1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Raport o alimentach: chłopaki nie płacą

Raport o alimentach: chłopaki nie płacą

fot.123rf
fot.123rf
Większość zasądzanych alimentów to kwoty bardzo niskie – do 500 złotych. Ale nawet najniższe wiążą się z wielkimi emocjami. Są sposoby, aby te emocje odsunąć na dalszy plan. A na pierwszy wysunąć dziecko.

Prawda niby-oczywista, ale często traci się ją z pola widzenia: główną osobą dramatu w temacie niepłaconych alimentów jest dziecko. Lepiej widać zazwyczaj to, co wokół dziecka. Często pole walki. Po jednej stronie – dłużnik alimentacyjny. Aż w 96 procentach przypadków to ojciec. Po drugiej stronie – osoba, której po rozstaniu przydzielono opiekę nad dzieckiem. W większości przypadków – matka.

– W mediach my, walczące o pieniądze na dzieci, byłyśmy przedstawiane jako roszczeniowe. Matki, które żyją z alimentów – mówi Katarzyna Tatar, która właśnie znajduje się po tej drugiej stronie. – To wizja niespójna: jak można jednocześnie walczyć o coś, czyli tego nie dostawać, i z tego żyć? – pyta retorycznie. To paradoks, ale przekłada się on na mocny stereotyp. Tak mocny, że wciąż powszechne jest w Polsce zjawisko przyzwolenia na niepłacenie.

Typologia dłużników

– Dłużnik nigdy nie działa sam – przekonuje stanowczo Robert Damski, komornik z Lipna, który sukcesem kończy 60 procent spraw o ściągnięcie zaległych alimentów. Polska średnia to 20 procent: najgorszy wynik w Europie. – Nazwałem to zjawisko „zorganizowaną grupą wspierającą dłużnika”. Zalicza się do niej i pracodawca zatrudniający dłużnika na czarno, i rodzina pomagająca ukryć majątek, i koledzy. W badaniach sondażowych większość będzie zapewniać, że trzeba płacić na dziecko. Ale gdy sytuacja dotyczy kogoś bliskiego – ukrywają płatnika.

Komornik Damski na podstawie 13 lat praktyki stworzył typologię dłużników alimentacyjnych. Pierwsza grupa to Piotruś Pan. – Najliczniejsza. Do 40. roku życia przychodzą do mnie z mamą. I ta mama oczernia byłą żonę: „Ona spała ze wszystkimi! Trzeba zrobić badania DNA!”. Mężczyźni w tej grupie nie dorośli do roli ojców – ocenia komornik.

Typ drugi według Damskiego – Smerf Ciamajda. Siada w gabinecie i zaczyna się żalić, czasem wręcz płakać. Że kocha dzieci, wszystko by im oddał, może komornik by załatwił pracę. I można się przejąć, o ile szloch nie jest jedynie metodą na ukrywanie dochodów.

Typ trzeci, coraz liczniejszy – Sindbad Żeglarz. To ci, którzy wyjeżdżają za granicę, zostawiając w Polsce eurosieroty. – Chodzę pod ich dom, sprawdzam, czy się nie pojawili w kraju. Odwiedzam rodzinę. W grudniu miałem dłużnika, który zebrał na Zachodzie zaległą kwotę i rozliczył się. Ojciec go gonił: „Zrób coś, komornik przyjeżdża”. Czasem trzeba zamęczyć wizytami. Rozglądam się po domu, co by tu zająć. Słyszę: „Może mi pan zająć czas”. Częściej: „Na byłą płacić nie będę”. Czy wręcz: „Na byłe dzieci”...

Damski zamyśla się. – Najmniej lubię ostatni typ: Liska Chytruska – mówi. – Doskonale umie się ustawić, aby niczego mu nie zabrakło. Zna przepisy, wie, co robić, aby unikać odpowiedzialności karnej. Dogada się z pracodawcą, aby go zatrudnił na czarno. Przepisze majątek. Nie ma samochodu. Pytam: „Z czego się pan utrzymuje?”. „Z niczego”. Przyznaję, że mam satysfakcję, gdy takiego złapię.

Prawnym orężem w walce o alimenty jest artykuł 209 Kodeksu karnego – o tyle ułomny, że stawia dwa warunki, bez których nie można ścigać dłużnika. Pierwszy to uporczywość. Praktyka komornicza pokazuje, że świadomi dłużnicy wpadają do kancelarii raz na pół roku, żeby wpłacić choćby 20 złotych – i już uporczywość nie występuje. Drugi warunek jest bardziej przewrotny: niełożenie ma narażać dziecko „na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych”.

– Moje dzieci nie są na to narażone, bo mam stałą pracę – mówi Katarzyna Tatar. – Stajemy przecież na rzęsach, żeby niczego im nie brakowało. Gdyby matka zaczęła dzieci głodzić, sąd ukarałby dłużnika. Gdy matka zarabia, karmi dzieci, kupuje im ubrania i zapewnia bezpieczeństwo – dłużnik jest bezkarny. To prawo trzeba zmienić – denerwuje się kobieta.

I kto tu na kogo płaci

Zespół Ekspertów do spraw Alimentów zbadał: w 2015 roku do prokuratury wpłynęło ponad 50 tys. spraw z artykułu 209. Prawie 30 tysięcy z nich prokuratura umorzyła lub odmówiła wszczęcia postępowania. Pod koniec 2016 r. w więzieniach przebywało 2714 skazanych za przestępstwo niealimentacji.

– Nigdy nie postulowałem, aby dłużników wsadzać do więzienia– mówi Robert Damski. – Koszt pobytu w zakładzie karnym to trzy tysiące miesięcznie. A w dodatku dłużnik traci możliwość odpracowania długu i dzieci żyją ze stygmatem: „Tata siedzi za alimenty”. W efekcie dochodzi do paradoksu: mężczyzna, który jest winny niepłacenia alimentów, za karę jest na utrzymaniu państwa, czyli nas wszystkich.

Moja propozycja to stały dozór elektroniczny. Opaska, która kosztuje 300 złotych miesięcznie, a pozwoli udowodnić, że dłużnik pracuje. Bo teraz mogę iść do zakładu pracy – w małych miejscowościach przecież wszyscy wiedzą, kto kogo zatrudnia. Mogę nawet spotkać tam dłużnika przy biurku. I nic. Dłużnik mi powie: „Wpadłem tu na kawę”. Na osiem godzin. Wpada tak codziennie. Ja nic z tym nie mogę zrobić. Pracodawca go kryje, bo po pierwsze, od pensji płaconej w kopertach nie odprowadza podatków. Po drugie, pomaga „okiwać wrednego komornika”. A po trzecie, „okiwać byłą”.

Jeden z największych problemów wokół sprawy alimentów to właśnie automatyczne łączenie ich z emocjami z rozstania. Jeśli pieniądze mają wpływać na konto matki dziecka, utrwala się przekonanie, że to łożenie „na nią”. Płacący alimenty ojcowie są rozżaleni, że „traktuje się ich jak bankomat”. A matki, kiedy nie mogą doczekać się wpłaty, decydują często: „To ja zabronię kontaktów z dzieckiem”. – Tak też nie wolno. To łamanie przepisów prawa cywilnego. Poza tym nie można grać dzieckiem – mówi Damski.

Tymczasem można zreformować system tak, aby emocje odsuwać ze sprawy. Przenieść na daleki plan gorzkie żale między rodzicami, w zamian na plan pierwszy starać się wysunąć dziecko. Damski: – Emocji byłoby mniej, gdyby alimenty wypłacała dzieciom instytucja, rodzaj banku alimentacyjnego. Zasądzone pieniądze można byłoby wpłacać bezpośrednio do niego na konto dziecka. Dzięki temu zniknąłby ten najtrudniejszy emocjonalnie styk między rodzicami. Także zadłużenie byłoby zadłużeniem wobec instytucji państwa, a nie dawnej rodziny. To zasadnicza różnica – przekonuje.

Kolejne rozwiązanie rekomendowane przez Zespół do spraw Alimentów RPO i RPD to wprowadzenie tabel alimentacyjnych. Ten system ułatwiłby ustalanie przez sąd wysokości alimentów poprzez ujęcie ich w sztywne widełki. Zasada jest prosta: im wyższe dochody i wiek dziecka, tym wyższa proponowana wysokość alimentów. Dzięki temu nie można byłoby dłużnika szantażować: „Bo złożę wniosek do sądu o podwyżkę”, a on sam nie mógłby się procesować o obniżenie kwoty, „bo ona za dużo wydaje”. Ten system – tabele düsseldorfskie – dobrze działa w Niemczech. – Wyobraźmy sobie, że łapie nas policjant za przekroczenie prędkości i zaczyna dywagacje: „Samochód bardzo dobry, kierowca wygląda na zamożnego, niech płaci trzy razy więcej niż poprzedni ukarany”. Budziłoby to poczucie niesprawiedliwości – mówi Damski. – A tabele düsseldorfskie wprowadzają jasne zasady. To też eliminuje złe emocje.

Jednak najważniejsze jest pokazanie, o kogo w tej walce o alimenty tak naprawdę chodzi. O dziecko. Bo to ono w obecnym systemie jest okradane. Tak widzi to komornik Damski, dlatego odwiedzając „grupę wspierającą dłużnika”, stara się przywrócić dziecko w pole widzenia. Pyta dziadków: „Jak wnuczek ma na imię?”. Zagaduje rodzica: „Kiedy się z synem ostatnio widzieliście?”.

To ważne, bo gdy skieruje się wzrok na dziecko, można dostrzec bolesny fakt. Za niezapłacone alimenty to ono płaci największą cenę.

Długi mają długi cień

Siedzą w gabinecie przychodni we dwie: jedna z białego personelu, druga z administracji. Chronią dane, ale chcą opowiedzieć historię. Obie zaplatają dłonie podobnym gestem. Obie w najtrudniejszych momentach uśmiechają się, jakby ten uśmiech miał im dodać dzielności, gdy czują się najsłabsze.

Dzieli je pokolenie. Łączy – niemal identyczna historia. Bo schemat opowieści o alimentach na przestrzeni czasu nie zmienia się tak łatwo. To opowieść o porzuceniu. Obie używają zwrotu: „Ojciec mojego dziecka”. „Dłużnik”. Tylko ta młodsza powie czasem: „Mój były mąż”. To także opowieść o samotności. Mówią zgodnie: „Łatwiej byłoby kobiecie, gdyby ta druga strona się interesowała dzieckiem. Zabrała je na weekend, na półgodzinny spacer po szkole. Zupełnie inaczej można wtedy organizować życie”. To wreszcie opowieść o pracy ponad siły. Ta młodsza mówi: – Gdy syn miał rok i dwa miesiące, zapisałam go do żłobka. Mieszkałam poza granicami Warszawy: żłobek na Bielanach, a praca w Piasecznie. Wyjeżdżaliśmy z synem za piętnaście piąta, wracaliśmy do domu o 19. Zawsze byłam wyrodną matką dla opiekunek: pierwsza przyprowadza dziecko, ostatnia je odbiera. Latami opłacałam nianię. Dziś syn większość czasu spędza sam, bo ja pracuję na trzy etaty. Trzy dni w tygodniu od siódmej do 23, dwa pozostałe normalnie. Oprócz posady w administracji, żeby zapewnić dziecku wyjazd na wycieczkę, trzeba też sprzątać po godzinach, czasem w weekendy. Wstaję za piętnaście szósta, gdy syn jeszcze śpi. Potrafi mi wygarnąć: „Mamo, ty mnie nie kochasz, bo wiecznie pracujesz”. I jak wytłumaczyć „pracuję dla ciebie, bo potrzebujesz butów, bo chcesz firmowe, a nie jakieś za 50 zł, bo chcesz jechać na wakacje...”. Jak coś takiego powiedzieć synowi?

Ta starsza dopowiada: – To w ten sposób dzieci płacą za niepłacone alimenty. Ja też początkowo pracowałam od rana do wieczora. Wolałam dwa etaty niż sprawy sądowe o podwyżkę alimentów. Tłumaczenie się w sądzie z każdego wydatku na dziecko, odpowiadanie na pytania, czy nie można używać tańszych chusteczek – to było upokarzające. Odzierające z godności. Zasądzono mi stawkę 120 zł miesięcznie, ale nawet tych pieniędzy ojciec nie płacił. Kiedyś wróciłam do domu po kolejnym tygodniu pracy od rana do wieczora i mama powiedziała: „To ostatni tydzień, kiedy tak harujesz. Bo oprócz tego, że trzeba utrzymać dziecko, to musisz jeszcze je wychować”. Wtedy mama zaczęła mi dokładać pieniądze.

Obie kobiety mówią o poczuciu wstydu, porażki, że nie udało się zbudować rodziny. O braku nadziei, że sytuacja się zmieni. Bo opowieść o niezapłaconych alimentach nigdy nie sprowadza się do samego długu. Ten dług kładzie się cieniem na całe życie osamotnionego opiekuna i dziecka.

W gąszczu przepisów

Gdy mąż Katarzyny Tatar wyprowadzał się we wrześniu 2012 roku, powiedział jej: „Zobaczymy, jak sobie poradzisz. Bo ja ci pieniędzy na dzieci nigdy nie dam”. Synowie mieli wówczas lat dwa i siedem. – A on wiedział, że mam pracę i o nich zadbam – mówi Katarzyna. – Wprawdzie mam też kredyty na głowie i nie jest lekko, ale dzieciom się krzywda nie stanie.

Ile dostali od ojca przez te pięć lat – dokładnie to wyliczyła. Sąd zasądził po 450 zł na dziecko. Raz ich ojciec wpłacił jednorazowo 450. Raz przez chwilę był zatrudniony legalnie, komornik wszedł mu na pensję i ściągnął 1500 zł. W sumie – niecałe dwa tysiące. W przeliczeniu na miesiąc to średnio 40 zł na dwoje dzieci.

Katarzyna Tatar złożyła więc wniosek o podjęcie działań wobec dłużnika alimentacyjnego. I tu zaczęły się schody.– Długo nie wiedziałam, gdzie on mieszka. Komornikowi też nie udało się tego ustalić. Dłużnik wynajmuje mieszkanie gdzieś w Warszawie. Policja wpisała: „Podany adres nie istnieje”. Ale w tym samym czasie kurator był pod wskazanym adresem i sprawdzał warunki lokalowe pod kątem dopuszczenia kontaktów z dziećmi. Kurator, o dziwo, znalazł dom, który według policji nie istnieje. Odwołałam się więc do komendanta, przeprowadzili postępowanie, nie stwierdzili nieprawidłowości. Były mąż mówił mi kiedyś, że ma znajomości w policji. Nie wiem, czy to prawda.

Ponieważ policja nie mogła znaleźć dłużnika, postanowiłam jej pomóc. Po tym, jak spotkał się z dziećmi, śledziłam go. Zadzwoniłam po policję. Podjechał patrol. Zgarnęli go z ulicy i zawieźli na przesłuchanie. Potem umorzyli sprawę.

Gdy wyczerpałam już wszystkie środki przewidziane prawem, odwołałam się do Ministerstwa Sprawiedliwości. Ono odesłało mnie do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. A ministerstwo rodziny – z powrotem do sprawiedliwości. Czułam, że jestem z tym kompletnie sama. Przypadkiem trafiłam na blog stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci z Elbląga. I zorientowałam się, że to nie tylko mój problem. Że dotyczy on aż miliona dzieci! To był przełom.

Dziś Katarzyna Tatar sama współtworzy Stowarzyszenie „Alimenty To Nie Prezenty”. Działają w Warszawie, oferują bezpłatną pomoc prawną, doradzają samotnym matkom. Sypią też danymi jak z rękawa. W lutym tego roku ukazał się raport Zespołu Ekspertów do spraw Alimentów, powołanego przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Według niego zadłużenie rodziców wobec dzieci przekracza dziesięć miliardów złotych. Aż 650 tysięcy egzekucji komorniczych skończyło się fiaskiem. – To oznacza, że ponad 600 tysięcy ojców nie może znaleźć latami pracy. Chyba żyją powietrzem – ironizuje Katarzyna Tatar. – Po drugiej stronie mamy matki, które pracują, bo muszą utrzymać dzieci. Pracują legalnie i są za to karane, bo nie otrzymują nic z funduszu alimentacyjnego.

Skąd ocena, że są karane? Bo zaradność zmniejsza szansę na otrzymanie zaległych alimentów od państwa. Aby wypłacać pieniądze dzieciom, na które nie łoży wezwany do tego rodzic, państwo utworzyło fundusz alimentacyjny. Ten jednak wypłaca je tylko najbiedniejszym. Posługuje się przy tym kryterium progu dochodowego – zaledwie 725 złotych na osobę w rodzinie. – Nie zmienił się on od 2008 roku! – denerwuje się Katarzyna Tatar. – W momencie wprowadzenia było to 103 procent pensji minimalnej, w tej chwili – około połowy. I mama zarabiająca 1450 złotych na rękę nie otrzyma już alimentów z funduszu.

Maksymalna miesięczna kwota, jaką może wypłacać dziecku fundusz, wynosi 500 złotych. W większości wypadków wypłaca mniej, bo aż 93 procent zasądzonych alimentów to kwoty poniżej tej sumy. Ale nawet z nich, jeśli nie są płacone latami, zbierają się duże sumy.

– Dług wobec mojego syna wynosi już 107 tysięcy złotych. Nie mam złudzeń, że dziecko nigdy nie zobaczy tych pieniędzy – mówi kobieta w gabinecie lekarskim, ta, która pracuje czasem od siódmej do 23.

Katarzyna Tatar: – Mama dłużnika przepisuje rodzinne mieszkanie na babcię, żeby ukryć majątek. Jednocześnie dzwoni do wnuków i mówi im, że ich kocha. Jestem prawniczką, więc wiem, jakie powziąć kroki, aby walczyć. Ale wiele kobiet gubi się w gąszczu przepisów.

Co zrobi, jeśli uda jej się wywalczyć zaległe alimenty? Kobieta na chwilę milknie, jakby zaskoczona taką możliwością.

Potem mówi: – Najpierw spłaciłabym długi. Nie zostałoby wiele, ale za resztę kupiłabym synom nowe meble do pokoju. Oni wciąż śpią w dziecinnych łóżkach. No i wysłałabym starszego syna na obóz. Bardzo o tym marzy. Teraz mnie na to nie stać. Ojciec nie dokłada się do wakacji, tylko moi rodzice. On czasem im kupi prezent. Czasem cukierki. Ostatnio widział synów pół roku temu. Ale dzwoni. Mówi, że ich kocha.

Przyzwolenie na niepłacenie

23 procent ankietowanych usprawiedliwia częstą zmianę rachunków bankowych, aby uniknąć zajęcia pieniędzy przez komornika.

28 procent nie miałoby skrupułów, przepisując majątek na rodzinę, by uciec przed wierzycielem.

37 procent mogłoby wytłumaczyć pracęna czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji.

Źródło: Biuro Informacji Gospodarczej (luty 2016).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.

  1. Seks

Wstyd w łóżku. O blokadach związanych z cielesnością i seksualnością

W naszej kulturze to kobiety dużo silniej odczuwają wstyd związany z nagością i cielesnością. Wynika to z przekonań nabywanych w procesie socjalizacji. (Fot. iStock)
W naszej kulturze to kobiety dużo silniej odczuwają wstyd związany z nagością i cielesnością. Wynika to z przekonań nabywanych w procesie socjalizacji. (Fot. iStock)
Czy uczucie skrępowania może motywować do rozwoju? Jak rozpoznać swój indywidualny kod wstydu? I dlaczego kobiety wstydzą się bardziej? Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o przekraczaniu barier związanych z cielesnością i seksualnością.

Skąd się bierze wstyd? Czy się z nim rodzimy, czy nabywamy go pod wpływem treningu społecznego? Jako małe dzieci wstydu nie odczuwamy. Z czasem jednak reakcje rodziców zaczynają wywoływać u nas określone emocje w konkretnych sytuacjach. W drodze procesu wychowawczego uczymy się, że ciało dzieli się na części „dobre” i „złe”. Te „dobre” (jak nos czy ucho) mogą pozostać na wierzchu, a te „złe” (takie jak wzgórek łonowy u dziewczynek oraz siusiak u chłopców) należy zasłaniać. Jako dzieci nie wiemy, dlaczego tak jest, ale poprzez strofowanie dorosłych kształtowana jest u nas strefa tabu i świadomość jej przekraczania wywołuje z czasem uczucie wstydu. Wstyd jest więc emocją nabytą w procesie wychowania.

Dwie strony medalu

Są osoby, dla których uczucie wstydu może być na tyle motywujące do rozwoju, że postanowią zrobić wszystko, żeby nigdy więcej nie odczuwać tej emocji. Wtedy wstyd staje się pozytywnym impulsem rozwojowym. Ale dla innych lęk przed ponownym popełnieniem błędu może być tak silny, że doprowadzi do wycofania się z relacji. A nawet do unikania nowych znajomości.

Treść i zakres wstydu uwarunkowane są kulturowo. Często towarzyszy mu poczucie winy, bo te dwa stany są ze sobą bardzo blisko. Poczucie winy najczęściej związane jest z jakimś konkretnym zachowaniem, które przekracza pewną normę. Jeżeli w sytuacji erotycznej mężczyzna będzie miał przedwczesny wytrysk, odczuje poczucie winy z tego powodu, że nie zaspokoił swojej partnerki i jednocześnie będzie temu towarzyszył wstyd, że nie sprawdził się jako mężczyzna. Poczucie winy możemy mieć w sytuacji, gdy zostaniemy przyłapani przez partnera na erotycznym czacie z kimś innym. Będzie ono wynikało z faktu, że daliśmy się złapać, ale niekoniecznie będziemy odczuwać wstyd, skoro świadomie zdecydowaliśmy się na taką aktywność. Z drugiej strony możemy wstydzić się jakiejś skazy na ciele, np. owłosionej brodawki, której nie zdepilowaliśmy i w związku z tym nie wejdziemy w relację erotyczną, ponieważ krępujemy się już samej świadomości własnej niedoskonałości. Ale poczucia winy nie mamy.

Wstyd kobiecy i wstyd męski

Częstym powodem odczuwania przez kobiety wstydu jest problem suchości pochwy. To przypadłość, na którą nie zawsze ma się wpływ. Wiąże się ze stanem zdrowia i może być efektem przyjmowania leków. Błony śluzowe w obrębie przedsionka pochwy i w samej pochwie muszą być dobrze nawilżone, żeby prawidłowo funkcjonowały. Suchość wywołuje ból o różnym nasileniu. Wysuszona błona zaczyna pękać i na jej powierzchni pojawiają się zakończenia nerwowe, które przy podrażnianiu wywołują ból. Nawet samo siedzenie powoduje uczucie silnego dyskomfortu. A w sytuacji erotycznej, gdy partner chciałby pieścić i dotykać pochwę partnerki, jego dotyk zamiast nieść przyjemność, powoduje ból. W związku z tym kobieta unika pieszczot w tej okolicy, podobnie jak stosunku, który też bywa bolesny. I jeszcze zanim dojdzie do etapu gry wstępnej, zaczyna się wstydzić, bo ma świadomość swojego problemu.

Dla partnera, który zna cykl podniecenia kobiety, lubrykacja to sygnał, że to, co robi, jest dla niej przyjemne. A jeżeli dotyka partnerkę i stwierdza, że mimo intensywnych pieszczot jest sucha, dla niego będzie to analogiczna sytuacja do tej, gdy mimo jej pieszczot, on nie dostaje wzwodu – zastanawia się, czy robi coś nie tak lub czy jej nie podnieca. Jeżeli natomiast trafi się partner, który nie będzie zwracał uwagi na jej reakcje, to jeszcze zanim dojdzie do stosunku, już sprawi jej ból. A ona będzie się wstydzić, że nie reaguje tak jak powinna. Jeżeli natomiast z powodu jej bólu stosunek zostanie przerwany, dołączy do tego poczucie winy, że nie zaspokoiła potrzeb swojego partnera. W przypadku problemów z erekcją u mężczyzny występuje podobny cykl emocjonalny – w pierwszej kolejności wstyd, a potem poczucie winy.

Ten pierwszy raz

Inicjacja seksualna to jeden z najtrudniejszych sprawdzianów tego, jak radzimy sobie z poczuciem wstydu. Nawet jeżeli mamy najdoskonalsze ciało, ale socjalizacja naszej seksualności odbywała się w otoczeniu, które wmawiało nam, że ciało od pasa w dół jest brudne, a seks przed ślubem grzeszny – to musimy przełamać w sobie wiele barier przed pokazaniem się nago. Zwłaszcza gdy przez 18 lat słyszeliśmy, że ciało jest czymś, co należy zasłaniać. Więc gdy osiągamy dorosłość, zakochamy się i chcemy się kochać, odczuwamy rodzaj skrępowania. Świadomość, że mamy się obnażyć, może być paraliżująca. Dlatego wolimy zgasić światło lub zakryć się kołdrą. Niektórzy potrzebują wiele czasu na to, żeby ten wstyd przełamać, a są też tacy, którzy nie przełamują go nigdy.

Nie bez powodu w naszej kulturze to kobiety dużo silniej odczuwają wstyd związany z nagością i cielesnością. Wynika to z przekonań nabywanych w procesie socjalizacji. Dla kobiety aktywność seksualna wiąże się silnie z kwestią płodności i prawdopodobieństwem zajścia w ciążę. Z tego powodu rodziny często tak wychowują córki, aby je przed tymi konsekwencjami uchronić, wpajając im od małego wymogi odpowiedniego zachowania się. Dodatkowo religia katolicka obarcza seksualność kobiety poczuciem winy i grzechu. Nie na darmo pani Dulska powtarzała swoim córkom: „Skromność skarb dziewczęcia”.

Indywidualny kod wstydu

Każdy z nas pielęgnuje swój osobisty obraz wstydu związany ze sferą ciała i seksu. Mają wpływ na to czynniki osobowościowe oraz środowisko, z którego się wywodzimy. Istotnym mechanizmem jest podejście do wpajanych nam norm i zasad – na ile je przyswoimy, a na ile zaczniemy kształtować się w opozycji, traktując je jak kajdany. Wstyd wiąże się z tym, co uważamy za normalne i nienormalne. Jeżeli mężczyzna pragnie pieścić oralnie swoją partnerkę, ale ona nie do końca akceptuje swoją łechtaczkę, to takie oczekiwanie partnera wywoła u niej zażenowanie. Uczucie to może wystąpić również u tego, kto prosi, bo musi przełamać w sobie barierę lęku przed negatywną reakcją. Jeżeli partner prosi o seks analny i wie, że proponuje coś, co oboje oceniają jako perwersyjne, to rozgrywa się w nim walka pomiędzy wstydem a silnym pragnieniem spróbowania zakazanego owocu.

Są różne oblicza wstydu i różne sposoby radzenia sobie z nim. Jeżeli dotyka nas wstyd destrukcyjny, z powodu którego wycofujemy się ze związków, możemy nie dać sobie sami z nim rady. W tej sytuacji konieczna może być pomoc psychoterapeuty. W związku możemy zwalczyć uczucie wstydu, dzieląc się nim z partnerem. Jeżeli jest empatyczny, istnieje szansa, że pomoże nam otworzyć się na nowe doświadczenia. Jeśli jednak zignoruje problem, wtedy nasza potrzeba zmiany zostanie zahamowana. W tej sytuacji konieczna będzie wspólna psychoterapia.

Wstyd mnie paraliżuje. Co robić?

Wypisz na kartce obszary swojego wstydu: „Czego dotyczy?”, „Od kiedy go odczuwasz?”, „Co jest jego źródłem?”. Da ci to pierwszy ogląd problemu, ale nie jego rozwiązanie. Zazwyczaj nie mamy wglądu w szereg uczuć, bo nie analizujemy ich pochodzenia. Uświadomienie sobie korzeni wstydu pozwala na jego oswojenie i osłabienie negatywnego oddziaływania. Choć nie jest to regułą i dopiero specjalista może tu pomóc. Każdy z nas jest indywidualną jednostką i w przypadku tego samego objawu metody postępowania będą różne.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.

  1. Psychologia

Jak pokonać... toksyczny wstyd? Cztery kroki do opanowania wstydu

Jedną z masek chorobliwego wstydu jest perfekcjonizm. Nie przyjmujesz do wiadomości, że możesz się mylić. (fot. iStock)
Jedną z masek chorobliwego wstydu jest perfekcjonizm. Nie przyjmujesz do wiadomości, że możesz się mylić. (fot. iStock)
Pisze się o nim niewiele. Bo wstyd to wstydliwy temat. I bardzo słabo znana emocja. Działa więc podstępnie, w ukryciu. I – jak mówi amerykański terapeuta John Bradshaw – zniewala. Co zrobić ze wstydem? Pierwszy odruch to ukryć. Tylko że wtedy stracimy siebie.

Pisze się o nim niewiele. Bo wstyd to wstydliwy temat. I bardzo słabo znana emocja. Działa więc podstępnie, w ukryciu. I – jak mówi amerykański terapeuta John Bradshaw – zniewala. Co zrobić z toksycznym wstydem? Pierwszy odruch to ukryć. Tylko że wtedy stracimy siebie. Może więc warto jednak zaakceptować ten wstyd i poznać jego psychologię?

John Bradshaw napisał o wstydzie, nie tylko toksycznym, całą książkę. Bardzo osobistą, bo – przyznaje – mierzy się w niej z własnym demonem.

Dwa oblicza

Amerykański terapeuta uważa, że wstyd to jedna z najbardziej destrukcyjnych sił w życiu. Ale nie każdy – tylko toksyczny. Ten zdrowy jest bardzo naturalnym uczuciem, wręcz niezbędnym do normalnego funkcjonowania. Chociażby do tego, by przypominać nam, że nie jesteśmy wszechmocni.

Załóżmy, że przydarzyła ci się jakaś niezręczność. Albo zostałaś zaskoczona w sytuacji, która nie przynosi ci chluby. Oblewasz się rumieńcem – to sposób na to, by zasłonić twarz, „ukryć się”. Wiesz, że popełniłaś błąd. Ale przecież świat się nie rozpadł. Rumieniec pokazuje, gdzie leżą nasze ludzkie granice. Ostrzega przed zachłyśnięciem się własną doskonałością. Przywraca grunt pod nogami. Kiedy znasz swoje ograniczenia, możesz efektywniej zarządzać energią. Nie tracisz sił, nie porywasz się z motyką na słońce. Pamiętaj, że poczucie wstydu, według psychologii, może przynieść dużo pozytywów, jeśli tylko odpowiednio do niego podejdziemy.

Ale jest jeszcze inny rodzaj wstydu – uwewnętrzniony, toksyczny. Nie chodzi tu już o zawstydzenie spowodowane określonymi okolicznościami. To sytuacja, kiedy wstyd traci swój ulotny charakter i przekształca się w cechę charakteru. Staje się twoim stanem istnienia, elementem tożsamości. Niekoniecznie musisz zdawać sobie z tego sprawę. Zwykle odczuwane jest to jako „wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości, ułomności”. W praktyce może znaczyć: „jestem zła, nic niewarta...”. Być może sama do końca nie wiesz, co to znaczy, bo – no właśnie – za bardzo wstydzisz się, by to sprawdzić. Nosisz w sobie taką czarną skrzynkę i wolisz do niej nie zaglądać. Wkładasz mnóstwo energii w to, żeby ukryć jej zawartość. Męczysz się, bo żyjesz w nieprawdzie, a utrzymanie tej całej fasady to ogromny wysiłek. I tęsknisz za tą częścią siebie, której się wyparłaś, a która tak bardzo cię potrzebuje.

Najczęściej w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, że coś zamknęliśmy w środku. Że odcięliśmy się od siebie, swojej prawdy. Mówimy sobie, że mamy kłopoty z bliskością. Że inni nas nie rozumieją. Jesteśmy zestresowani – stąd te wszystkie napięcia. Mamy poważne powody do złości, frustracji. Świat jest wrogi. Życie ciężkie. Takie przekonania to znakomita przykrywka dla toksycznego wstydu. Owładnięta nim osoba gotowa jest zrobić wszystko, żeby ukryć swoje prawdziwe „ja” – przed innymi i, co gorsza, również przed sobą. John Bradshaw twierdzi wręcz, że u podstaw toksycznego wstydu tkwi lęk przed zdemaskowaniem się we własnych oczach. Gardzący swoim „ja” człowiek żyje w lęku, że „wszystko się wyda”. Co niby? Jego niedoskonałość!

Uwięzieni w roli

Skąd się bierze toksyczny wstyd? Zwykle przejmujemy go od rodziców. Zawstydzają nas z powodu emocji, jakie wyrażamy, z powodu naszej bezpośredniości, śmiałości, zainteresowania ciałem, seksualnością. Wielu rodziców ma ograniczony kontakt ze swoimi emocjami, obce jest im poczucie bliskości. Emocje dziecka przytłaczają ich więc, budzą niepokój. W takim domu nie wolno złościć się, smucić, płakać; nawet zbyt żywiołowe okazywanie radości jest karcone. Jednocześnie rodzice nierzadko tracą panowanie nad sobą, podnoszą głos albo i rękę. Może są od czegoś uzależnieni.

Dziecko czuje się nieważne, porzucone. Stara się na różne sposoby przywrócić równowagę rodzinną: zachowując się w sposób nadodpowiedzialny (branie na siebie „dorosłych” obowiązków), doprowadzając wszystko, co robi, do perfekcji albo po prostu stwarzając jak najmniej kłopotu (usuwanie się w cień). Paradoks tej sytuacji polega na tym, że toksyczny wstyd, który chciało ukryć, z czasem się nasila. Także jako dorosły czuje się samotny, zagubiony. Ucieka sam przed sobą. Nawarstwienie mechanizmów obronnych sprawia, że nie wie już, kim jest. Poprzez słaby kontakt z własnym „ja” nie ufa sobie. Tak naprawdę w środku jakby go nie było. Smutne to. Więc się smuci. Ale też złości – na innych, bo czuje się nieszanowany. Na siebie, bo człowiek owładnięty toksycznym wstydem przeżywa ciągły konflikt wewnętrzny. Nie potrafi zadbać o swoje granice. Wciąż jest pod presją, obstrzałem. Miewa sny, że znajduje się nago w miejscu publicznym. Albo że musi przystąpić do egzaminu, do którego się nie przygotował. I to napięcie mięśni, płytki oddech... Uzależnienie od aktywności umysłowej (myślenie, analizowanie), od aktywności w ogóle. Wreszcie – skłonność do popadania w inne uzależnienia, do kompulsji i autosabotażu...

Toksyczny wstyd jest bardzo przewrotny. Czasem prowadzi do funkcjonowania poniżej możliwości, motywuje do znacznych osiągnięć. Zwykle jednak takie sukcesy nie dają uczucia spełnienia. Trudno o zadowolenie, kiedy potrzeby z dzieciństwa wciąż bardzo domagają się uwagi.

Jedną z masek toksycznego wstydu, jaką wstakzuje się w psychologii, jest perfekcjonizm. Tu znów daje się we znaki brak granic – perfekcjonista nie zna ich, nie wyczuwa. Nie wie, kiedy powiedzieć „dość”. Zachowuje się w sposób autorytarny. Nie przyjmuje do wiadomości, że może się mylić, nie daje sobie do tego prawa. To bardzo ograniczające – kiedy zakładasz, że masz absolutną rację, rezygnujesz z poszukiwania nowych informacji. Dlatego tak ważne jest odczuwanie zdrowego wstydu, który chroni przed przekonaniem, że wszystko wiesz.

Toksyczny wstyd jest słabo zbadany, łatwo pomylić go z poczuciem winy. Tymczasem – jeśli wierzyć Bradshawowi – leży u podłoża większości zaburzeń emocjonalnych. Szczególnie wyraźnie dochodzi do głosu w bliskich relacjach. Przejawia się kontrolowaniem, krytykowaniem i moralizowaniem. Przybiera też postać protekcjonalizmu, arogancji czy pogardy. Narzucania się z pomocą, zadowalania, dogadzania.

Cztery kroki do opanowania poczucia wstydu

Co możesz zrobić, kiedy uznasz, że toksyczny wstyd to problem, który i ciebie dotyczy?

PO PIERWSZE: wyjdź z ukrycia, być może poszukaj wsparcia. Trzeba będzie dorosnąć, symbolicznie „odejść z domu”, nawiązać kontakt ze zranionym Wewnętrznym Dzieckiem. Uwolnić je, uzdrowić. Może to oznaczać konieczność sięgnięcia do wczesnego dzieciństwa, zajęcia się emocjami, które wówczas zostały stłumione. Takie zablokowane emocje upośledzają zdolność myślenia, zawężają pole widzenia. Szukają ujścia. Gdy dokopiemy się do naszego żalu, złości, bardzo pomocne okazuje się napisanie szczerego listu do rodziców (lub do jednego z nich). Pokaż w nim, jak to wyglądało z twojego punktu widzenia – kiedy i jak cię zawiedli. Jak to jest czuć się nieważnym, porzuconym. Wylicz wszystkie niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby.

PO DRUGIE: zaakceptuj wszystkie uczucia, potrzeby i pragnienia, których się wstydzisz. Zintegruj wyparte części siebie. Możesz zrobić to poprzez pracę z podosobowościami, ale też sny – o ile śnisz, zapamiętujesz nocne fabuły i masz ochotę rozkładać je na czynniki pierwsze. I jesteś gotowa przyjąć następujące założenie: że marzenia senne informują o wypartych częściach naszego „ja”, proszą o przyjęcie ich z powrotem... Inne sposoby? Odwołując się do technik NLP, możesz zmienić swoją historię. Możesz przeprogramować podświadomość, pisząc afirmacje. Odbyć trening asertywności. Prowadzić dzienniczek przesadnych reakcji: codziennie wieczorem przypominasz sobie, co zdenerwowało cię w ciągu dnia i jak zareagowałaś. Dlaczego wywołało to w tobie poczucie wstydu i jak pod kątem psychologii to wyjaśnić. W jakim stopniu to, co usłyszałaś na swój temat, jest zbieżne z tym, co sama o sobie myślisz...

PO TRZECIE: regularnie pracuj z Krytykiem Wewnętrznym – tym głosem, który lubi strofować i zawstydzać. Skonfrontuj się z nim, spróbuj się mu przeciwstawić. Spotkaj się z nim w wizualizacji, przedstaw swoje argumenty. Albo po prostu pozbaw go władzy: przerywaj strumień krytycznych myśli, wydając stanowczy komunikat „stop!”. Na początku połącz to z jakąś umowną czynnością: uderzeniem linijką w blat, podskokiem, strzeleniem palcami czy gumką-recepturką noszoną na nadgarstku. Warto też mieć na podorędziu myśl „zastępczą”, która w stosownym momencie wyprze tę krytyczną. Na przykład: „To przykre, ale nie niebezpieczne”, „Jestem w porządku”, „I to minie”...

PO CZWARTE: zaakceptuj siebie, swoją złożoną naturę. Obejmij ją miłością. Powtarzaj: „Kocham siebie”. Albo: „Kocham siebie bez względu na to, czy...”. Przyda się tutaj pewna cenna umiejętność: odróżnianie tego, kim się jest, od tego, co się robi. To działa w obie strony. Z jednej chodzi o to, żeby nie utożsamiać się za bardzo z osiągnięciami: jesteś wartościowa niezależnie od tego, ile zarabiasz czy jakie sukcesy odnosisz. Masz prawo się zrelaksować. Po prostu być. Z drugiej strony wolno ci też popełniać błędy. Przecież dzięki nim się uczysz. Służą ci jako ostrzeżenie przed większymi wpadkami.

Kiedy wreszcie pogodzisz się z tym, że jesteś omylna, twoje życie nabierze rozmachu i spontaniczności – przewiduje autor „Toksycznego wstydu”. I zapewnia: „Ludzka natura jest ograniczona, ale w ramach tych granic zdarzy się jeszcze wiele cudów. Jednym z tych cudów jesteś Ty!”.