1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Nauczanie domowe - czy to ma sens?

Nauczanie domowe - czy to ma sens?

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jest ich prawdopodobnie około 500. Prawdopodobnie, bo Ministerstwo Edukacji Narodowej nie prowadzi statystyk, które pozwoliłby precyzyjnie policzyć ile dzieci uczy się poza placówkami szkolnymi.

Mocno orientacyjne dane dotyczące ilości dzieci uczących się w domu podają organizacje zrzeszające rodziców, którzy zdecydowali się być nauczycielami swoich pociech: Stowarzyszenie Edukacji Domowej i Stowarzyszenie Edukacji w Rodzinie.

Rola dyrektora

Kto oprócz rodziców może podjąć decyzję o pobieraniu nauki w domu i powierzeniu mamie i tacie roli nauczycieli, pedagogów, wychowawców? Podobnie jak w normalnej szkole, także w tej domowej najwyższą władzę ma dyrektor. „Szefem” nauczających rodziców jest dyrektor szkoły w obwodzie, w której dziecko mieszka. Dyrektor – na wniosek rodziców – może (ale nie musi!) wydać zezwolenie na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą. Władza dyrektorska idzie jeszcze dalej. To jemu ustawodawca zostawił określenie warunków spełniania obowiązku edukacji pozaszkolnej.

Od woli dyrektora zależy zatem jak często dzieci będą musiały zdawać egzaminy sprawdzające ich wiedzę i kompetencje – co pół roku, czy co rok. Decyduje także o tym, jaką formę będą miały takie egzaminy: pisemną, ustną, testu, prezentacji, przyjacielskiej rozmowy z nauczycielami. Co więcej – to właśnie dyrektor może zadecydować jaki zakres wiedzy sprawdzać – tylko polski, matematykę, przyrodę czy także gruntownie sprawdzić znajomość muzyki, plastyki, techniki i umiejętność dwutaktu, rzutu piłką lekarską oraz poprawnego skoku przez kozła.

Brak jasnych zasad edukacji domowej sprawia, że jej kształt i komfort zależy wyłącznie od nastawienia „naszego” dyrektora. Możemy zatem być nękani częstym sprawdzaniem szczegółowej wiedzy, tej typowo „wkuwanej” przed wysoką komisją. Ale są i cudowni dyrektorzy, czujący edukację domową, dający rodzicom, którzy podjęli trud nauczania regularne wsparcie ze strony nauczycieli i psychologów szkolnych. A zdobytą wiedzę, umiejętność rozumienia zjawisk i rozwiązywania problemów sprawdzają w przyjacielskiej niemal rozmowie. Po pomyślnie zdanym egzaminie dziecko otrzymuje świadectwo ukończenia klasy.

Rodzice rodzicom

Każdy rodzic zainteresowany edukacją domową powinien zacząć od lektury Ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty. Zawiera ona uregulowania prawne dotyczące edukacji domowej. Co ciekawe – to właśnie ta ustawa wprowadziła taką możliwość – wcześniej z prawa do nauki w domu mogły korzystać wyłącznie dzieciaki, którym stan zdrowia uniemożliwiał uczęszczanie do szkoły.

Jeśli po lekturze ustawy, rozmowie z partnerem i samym sobą czujecie się gotowi do nauki dzieci w domu możecie skorzystać z doświadczeń rodziców, którzy są już w trakcie przygody z „domową szkołą”. Rodzice zrzeszają się w dwóch Stowarzyszeniach: Edukacji Domowej i Edukacji w Rodzinie. Prowadzą blogi, dyskutują na forach, dwa razy do roku organizują zjazdy. Tam zawierają przyjaźnie, dzielą się praktycznymi radami, wspierają w kłopotach, dyskutują, żartują. A prowadzą i otuchy dodają słowa Marka Twaina: "Nigdy nie dopuściłem do tego, żeby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się."

Okiem psychologa

- Mnie osobiście pomysł edukacji domowej się szalenie podoba – przekonuje Katarzyna Sikorska- Samborska, psycholog i pedagog. - Rodzic prowadzący edukację domową ma szansę dać dziecku „dotknąć” danego zjawiska. Przy nauce o ziołach ugotować potrawę, pokazać jak smakują i  pachną, przy muzyce – odwiedzić operę, przy okazji zachwycając się (lub nie!) jej architekturą.  Prowadząc domowy budżet zaznajomić dzieci z zawiłościami matematyki. Ten sposób nauczania wydaje mi się bardziej naturalny, daje możliwości których nigdy nie będzie miał nauczyciel w 30 osobowej klasie. Jest jednak granica tego co w stanie będzie pokazać rodzic. Mądry – powinien mieć tego świadomość i w odpowiednim momencie puścić dziecko dalej w świat – dodaje psycholog.

- Nie przekonuje mnie argument o tym, że – kontynuuje – podczas nauczania domowego dzieci nie socjalizują się, nie uczą zdrowego współzawodnictwa czy współpracy z rówieśnikami. To nieprawda. Przecież te dzieci nie znajdują się na bezludnej wyspie – mają rodzeństwo, spotykają się z kuzynami, przyjaciółmi. I tak też uczą się bycia w społeczeństwie, pomocy i współpracy - dodaje.

Słowa pani psycholog potwierdzają przytoczone przez prof. Bogdana Śliwierskiego rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi  badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Wynika z nich, że dzieci kształcone w domu częściej zostają wolontariuszami, angażują się w kampanie wyborcze, pomoc innymi i...częściej głosują. Dzieciaki uczące się w domu od najmłodszych lat mają wpojone poczucie obowiązku i samodyscypliny.

- Jedynym „zagrożeniem” jakie dostrzegam w idei nauczania domowego to rozwojowe oderwanie się dziecka od rodzica, odcięcie pępowiny – dodaje Katarzyna Sikorska - Samborska. Należy zastanowić się jaki wpływ na rozwój dziecka będzie pozbawienie go możliwości poznawania wzorca osobowego w obcej, dorosłej osobie (Mamo, a Pani powiedziała, że...)

Okiem dyrektora

Odmiennego zdania jest wicedyrektor jednej z mazowieckich podstawówek Pani Natalia Szymaszek. - Dostrzegam duży problem z socjalizacją i współpracą w grupie u dzieci uczących się w domu. Różnicę widać między dziećmi, które przychodzą do zerówki z przedszkola i z domu. Dalsza edukacja domowa te różnice będzie tylko pogłębiać. Myślę także, że – dodaje dyrektorka – dzieci łatwiej przyjmują pewne polecenia od nauczyciela niż rodzica. Wyobrażam sobie ewentualnie  edukację domową do poziomu 3 klasy podstawówki. Nie dalej – konkluduje. A możliwość nauczania domowego mają dzieci aż do szkół ponadgimnazjalych. Najczęściej jednak rodzice kończą na podstawówce.

Jak to jest w wielkim świecie?

W Polsce prawo zezwala na edukację domową na wniosek rodziców za zgodą dyrektora placówki właściwej ze względu na miejsce zamieszkania dziecka. Dziecko może przejść w domu podstawówkę, gimnazjum, a także szkołę ponadgimnazjalną. Rodzice nie muszą mieć wykształcenia pedagogicznego. W Polsce uczy swoje ok. 500 dzieci ok. 100 rodzin. A na świecie?
  • Najwięcej dzieci uczy się w domu w Stanach Zjednoczonych. To aż 2, 5 miliona dzieci! Co więcej w domu można skończyć tak prestiżowe uczelnie jak Harvard i Princeton.
  • Po stanach zjednoczonych najwięcej dzieci uczy się w domu w Kanadzie, Australii i Islandii.
  • W Wielkiej Brytanii rodzice uczący swoje dzieci, podobnie jak w Polsce, nie muszą mieć wykształcenia pedagogicznego. Nie muszą także – tu różnica – przestrzegać programu szkolnego, ilości zajęć, ani zdawać żadnych egzaminów.
  • W Czechach rodzice mają prawo do uczenia dzieci zanim ukończą 12 rok życia. Potem obowiązek nauki musi być realizowany w szkole.
  • Ciekawą formę edukacji domowej ma Islandia. Cyklicznie z rodziną spotyka się nauczyciel – spędza z nią ok. 2 tygodnie. Wspiera rodzinę w procesie edukacji, rozwiązuje większe problemy, wyznacza kolejne tematy i sprawdza sposób realizacji wcześniejszych.
  • W Niemczech edukacja domowa jest zabroniona.

Zabawa przeplatana nauką

Jarek i Asia (rodzice Szymka, Tosi i Irenki) zdecydowali się na edukację domową swoich dzieci.  Myślimy, że damy radę w ten sposób skończyć podstawówkę – mówi Asia. To na niej głównie spoczywa nauczanie dzieci. Jarek, wiadomo, zarabia na dom. - Ludzie często wyobrażają sobie, że rozkładam książki i zgłębiam matematykę przez 45 minut tłumaczy Ania. - Tymczasem my uczymy się niejako „przy okazji” Lekko, łatwo i przyjemnie. Widzę, przykładowo, że dzieciaki rysują motyla. Rozkładam albumy, otwieram internet – opowiadam i czytamy o kolorach, gatunkach, owadach – w ogóle. Każda okazja jest dobra do nauki – zakupy, tankowanie. Ot taka wizyta na stacji benzynowej właśnie – to temat rzeka od ekologii, przez bogactwa naturalne po ekonomie i sytuacje geopolityczną na świcie. Ja także – dzięki pytaniom dzieci –dużo się uczę! - dodaje.

I to jest argument „za” nie do przecenienia. Wraz z rozwojem naszych dzieci rozwijamy się i my!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Metoda Montessori - pozwól dziecku samodzielnie rozkwitnąć

Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło. Jego rola polega na obserwowaniu ucznia, udzielaniu pomocy i budowaniu relacji zaufania – mówi pedagog Dorota Rotowska.

Czym się różni pedagogika Montessori od klasycznego systemu nauczania? Kluczem jest tu właśnie słowo pedagogika. W placówkach Montessori nie ocenia się stopnia opanowania pewnych umiejętności, lecz całościowy rozwój małego człowieka. Patrzy się na sferę intelektualną (umiejętności i wiedza), a także emocjonalną i duchową. To stanowi klucz do tworzenia tzw. przygotowanego otoczenia. Pierwszym jego czynnikiem jest przygotowanie dorosłych – nauczycieli i rodziców, bo przyjmując dziecko do placówki Montessori, przyjmujemy całą jego rodzinę. Rodzice, którzy wybierają taki model nauczania, decydują się na przyjęcie pewnych zasad i założeń. Na przykład, że dziecko rozwija się we własnym tempie i według swoich możliwości. Dzieci rozwojowo mają pewne predyspozycje, ale każde jest inne – przechodzą tzw. fazy wrażliwe i rolą dorosłego jest obserwowanie tego, co dla nich w danym momencie jest ważne i potrzebne. Jeśli to, co zaproponujemy dziecku w postaci pomocy rozwojowych czy aktywności, trafi w fazę wrażliwą, będzie ono przyswajało wiedzę w sposób łatwy, przyjemny i trwały.

Na tym chyba powinno to polegać…? Oczywiście, i choć jest to podejście słuszne, to jakże inne od tego, którego doświadczyli współcześni rodzice podczas własnej edukacji. W Polsce tradycje montessoriańskie są stosunkowo świeże. Dbamy o zrównoważony rozwój dziecka, a nie o to, żeby szybko opanowało alfabet czy tabliczkę mnożenia. Jeśli popracujemy nad równowagą rozwojową, dziecko samo z radością sięgnie po nowe kompetencje. Takie podejście wymaga zaufania ze strony rodziców, bo nie dostaną od nas informacji zwrotnej w postaci tradycyjnych ocen, nie sprawdzą, na której stronie podręcznika jest dziecko i w jakim stopniu opanowało materiał. Rodzice mogą za to z nami ściśle współpracować i obserwować ucznia i naszą pracę. Zachęcamy do tego. Wtedy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem, a z drugiej strony czerpią pomysły na to, jak postępować z nim w domu.

To wymaga od rodziców zaangażowania. Tak. Im dziecko jest mniejsze, tym jest to ważniejsze. Przyjmujemy dzieci od 15. miesiąca życia i rodzice takich maluszków często uczestniczą w naszych spotkaniach. Z jednej strony pomagają nam „uczyć się” dziecka, z drugiej – mają okazję je obserwować i zauważać jego gotowość do samodzielności w różnych obszarach.

Dzieci uczą się też od siebie nawzajem. Czy temu właśnie służą mieszane grupy wiekowe? Między innymi. Pierwsza grupa to dzieci do 3. roku życia, następne grupy wiekowe to: 3–6, 6–9 i 9–12 lat. Ale nie oznacza to, że dziecko w dniu swoich trzecich urodzin jest automatycznie przerzucane do starszej grupy. Czekamy na moment, kiedy „nasyci się” pewnymi aktywnościami z grupy młodszej i jest gotowe do przejścia do grupy starszej. W klasach jednorodnych wiekowo szybko ustala się hierarchia i wyłania się „grupa trzymająca władzę”. W grupach mieszanych wiekowo struktura ciągle się zmienia, straszy rocznik odchodzi i młodszy przychodzi, więc kompetencje społeczne są wciąż budowane w oparciu o nowe środowisko. Każde dziecko przechodzi przez cały cykl – kolejno jest najmłodszym, średnim i najstarszym. W związku z tym w naturalny sposób uczy się współpracy ze starszymi i z młodszymi – bycia tym, który prosi o pomoc, podgląda i próbuje, oraz tym, który pokazuje, pomaga, radzi i jest autorytetem. Dzieci próbują własnych sił w różnych rolach i budują swoje poczucie wartości. Te z mocnym charakterem uczą się, że nie każdy im się podporządkuje, a słabsze – że mogą być autorytetem. Każde czerpie z tego wiele korzyści.

Jak wyglądają zajęcia? Założenia na każdym poziomie wiekowym są takie same, tylko rozwiązania inne. Na początku dnia jest praca własna, czyli każde dziecko zajmuje się aktywnościami, którymi jest zainteresowane i które sobie zaplanuje. Na poziomie przedszkola oznacza to, że jeśli dziecko chce np. przelewać wodę, to pod okiem nauczyciela przynosi sobie fartuszek, miskę i dzbanek i przygotowuje miejsce do pracy. Na wyższym poziomie planuje cykl czynności i ich kolejność – tworząc indywidualny system zarządzania czasem. Ma na to trzy godziny. To bardzo cenny czas, dzieci mogą się wtedy integrować z grupami różnymi wiekowo – np. sześciolatek może pracować z drugo-, czwarto- i szóstoklasistą, których też interesuje dana aktywność. Nauczyciele pomagają im zorganizować pracę oraz podsumować efekty na spotkaniu w kręgu. Dzięki temu dzieci uczą się współpracy i rozmowy. Później jest czas na zajęcia grupowe, związane z wymaganiami przedszkolnymi i szkolnymi – języki, gimnastyka, logopeda, religia dla chętnych, muzyka. Trzecia część dnia jest skoncentrowana na rozwoju predyspozycji w kółkach i sekcjach. Oferta jest bogata, ale dzieci mogą też same zorganizować i poprowadzić zajęcia na temat swoich zainteresowań. W międzyczasie jest codzienna rekreacja (przynajmniej 45 minut na świeżym powietrzu poza gimnastyką i wf-em).

Jakie jest zadanie nauczyciela? W Montessori nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło, a następnie je ocenia, tylko osobą, która obserwuje dziecko, udziela niezbędnej pomocy i buduje relację zaufania. Dzieci mogą się do niego zwracać z problemami, szukać rady, pomocy i pocieszenia. To pozwala wyłapać trudności i zaradzić wielu problemom.

Ta sama rzecz w rękach nauczyciela Montessori będzie czymś innym niż w rękach nauczyciela tradycyjnego. W większości szkół mapy czy globusy stoją wysoko i tylko nauczyciel może ich używać. U nas pomoce naukowe służą nie nauczycielowi – aby mógł lepiej coś wytłumaczyć, są dla dzieci – aby mogły lepiej zrozumieć. Cechą pomocy montessoriańskich jest to, że są one bardzo dobrze przemyślane pod kątem tego, do czego mają służyć. I nawet bez nauczyciela dziecko może przez doświadczanie zdobywać wiedzę o świecie. Wszystkie pomoce dotyczą umiejętności związanych z obszarem praktycznego życia – od przewracania kartek, wiązania butów, przesypywania, nabierania łyżką, przez kształtowanie pojęć sensorycznych – związanych np. z wielkością, grubością, po kompetencje językowe, matematyczne i przyrodnicze. Dla przykładu – na lekcji gramatyki używamy kuli, która obrazuje czasownik, i ostrosłupa, który pokazuje rzeczownik. Czyli coś, co jest w ruchu, i coś, co jest stabilne. Gdy z pięcio- i sześciolatkami rozmawiamy o słowach oznaczających coś, co możemy zrobić i to, co możemy przynieść – odpowiednio turlamy kulę i stawiamy ostrosłup. Nie rozmawiamy o elementach gramatyki, tylko pozwalamy na zabawę, a dopiero później zaczynamy fachowo je nazywać. W przedszkolu dzieci układają też kwadraty liczb. Nic im nie mówimy o podnoszeniu do potęgi, tylko pozwalamy bawić się koralikami. Jeśli rząd z pięciu koralików położą obok siebie pięć razy, tworzą kwadrat liczby. W ten sposób dochodzą do umiejętności, które później tylko trzeba nazwać i rozwinąć. Ponieważ nie mamy systemu tradycyjnych ocen, pomoce zawierają element samokontroli – dziecko może sprawdzić, czy wykonało jakieś zadanie prawidłowo. Chodzi o to, żeby robiło coś przede wszystkim dlatego, że sprawia mu to przyjemność i odpowiada na jego potrzebę rozwojową. W ten sposób tworzymy wewnętrzny system motywacyjny. Nauczyciel cieszy się sukcesem razem z dzieckiem, ale go nie nagradza. Podaje rzetelną informację zwrotną, co wyszło dobrze, a nad czym trzeba popracować, i co ważne – jak to zrobić. I okazuje się, że dzieci nie potrzebują motywacji kijem i marchewką.

Pani obserwowała skuteczność metody też jako rodzic. Szukając przedszkola dla mojego wówczas trzyletniego syna, trafiłam wpierw do placówki waldorfskiej, a później do Montessori. Zakochałam się w tej metodzie, syna zapisałam do przedszkola, a siebie na kurs dla nauczycieli. I od razu zajęłam wakat asystenta, więc od początku byłam w roli nauczyciela i rodzica. Moi dwaj młodsi synowie są teraz w montessoriańskiej szkole podstawowej, dwaj starsi uczyli się w placówkach montessoriańskich do trzeciej klasy szkoły podstawowej (innej możliwości wtedy nie było). Jako najmocniejszy oceniają efekt przedszkola – w szkole wracały do nich wczesne doświadczenia z matematyki i gramatyki i dzięki temu rozumieli, czego się uczą. Edukacja Montessori bardzo pomogła im też pod względem społecznym – zyskali łatwość w budowaniu relacji z innymi, niezależnie od wieku. Po pierwszym miesiącu w szkole tradycyjnej jeden z nich został przewodniczącym szkoły, drugi – klasy. Wiedzę szkolną można zawsze uzupełnić, ale to umiejętności społeczne i emocjonalne decydują o tym, czy damy sobie radę w życiu.

Niektórzy rodzice zaczynają pod opieką państwa placówki prowadzić też tzw. edukację domową. W takiej sytuacji najważniejszy jest sposób podejścia do dziecka. Jeśli chcemy zaspokajać jego potrzeby, musimy przygotować do tego otoczenie. Składają się na to trzy aspekty: przygotowany dorosły, przestrzeganie reguł i praw oraz aspekt materialny, czyli to, co znajduje się w otoczeniu dziecka. O ile dwa pierwsze wymagają przemyślenia i podejścia, to trzeci narzuca konieczność pewnych udogodnień. Jeżeli chcemy, by dziecko uczyło się nakrywać do stołu, musimy zapewnić mu dostęp do naczyń, szuflady i stołu, co oznacza czasem potrzebę poprzestawiania rzeczy w mieszkaniu. Gdy chcemy wyrobić większą samodzielność u maluchów, powinniśmy też dostosować do rączek dziecka przedmioty codziennego użytku – kubek, grzebyk, szczoteczkę do zębów. Kolejna rzecz – wszystko robimy naprawdę, czyli dziecko nie dostaje zabawki pralki, tylko uczymy je obsługi prawdziwego urządzenia. Mój synek w wieku dwóch i pół roku potrafił już segregować pranie, wkładać do bębna i włączać program. Chodzi o to, by dziecko było zaangażowane w życie dorosłych – warto pokazywać mu, co może zrobić samodzielnie np. rozsypać coś, żeby dziecko mogło to potem zamiatać. Bo dla rodzica celem jest sprzątniecie, a dla dziecka sprzątanie, podoba mu się po prostu czynność zamiatania. Dobrze jest poznać etapy rozwoju dziecka i potrzebne aktywności. U nas w przedszkolu dzieciom najpierw pokazujemy, potem pozwalamy ćwiczyć umiejętność np. prasowania prawdziwym żelazkiem, żeby wiedziały, że jest gorące i trzeba uważać. Pod naszą opieką uczą się używać noża i nożyczek. Używają też szklanych naczyń i metalowych sztućców. Uczą się, że przewodzą ciepło, jak należy je trzymać, jak mocno można je ściskać. To są ważne doświadczenia.

Jakieś przykłady z pani domu? Mój najmłodszy syn nie miał łóżka, tylko materac, na który mógł sam wchodzić i spać wtedy, kiedy był zmęczony. Obrazki na ścianach były zawieszone na poziomie wzroku raczkującego malucha. Nie używaliśmy chodzików, tylko czekaliśmy, aż maluch sam zacznie chodzić. Jak coś nas niepokoiło w zachowaniu dziecka, zastanawialiśmy się najpierw, co takiego jest w otoczeniu czy w nas, co trzeba zmienić. Takie rodzicielstwo daje dużą frajdę, bo pozwala dobrze poznać swoje dziecko. Dziś wiem, że mam wspaniałe dzieci, które realizują marzenia i osiągają sukcesy. Nie moje oczekiwania, tylko swoje pomysły. Mogą próbować różnych rzeczy – doświadczają, ale i popełniają błędy, dzięki czemu poszukują siebie. Daję im poczucie, że jeśli tylko będą mnie potrzebowali, to jestem dla nich dostępna. Nie narzucam się, jedynie podrzucam pomysły, wycofuję się i obserwuję, co wybiorą. Jestem obecna w ich życiu, ale staram się ich nie osaczać. Jestem z nimi na ich zasadach, na tyle, na ile mi pozwolą.

To daje mi poczucie, że jestem OK – robię, co mogę, ale pozwalam dzieciom samodzielnie rozkwitnąć. Jestem szczęśliwa, bo widzę, jakie są i widzę, że każde jest sobą.

Metoda Montessori - opracowana przez włoską lekarkę, Marię Montessori. Kładzie nacisk na swobodny rozwój dziecka i przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Montessori „szkolna ławka”. Uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego. Odkryła także zjawisko polaryzacji uwagi u dzieci. W 1907 roku otworzyła pierwsze przedszkole Casa Dei Bambini (Dom Dzieci).

Dorota Rotowska psycholog, pedagog, nauczycielka Montessori.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas. Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła? Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka? Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność? Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką? Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana? Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi? Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową. Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej? Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie? To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała? Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz? Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu? Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie? Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza. Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi? Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia. Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim? Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu? Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”? Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda. Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne? Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę? Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi? Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata? Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku? Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii? Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie? Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie. Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia? Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją? Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku? Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz? A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest? Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie? Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u? Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna? Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok? Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład. Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna? Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie? Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna. Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też? Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.

  1. Zwierciadło

Every summer has a story

fot. materiały prasowe Femi Stories
fot. materiały prasowe Femi Stories
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Jesteśmy sobą w pełnej okazałości. Tańczymy, płaczemy ze szczęścia, próbujemy rzeczy, których wcześniej nie śmiałyśmy spróbować. Podróżujemy i odnajdujemy siebie we współczesnej dżungli. Kolekcja Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zainspirowane wydarzeniami, które zmieniły nas na zawsze.

Kochamy markę Femi Stories. Za projekty, które uwielbiamy najbardziej - takie, w których czujemy się swobodnie, które przypominają nam najpiękniejsze, błogie chwile: wschody słońca, szum oceanu, piaszczyste i bezkresne plaże.

Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zaprojektowane z myślą o #FemiGirls i ich aktywnym stylu życia. Stworzone dla dziewczyn, które zaczynają swój dzień od jogi, a kończą go surfując przy zachodzie słońca; podróżują i stale szukają nowych wyzwań, odkrywają swoje potrzeby i poprzez swój styl śmiało je wyrażają. Czerpią energię z kosmopolitycznego miasta, ale nie wyobrażają sobie życia z dala od natury. Cztery historie, w której każda odnajdzie siebie.

1. LOVE IN MARRAKESH Historia inspirowana marokańskimi zachodami słońca nad tętniącym życiem, pełnym ekscytujących bodźców miastem. Niebanalnie połączenie ognistego odcienia pomarańczy, głębokiego granatu i delikatnego błękitu z motywem przewodnim LOVE, zaprojektowanym po wizycie w muzeum Yves Saint Laurent w Marrakeszu.

2. WILD AT HEART Kapsuła oddająca dzikość serca #FemiGirl i naszą wieczną miłość do natury. Tu nie obowiązują żadne zasady – nowy, autorski florystyczny print zestawiliśmy z kultową panterką i połączyliśmy z odcieniem morskiej zieleni, a kurtkę Franta i szorty Start znajdziecie w odcieniu metalicznego złota. Tutaj regułą jest brak reguł.

3. PALM TREE RESORT Lato w pełni, zabawa barwami dodającymi energii, siła wzorów i kolorów. Florystyczny wzór, paski, gorąca czerwień i głęboka zieleń. To wszystko znajdziecie w nowych modelach mini, midi i maxi sukienek, kultowej bluzie Kenta, parce Paloma czy idealnie skrojonych strojach kąpielowych.

4. PINK OCEAN Historia inspirowana podróżą po piaszczystych brzegach oceanu i andaluzyjskimi zachodami słońca. Modele w odcieniu pudrowego różu i niebieskiego przełamane zostały delikatnym printem nawiązującym do tego, co kochamy najbardziej – słońca plam i fal.

Jest pięknie. I już nie możemy doczekać się lata.