1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. „Bezpieczne miejsce dla kobiet” - rozmowa z Aleksandrą Głuchowską, współwłaścicielką kliniki Infemini

„Bezpieczne miejsce dla kobiet” - rozmowa z Aleksandrą Głuchowską, współwłaścicielką kliniki Infemini

fot. materiały Infemini
fot. materiały Infemini
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Z badań przeprowadzonych w 2019 roku przy współpracy Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej wynika, że 3 miliony Polek chodzi do ginekologa rzadziej niż raz do roku albo nie była u niego nigdy. Najczęściej, po raz pierwszy w gabinecie ginekologicznym pojawiamy się... w momencie zajścia w ciążę. Na taki stan rzeczy wpływ mają nie tylko traumatyczne doświadczenia, które wciąż spotykają kobiety u lekarzy (z raportu opublikowanego kilka lat temu przez Grupę Edukatorów Seksualnych Ponton wynika, że znaczna część kobiet postrzega wizytę u ginekologa jako "zło konieczne" kojarzące jej się ze strachem i wstydem), ale także brak edukacji seksualnej w Polsce. 

Z badań przeprowadzonych w 2019 roku przy współpracy Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej wynika, że 3 miliony Polek chodzi do ginekologa rzadziej niż raz do roku albo nie była u niego nigdy. Najczęściej, po raz pierwszy w gabinecie ginekologicznym pojawiamy się... w momencie zajścia w ciążę.

Na taki stan rzeczy wpływ mają nie tylko traumatyczne doświadczenia, które wciąż spotykają kobiety u lekarzy. Z raportu opublikowanego kilka lat temu przez Grupę Edukatorów Seksualnych Ponton wynika, że znaczna część kobiet postrzega wizytę u ginekologa jako "zło konieczne" kojarzące jej się ze strachem i wstydem. Obawa przed spotkaniem z ginekologiem to również efekt braku edukacji seksualnej w Polsce. 

Wizyty u specjalistów często kojarzą nam się z ostatecznością, przyznaniem do tego, że mamy poważny problem, z którym nie potrafimy sobie poradzić. Wizyta u lekarza wiąże się ze stresem, strachem przed bólem lub wykryciem choroby, a także wstydem. Jednym z często podkreślanych powodów strachu przed pójściem do specjalisty jest nieprzyjemna atmosfera - bezosobowe podejście do pacjentek, brak zrozumienia, surowe nieprzyjemne otoczenie.

Powstała niedawno na warszawskim Mokotowie klinika Infemini to miejsce, które chce odczarować złe skojarzenia z wizytą ginekologiczną - oferują empatyczne podejście do klientek oraz możliwie jak najmniej stresujące przeprowadzenie przez cały proces leczenia. Z Aleksandrą Głuchowską, współwłaścicielką kliniki rozmawiamy o tym, jak stworzyć miejsce przyjazne dla kobiet połączone z fachowością, wiedzą i kompleksową opieką.

Jak pojawił się u Pani pomysł na powstanie miejsca o tak holistycznym podejściu do kobiecego zdrowia i kondycji? Aleksandra Głuchowska: Zwykle najsilniejszym bodźcem do istotnych decyzji w naszym życiu są własne doświadczenia. Nie inaczej było w moim przypadku. Znalazłam się kiedyś w sytuacji, że żaden z kilkunastu lekarzy, jakich odwiedzałam z moją mamą nie był w stanie zdiagnozować, co jej dolega. A symptomy były bardzo silne. Moja mama czuła, że nie jest to „zwykły stres”, który może wpływać na kondycję całego organizmu. Od neurologa, przez laryngologa, trafiłyśmy wreszcie do szpitala zakaźnego, gdzie również nie udało się postawić diagnozy. Po kilkudniowej hospitalizacji i wielu wnikliwych badaniach, usłyszałam od lekarza, że nie wie, co dolega mojej mamie i życzy powodzenia w dalszym szukaniu przyczyny złego samopoczucia. Nigdy nie czułam się tak bezradna. Wiedziałam, że lekarz chce nam pomóc, ale naprawdę nie wie jak. Nie wiedziałyśmy obie, co dalej. Wtedy zaczęłam więcej myśleć o zdrowiu, o systemie opieki zdrowotnej, o tym jak się czuję, kiedy jestem u lekarza, jakie emocje mi towarzyszą. Ale również o tym, że często przyczyna naszych schorzeń leży zupełnie w innym miejscu, niż pierwotnie nam się wydaje. Przy okazji, w moim towarzyskim gronie pojawiło się kilku lekarzy ginekologów i zaczęliśmy rozmawiać o kobiecym zdrowiu. Tak też powstała myśl o stworzeniu miejsca innego niż wszystkie, o nieszablonowym podejściu, gdzie zarówno pacjent, jak i sam lekarz będzie czuł się dobrze i gdzie nikogo nie zostawimy z okropnym uczuciem bezsilności i osamotnienia.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

Wiele kobiet skarży się na nieodpowiednie podejście do pacjentek, które doświadczają niekiedy bardzo negatywnych przeżyć np. w gabinetach ginekologicznych. Brak empatii, zainteresowania pacjentką, traktowanie jej jako "jednej z wielu", nie wspominając już o tych wizytach, podczas których lekarze przekraczają granice, upokarzają pacjentki, pozostawiając je niejednokrotnie z ogromną traumą przed powrotem na badania. W jaki sposób można temu zapobiec? Odpowiedź na to jest banalna, co nie znaczy, że prosta – empatia. Czasami ta empatia gdzieś się gubi, ponieważ coś, co jest codziennością w pracy lekarza w pewien sposób wypacza emocje. Dlatego kluczem jest to, aby zawsze starać się czuć emocje innych i pracować nad tą umiejętnością. Coś, co dla nas jest normalne, dla drugiej strony może oznaczać wielkie szczęście lub koniec świata. Prawidłowe myślenie to takie, że pacjent to suma emocji, którą lekarz musi odczytywać i zawsze traktować go w sposób taki, w jaki sam chciałby zostać potraktowany.

Jednym z problemów, o których mówi się ostatnio coraz więcej jest brak możliwości zajścia w ciążę przez partnerów. Konsekwencje długotrwałego starania się o posiadanie dziecka często prowadzą również do poważnych konsekwencji w zakresie relacji między partnerami i ich zdrowia psychicznego. W takich sytuacjach pojawia się stres, frustracja, wzajemne obwinianie się... Co zrobić, aby pacjentów nie pozostawiać jedynie z poczuciem "postawionej diagnozy"? Mówiąc o problemach z zajściem w ciąże, faktycznie powinniśmy rozpatrywać to w kontekście niepłodności pary, a nie jedynie jednej strony. Nawet jeśli przyczyna leży faktycznie u jednego z partnerów, to wpływ ma ona na oboje. I o tym powinien pamiętać każdy lekarz. Dlatego właściwą praktyką jest zalecenie przez niego spotkania z psychologiem, który będzie wsparciem i pomoże uporać się z negatywnymi myślami. My patrzymy na to jeszcze szerzej. Nie zostawiamy naszych pacjentów z diagnozą i zaleceniem kolejnych badań. Towarzyszymy parze podczas całej drogi i często zaangażowanych jest wielu naszych specjalistów w starania pary o upragnione potomstwo – od lekarza ginekologa, przez endokrynologa, dietetyka po psychologa. Oni również konsultują się między sobą, wymieniają spostrzeżeniami i zaleceniami – a wszystko po to, aby wspólnie pomóc przyszłym rodzicom.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

Infemini to miejsce posiadające szeroką ofertę medyczną z zakresu ginekologii, endokrynologii, ginekologii onkologicznej, dietetyki, psychologii czy seksuologii. Co odróżnia to miejsce od innych placówek tego typu? Przede wszystkim nasze myślenie o zdrowiu i podejście do samego pacjenta. Infemini to nie jest przychodnia, w której czekam w wąskim korytarzu na to, aż zostanę wywołana do gabinetu. To miejsce, gdzie przychodzi się na spotkanie z lekarzem, a nie na wizytę lekarską. Zależało nam na tym, aby zminimalizować stres związany z samym udaniem się do przychodni, a także zniwelować u pacjentów poczucie bycia „jednym z wielu”. Dla nas opieka nad pacjentem jest nadrzędną wartością, dlatego nikt, kto pojawi się w Infemini nie może wyjść z poczuciem bezradności. Jesteśmy po to, aby pomagać.

Jednym z głównych założeń Infemini jest stworzenie jak najmniejszego dystansu, jaki zazwyczaj panuje pomiędzy lekarzami a pacjentami. Pacjentki umawiają się na spotkanie z lekarzami - nie nazywając tego wizytą, czekają na zaproszenie do gabinetu w otoczeniu pięknych kwiatów, eleganckich mebli vintage, w oczekiwaniu mogąc skupić się na lekturze "Sztuki kochania" bądź "Biblii waginy". Uważa Pani, że może to zmienić podejście do regularnego badania się i nietraktowania wizyty u specjalisty jako nieprzyjemnego obowiązku? My kobiety bardzo dużo myślimy o innych, a mało o sobie. Taka nasza natura, że zamartwiamy się o zdrowie swoich najbliższych, ale siebie już stawiamy gdzieś trochę dalej. Do tego często fundujemy sobie autosabotaż, wstydzimy się swoich problemów albo nie chcemy kusić losu – bo jak lekarz coś wykryje to…? no właśnie! To wtedy możemy o siebie walczyć, mamy szansę na pokonanie różnych schorzeń czy trudności. I to jest naszym, Infemini, zadaniem – edukowanie kobiet w temacie własnego zdrowia i ciała czy uczenie miłości do siebie samej. Świadoma kobieta to szczęśliwa kobieta. Jesteśmy w stanie wydać na wizytę u kosmetyczki 100-200 zł na piękne paznokcie, ale wizytę u lekarza, który sprawdzi, czy z naszą tarczycą lub piersiami jest wszystko ok… to już mamy opór. A przecież bycie pięknym zaczyna się od naszego wnętrza. Dosłownie i w przenośni. Najpiękniejszym prezentem, jaki możemy zrobić sobie samej to przyjrzeć się swojemu zdrowiu. I można to zrobić w miłej atmosferze i przyjaznym otoczeniu. Właśnie po to, by nie mieć poczucia nieprzyjemnego obowiązku, a miło spędzonego czasu.

fot. Wiktoria Wasiak fot. Wiktoria Wasiak

W Infemini panuje niezwykle przyjazna, domowa wręcz atmosfera - w środku oczekując na wizytę u specjalisty można poczuć się, jak... w kawiarni, bądź innym miejscu kojarzącym nam się z miłymi spotkaniami. Wnętrze zaprojektowane przez Agatę Sobkowiak wzbudza nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale po prostu chce się do niego wracać. Stonowane kolory, komfortowe fotele, kanapy, lobby, które daje poczucie, jakbyśmy wcale nie udawały się do lekarza. To zupełnie inne podejście niż znane nam dotychczas, gdzie gabinety z reguły zniechęcają swoją surowością. To było podstawowe założenie, żeby miejsce oczekiwania na spotkanie z lekarzem było dalekie od typowej poczekalni. Ma być higienicznie, ale nie bezdusznie. Zadałyśmy więc sobie pytanie, gdzie czujemy się najlepiej udając się na spotkanie? Oczywiście w kawiarni! Tam jest miło i przyjemnie. Wybrałyśmy również kolory, które mają ciepłą tonację, meble o obłych kształtach, a nawet kwiaty doniczkowe, które wprowadzają życie i energię do wnętrza. Te wszystkie drobne elementy mają wpływać na nasz dobry nastrój, na zmniejszanie napięcia emocjonalnego i przede wszystkim poczucie, że znalazłam się w miłym i bezpiecznym miejscu, w którym również mogę napić się kawy czy herbaty, a nawet udać się do lekarza z mamą czy przyjaciółką, gdzie wspólnie zadbamy o swoje zdrowie.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

I najważniejsze - czyli przede wszystkim niezwykle szeroka oferta z zakresu ginekologii, położnictwa, seksuologii. Czy wśród pacjentów zdarzają się również mężczyźni, czy to miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet? Infemini zostało stworzone z myślą o kobietach, ale nie wyłącznie dla kobiet. Kobiece życie to relacje: rodzicielskie, partnerskie, towarzyskie. Są wokół nas mężczyźni, o których my same się troszczymy, a w niektórych problemach jesteśmy wprost przecież razem. Czasami dotyczy to starań o upragnione potomstwo, a czasami satysfakcji z życia seksualnego obojga partnerów. Dlatego nie chcieliśmy, żeby Infemini dystansowało mężczyzn i już na etapie projektu wyeliminowaliśmy nawet kolory, które mogłyby krępować Panów. Wybraliśmy uniwersalne odcienie, w których każdy będzie czuł się dobrze. Ponadto mamy w ofercie różnego rodzaju badania skierowane do mężczyzn, aby i oni zadbali o siebie.

fot. Wiktoria Wasiak fot. Wiktoria Wasiak

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Zdrowe odchudzanie - jak uniknąć efektu jojo?

W odchudzaniu najważniejsze jest sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. (Fot. iStock)
W odchudzaniu najważniejsze jest sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jak utrzymać długo wypracowywaną wymarzoną wagę, radzi psycholog Katarzyna Pietroń. 

Powiedzmy, że plan był następujący: schudnąć 10 kilogramów. Udało się – hurra! I co dalej? To wszystko oczywiście zależy od tego, jaka była motywacja. Ona jest kluczowa. Poza tym ważne jest, w jaki sposób zrzuciliśmy te 10 kilogramów. Jeśli na drodze drakońskiej diety i licznych wyrzeczeń, to zaczniemy szybko przybierać na wadze. W rzeczywistości bowiem nie pozbyliśmy się tkanki tłuszczowej, tylko wody i innych ważnych składników. Jeśli jednak odchudzaliśmy się z głową, czyli powoli, poprzez zmianę nawyków żywieniowych i sposobu myślenia o jedzeniu, to jest duża szansa na utrzymanie wagi. Oczywiście pod warunkiem, że nie potraktujemy końca diety jako wyzwolenia i nie zaczniemy dogadzać sobie na wszelkie niedozwolone sposoby. Bo to oznaczałoby, że tak naprawdę nie zmieniliśmy niczego.

To znaczy, że oprócz motywacji do schudnięcia, powinnam mieć też inną – do utrzymania wagi? Wystarczy, że ta pierwotna będzie sensowna. Przemyślana, nie na łapu-capu. Na przykład: chcę schudnąć na wesele córki. Taka motywacja jest dobra na sam początek odchudzania, ale by była skuteczna – z czasem powinna się przekształcić w coś trwalszego: chcę schudnąć dla siebie, żeby lepiej się czuć i lepiej wyglądać. Jeśli po weselu, na które zmieściłam się w sukienkę o dwa rozmiary mniejszą, dojdę do wniosku, że nie chcę powrotu do dawnego stanu, że nadal utrzymuję dietę, okaże się, że rodzinna uroczystość stała się katalizatorem większej zmiany.

Może się więc zdarzyć, że stawiając sobie wyzwanie zrzucenia 5 kilogramów, podejmę tak naprawdę o wiele poważniejsze – zmiany nawyków? Jak najbardziej. Jestem przekonana, że w odchudzaniu najważniejsze jest to sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. Bo ze stratą kilogramów (rozsądnie przeprowadzaną) poprawia mi się nie tylko figura, ale też stan skóry, włosów, mam więcej energii, czuję się lekka jak piórko… Pojawia się nowa jakość życia, więc jedno wynika z drugiego. Jeżeli chęć bycia szczupłym bierze się z głowy, a nie z zewnętrznego przymusu, są większe szanse, że waga się utrzyma.

Słyszałam o ludziach, którzy najpierw schudli 30 kilogramów, a potem przytyli 40. Jak można do czegoś takiego dopuścić? To następstwo bardzo niebezpiecznego, ale też bardzo ludzkiego w gruncie rzeczy, procesu coraz większego pobłażania sobie. Tyjemy i mówimy sobie wtedy: „No dobrze, schudłem wcześniej 30 kilogramów, teraz przytyłem 2, ale przecież 28 to i tak dużo”. 25 kilogramów nadal jest sporym sukcesem, 20 też…, a 10? – wtedy już myślimy: „wiedziałem, że mi się nie uda, od początku nie było warto tego robić”. I tak stopniowo powracamy do dawnej wagi. Moi pacjenci mówią, że w tym momencie pojawia się w nich bezradność, poddają się biegowi wypadków, jedzenie zaczyna przejmować nad nimi kontrolę.

Podobno po zrzuceniu sporej liczby kilogramów pojawia się jeszcze jedno niebezpieczeństwo – że jeśli spotka nas jakieś życiowe niepowodzenie, np. zostawi nas partner, stracimy pracę – to powrócimy od starych nawyków. Zaczniemy zajadać stres i przestaniemy dbać o siebie. I tu znów sięgamy do podstawowej kwestii. Jeżeli w ramach odchudzania nie zmierzymy się z prawdziwymi przyczynami kłopotów z wagą, nie sięgniemy do problemu u podstaw, to nie wykonamy żadnej pracy nad sobą. Wystarczy pierwsze lepsze niepowodzenie i efekty całej pracy mogą pójść na marne. Ważne jest, jak interpretujemy to, co nam się przydarza. To, że zostawia mnie mąż, mogę wytłumaczyć sobie na tysiąc różnych sposobów. Niekoniecznie w taki sposób, że nikt nie chce ze mną być.

Aby utrzymać wagę na stałym poziomie…

  • nie zarzucaj wypracowanych zdrowych nawyków żywieniowych,
  • regularnie ćwicz, choćby raz dziennie wybierz się na półgodzinny spacer,
  • skontaktuj się z lekarzem lub dietetykiem, który doradzi ci, jaka żywność lub suplementy diety mogą pomóc zapobiec efektowi jojo.

  1. Zdrowie

Wskaźnik BMI – czy warto z niego korzystać? Co powinniśmy wiedzieć o swojej wadze?

Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Prawidłowe BMI to dla wielu osób świadectwo ich „szczupłości”. Takie podejście nie uwzględnia jednak wielu aspektów zdrowotnych, które wiążą się z masą ciała. Interpretacja BMI wcale nie jest prostą sprawą. Jak podkreśla dr Hanna Stolińska, dietetyczka kliniczna – Sam wskaźnik BMI niewiele nam mówi o kondycji naszego organizmu. Najważniejszy jest skład ciała.

Prawidłowe BMI to dla wielu osób świadectwo ich „szczupłości”. Takie podejście nie uwzględnia jednak wielu aspektów zdrowotnych, które wiążą się z masą ciała. Interpretacja BMI wcale nie jest prostą sprawą. Jak podkreśla dr Hanna Stolińska, dietetyczka kliniczna – Sam wskaźnik BMI niewiele nam mówi o kondycji naszego organizmu. Najważniejszy jest skład ciała.

Co to jest BMI? BMI to jest tzw. Body Mass Index, czyli wskaźnik masy ciała, który mówi, czy mamy prawidłową masę ciała. Możemy mieć nadwagę, otyłość, różne stopnie otyłości, a także niedowagę. BMI tak naprawdę było kiedyś opracowane po to, żeby określić ryzyko chorób i zgonów. Zarówno osoby z bardzo wysokim jak i bardzo niskim BMI częściej umierają. Z kolei osoby, które mają środek tego wskaźnika – rzadziej. Taka właśnie była idea stworzenia BMI. Jednak wskaźnik nie mówi nam nic więcej o stanie naszego ciała.

Jak w takim razie interpretować BMI? Ja bardzo nie lubię tego wskaźnika, bo on określa tylko i wyłącznie kilogramy. Nie bierze się tutaj pod uwagę składu ciała. Jeśli mamy mężczyznę silnie umięśnionego to on będzie miał wysokie BMI, a przecież nie jest otyły i nie ma problemu z masą ciała. Z kolei sam fakt, że widzimy osobę szczupłą nie oznacza, że nie ma ona problemu z tkanką tłuszczową. Gdy bierzemy pod uwagę skład ciała u takiej osoby to, przykładowo, może ona mieć sporo tkanki tłuszczowej, a niewiele mięśniowej, bo mało się rusza. I ta osoba będzie miała niskie BMI, mimo, że ma bardzo dużo „tłuszczu”… To jest tzw. „chudy grubas”. Dlatego ja na co dzień nie posługuję się wskaźnikiem BMI. Na BMI może zwraca się większą uwagę w ośrodkach zaburzenia odżywiania.

Czyli prawidłowe BMI nic nam nie mówi? Kiedy mam pacjenta z nadwagą lub otyłością najważniejszy jest dla mnie właśnie skład ciała. Dlatego w pierwszej kolejności robię analizę tego składu, czyli bioimpedancję elektryczną. Polega to na tym, że pacjent wchodzi na specjalne urządzenie i bierze analizator w ręce. Nie jest to zwykła waga, którą posługujemy się w domu i która pokaże nam ilość wody, tłuszczu i mięśni. Musi być tutaj tzw. obieg zamknięty. Urządzenie musi mieć atest medyczny. Zawartość poszczególnych tkanek wylicza się na podstawie ich oporu względem przepływu prądu. Wtedy możemy zobaczyć, ile jest mięśni, ile tkanki tłuszczowej, jaki jest stosunek wody, kości. Widzimy cały skład ciała i na tej podstawie możemy ocenić czy pacjent jest otyły, czy ma problem z masą ciała.

Tkanka tłuszczowa odkładać się może w jamie brzusznej, co jest bardzo niekorzystne. Często właśnie szczupli mężczyźni, którzy są aktywni fizycznie, jednak bardzo źle się odżywiają, mają dużo takiej tkanki tłuszczowej, nie podskórnej, tylko narządowej (wisceralnej). Wszystko to widzimy na analizatorze składu ciała.

Wróćmy do tego przykładu osoby szczupłej z dużą ilością tkanki tłuszczowej. O czym to świadczy? Duża ilość tkanki tłuszczowej wcale nie jest korzystna dla naszego organizmu. Kryją się za tym jakieś zaburzenia metaboliczne. Taka osoba ma niską przemianę materii. Przekłada się to na mały stopień regeneracji, na odwodnienie organizmu – pamiętajmy, że tłuszcz nie trzyma wody, tylko mięśnie ją kumulują. Taka osoba będzie więc odwodniona, będzie się słabiej regenerować i będzie miała trudności przy aktywności fizycznej – szybciej będzie się męczyć.

Czyli cierpiąc na nadwagę lub otyłość jesteśmy stale odwodnieni? Tak, więcej tłuszczu to jest odwodnienie organizmu. Pacjent z dużą ilością tkanki tłuszczowej zawsze będzie miał zbyt małą ilość wody w organizmie.

Jaka więc powinna być zawartość wody? Czy są jakieś normy, które mogą informować o odwodnieniu? Dobry poziom wody u mężczyzn to jest 50-65%, u kobiet 45-60%, a u dzieci 60 – 75%. Zawartość wody w organizmie nie wynika z tego, czy my dużo pijemy, tylko z tego, ile mamy tłuszczu i masy mięśniowej. Jak już wspomniałam: tylko tkanka mięśniowa kumuluje wodę. Natomiast jeśli nam spada tkanka tłuszczowa to od razu procent wody idzie do góry. Tymczasem wiele osób myśli, że jak wychodzi im mała ilość wody w organizmie to dlatego, że mało piją…

W jakim stopniu ten skład ciała przekłada się na nasze zdrowie? Nieprawidłowy skład ciała przekłada się m.in. na insulinooporność, cukrzycę, policystyczne jajniki, wszelkiego rodzaju zaburzenia hormonalne, problemy z kośćmi, ze stawami (stawy muszą być obudowane masą mięśniową).

Czy osoba szczupła może rozpoznać, że ma nieprawidłowy metabolizm? Takim osobom zwykle odkłada się tkanka tłuszczowa w jamie brzusznej i skóra na brzuchu też jest inna. Można to również dostrzec oglądając swoje ciało. Widać, że jest mniej mięśni, a więcej tkanki tłuszczowej. Ciało będzie bardziej wiotkie.

Z kolei osoby ze zbyt niskim BMI mogą być okazem zdrowia? Tak, bo mają przy tym dobry skład ciała i wszystko z ich zdrowiem jest w porządku. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Ja sama jestem bardzo szczupłą osobą, ale mam tkankę tłuszczową na odpowiednim poziomie, buduję też masę mięśniową poprzez aktywność. Jeszcze raz podkreślam, że ważny jest odpowiedni skład ciała.

Jakie są idealne proporcje tłuszczu, mięśni, wody? Kiedy możemy powiedzieć, że skład ciała jest odpowiedni? U mężczyzny przyjmuje się, że norma dla tkanki tłuszczowej wynosi od 8 do 21%. U kobiet od 21 do 33%. Wraz z wiekiem norma zmienia się u kobiet na 23 – 35%. Wiadomo, że w okresie menopauzy i po menopauzie te normy trochę się zmieniają. Mężczyzna ma zawsze więcej tkanki mięśniowej, dlatego te normy są zupełnie inne. Nie można więc (wagowo) porównywać kobiety do mężczyzny. Jak widać ta norma tłuszczowa dla kobiet jest prawie dwa razy wyższa, a obliczanie BMI wygląda tak samo u kobiet jak i u mężczyzn, więc nie jest to dla mnie wiarygodny wskaźnik. Osoby starsze też będą miały mniej masy mięśniowej i mniej wody. Takie proporcje sprawdza się więc na analizatorze składu ciała, a nie za pomocą jednego wskaźnika.

Czyli otyłość też najlepiej diagnozujemy poprzez skład ciała? Ja zawsze pracuję z analizatorem. U każdego pacjenta, który przyjdzie do mnie na wizytę kontrolną, mogę sprawdzić z czego chudnie: czy zmniejsza się ilość tkanki tłuszczowej, czy mięśniowej. Dzięki temu możemy bardziej modyfikować dietę, albo zwrócić większą uwagę na aktywność fizyczną. Jeśli „lecą” nam mięśnie to warto zastosować więcej białka w diecie i włączyć ćwiczenia siłowe i aerobowe. Po to właśnie jest badany ten skład ciała, żeby na bieżąco patrzeć, jak wygląda proces chudnięcia u takiego pacjenta. Pacjent nie oszuka analizatora. Wszystko na nim widać: czy osoba właściwie prowadzi dietę i stosuje się do zaleceń.

No właśnie, jak wygląda kwestia diety, która jest tutaj kluczowa. Na ile analizator pozwoli ustawić odpowiednią dietę, żeby skład ciała poszedł we właściwym kierunku? Głównie patrzymy na białko w diecie, na kwestie budowania tkanki mięśniowej i spalanie tłuszczowej. Jeśli chcemy dokładnie dobrać ilość składników odżywczych i wyselekcjonować odpowiednie dla nas produkty spożywcze to, pod względem podejścia naukowego, najbardziej wiarygodne będą testy genetyczne. Stają się one tzw. złotym standardem. Robimy wówczas wymaz z jamy ustnej i badamy geny pod kątem trawienia tłuszczów, białek, węglowodanów i różnych produktów spożywczych, ale też sprawdzamy trawienie glutenu, laktozy, fruktozy, nietolerancję kofeiny, soli, a także czynniki ryzyka różnych chorób. Na podstawie tego badania możemy już dokładnie dobrać dietę. Nutrigenetyka to jest przyszłość. Natomiast sam skład ciała na pewno powie nam wiele o aktywności fizycznej danego pacjenta i o zawartości białka, gdyż białko jest podstawowym budulcem dla mięśni.

Zwykle przyjmujemy, że tłuszcz jest dla nas niekorzystny, ale przecież musimy mieć pewne zapasy tłuszczu. Musi być odpowiednia ilość tkanki tłuszczowej. To jest ważne szczególnie u kobiet. W tkance tłuszczowej kumuluje się i powstaje witamina D, ale też żeńskie hormony. Kobiety ze zbyt niską zawartością tkanki tłuszczowej mają zwykle problemy z miesiączkami. Mogą też mieć problemy z tarczycą.

A jak jest z grubością kości? Mówi się czasem, że dana osoba ma grube kości. Nie można powiedzieć, że kości są grube, bo kości ważą bardzo mało. Nie ma czegoś takiego jak grube kości. Na analizatorze składu ciała podaje się mniej więcej ich gęstość (w kilogramach), ale to jest pobieżne.

Jak obliczyć BMI? Jakie BMI jest prawidłowe?

BMI to kilogramy, czyli masa ciała dzielona przez wzrost do kwadratu. Od 18,5 do 24,9 mamy normę. Powyżej 25 do 29,9 mamy nadwagę. Powyżej 30 mamy otyłość. Każdy kolejne 5 punktów w górę świadczy o kolejnych stopniach otyłości. Poniżej 18,5 to jest niedowaga.

Hanna Stolińska: dr n. o zdrowiu, dietetyk kliniczny, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Prowadzi konsultacje i szkolenia żywieniowe dla dzieci i dorosłych. Autorka książek nt. leczenia dietą („Insulinooporność”, „Zdrowe stawy”, „Jelito drażliwe”)

  1. Seks

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie? Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać? Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie? Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania? Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej? Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas? To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję. To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory. Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie. Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać? Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

  1. Zdrowie

Menopauza, czyli rytuał przejścia. Rozmowa z ginekolożką Christiane Northrup

Ginekolożka i położniczka Christiane Northrup wyjaśnia, jakie zmiany w życiu przynosi kobietom menopauza. (Fot. archiwum prywatne)
Ginekolożka i położniczka Christiane Northrup wyjaśnia, jakie zmiany w życiu przynosi kobietom menopauza. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Koniec czy początek? A może po prostu naturalny etap rozwoju, niepotrzebnie demonizowany w zachodnim społeczeństwie. O wyjaśnienie, jakie zmiany w życiu (i jakie możliwości) przynosi kobietom menopauza – poprosiliśmy ginekolożkę i położniczkę Christiane Northrup.

Mam przyjaciółkę, która spodziewała się menopauzy, a jednak kiedy poczuła to charakterystyczne uderzenie gorąca i miała wrażenie, że zaraz wybuchnie – przeżyła spore zaskoczenie. Zatem jakie symptomy powinny nam wskazywać zbliżanie się menopauzy? To stopniowy proces, a stan, który poprzedza menopauzę, nazywamy perimenopauzą. Zaczyna się od nieregularnych miesiączek po czterdziestce, co wcale jednak nie oznacza, że nie możesz zajść w ciążę. Miewałam pacjentki przekonane, że weszły w menopauzę, gdy tymczasem spodziewały się dziecka. Wynika to stąd, że po 40. roku życia wzrasta wydzielanie FSH – hormonu folikulotropowego, odpowiedzialnego za dojrzewanie pęcherzyka Graffa w organizmie. Łatwiej też wtedy o ciążę mnogą, bo wzrost FSH może spowodować uwolnienie dwóch lub więcej jajeczek.

Wracając jednak do menopauzy, uważam, że to rodzaj odrodzenia duszy, w którym na pierwszy plan wychodzi to, kim naprawdę jesteś i czego pragniesz. Jeśli więc we wcześniejszych latach zaniedbywałaś swoje potrzeby, ciało zacznie ci sygnalizować menopauzę objawami, których nie sposób przeoczyć. Oczywiście inny wariant teoretycznie też jest możliwy i jeśli zdrowo się odżywiasz, masz czas dla siebie i swoich pasji, regularnie ćwiczysz, nie masz podwyższonej insuliny z powodu dużej ilości rafinowanych węglowodanów w diecie, spędzasz dużo czasu na świeżym powietrzu i słońcu, chodzisz boso po ziemi – to możesz przejść przez menopauzę bez większych objawów i po prostu któregoś dnia zorientować się, że od dłuższego czasu nie miałaś okresu. Umówmy się jednak, że taki wariant nie jest zbyt realny w naszej kulturze.

Czego więc możemy się spodziewać? Najpierw pojawią się uderzenia gorąca, którym towarzyszą nocne poty oraz bardzo często bezsenność. Zdarza się kołatanie serca, które za pierwszym razem potrafi przestraszyć. Kobieta wciąż jednak może miesiączkować, a niekiedy miesiączki są bardzo obfite i poprzedzone migrenami. Brak snu powoduje wyczerpanie, które może przerodzić się w depresję. Do tego dochodzą wahania nastrojów: drażliwość, a czasem wręcz wściekłość. Ważne jest, by poznać przyczynę swojej złości i dać jej ujście. Nie uzasadniać jej stwierdzeniem, że to tylko hormony, ponieważ w okresie menopauzy na światło dzienne wypływają wszelkie niedokończone sprawy z przeszłości.

W jaki więc sposób możemy skorzystać ze zmian w ciele, które przynosi okres perimenopauzy i menopauzy? Uważam, że dolegliwości menopauzy warto odbierać nie tylko na poziomie fizycznym, ale i symbolicznym. Uderzenia gorąca to nic innego jak pochłanianie przez ogień starych przekonań, nocne poty to odtrucie organizmu, kołatanie serca to skoki napięcia, które symbolizują transformację, a wahania nastroju mogą być spowodowane hormonami, ale bywają też sygnałem wewnętrznej mądrości, próbującej zwrócić na siebie uwagę. Jeśli pojawia się w tobie złość, musisz sobie na nią pozwolić i dać jej upust. Nawet jeśli będzie to oznaczało wytłuczenie całej porcelanowej zastawy. Moim pacjentkom radzę uderzać zwiniętym ręcznikiem o futrynę drzwi lub krzesło, krzycząc przy tym: „Nienawidzę, gdy twoje serce jest zamknięte na mnie”. Dla wielu z nich jest to wyzwalające doświadczenie.

Jak mentalnie przygotować się na to, co nas czeka? Najlepszym sposobem na przygotowanie się do menopauzy jest przypomnienie sobie, kim byłaś i co kochałaś jako dziesięcio- czy dwunastolatka, zanim weszłaś w okres dojrzewania i zaczęłaś wypełniać narzucone ci społeczne powinności. Oczywiście większość kobiet nie jest na tyle proaktywna, by samej z siebie podjąć działania i wrócić do dawnego „ja”, dlatego ciało nam o tym przypomina. Uderzenia gorąca, bezsenność, migreny, wahania nastrojów, obfite miesiączki i nieregularne krwawienia to wszystko sygnały z ciała, by zająć się sobą. Nawet jeśli wierzysz w równouprawnienie, przekaz dotyczący roli kobiety w społeczeństwie wciąż cię dotyczy, bo ciało w pewnym sensie oczyszcza się z globalnego doświadczenia kobiet w przeciągu stuleci. Musisz przygotować się na czas w jaskini. Wiele moich pacjentek mówi mi, że gdyby przez te dwa lata nie musiały składać ubrań, zmywać naczyń i przygotowywać jedzenia dla rodziny – doświadczenie menopauzy byłoby dla nich w porządku. Niestety, mało kto może sobie pozwolić na dwa lata odosobnienia, zatem zamiast tego warto uważnie obserwować, co się z nami dzieje. I pamiętać, że objawy menopauzy mijają. Stanowią część przystosowania się do zmian hormonalnych, które zachodzą, gdy biologiczna uwaga przełącza się z prokreacji na rozwój osobisty.

A co dzieje się w tym czasie z hormonami? Najpierw, w trakcie perimenopauzy, stopniowo spada poziom progesteronu, zaś estrogen pozostaje w granicach normy lub rośnie. Dochodzi do tzw. dominacji estrogenowej, która nasila się w czasie właściwej menopauzy. Po menopauzie zmienia się proporcja związków estrogenowych w ciele kobiety – dominującym związkiem nie jest już odpowiedzialny za płodność estradiol, tylko estron, który prawdopodobnie ma chronić serce, funkcje mózgu i wytrzymałość kości. Z kolei hormony FSH i LH, odpowiedzialne wcześniej za owulację, w trakcie perimenopauzy stają się niestabilne, a im bliżej menopauzy, tym bardziej. Osiągają nową, wyższą normę, w której pozostają do końca życia kobiety.

Warto zauważyć, że na naszą równowagę hormonalną w trakcie menopauzy ma wpływ wiele czynników, a zwłaszcza wysoki poziom insuliny i hormony stresu. Życie w stresie powoduje uwolnienie z nadnerczy kortyzolu i adrenaliny. Jeśli do tego zajadasz stres ciasteczkami, bajglami czy innymi rafinowanymi węglowodanami, które powodują wyrzut insuliny do krwi, poziom progesteronu, testosteronu i estrogenu wzrośnie. I o uderzenia gorąca nietrudno. Dodatkowo kortyzol blokuje wydzielanie oksytocyny, hormonu przywiązania. Dlatego w okresie menopauzy wiele kobiet doświadcza kryzysu w związkach.

A jak mają się do tego emocje? Czy to one wpływają na hormony, czy jest na odwrót? Działa to w dwie strony. Dla równowagi hormonalnej warto zadbać o równowagę emocjonalną i jak najczęściej wzbudzać w sobie współczucie, wdzięczność i miłość do świata. Wtedy w twoim sercu wytwarza się stan zwany koherencją, który można odczytać za pomocą elektrokardiogramu. Poziom DHEA w nadnerczach się zwiększa, co równoważy twoje pozostałe hormony. To stan, w którym przytulasz się do ukochanej osoby, głaszczesz psa albo oglądasz kocięta na Instagramie. Czujesz się błogo, miękko i dobrze. W osiągnięciu go pomaga też spokojny, długi oddech przez nos. Pacjentkom przechodzącym menopauzę radzę, by przyklejały w widocznych miejscach karteczki z przypominajką „oddychaj”. Warto wiedzieć, że oddychanie przez usta jest naszą reakcją na stres. Niemowlęta oddychają tylko przez nos. Konie, nawet podczas wyścigów, oddychają wyłącznie przez nozdrza. Taki oddech aktywuje układ przywspółczulny, czyli odpowiedzialny za odpoczynek, oraz nerw błędny, a tym samym sprowadza cały system nerwowy do równowagi. A to w efekcie równoważy hormony.

Spotkałam się z opinią endokrynologa, który mówił, że menopauza to faktycznie przełom fizjologiczny, natomiast nie ma uzasadnienia dla tzw. andropauzy, bo hormony męskie nie przestają nagle pracować, tylko sukcesywnie ich produkcja maleje. To bardzo ciekawe zjawisko. Uważa się, że z wiekiem poziom testosteronu u mężczyzn spada, jednak znam mężczyzn po siedemdziesiątce z bardzo wysokim poziomem testosteronu. Ich organizm zaczyna natomiast produkować więcej estrogenu i stąd biorą się na przykład kłopoty z erekcją. Warto wiedzieć, że zmiana dokonuje się również na poziomie energetycznym. Erekcja nie wynika już z popędu ani z uwarunkowanej ego potrzeby pokazania, jakim jest się sprawnym kochankiem, ale z miłości i bliskości, co łączy się z czakrą serca. Mężczyzna chce przejść na emeryturę, uprawiać ogród albo podróżować po świecie kamperem. A to niekoniecznie musi spodobać się jego partnerce, która po menopauzie czuje w sobie więcej sprawczości i zapału do działania.

A co sądzi pani o hormonalnej terapii zastępczej? Zwykle radzę zacząć od zmiany diety. Świetnie sprawdza się zarówno dieta ketogeniczna, oparta na tłuszczach i eliminująca zboża, jak i jej całkowite przeciwieństwo, czyli dieta makrobiotyczna, składająca się głównie z ziaren i zbóż. Każda z nich powinna być uzupełniona dużą ilością zielonych, liściastych warzyw. Do tego warto dołączyć ziołolecznictwo. Polecam na przykład pochodzące z Birmy i Tajlandii ziele o dużej zawartości estrogenu – Peraria Muerifica. Dobry będzie też niepokalanek pospolity, choć na efekty jego działania trzeba poczekać, a wiele kobiet chwali sobie również korzeń pluskwicy groniastej. Czasami to wystarczy, by złagodzić dyskomfort menopauzy, ale bywa i tak, że trzeba czegoś więcej. Leki należy jednak dobrać indywidualnie z lekarzem, a hormonalna terapia zastępcza powinna być całkowicie indywidualnym wyborem.

W książce „Mądrość menopauzy” pisze pani, że w tym okresie także w kobiecym mózgu zachodzą zmiany. Na czym one polegają? Perimenopauza jest bramą do wieku mądrości. Podczas menopauzy możesz mieć uczucie dziwnej waty w mózgu, nie pamiętać nazw czy imion albo nawet schować telefon w lodówce. Oczywiście to budzi obawy związane z demencją czy chorobą Alzheimera. Chodzi jednak o to, że mózg się przestraja. Lewa półkula na jakiś czas pozostaje w uśpieniu, zachęcając kobietę do korzystania z intuicji i zharmonizowania ze swoimi emocjami i wewnętrzną mądrością. Po menopauzie do głosu zaczyna dochodzić prawa półkula mózgu. Pojawia się przestrzeń na muzykę, kreatywność, sztukę i radość życia. Kobiety w wieku 60, 70 i 80 lat mogą uprawiać najlepszy seks w swoim życiu! To, że wiele z nas uważa, że po pięćdziesiątce jest za późno na nową pasję czy karierę, to wyłącznie konstrukt kulturowy.

A czym jest tytułowa „mądrość menopauzy”? To zrozumienie, że menopauza jest odrodzeniem duszy w ciele bez konieczności umierania. To wiosna drugiej połowy życia. Patriarchat dewaluuje starsze kobiety, bo boi się ich mocy! Oczywiście to, w którym kierunku podążysz, jest twoim wyborem. Możesz wzrastać, ale możesz też się w sobie zapaść. Wiele kobiet po pięćdziesiątce choruje, kurczy się, wręcz znika. Warto jednak pamiętać, że hormony, które przed menopauzą służyć miały płodności, teraz działają na korzyść witalności. Służy nam choćby wysoki poziom hormonu LH, za którego sprawą byłyśmy wcześniej tak elektryzujące dla mężczyzn podczas owulacji. Po menopauzie ten stan będzie się utrzymywał do końca życia!

Christiane Northrup, lekarka medycyny, ginekolożka-położna z ponad 25-letnim doświadczeniem klinicznym i medycznym. 

  1. Zdrowie

Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe?

Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej ARLETTA WALCZEWSKI.

Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej Arletta Walczewski.

Syn mojej koleżanki ostatnio bez przerwy choruje. Ma objawy grypy, czasem problemy z oddychaniem, przez chwilę podejrzewano u niego nawet astmę. Badania nic nie wykazują, antybiotyki nie działają. Co to może być? Trzeba wykluczyć wszystkie te przyczyny, których dotąd nie brano pod uwagę. Na przykład nietolerancje pokarmowe.

Chłopiec wszystkie testy alergologiczne ma za sobą. Właśnie – alergię pokarmową często myli się z nietolerancją. A to dwa zupełnie różne zagadnienia, choć objawy tu i tu bywają podobne. W dodatku niektóre pokarmy mogą wywoływać i nietolerancję, i alergię. Na przykład krowie mleko. Są osoby z alergią na krowie białko (np. na kazeinę) i są takie, które nie powinny pić mleka ze względu na nietolerancję laktozy.

W czym tkwi różnica? Alergia to bunt organizmu, jego reakcja na obce białka [tradycyjna, dziś już tylko historyczna nazwa alergii to „skaza białkowa” – przyp. red.]. Natomiast przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. Na przykład jeśli brakuje ci enzymu laktazy, nie strawisz obecnej w mleku laktozy. Na podobnej zasadzie możesz reagować na gluten, fruktozę, histaminę.

O nietolerancji glutenu i laktozy, oczywiście, słyszałam. Ale histaminy? Znam tylko leki antyhistaminowe. I tu znowu trzeba rozdzielić alergie i nietolerancje. Nasz organizm produkuje naturalną histaminę, żeby chronić nas przed wieloma szkodliwymi czynnikami. Przy ostrych reakcjach alergicznych produkcja histaminy wzrasta jednak tak gwałtownie, że organizm nie jest w stanie sobie z tym poradzić i wydalić nadwyżki. Histamina odkłada się wtedy w tkankach i powoduje ich obrzęk. Może się to skończyć atakiem astmy. Wtedy właśnie musimy wziąć leki antyhistaminowe. Natomiast jeśli pacjent cierpi z powodu nietolerancji, to nie trawi histaminy zawartej w jedzeniu i piciu. W czerwonym winie, piwie, serach, kefirach, kiszonej kapuście, pomidorach, czekoladzie, kiwi, chili, truskawkach, cytrusach.

A fruktoza? Mówi się przecież, że to zdrowsza alternatywa dla cukru. Że powinniśmy jeść jak najwięcej owoców, pić świeże soki, słodzić miodem. Fruktoza była niegdyś odkryciem, uważano, że sprawdza się jako zamiennik w przypadku diabetyków, ponieważ nie podnosi poziomu cukru we krwi [podnosi, ale w minimalnym stopniu – przyp. red.]. Nie wolno jednak zapominać, że fruktoza jest węglowodanem i przy jej trawieniu powstają intensywne procesy fermentacyjne, w wyniku których wytwarza się alkohol. U osób wrażliwych dochodzi do zatrucia podobnego do kaca, szczególnie kiedy jedzą surowe owoce, surówki czy sałatki na noc, przed snem. Jeśli cierpisz na nietolerancję fruktozy, możesz mieć też takie objawy, jak: biegunka, wzdęcia, zmiany skórne, obniżenie nastroju. Albo właśnie katar, kaszel, nieżyty gardła i ucha, chrypę, bóle głowy, problemy ze strunami głosowymi.

Jakim cudem to, co jem, ma związek z tym, że cieknie mi z nosa? Jak to możliwe, że przyczyną podobnych objawów może być niewłaściwa dieta? Odpowiedź jest bardzo prosta: gardło i przełyk to jednocześnie przewód pokarmowy i oddechowy. Jeden wspólny odcinek, dwie różne funkcje. Natura bardzo sprytnie to rozwiązała, u wejścia do żołądka mamy naturalną tamę, zwieracz. Gorzej jeśli pojawiają się przewlekłe problemy z trawieniem i ta naturalna tama staje się nieszczelna.

W latach 70. XX wieku prowadzono badania nad dziwnymi przypadkami. Śpiewacy operowi tracili głos, a po jakimś czasie go odzyskiwali. Po kolei wykluczano różne teorie, dlaczego tak się dzieje, aż odkryto związek z dietą badanych. Pacjentów skutecznie leczono m.in. środkami neutralizującymi kwasy żołądkowe. To ważne odkrycie w dziedzinie otolaryngologii pociągnęło za sobą dalsze, bardziej zaawansowane badania udowadniające, że gastryczne dolegliwości mogą mieć wpływ na nasz głos.

Mówisz o odzyskiwaniu głosu, a co z objawami kojarzącymi się bardziej z przeziębieniem czy grypą? Gardło połączone jest przecież z nosem, uszami. Załóżmy, że twojemu organizmowi brakuje odpowiedniego enzymu i nie toleruje fruktozy. Ty o tym nie wiesz, a przecież pilnujesz tzw. zbilansowanej diety, więc codziennie pijesz soki, jesz świeże owoce. Nic z tych rzeczy się w twoim przewodzie pokarmowym nie rozkłada, a więc zalega, następują procesy gnilne, a niestrawione resztki na różne sposoby cię trują. Zwieracz, czyli ta naturalna tama, o której mówiłyśmy, przestaje prawidłowo funkcjonować, a zawarty w sokach żołądkowych kwas solny podrażnia struny głosowe, błonę śluzową gardła, nosa. Błona śluzowa puchnie, masz katar, kaszel, chrypę.

W problemach z metabolizmem najbardziej zdradliwe jest właśnie to, że ich objawy niekoniecznie muszą być klasyczne: palenie w przełyku, wzdęcia, bóle brzucha, biegunki albo zaparcia. Pamiętam pacjentkę, atrakcyjną kobietę po pięćdziesiątce. Była pewna, że ma kłopoty z sercem, wciąż czuła ucisk na wysokości mostka. Badania nic nie wykazały. Niby była zdrowa, ale czuła się coraz gorzej. Zapytałam, co je. Tylko ciemne pieczywo, sałatki, owoce, żadnego alkoholu, zamiast słodyczy – jogurty z owocami (dla osób nadwrażliwych najgorsze z możliwych połączeń, fruktoza plus laktoza to niezwykle intensywne procesy fermentacyjne). Miała problem z utrzymaniem właściwej wagi. Jak to możliwe, skoro jadła tak „zdrowo”? Okazało się, że ma trudności ze strawieniem niemal wszystkiego. Pacjentka doszła do siebie, jedząc białe pszenne bułki i gotowane posiłki. Skąd wzięły się jej objawy? Odruchowo myślimy, że jelita to tylko dolna część brzucha. A to nieprawda – jeden z odcinków jelita leży dokładnie pod sercem. Nagromadzone w jelitach gazy mogą uciskać narządy, nerwy kręgosłupa. Taki ucisk może też promieniować na inne części ciała. Miałam już pacjentów skarżących się na bóle pod łopatką, na zesztywniałe ramię, promieniujące drętwienie aż do ucha, dolegliwości mylone z migreną, duszności, płytki oddech, obniżone lub podwyższone ciśnienie, kołatanie serca. Robili EKG, prześwietlali kości, chodzili na USG i nic.

Dobrym przykładem jest też refluks, czyli cofanie się treści żołądka do przełyku, który wcale nie musi się objawiać zgagą. Równie dobrze może skutkować objawami podobnymi do ataku astmy. Zresztą naukowcy do tej pory próbują rozwikłać zagadkę związku między tymi dwoma dolegliwościami.

Jeżeli traktujesz organizm i zachodzące w nim procesy jako całość, znacznie łatwiej znaleźć źródło cierpienia.

Jak sprawdzić, czy rzeczywiście mam nietolerancję pokarmową? Wodorowy test oddechowy (WTO) pozwala wykluczyć lub potwierdzić nietolerancję na laktozę i fruktozę. Dostajemy do wypicia specjalny roztwór i dmuchamy w urządzenie podobne do alkomatu. Trwa to nawet ponad dwie godziny, ale wyniki są znane od razu po zakończeniu badania. Nietolerancję histaminy wykrywa się zwykle, określając poziom diaminooksydazy (DAO) we krwi. Badania w kierunku nietolerancji glutenu zleci specjalista gastroenterolog.

Załóżmy, że zdiagnozowano u mnie nietolerancję. Co teraz? Trzeba wprowadzić odpowiednią dietę, dzięki której wreszcie poczujesz się dobrze. Chodzi też o to, żeby uspokoić organizm, pozwolić mu dojść do równowagi. A do tego potrzebna jest nie tylko dieta eliminacyjna, ale też bardzo delikatna, lekkostrawna. Całkowite wyeliminowanie glutenu, histaminy, fruktozy czy laktozy uważam za mit. Można je za to ograniczyć do minimum, to bardziej realny plan. Tym bardziej że niektóre zamienniki, na przykład wiele produktów bezglutenowych, to czysta chemia. Poza tym doradzałabym, żeby uzupełniać dietę witaminami i probiotykami (pod kontrolą lekarza) oraz regularnie stosować naturalne środki na trawienie. Te same, z których korzystały już nasze mamy i babcie. Tu także dobrze się konsultować, bo preparaty ziołowe mają przeciwwskazania. Trudniej jest, kiedy u pacjenta występuje kilka nietolerancji naraz. Nie może jeść na przykład glutenu, pieczywo żytnie czy pszenne mógłby zastąpić pieczywem z mąki gryczanej, tylko że w gryce jest mnóstwo histaminy, której on też musi unikać.

Brzmi jak wyrok. Nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego pacjenta. No to teraz dobra wiadomość. Organizm jest wspaniałomyślny, potrafi się zregenerować. Nietolerancja to jego wołanie o pomoc: „Hej, hej, traktowałaś mnie źle, zobacz, do jakiego stanu mnie doprowadziłaś!”. Pamiętajmy, że nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich. Coś, co świetnie odżywia zdrowego 20-latka, może osobę po pięćdziesiątce, która ma już spowolniony metabolizm, doprowadzić do poważnego kryzysu. Z mojej praktyki wynika, że – wbrew pozorom – najłatwiejszymi pacjentami są w przypadku nietolerancji dzieci, bo to u nich objawy znikają najszybciej. Pamiętam chłopca faszerowanego przez rodziców jogurcikami, serkami i koktajlami zwiększającymi ponoć odporność. Był spuchnięty, ociężały i coraz grubszy, chociaż uprawiał kilka razy w tygodniu sport. Oczywiście, nie trawił laktozy. Wrócił do formy już po sześciu tygodniach. Matki się boją, że dziecko nie będzie mogło jeść tego samego, co koledzy, że będzie się czuło nieakceptowane, a potem okazuje się, że ta specjalna dieta to jest szpan, coś, czego inne dzieciaki im zazdroszczą. Oczywiście, nie mówię o nietolerancjach wrodzonych, które objawiają się już u noworodków lub bardzo małych dzieci i o których nie można zapominać do końca życia, bo każde zaniedbanie może doprowadzić do przewlekłych chorób autoimmunologicznych. Ale większość przypadków, z którymi miałam do czynienia w swojej praktyce, to były krótkotrwałe kryzysy. Kiedy ciało się oczyszcza, znowu staje się ufne, przestaje się bronić. Objawy mijają, polepsza się cera, poprawia nastrój, lepiej śpimy. Możemy poczuć się tak, jakbyśmy właśnie wyszli z depresji. Urozmaicajmy wtedy naszą dietę ostrożnie, powolutku, cegiełka po cegiełce.

Kiedy wiadomo, że znowu możemy wszystko jeść? Nawet jeśli możemy, to czy musimy, ryzykując powtórkę z rozrywki? Nowe nawyki żywieniowe wchodzą w krew i stają się sposobem na życie. Swoim pacjentom, nieważne z czym do mnie przychodzą, powtarzam: „Spróbujcie jeść skromnie jak chłopi w XIX wieku”. To trochę żart, ale dużo w nim prawdy. Dzisiaj wybór jest tak duży, że tracimy zdrowy rozsądek. Jemy za dużo, mieszamy wszystko ze wszystkim, przesalamy, przesładzamy, dodajemy za dużo przypraw. Do tego dochodzą wypełniacze, konserwanty. To nie przypadek, że mamy dosłownie epidemię alergii, nietolerancji i różnych innych kłopotów z przemianą materii. A przecież my naprawdę jesteśmy tym, co jemy.

Arletta Walczewski dyplomowany lekarz medycyny naturalnej (heilpraktiker). Na co dzień pracuje w Naturheilzentrum Sandmann [Centrum Medycyny Naturalnej Sandmann] w Düsseldorfie.