Maciej Stuhr: Prawda nie musi krzyczeć

fot. Rafał Masłow

O tym, po co człowiekowi autorytety i rytuały, co można zbudować z porażek i w czym najlepiej utopić diabła megalomanii. Oraz o mocy wspomnień i cudzie zapominania. Czyli o tym, co człowiek pamiętać powinien, a aktor z głowy wyrzucać musi – opowiada Maciej Stuhr.

Zdarza się panu ostatnio stawać w filmach na straży prawa, jak choćby w serialu „Belfer”. Zapytam więc wprost – gdyby robiono remake, to: Columbo czy Kojak?

Kojaka pamiętam mniej, ale na tyle dobrze, że jego bezczelna dezynwoltura aż tak bardzo do mnie nigdy nie przemówiła. Moje serce skłania się raczej ku Columbo ze względu na jego wspaniałe poczucie humoru i nonszalanckie roztargnienie, które sprawiają, że nikt go nie podejrzewa o to, że w tej jego głowie może tlić się rozwiązanie zagadki, a tymczasem on wszystko wie.

Czyli jest panu bliższa raczej osobowość przebiegle uległa niż ostentacyjnie zbuntowana?

Myślę, że nadmierna ostentacja prawdzie nie sprzyja. Zawsze zresztą bardziej podziwiałem moc ukrytą, taką, której nikt nie przeczuwa, cichą, ale skutecznie przechytrzającą zło z tego prostego powodu, że siła prawdy leży po jej stronie. Myślę, że prawda nie musi krzyczeć, żeby być prawdą, wystarczy, że się tli, jak w głowie Columbo, bo jeśli się tli, to prędzej czy później zapłonie. Bohater, którego gram w „Belfrze”, Paweł Zawadzki, też zresztą zachowuje podobny umiar i wiarę w to, że jest w stanie rozwiązać zagadkę zabójstwa, mimo że nie jest zawodowym detektywem. Tu chciałbym też dodać, że nie tylko widz do samego końca nie wie, kto zabił, ale również my, aktorzy, nie mieliśmy o tym bladego pojęcia aż do ostatniego odcinka, który celowo zrealizowano chronologicznie.

Tajemnicy nie znał nawet aktor grający mordercę?

Zwłaszcza aktor grający mordercę, bo właśnie o to chodziło, żeby przede wszystkim ta osoba nie grała podwójnego dna, a po drugie, by w pewnym sensie dzięki temu wszyscy grali to podwójne dno. Żeby każdy był podejrzliwy w stosunku do całej reszty, ale również nie był tak do końca pewien, czy to przypadkiem nie on jest zabójcą. Adrenalina i ekscytacja tej zagadki czaiły się więc na planie ciągle, a dodam, że realizacja, jak to w serialu, trwała kilka miesięcy.

Zakładaliście się w trakcie?

Ja nie, ale na planie były i zakłady, i próby podpatrzenia albo wydobycia od reżysera sekretu, bo każdy miał chrapkę, żeby wcześniej niż inni dowiedzieć się, kto zabił. Nikomu się jednak nie udało.

Ja obstawiam Magdę Cielecką.

Powiem tak – mimo że wszyscy byliśmy mocno w środku tej historii i każdy z nas miał ją przetrawioną na wszystkie sposoby, to rozwiązanie było dla nas bardzo zaskakujące i mało kto trafnie wytypował. Poza tym, co mi się podoba w tym scenariuszu, to fakt, że zbrodnia nie jest jednoznaczna w tym sensie, że znalazłoby się wielu winnych w tym mikrokosmosie Dobrowic, gdzie dzieje się akcja. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza dla młodego garnituru aktorów, którzy w „Belfrze” wchodzą szeroką ławą.

Ma pan na myśli na przykład, doskonałego skądinąd, Sebastiana Fabijańskiego?

Co pani opowiada?! To już jest starzec nad grobem, pani mówi o jakichś zramolałych aktorach [śmiech]? Ja mówię o pokoleniu 20-latków, które w tym filmie debiutuje.

Jeśli Sebastian jest starcem, to pan jest…?

W tej sytuacji ja byłbym pewnie kimś w rodzaju Ludwika Solskiego, Tadeusza Fijewskiego czy Mieczysławy Ćwiklińskiej. Kimś, kto nie wiadomo, czy jeszcze żyje, czy już nie. Kimś, kto już dawno powinien nie żyć, ale jednak ciągle gra w filmach.

Akcja „Belfra” dzieje się często w szkole. Czy to jest taka szkoła, jaką pan pamięta? Czy raczej przepaść?

Nie nazwałbym tego przepaścią, mimo że wiadomo – trudno tę sytuację porównać pod wieloma względami. To truizm, co powiem, ale też twardy fakt, że w moich czasach zamiast SMS-ów rzucaliśmy sobie w klasie karteczki, a to siłą rzeczy jest inna forma komunikacji. No i oni teraz szybciej są wyżsi – w gimnazjum córki widywałem dwumetrowych dryblasów, nie do pomyślenia w moich czasach. Ale czy to jest aż tak inna szkoła niż moja? Mam wrażenie, że każdemu starszemu pokoleniu wydaje się, że „za naszych czasów to ta młodzież była głębsza, miała istotniejsze dylematy i czytała ważniejsze książki”. Jednak prawda jest taka, że każde pokolenie czyta inne książki po prostu, ponieważ takie jest prawo pokoleń.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »