1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maggie Smith - sarkastyczna starsza pani

Maggie Smith - sarkastyczna starsza pani

Maggie Smith (fot. BEW PHOTO)
Maggie Smith (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Prowadziłam normalne życie do czasu „Downton Abbey”. Nikt o mnie nie słyszał – wyznała ostatnio, nie bez pewnej kokieterii. Maggie Smith zachwyca bowiem na ekranie od dobrych 60 lat. Ma dwa Oscary, trzy Złote Globy i tytuł szlachecki. Największą sławę przyniosła jej jednak rola hrabiny o ciętym języku, którą zagrała… w wieku 77 lat. Jak wiele w niej samej jest z Violet Crawley? 

Zadziorne, zrzędliwe, surowe, ale i cudownie ironiczne starsze panie (czasem mówi o nich nawet: torby lub prukwy) to jej aktorska wizytówka. Jest w tych rolach tak autentyczna i tak barwna, że nie sposób uwierzyć, że to tylko gra.

Jako Violet Crawley, w którą wcielała się przez pieć lat w serialu „Downton Abbey”, a ostatnio także w pełnometrażowym filmie, sypie sarkastycznymi uwagami jak z rękawa, robi miny godne aktorek kabaretowych, nie cierpi wulgarności, ale z zadziwiającym spokojem przełyka rodzinne skandale (jak mówi: „nie szukaj logiki wśród brytyjskiej arystokracji”). Jako panna Shepard – mieszkająca w furgonetce impertynencka staruszka z filmu „Dama w vanie” jednocześnie irytuje i wzrusza. Jako profesor Minerva McGonagall z serii o „Harrym Potterze” łączy w sobie zewnętrzną surowość z wewnętrznym ciepłem. W „Gosford Park” jest niestroniącą od intryg i plotek arystokratką, z kolei w „Hotelu Marrigold” – życiową malkontentką, która planuje emeryturę w dalekich Indiach. Do twarzy jej w habicie siostry przełożonej w „Zakonnicy w przebraniu”, a w „Lawendowym wzgórzu” z godnością nosi nawet koszulę nocną, a do tego bywa cudownie złośliwa i wyniosła. – Nie toleruję głupców i oni nie tolerują mnie, dlatego bywam nieprzystępna. Może dlatego dobrze mi wychodzą rolę oschłych i nieprzystępnych starszych pań... – powiedziała w jednym z wywiadów.

'Dama w vanie', reż. Nicholas Hytner, 2015 rok. (fot. BEW PHOTO) "Dama w vanie", reż. Nicholas Hytner, 2015 rok. (fot. BEW PHOTO)

Ale to tylko część prawdy. Maggie Smith ma bowiem talent nadawania swoim bohaterkom wspaniałej wyrazistości, tak że wyłaniają się nawet z dalekiego tła na pierwszy plan. Nicholas Hytner, reżyser „Damy w vanie" ujął to tak: „W jednej scenie jest w stanie przekazać więcej niż niektórzy aktorzy w całym filmie. Potrafi być jednocześnie bezbronna i nieustraszona, ponura i przezabawna. Każdego dnia wnosi na plan energię i ciekawość charakterystyczne dla młodych aktorów, dopiero zaczynających swoją przygodę z filmem”.

Z pasji i tęsknoty

Ta niegasnąca iskra sprawia, że jest ciągle głodna wyzwań zawodowych i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Mimo że w grudniu tego roku skończy 85 lat i mimo licznych problemów zdrowotnych. W 1998 roku lekarze zdiagnozowali u niej chorobę Gravesa-Basedowa – schorzenie autoimmunologiczne, które daje objawy podobne do tych przy nadczynności tarczycy. U aktorki spowodowało charakterystyczny wytrzeszcz oczu, a także poważne kłopoty ze wzrokiem, które dokuczają jej do dziś. W 2007 roku wykryto u niej raka piersi. Kiedy kręciła kolejną część cyklu o Harrym Potterze – „Harry Potter i Książę Półkrwi” – przechodziła właśnie chemioterapię i straciła wszystkie włosy, ale nie chciała zawieść widzów. Tygodnie spędzone w przyczepie na planie okazały się koszmarem. – Byłam zupełnie łysa, jak ugotowane jajko. Musiałam więc nosić perukę. Pojawiły się bolące rany na głowie, które sprawiały mi ogromny ból. Płakałam i wyłam z cierpienia – wspominała. – Rak jest okropny, bo zabiera człowiekowi wiatr z żagli i sprawia, że nie wiadomo, co kryje przyszłość. Dodatkowo na planie zachorowałam na półpaśca i muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie cierpiałam na coś tak bolesnego. Cóż, nieszczęścia chodzą po ludziach. Ale przedstawienie musi trwać dalej – podsumowała.

Jest nie tylko pasjonatką tego, co robi, ale też tytanem pracy. Po śmierci męża aktorstwo stało się jej sposobem na samotność i radzenie sobie ze stratą. – Wypełniony pracą dzień sprawia, że nie myślę o tym, że jestem sama – powiedziała w jednym z wywiadów. Podobnych słów użyła jej przyjaciółka – aktorka Judi Dench w wywiadzie dla kwietniowego SENSu, która też nie może sobie znaleźć miejsca po śmierci ukochanego męża, aktora Michaela Williamsa. Smith pierwsze małżeństwo zakończyła rozwodem, ale w kolejnym znalazła prawdziwe ukojenie. Scenarzysta Beverley Cross był miłością jej życia. Wychowywali razem synów aktorki i – jak wspominają ich znajomi – byli nierozłączni. – Cały czas za nim tęsknię. To jest aż niedorzeczne! Ludzie mówią, że z czasem jest lepiej. Ale to nieprawda! – mówiła w jednym z wywiadów. – To okropne, ale co można zrobić? Kiedy akurat nie pracuję i zostaję sama, jest naprawdę ciężko. Kiedy przebywam wśród ludzi, jest nieźle, udaje mi się o tym nie myśleć, ale gdy wracam do siebie, ta cisza mnie przytłacza.

Witajcie w Downton

Być może, aby zostać świetną aktorką, trzeba przeżyć i wielką miłość, i wielką stratę – w każdym razie Maggie Smith z pewnością pomogło to stworzyć dwie genialne kreacje w ciągu ostatniej dekady. Mowa o hrabinie Violet Crawley i pannie Shepard. Zapytana, do której z nich jest jej bliżej, zripostowała: – Do żadnej, ale jeśli już musiałabym wybrać, to, o dziwo, wskazałabym damę w vanie, a nie damę w kapeluszu. Było mi o wiele prościej być panną Shepard, bo ona w ogóle nie zwraca uwagi na to, jak wygląda. To wielka ulga po godzinach strojenia się w niewygodne suknie i siedzenia w gorsecie.

Jednak stroje to nie wszystko, choć garderoby postaci z „Downton Abbey”, do którego nawiązuje aktorka, i przepych wnętrz rzeczywiście robią wrażenie. Ten serial to kręcony z niesamowitą dbałością o detale portret epoki edwardiańskiej. A także obraz brytyjskiego społeczeństwa w momencie największych przemian – kryzysu gospodarczego, obu wojen światowych, upadku wielkich arystokratycznych rodów i rewolucji przemysłowej. To zderzenie tradycji z nowoczesnością, dawnych zasad z nowym porządkiem. Na tym tle postać grana przez Maggie Smith – owdowiała hrabina, stojąca na straży dawnego porządku, ale też gotowa na radykalne zmiany, jeśli w grę wchodzi dobro jej rodziny i wioski – wydaje się najbardziej symboliczna, wyrazista i najbardziej złożona. Tak jakby aktorka wkładała w nią samą siebie – nie tylko użyczając jej własnej mimiki czy głosu, ale też czerpiąc z własnych przeżyć.

Widzowie w równym stopniu pokochali serial, co nestorkę rodu. Produkcja zdobyła około 30 nagród (w tym Złotego Globa, Emmy i Europejską Nagrodę Filmową dla Maggie Smith) oraz ponad 100 nominacji. Została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa w związku z najlepszą oceną krytyki za rok 2011. Finałowy odcinek szóstej serii w samej Wielkiej Brytanii oglądało 7 milionów osób. A to oznacza trzy rzeczy: wielkie zainteresowanie, wielkie pieniądze i wielką rozpoznawalność. Jak przystało na angielską damę, Maggie Smith lubi utyskiwać zwłaszcza na to ostatnie: – Dziwnie jest być rozpoznawalną. Przez wiele lat radziłam sobie bez tego. I to niezwykłe uczucie. Czasami bardzo miłe, a czasami męczące.

W talk show Grahama Nortona mówiła, że podczas niedawnej wycieczki do Paryża była wręcz oblegana przez turystów, w tym przeważnie przez Amerykanów. – Pewna kobieta z Brazylii podczas oficjalnej kolacji, zaśmiewając się, spytała mnie: „Co to jest weekend?” (jedna z legendarnych kwestii hrabiny –  przyp. red.). Przez moment myślałam, że rzeczywiście chce się tego dowiedzieć.

Pytana o to, jak radzi sobie z popularnością, odpowiada krótko: – Uciekam od razu. To naprawdę bardzo trudne. Nie wiem, jak radzą sobie z tym wielkie gwiazdy filmowe. Być może nigdy nie wychodzą z domu.

Bardziej wyrozumiała jest dla młodszych fanów, dla których zawsze pozostanie profesor McGonagall z „Harry'ego Pottera”. Choć kiedy jakiś chłopiec z przejęciem spytał ją, czy naprawdę dzięki magii zmieniała się w czarnego kota, z miną, której nie powstydziłaby się Violet Crawley, odpowiedziała: „Weź się w garść”.

Podobno do dziś nie obejrzała ani jednego odcinka serialu, ale też od produkcji dostała box ze wszystkimi sezonami, więc kto wie… Długo również opierała się przed wzięciem udziału w pełnometrażowym filmie „Downton Abbey”, który wszedł do naszych kin na początku jesieni.  Po pierwsze, była już zmęczona graniem tej samej postaci, a po drugie, uważała, że jej bohaterka musiałaby mieć w nim już ze 110 lat, co czyniłoby ją już raczej upiorem. Dała się jednak przekonać, dodając, że jeśli producenci będą chcieli nakręcić kontynuację, hrabina może pojawić się w niej już jedynie w trumnie.

Co za Życiorys!

Na sugestię, że mogłaby spisać swoje wspomnienia,  odpowiada, przewracając oczami: „Nie mogę wyobrazić sobie gorszego pomysłu. Przecież ja nie mam o czym pisać”. Czyżby znów kokieteria? Maggie Smith, a raczej Dame Margaret Natalie Smith, to w końcu jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek, i najbardziej utytułowanych. Jej kariera rozciąga się na ponad sześć dekad. Urodziła się 28 grudnia 1934 roku. Jeszcze w dzieciństwie wraz z rodzicami i rodzeństwem przeprowadziła się do Oksfordu. Chodziła tam do liceum i tam, w wieku 16 lat, rozpoczęła zajęcia z aktorstwa w miejscowym teatrze. Rok później zadebiutowała na deskach Oxford Playhouse jako Viola, bohaterka Szekspirowskiego „Wieczoru Trzech Króli”. Pierwszą dużą rolę filmową zagrała w dramacie „Nowhere to Go”, za którą dostała pierwszą z 18 nominacji do nagrody BAFTA (Brytyjskiej Akademii Sztuk Filmowych i Telewizyjnych). Potem było jeszcze lepiej. Była Desdemoną w „Otellu” u boku Laurence’a Oliviera i za tę kreację została nominowana do Oscara. Musiała jednak na niego poczekać, ale krótko, bo do 1970 roku, kiedy nagrodzono ją za główną rolę w filmie „Pełnia życia panny Brodie”. Wcieliła się w nauczycielkę w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt, sympatyzującą z faszystami. Kolejnego Oscara oraz pierwszego Złotego Globa zdobyła w 1979 roku za drugoplanową rolę w „Suicie kalifornijskiej”. Grała tam zresztą brytyjską aktorkę, której nie udało się dostać Oscara. Kolejny Złoty Glob przypadł jej za rolę w „Pokoju z widokiem”. Doceniano i nominowano ją  jeszcze w związku z wybitnymi kreacjami w „Herbatce z Mussolinim”, „Kwartecie” i „Tajemniczym ogrodzie” Agnieszki Holland.

Dwukrotnie wyszła za mąż – za aktora Roberta Stephensa, z którym ma dwóch synów, także aktorów: Toby'ego Stephensa i Chrisa Larkina (grali razem w serialu „Piraci”). I za scenarzystę Beverleya Crossa, który napisał m.in. „Zmierzch tytanów” (grała tam Tetydę). W 1990 roku aktorka otrzymała tytuł szlachecki od królowej Elżbiety II.

Hey, Jude!

Kiedyś powiedziała: „Oczywiście, że są role dla starszych aktorek, tylko Judi Dench jako pierwsza kładzie na nich łapę”. I uwielbia powtarzać tę kwestię, ilekroć jest pytana o to samo, choć przyznaje, że „ukradła ją” od aktorki Joan Plowright.

Z Judi Dench poznały się w 1958 roku, gdy jako młode aktorki dzieliły garderobę w londyńskim teatrze The Old Vic. Od tej pory nic nie było w stanie je poróżnić, nawet sukces. Zagrały razem w kilku filmach: „Pokoju z widokiem”, „Lawendowym wzgórzu”, „Herbatce z Mussolinim”,„Hotelu Marigold”, „Drugim Hotelu Marigold”… W tym ostatnim jest scena, w której bohaterki grane przez Dench i Smith droczą się ze sobą. Dialog kończy się od słów Smith w roli Muriel: „Jestem starsza i mądrzejsza. – Starsza o całe 9 dni. – To tyle, ile trwa żywot osy”. W rzeczywistości ich daty urodzenia dzieli 19 dni – Judi Dench przyszła na świat 9 grudnia 1934 roku. Zawodowo i prywatnie przyjaciółki towarzyszą sobie praktycznie od początku swoich karier. Wielką przyjemnością jest oglądać je na ekranie, a jeszcze większą – we wspólnych wywiadach. O tym, jak bliska łączy je więź, świadczy choćby dokument „Nothing like a dame” (w Stanach – „The tea with the dames”), gdzie o swojej karierze opowiadają też dwie inne znakomite brytyjskie aktorki, którym również nadano tytuły szlacheckie: Eileen Atkins i Joan Plowright.

'Hotel Marrigold', reż. John Madden, 2011 rok. (fot. BEW PHOTO) "Hotel Marrigold", reż. John Madden, 2011 rok. (fot. BEW PHOTO)

Mags i Jude – bo tak o sobie mówią – świetnie się czują w swoim towarzystwie i nie szczędzą sobie żartobliwych uwag. Na zdjęcia do Włoch, gdzie kręciły wspólnie „Herbatkę z Mussolinim” Franca Zeffirellego, wybrały się całymi rodzinami. – Były to tak naprawdę wielkie wakacje. Grałyśmy w scrabble, piłyśmy prosecco, śmiałyśmy się cały czas i... zachowywałyśmy niewłaściwie. Włosi mieli nas dosyć – powiedziała w jednym z wywiadów Smith. W 2002 roku wystąpiły w sztuce „The Breath of Life” na West Endzie. Bilety rozchodziły się w tak szybkim tempie, że dwukrotnie przekładano termin zdjęcia spektaklu z afisza.

Obie najlepiej czują się w filmach kostiumowych lub rozgrywających się w kameralnym otoczeniu. Obie – mimo licznych ofert – nie przeprowadziły się do Hollywood i nie poddały żadnym operacjom plastycznym. Obie zyskały uznanie krytyków, ale i ogromną popularność, przy czym tę drugą dopiero po sześćdziesiątce. Judi Dench jako M, szefowa Jamesa Bonda, a Smith dzięki wspomnianemu „Harry'emu Potterowi” i „Downton Abbey”. Kiedy czyta się komentarze pod artykułami o nich czy filmikami z ich udziałem, co chwila pojawiają sie takie oto zachwyty: „Chciałbym, by była moją babcią”,  „Pokłońcie się królowej”, „Ogromny szacunek”, „Uwielbiam ją, jest dla mnie wzorem” albo nawet… „Maggie Smith to moja Beyoncé”.

Sama Smith podkreśla, że chciałaby mieć w sobie tyle ciepła, światła i łagodności co jej przyjaciółka.  – Zdaję sobie sprawę z tego, że potrafię być trudna, ale cóż zrobić, nie mogę się już zmienić, ja nawet boję się tego, a z wiekiem lęk narasta. Za każdym razem kiedy postanawiam sobie, że od dzisiaj będę jak Jude i wszystko stanie się słodkie, jasne i radosne, mój wewnętrzny tchórz mówi: „to się nie uda, Jude ma w sobie ogromny spokój”. Myślę, że gdybym w tym wieku nagle zaczęła być miła dla ludzi, tylko bym wszystkich wystraszyła. Zaszłam już za daleko, by się cofnąć.

Humor w najlepszym wydaniu

Z wielu rzeczy, jakie wiadomo o Maggie Smith – a wiadomo niewiele, bo gwiazda bardzo strzeże swojej prywatności i na bardziej wścibskie pytania udziela zwykle wymijających odpowiedzi – wiadomo, że lubi żartować. I jest to zawsze humor w najlepszym, bo brytyjskim wydaniu. I w przeciwieństwie do swoich bohaterek nigdy nie bywa sarkastyczna. Najczęściej lubi żartować ze swojego wieku. – Cóż, sądzę, że doszłam już do pewnej granicy. Jestem pewna, że nie ma już ról dla aktorek w wieku przekraczającym mój – mówiła niedawno, gdy znów zagadnięto ją o brak propozycji dla starszych aktorek. Z kolei pytana o to, co robi w wolnym czasie, lubi odpowiadać: „odpoczywać, czytać i po prostu egzystować”. Mieszka w Chelsea w Londynie i kocha podróżować, głównie do Włoch, a najchętniej do Wenecji. Lubi chodzić do teatru i galerii, unika kin („nie lubię ludzi jedzących obok mnie popcorn”). W rzeczywistości wygląda o wiele młodziej niż jej bohaterki, ma krótką, modną fryzurę i o wiele mniej rzucający się w oczy strój – lubi proste fasony i delikatne kolory: beże, czernie, granaty. Do tego delikatna, klasyczna biżuteria. Zero ostentacji, sama klasa. Tak, to chyba w skrócie definicja damy…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)