakt, że zbrodnia nie jest jednoznaczna w tym sensie, że znalazłoby się wielu winnych w tym mikrokosmosie Dobrowic, gdzie dzieje się akcja. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza dla młodego garnituru aktorów, którzy w „Belfrze” wchodzą szeroką ławą.

Ma pan na myśli na przykład, doskonałego skądinąd, Sebastiana Fabijańskiego?

Co pani opowiada?! To już jest starzec nad grobem, pani mówi o jakichś zramolałych aktorach [śmiech]? Ja mówię o pokoleniu 20-latków, które w tym filmie debiutuje.

Jeśli Sebastian jest starcem, to pan jest…?

W tej sytuacji ja byłbym pewnie kimś w rodzaju Ludwika Solskiego, Tadeusza Fijewskiego czy Mieczysławy Ćwiklińskiej. Kimś, kto nie wiadomo, czy jeszcze żyje, czy już nie. Kimś, kto już dawno powinien nie żyć, ale jednak ciągle gra w filmach.

Akcja „Belfra” dzieje się często w szkole. Czy to jest taka szkoła, jaką pan pamięta? Czy raczej przepaść?

Nie nazwałbym tego przepaścią, mimo że wiadomo – trudno tę sytuację porównać pod wieloma względami. To truizm, co powiem, ale też twardy fakt, że w moich czasach zamiast SMS-ów rzucaliśmy sobie w klasie karteczki, a to siłą rzeczy jest inna forma komunikacji. No i oni teraz szybciej są wyżsi – w gimnazjum córki widywałem dwumetrowych dryblasów, nie do pomyślenia w moich czasach. Ale czy to jest aż tak inna szkoła niż moja? Mam wrażenie, że każdemu starszemu pokoleniu wydaje się, że „za naszych czasów to ta młodzież była głębsza, miała istotniejsze dylematy i czytała ważniejsze książki”. Jednak prawda jest taka, że każde pokolenie czyta inne książki po prostu, ponieważ takie jest prawo pokoleń.

A język, którym dziś mówi młodzież?

Czasem, przyznaję, ta nowomowa ma swoje fajerwerki. Bardzo lubię na przykład, gdy ktoś mówi o czymś: „Najlepsze!” bez używania jakichkolwiek dopełnień. Taki krótki komentarz mówiący wszystko. Najlepszy [śmiech]! Choć nie ukrywam, że niezmiennie denerwuje mnie słowo „Witaj/witam” w preambule listów albo to pretensjonalne „Drodzy!”, obrzydliwe! Zdaje się też, że jesteśmy w przededniu całkowitego pogrzebania akcentu na trzecią sylabę od końca w formach czasownikowych i czwartą od końca w trybie przypuszczającym. I to też mnie nie cieszy, bo całe wieki było to w polszczyźnie szlachetnym wyjątkiem, a w mojej szkole łamanie tej zasady było powodem do drwin, że się mówi jak Gomułka… Dziś mówi tak trzy czwarte dziennikarzy w serwisach informacyjnych i zdaje się, że za chwilę profesor Bralczyk będzie musiał przybić pieczątkę „tak musi być”. Smutny to moment.

Bo większość ma rację?

Dokładnie tak. Jest coś niepokojącego w sile większości, która zawsze rodzi jakieś lenistwo, zaniechanie, zrzucenie z siebie odpowiedzialności. A to z kolei sprawia, że gdzieś nam ucieka samodzielne myślenie… Pokolenie mojego dziadka Tadeusza na przykład dostawało, mam wrażenie, większy ładunek wiedzy podstawowej, zwłaszcza humanistycznej, oczytania, ogólnej wiedzy z historii, geografii, o świecie, I była to wiedza trwała. Jak to się działo w czasach, gdy byliśmy pod różnymi zaborami i ministrami oświaty, tacy rozproszeni, porozbijani na mniejszości? Nie wiem, ale to jest właśnie to pokolenie: Władysław Bartoszewski, Jerzy Turowicz, Karol Wojtyła, przedwojenne matuzalemy z imponującą wiedzą. A potem równia pochyła, wojna zmiotła inteligencję, nie było komu w tej trudnej epoce, która przyszła, nieść ten kaganek oświaty, że się tak górnolotnie wyrażę. A jeśli zdarzył się Przybora z Wasowskim, którzy odkurzyli z jakiegoś kufra fraki, to było to dosłownie wołanie na puszczy. I warto się dziś na to wołanie powoływać.

Często odwołuje się pan w życiu do dziadka Tadeusza?

Dziadek mawiał do mnie: „chłopino” [śmiech]. I był statecznym dżentelmenem, z którym nie szło się na ryby albo pokopać piłkę. Raczej szachy, choć ja akurat wolałem halmę i remibrydża. Pamiętam też cały zbiór magazynów „Ameryka”, które dziadek prenumerował i z których nic nie rozumiałem, ale oglądałem z przejęciem. To logo to jedno z najwcześniejszych wspomnień. Dziadek był człowiekiem raczej małomównym, ale jak już coś powiedział, to pięknym językiem. Bardziej pamiętam ten jego sznyt: spodnie w kant, gimnastyka poranna, parę przysiadów i kilka wymachów nogą oraz ręką, i zwyczaje towarzyskie, które odeszły do historii. Znalazłem ostatnio w szpargałach kartę wizytową, którą od niego dostałem. Dziś pewnie większość ludzi powiedziałaby: „O, jaka dziwna wizytówka, bez adresu, numeru telefonu, tylko nazwisko, co to?”. A taką kartę dawało się kiedyś odźwiernemu, by przekazał państwu, kto przybył. Czytam teraz „Morfinę” Szczepana Twardocha, którą uważam zresztą za jedną z najlepszych książek przynajmniej XXI wieku, i w niej też pojawia się passus o karcie wizytowej – dowiedziałem się, że gdy przychodziło się do kogoś, a jego nie było, wkładało się tę kartę pod drzwi, a zagięty róg oznaczał, że było się osobiście. Tego typu zwyczaje kojarzą mi się z moim dziadkiem i jak pani widzi, chętnie się do nich odwołuję.

Pan ma zwyczaje, rytuały? Da się przy takim trybie życia, jaki pan prowadzi, cokolwiek z nich utrzymać w aktywnej pamięci?

Trudno o rytuały, bo czasem mój dzień zaczyna się wieczorem, a czasami o czwartej rano wiozą mnie do jakiegoś miasta i nie wiem, co dalej. Ale i tak mam swoje sztuczki, gdy np. gotuję bigos świąteczny. Robię wtedy saszetkę z ziołami, odmierzam ilość ziaren, ziela angielskiego, kminku, gorczycy, jałowca. Tego 20, tamtego 12, wiążę wszystko w gazę i zawiązuję niteczką białą, żeby się nie odbarwiała podczas gotowania, i wrzucam tę saszetkę do garnka z kapustą. Na koniec wyciągam ją, a robię to wszystko po to, żeby się ziarna człowiekowi nie pałętały po otworze gębowym. I robię tak zawsze.

Rytuały porządkują nie tylko otwór gębowy, ale też życie?

Tak, i powodują, że czujemy się miło, dobrze, bezpiecznie. Oczywiście, każdy poranek ma też swój rytuał, od umycia zębów, poprzez golenie się, na soczewkach kontaktowych skończywszy. Zawsze w tej samej kolejności i tych samych ruchach każdego dnia.

Nie chcę pana martwić, ale to już jest „dzień świra”.

[Śmiech]. No tak, można to też w ten sposób odbierać. Ale powiem tak: rytuałów nie trzeba się bać, dopóki umiemy się od nich uwolnić. Jeśli okaże się, że już nie umiemy włożyć tych soczewek bez umytych zębów – zaczyna się „dzień świra”.

Na czym panu zależy, żeby pańscy córka, syn, wnuk pana zapamiętali?

Dobre pytanie i trudne. I niezwykle okrutne, proszę pani. Chciałbym odmówić odpowiedzi.

Bo?

Bo człowiek musi się zmierzyć z prawdą, że tak za wiele to po nim pewnie nie pozostanie, może kilka wspomnień, i to nie zawsze tych, na których by mu zależało… Pewnie chciałbym, żeby ktoś wspomniał mnie jako uśmiechniętego i pełnego poczucia humoru, ale muszę panią rozczarować – wśród domowników nie cieszę się taką opinią. W domu jestem spokojny i czasem smętny wręcz. Duża część ludzi jest przekonana, że taki on jak ja przychodzi do domu i tak śmiesznie obiera ziemniaki, ale to tak strasznie śmiesznie, że ta żona siedzi na kanapie i nie nadąża z ocieraniem łez ze śmiechu. I tak codziennie.

A tymczasem?

Obieranie ziemniaków w moim wydaniu to dość smutny widok… Ale mam taką cechę, nie wiem skąd, że lgną do mnie dzieci i zwierzęta. Im mniejsze, tym bardziej do mnie lgną.

To dobry znak, bo małe dzieci i zwierzęta nie kłamią.

Gdyby ktoś to wspomniał po latach, byłoby mi rzeczywiście miło w zaświatach. Jest też, oczywiście, wiele cech, w które całe życie wierzę, i je pielęgnuję, takich, z którymi kojarzy mi się i ojciec, i dziadek, jak to, żeby być odpowiedzialnym, poważnym, rozsądnym, takim, jakim mężczyzna moim zdaniem być po prostu powinien. Chciałbym się w pamięci po mnie wpisać w ten kanon, ale czy tak się stanie? Czy moja córka albo synek wspomną tatę jako osobę, która nie plotła andronów? To się okaże. Ale… nie bez powodu mój syn dostał imię Tadeusz. Chciałbym, żeby pamięć takiego, a nie innego dziadka dalej w tej naszej historii rodzinnej krążyła.

Jako historii pewnego autorytetu?

Tak, tym bardziej że żyjemy w czasach, gdy słowo „autorytet” znów jest na cenzurowanym, choć ja osobiście nie mam problemu z tym, by autorytety dostrzegać. Zawsze miałem w sobie tę ufność, przez niektórych nazywaną naiwnością, by szukać mądrzejszych, którzy podpowiedzą mi, jak iść przez ten świat, którego często nie ogarniam, bo jest dla mnie za wielki, za dużo się w nim dzieje, a to całe mnóstwo bodźców sprawia, że kręci mi się w głowie. Potrzebuję przewodników, którzy fascynują mnie może nawet nie całym swoim życiem, bo takich jest mało, ale choćby tym, jak wspaniale szybko kroją marchewkę i chociażby dla tej cechy warto się na nich zapatrzyć. Lubię mieć też mądrego reżysera nad sobą – wtedy czuję się bezpiecznie i choć dzieje się to rzadko, to jednak jak się już zdarzą tacy Władek Pasikowski czy Agnieszka Holland, to idę za nimi w ciemno. Bo oni wiedzą, czego chcą. Dodam tu, że parę lat temu zrobiłem przedstawienie „Smuteczek, czyli ostatni naiwni” wg Kabaretu Starszych Panów i po raz pierwszy w życiu byłem tzw. reżyserem. I? Zrozumiałem, w jakim raju są aktorzy, którzy przychodzą sobie na plan, rzucają anegdotami, na prawo i lewo się pośmieją i… wszyscy ich kochają. A ten reżyser musi to wszystko, co się dzieje, spiąć, udźwignąć i czasem jeszcze spróbować, z naciskiem na spróbować, się spokojnie przespać. Jaka to jest odpowiedzialność, stres, jaki brak sekundy na jakiekolwiek rozluźnienie się – ja już to wiem. Muszę więc powiedzieć, że my, aktorzy, jesteśmy strasznie rozbestwieni. Przez was, dziennikarzy, przez widzów, przez te plakaty na mieście. I to tylko dlatego, że się tak przyjęło.

Dlaczego się tak przyjęło?

Dlatego że na ogół rozum przegrywa w rozgrywkach z sercem. Paradoksalnie to w aktorach jest to coś, co łapie za to serce. Nawet wtedy, kiedy są nieukami, alkoholikami, degeneratami, obleśnymi typami, to do nich ludzie będą się zawsze uśmiechać, ich podziwiać, nimi się interesować. To wielka niesprawiedliwość i dobrze byłoby, gdyby chociaż część aktorów zdała sobie z niej sprawę, no ale… Trzeba być kutym na cztery nogi, żeby to całe aktorstwo człowiekowi nie przewróciło w głowie, albo mieć jakiś pancerz etyczno-zdroworozsądkowy.

A jeśli się tego nie ma?

To warto mieć ojca aktora albo matkę, bo wtedy od dzieciństwa patrzy się na rzeczy, których należy unikać, widzi się, jak łaska pańska na pstrym koniu jeździ, jak szybko gaśnie fajerwerk, jak blisko w czasie, o czym pisze mój ojciec w książce, umiejscowione są te dwa momenty: standing ovation i chwila absolutnej ciszy, gdy jesteś sam w garderobie. To jest tylko 30 sekund pomiędzy. No, więc jak tak sobie na to popatrzysz w dzieciństwie, to wiesz, że nie warto aż tak strasznie się tym zawodem podniecać, jakby życzyły sobie instynkty i emocje.

I to całkowicie uchroniło pana od sodówki?

Na pewno łatwiej jest mi wziąć głęboki oddech.

Kiedy przyłapał pan sam siebie na tym, że to, co pan teraz do mnie mówi, jest, niestety, tylko życzeniowe?

Każdego dnia się na tym łapię. No, co mam pani tu bajdurzyć? To jest codzienna walka z egocentryzmem. Ostatnio znajoma mojej żony powiedziała na przykład, że na plakacie jestem taki przystojny, że ona nie może przez to po nocach spać. I co? W takich chwilach diabeł megalomanii budzi się natychmiast i człowiek musi mu się dać wytarmosić, zamiast spokojnie pić cappuccino.

Całe życie myślałam, że w aktorstwie ważne jest, by dobrze pamiętać. Teraz zaczynam myśleć, że to też sztuka zapominania.

Żeby pani wiedziała! Trzeba włożyć trochę wysiłku i autocenzury, by tego diabła zapominać, po prostu zapominać, bo on jest tylko częścią tego zawodu i mimo że ma cechy upojne, to są one jednak przede wszystkim powierzchowne. W tym sensie, że dla mnie jako Macieja Stuhra człowieka nic nie znaczą, bo one budują tylko Macieja Stuhra aktora. Nic ponadto i jeśli się to wie, jest łatwiej. Ja w każdym razie zainstalowałem sobie w łazience specjalny kubełek z zimną wodą do wylewania na własną łepetynę. Prewencyjnie. I każdemu aktorowi polecam.

Co buduje Macieja Stuhra człowieka?

Spotkanie z drugim człowiekiem, każda przeczytana książka, wiedza, doświadczenie. I porażka – ważniejsza niż sukces, bo z porażek, które zapadają w nas mocniej, mamy szansę zbudować mocniejszy dom, zamiast szukać schronienia w przypadkowych miejscach. Może za dużo powiem, stwierdzając, że byłem za swoje porażki wdzięczny losowi, ale jednak umiałem żyć z nimi w zgodzie, a ostatnio przeczytałem, że jest to typowo amerykańska filozofia. Okazuje się więc, że jestem typowym amerykańskim filozofem.

 

Maciej Stuhr aktor, z wykształcenia również psycholog. Współzałożyciel kabaretu Po Żarcie. Debiutował w „Dekalogu X” Krzysztofa Kieślowskiego. Potem były m.in. „Chłopaki nie płaczą”, „Przedwiośnie”, „33 sceny z życia”, „Obława”, „Pokłosie” (za które otrzymał Orła). Gra w serialu „Belfer” (Canal+). Mistrz Mowy Polskiej i Honorowy Ambasador Polszczyzny.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze