1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Możliwości umysłu: jak się skutecznie zaprogramować?

Możliwości umysłu: jak się skutecznie zaprogramować?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Umysł ludzki może góry przenosić – to prawda znana nie od dziś. „Potęga podświadomości”’ stworzyła podwaliny całej dzisiejszej nauki o neurolingwistycznym programowaniu mózgu. Niby wszystko jasne, ale ty wciąż nie osiągnąłeś swojego celu – nie masz majątku Billa Gates’a, domu na Teneryfie, a twój pięcioletni samochód jeszcze się psuje. Zastanawiałeś się, dlaczego twoje programowanie podświadomości nie działa? Ten artykuł jest właśnie dla ciebie.

Przede wszystkim potrzebujesz zadać sobie pytanie: jak to robisz – w jaki sposób programujesz umysł? Wizualizujesz sobie wymarzoną sytuację – wyobrażasz sobie, że jesteś bogaty itd.? Świetnie! Tyle, że to nie zawsze wystarczy. Projektując swoje cele, a ściślej – sytuację po ich zdobyciu, należy pamiętać o kilku kluczowych kwestiach:

Po pierwsze – nie tylko cel, a i środek

Ostatnie amerykańskie badania nad skutecznością wizualizacji pokazały, że w wizualizacjach warto uwzględnić też sytuacje problemowe, które pojawiają się na każdej drodze do sukcesu. Umysł sam znajduje sposoby realizacji celu - to fakt, ale nie pokona przy tym nas samych. Badane kobiety, które chciały schudnąć, podzielono na trzy grupy. W pierwszej uczestniczki wyobrażały sobie siebie po osiągnięciu celu – w wymarzonych gabarytach, w drugiej – nie tylko cel, ale i sytuacje trudne (w których pojawia się pokusa złamania diety i zjedzenia niedozwolonego produktu): ich pojawienie się i sposób zwalczania pokusy, w trzeciej – nic (grupa kontrolna). W efekcie, w grupie pierwszej tylko niektóre panie schudły, w drugiej – o 40 % więcej niż w poprzedniej, a w ostatniej – nikt.

Po drugie – włącz zmysły

O wzroku nie trzeba wspominać, wyobraźnia działa zazwyczaj na tym poziomie. Ale nasz mózg działa też na innych poziomach. Nasze zwierzęce instynkty są wciąż aktywne, zwłaszcza ten najsilniejszy – przetrwania. Temu właśnie instynktowi od początku istnienia zwierząt lądowych, jak i człowieka, szczególnie służył węch. Wyobrażając sobie idealną sytuację, włącz też zapachy: jak pachniesz (np. ulubione perfumy), jaki zapach roztacza się wokół ciebie (kawa z kardamonem, wiosenny deszcz itp.), nie zapominając, oczywiście o słuchu i wzroku. Im więcej wrażeń zmysłowych włączysz w projekcję, tym lepiej – tym bliższa ci ona będzie.

Po trzecie – poczuj to

Jesteśmy w stanie zapamiętać każdą ilość informacji o silnym ładunku emocjonalnym. Te informacje też najłatwiej nam sobie przypomnieć. Wystarczy wyobrazić sobie nasze uczucia w projektowanej sytuacji i „poczuć je”. Poświęć chwilę, by wejść w te emocje, a wizualizacja będzie bardziej autentyczna i wiarygodna.

Po czwarte - cel środkiem do celu

Kiedy już osiągnąłeś cel, zastanów się, co dalej. Na przykład, podpisałeś właśnie kontrakt życia – osiągnąłeś swój cel. Masz już gotową projekcję: widzisz siebie podpisującego kontrakt, w konkretnym ubraniu (ze szczegółami), czujesz zapach swoich perfum, czujesz ciężar pióra, którym podpisujesz dokument, słyszysz, co do ciebie mówi kontrahent, czujesz te emocje (np. satysfakcja, ulga) itd. Co teraz? Zobacz, co robisz potem i jeszcze później – może nawet rok później. Może się okazać, że ten cel był tylko drogą do innego –większego. Jeśli tak, ten po drodze okaże się łatwiejszy do osiągnięcia, a tobie ujawni się prawdziwy cel.

Po piąte – 40 dni postu

Nie bez powodu każda religia nakłada na swych wiernych obowiązek poszczenia. I nie chodzi tu wcale o pokutę, biczowanie się itd. Post to czas refleksji, postanowień i poprawy swego życia. Bez alkoholu, deficytowych towarów (kiedyś to było mięso) i zabaw – czyli tego, co rozprasza. Dla nas kluczowy jest czas postu – czterdzieści dni. Dlaczego? Bo tyle dni systematycznej pracy potrzeba, aby wypracować sobie nowe nawyki - także myślenia. Jeśli chcesz zmienić swoje życie, zacznij od zmiany przekonań a zatem i nawyków – jeśli chcesz wizualizacje, afirmacje uczynić swoim nawykowym, naturalnym myśleniem – powtarzaj je codziennie przez czterdzieści dni. Powodzenia!

Katarzyna Bzowska - doświadczony, certyfikowany trener kompetencji miękkich i biznesowych oraz life coach. Od wielu lat projektuje i prowadzi skuteczne treningi, szkolenia i procesy coachingowe dla firm i osób prywatnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Czy kawa działa korzystnie na mózg?

Wiele osób bez kawy nie wyobraża sobie poranka. (Fot. iStock)
Wiele osób bez kawy nie wyobraża sobie poranka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Chcąc poprawić kondycję naszego mózgu warto sięgnąć po nootropiki, czyli substancje zmieniające umysł, pobudzające procesy poznawcze i mające moc poprawiania sposobu myślenia, odczuwania i funkcjonowania. Warto też pamiętać, że nootropiki powinny chronić chemiczną strukturę mózgu. Czy w takim razie można zaliczyć do nich kawę? – wyjaśnia Julie Morris, autorka książki „Smart Plants”.

Chyba nie muszę nikomu uświadamiać, że filiżanka kawy ma całkiem bogatą ofertę: od delikatnego rozbudzenia umysłu po potężny ładunek energii i motywacji na cały dzień. Tak, kawa naprawdę działa. Ale czy jest nootropikiem? Odpowiedź może Cię zaskoczyć.

Kawa jest przyjazna dla mózgu na wiele sposobów. Ziarna zawierają dużo polifenoli – naturalnych przeciwutleniaczy o silnym działaniu neuroprotekcyjnym. Poza tym kawa przyspiesza krążenie krwi, co może być pomocne w dostarczaniu niezbędnych porcji tlenu i składników odżywczych do mózgu, a  więc działa na rzecz procesów poznawczych. Poza tym duża zawartość kofeiny w kawie działa na mózg jak dodatkowy wzmacniacz, do czego nie trzeba żadnych naukowych dowodów – wystarczy, że wypijesz kawę, a z dużą dozą prawdopodobieństwa poczujesz nagły przypływ energii, lepszego nastroju, koncentracji i chęci do działania. Jednak ta sama cecha, która wpływa na nas tak korzystnie, może być przyczyną kłopotów, ponieważ kawa to stymulant. Działa podobnie jak nikotyna w papierosach czy duża porcja cukru w produktach żywnościowych. Jeśli ma w sobie dużo kofeiny, to przyspiesza zalew neuroprzekaźników pobudzających, takich jak dopamina i adrenalina, co sprawia, że człowiek czuje się „nakręcony”, przynajmniej przez chwilę. Jednak po ustąpieniu działania kofeiny nie tylko dochodzi do zawału w systemie neuroprzekaźników, lecz także organizm zostaje pozbawiony części zasobów hamującego neuroprzekaźnika GABA (stąd trudności z późniejszym odprężeniem się).

Prawdziwe nootropiki powinny wspierać tworzenie i utrzymanie zdrowego poziomu neuroprzekaźników, a nie szkodzić im. Pomimo pożądanego oddziaływania kawa często jest łączona ze stanem niepokoju, poirytowania, ogólnego napięcia nerwowego, a nawet – atakami paniki. Co więcej, jeśli pija się ją w nadmiarze, może skutkować wręcz p o gorszeniem procesów poznawczych. Dlatego można się czuć świetnie po wypiciu połowy filiżanki, ale już po dwóch lub trzech – doświadczyć zamglenia umysłowego, zmęczenia i poczucia, że organizm potrzebuje kolejnej porcji kawy. (Nie lekceważ takich symptomów – w ten sposób mózg informuje Cię, że trzeba „wziąć na wstrzymanie” z kawą, dlatego zdecydowanie nie sięgaj po następną.) Ze względu na wspomniane negatywne skutki uboczne – z uzależnieniem włącznie – większość specjalistów żywienia nie zalicza kawy do nootropików i zaleca umiarkowanie w jej stosowaniu.

Małe ilości kawy i kofeiny od czasu do czasu z pewnością mogą korzystnie pobudzić mózg i dodać energii. Jest też możliwe, że zbyt lubisz ją pić, by z niej zrezygnować. (Sama od czasu do czasu pijam parzoną przez siebie kawę.) Jednak staraj się traktować ją jako smakołyk, po który sięgasz okazjonalnie, a nie napój pijany zwyczajowo. Najlepiej by było, gdyby nie pojawiała się potrzeba wypicia kawy, żeby się pobudzić. Celem jest naturalna aktywność bez konieczności stosowania wspomagaczy. Z tego względu nootropiki są prawdopodobnie najlepszym zamiennikiem kawy.

  1. Psychologia

Jak podświadomość reaguje na nasze słowa?

Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nasza podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Tłumaczy je po swojemu, wyłapuje ukryte znaczenia. Nie wszystkie nam sprzyjają. O słowach programujących naszą podświadomość z Alicją Bednarską, trenerką rozwoju osobistego, rozmawia Jolanta Berent.

Pamiętam, że pierwszym słowem, na które zwróciłaś mi uwagę, odkąd zaczęłyśmy się spotykać, było „powinnam”. A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że – abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy. Nawet jeśli ktoś mówi „to nie twoja wina”, w podtekście jest przeświadczenie, że kogoś trzeba tą winą obarczyć, ukarać. To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznawaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”? Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy. Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywoływać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”? Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

 
Kwestia upodobań. Czasem stwierdzenie „muszę pójść na imieniny szefa” jest jedyną, niepodważalną prawdą o danej sytuacji. I nie ma powodu, żeby tego tak nie wyrazić, ważne, byśmy w pełni zdawali sobie sprawę z ciężaru wypowiadanych przez nas słów. Na przykład „chcę”, „pragnę” to tak zwane słowa mocy i warto odwoływać się do nich, kiedy dążymy do realizacji naszych celów. „Chciałbym zdać egzamin”, „chciałabym mieć dziecko” nigdy nie będzie miało takiej mocy jak „chcę...”. Jeśli naprawdę czegoś chcemy, nie ma się co tak asekurować.

Skoro już o asekuracji i planowaniu, przypomniało mi się, że nie lubisz słowa „spróbować”. Tu znowu oczywiście wiele zależyod sytuacji. Jeśli ktoś nigdy nie robił żadnych wypieków i mówi „spróbuję upiec ciasto”, to znaczy, że podejmuje wyzwanie i przyjmuje, że rezultat może być mało zadowalający – wyjdzie albo i nie. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie na sesję oddechową czy warsztaty, poczym stwierdza, że spróbuje coś zmienić w życiu, to jest bardzo wysokieprawdopodobieństwo, że tego nie zrobi. „Zrobię to” ma moc, „spróbuję” jest bardzo zachowawcze, nie popycha spraw do przodu. „Spróbuję się nauczyć”, „spróbuję się obudzić”, „spróbuję być na czas” – mówiąc w ten sposób, daję sobie automatycznie przyzwolenie, że tego nie zrobię, że mi się nie uda.

„Powinienem, powinnam” niesie w sobie poczucie winy. W naszej kulturze wysysamy tę winę z mlekiem matki. Mówiąc „muszę”, wrzucamy sobie na barki ogromny ciężar, odbieramy sobie prawo wyboru

Czasem mówimy tak, żeby nie składać obietnic bez pokrycia, nie rozczarować innych, zostawić sobie margines bezpieczeństwa. Gorzej, kiedy takie niezobowiązujące obietnice składamy sami sobie. Kiedy słyszę od kogoś deklarację w rodzaju „spróbuję”, mówię: „To teraz spróbuj wstać. Ale nie wstawaj, tylko spróbuj”. Słowo „spróbować” obwarowuje daną sytuację warunkami: zrobię to, ale... A „ale” – wiadomo – kwestionuje pierwszy człon wypowiedzi. To takie słowa znoszące. Kiedy podczas warsztatów dochodzimy z uczestnikami do pewnych odkryć, „ale” oznacza zwykle krok do tyłu, tworzenie przeszkód i koncentrowanie się na tych przeszkodach.

A jak jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”. On jest przy tym taki uniwersalny, obecny we wszystkich językach...

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Niedawno przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Tak jak nie ma negatywnych emocji? Owszem, nie ma. Nazywając lęk czy złość negatywnymiemocjami odrzucamy je, nie chcemy im się przyjrzeć. A to są takie same emocje jak wszystkie inne, chcą nas o czymś poinformować, zwracają nam na coś uwagę, domagają się jakiejś reakcji. Co wcale nie znaczy, że – jeśli odczuwamy złość – musimy podnieść nakogoś głos czy rękę. Zawsze mamy wybór.

Kiedy dokonujemy ważnych wyborów życiowych, często mówimy, że coś poświęciliśmy. Czy to nie jest tak, że w ten sposób robimy z siebie automatycznie cierpiętnika? O, my uwielbiamy cierpieć. To nasza narodowa specjalność.

 
„Za miliony kocham i cierpię katusze”, „cierpienie uszlachetnia”... No właśnie: z jednej strony tradycja narodowa, a z drugiej znów – katolicka. Stąd też kultywowany przez pokolenia wizerunek matki Polki. Moja mama całe życie poświęcała się dla dobra dzieci – to był jeden wielki obowiązek, ja też to potem robiłam przez wiele lat.

Potem zrozumiałam, że życie składa się z wyborów: wybieram to, co dla mnie w danym momencie najlepsze, a z innych rzeczy po prostu rezygnuję. I nie rozprawiam o poświęceniu, bo to ogromnie obciąża dziecko. Do tego te konotacje ze świętością... Tymczasem dla wielu osób „poświęcenie” jest znakomitym alibi, usprawiedliwieniem: nie robię tego, bo się poświęciłam. Ale chyba najbardziej podstępnym słowem, jakiego często używamy, jest „zasługiwać”.

Na czym polega podstęp? To słowo wprowadziła w książce „Zasługuję na miłość” Sondra Ray, zresztą u Louise Hay w afirmacjach też to się pojawia. One pisały swoje poradniki wiele lat temu, do tego nie wiadomo, w jakim stopniu można zaufać tłumaczom, w każdym razie to „zasługuję” mocno zakorzeniło się w naszej kulturze – przekonanie, że muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochano. „Pan Bóg nie będzie cię kochał, jeśli będziesz niegrzeczna”, „Mamusia nie będzie cię kochała, jak zabrudzisz sukienkę, nie zjesz, nie posprzątasz zabawek”.

Najskuteczniejsze afirmacje to te formułowane w czasie teraźniejszym, z najwyższą dbałością o szczegóły zamówienia. Uważaj, o co prosisz – naprawdę możesz to dostać.

I powstaje program: na wszystko, co dobre, trzeba zasłużyć, nie ma nic za darmo. To, co dobre, jest nam po prostu dane, a my przyczepiliśmy się – między innymi z powodu naszego poczucia winy – by postrzegać świat w kategoriach nagrody i kary. Warto uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest zasługiwanie. „Zasługuję na miłość, obfitość...”, ale jak, jakie są warunki? Co muszę zrobić, kim muszę się stać, żeby zasłużyć? Przyjmujemy, że bez zasług pewne rzeczy nam się nie należą, odrzucamy więc bezwarunkową miłość, prawo do odpoczynku, dobrego samopoczucia...

Często chcąc kogoś wesprzeć, mówimy „zasługujesz na coś lepszego” i wydaje nam się, że to jest OK, że pomagamy mu podnieść poczucie wartości. Jeśli mówimy „zasługujesz na lepsze stanowisko” komuś, kto wykazał się premiowanymi w danym miejscu pracy rezultatami, to rzeczywiście jest to OK. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość, bycie, uczucia, na nic nie trzeba zasługiwać: przychodzisz na ten świat i z samego faktu, że tu jesteś, warta jesteś miłości.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że tworzenie afirmacji to wyższa szkoła jazdy. Wiadomo, że nie mogą zawieraćnegacji, bo nasza podświadomość nie zna słowa „nie”. Odpadają więc zdania w rodzaju „żebym nie była chora”, czy „nic mi nie grozi”, ale również takie jak „jestem wolna od lęków” czy „rezygnuję z wszystkichtrosk”, bo programują naszą podświadomość na lęk i troski właśnie. Najlepsze są moim zdaniem takie afirmacje, w których formułujemyprostymi słowami – koniecznie w czasie teraźniejszym– to, czego chcemy, precyzując w szczegółach zamówienie. Na przykład: „Mój dochód rośnie z każdym dniem o co najmniej 10 złotych”. To „co najmniej” jest bardzo ważne, żeby nie wprowadzać sobie ograniczeń. Zawsze mówię ludziom, z którymi pracuję: „Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać”. Może się zdarzyć na przykład, że ktośprosi o „dużą kasę” i dostaje wielką, opancerzoną kasę pancerną. Do tego pustą.

  1. Psychologia

Frustracja, cierpienie, rozczarowanie - jak wyzwolić umysł z własnych pułapek?

Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W życiu ciągle zabiegamy o pewne rzeczy, a jak się nie udaje, przeżywamy rozczarowanie. Tak działa uwarunkowany umysł. Czy można go okiełznać? Tak! Wystarczy pozwolić rzeczom, by były, jakie są.

Jak wiadomo, jedną z gier, w jakie gramy w życiu, jest poszukiwanie przyjemności i unikanie cierpienia. Temu podporządkowane jest nasze codzienne działanie, stąd biorą się też wszystkie etykietki, czarne–białe, dobre–złe. Umysł „staje na głowie”, żeby przeprowadzić nas możliwie najbezpieczniej przez teren oznaczony zasadniczo dwoma znaczkami: plusem i minusem. Codziennie zbieramy punkty, sumujemy. I albo oddychamy z ulgą, albo cierpimy i szukamy sposobu, jak rozwiązać problem (czyli znów główkujemy). Czasem przypominamy sobie o filozofii stoickiej albo o szkołach wschodnich, o zen. Ale na ile podobne podejście może się sprawdzić dzisiaj?

Tak naprawdę stan, w którym nie pożądamy, nie unikamy i nie walczymy, to przekroczenie ego, czyli... oświecenie. Człowiek Zachodu czuje się z tym pojęciem nieco niezręcznie – kojarzy mu się ono z odosobnieniem w jaskini, lewitacją... Całkowitym oderwaniem od życia, ziemskich spraw. A chodzi „po prostu” o niedualną (nieuwarunkowaną) świadomość. O stan czystej obecności. Wyzwolenia. Filozof Peter Fenner nazywa ten stan „promieniującym umysłem” .

Umysł, który stara się za bardzo

Fenner to człowiek Zachodu, który uwierzył, że wschodnią mądrość można praktykować na co dzień. Przekroczyć podziały umysłu, porzucić jego batalie. Jako doktor filozofii wykładał na uniwersytetach w Australii i USA. Sporo czasu spędził w Nepalu i w Indiach – poznał tamtejszych lamów, studiował zen, został nawet mnichem. Ale po paru latach zwrócił ślubowania, by zgłębiać zachodnie metody leczenia, psychoterapię. Dlatego stworzony przez niego kurs „Promieniującego umysłu” opiera się zarówno na wschodniej duchowości, jak i zachodniej psychologii. Fenner jest przekonany, że stan niedualnej świadomości dostępny jest każdemu. Że dzięki uważności, obecności możemy demaskować i rozmontowywać źródła naszych frustracji i cierpień. Jego zdaniem nieuwarunkowana świadomość jest ostatecznym celem wszelkich ludzkich dążeń. Nawet jeśli sami ludzie o tym nie wiedzą...

Wszyscy chcemy osiągnąć stan, w którym nasze potrzeby będą zaspokojone. Dlatego uwarunkowany umysł wciąż podejmuje wyzwania, prze do przodu. Ponagla, strofuje. Wyszukuje sposoby, żeby osiągnąć kolejne niezbędne do szczęścia rzeczy. W stanie niedualnej świadomości mamy wszystko. Czujemy się spełnieni z tym, co jest. Chodzi więc o to, by zaufać życiu. Uwierzyć, że wszystko, czego potrzebujemy, jest dostępne już dziś!

Stan niedualnej świadomości nie jest czymś, o co musimy zabiegać – możemy się w nim znaleźć w każdej chwili. O ile ominiemy przeszkody, jakie nas od niego oddzielają.

Jedną z nich jest przywiązanie do cierpienia. Do historii pełnych skarg, obwiniania, użalania się. Przywiązujemy się też do sztywnych scenariuszy i cierpimy, że coś poszło nie po naszej myśli. Kiedy pojawia się sytuacja, którą uznajemy za problematyczną, zaczynamy walczyć. A kiedy pole oczyszcza się i nie mamy żadnych problemów, zaczynamy czuć się nieswojo – jakby ktoś pozbawił nas celu, kierunku. Nawet brak problemów potrafimy więc uznać za problem! Dobrze, nie my – uwarunkowany umysł.

W doświadczaniu nieuwarunkowanej świadomości przeszkadza nam też nawykowa potrzeba aktywności. Wciąż działamy, tworzymy projekty, planujemy czas, a – kiedy nie uda nam się wypełnić go po brzegi – „zabijamy” go. Oglądając jakąś telewizyjną papkę albo przynajmniej bazgrząc coś na kartce. Za punkt honoru stawiamy sobie bycie zajętym. Im ktoś bardziej zajęty, tym ważniejszy... Zachodnia kultura nie akceptuje zwykłego bycia – zrelaksowanego, bezproduktywnego spełnienia. A gdyby tak przyjąć, że żaden wysiłek nie jest potrzebny? Że na ten moment rzeczy mają taki kształt, a nie inny, i już?

Od niedualnej świadomości oddziela nas też potrzeba nazywania, precyzowania, nadawania wszystkiemu sensu. Określania tego, kim jesteśmy, do czego zmierzamy. Jakie mamy stanowisko w tej czy innej sprawie. Nie znosimy niewiadomych, musimy wiedzieć – najlepiej natychmiast! Odrzucamy to, co brytyjski filozof Alan Watts nazwał „mądrością niewiedzy”. Jak wydostać się z tego matriksa? Zacznij od tego, że będziesz obserwować niestrudzone wysiłki umysłu. Jego gry. Jaką potrzebę odczuwasz najsilniej? Zrozumienia? Działania? Planowania? Dlaczego to takie ważne?

Samo siedzenie zamiast medytacji?

Prosty przykład: medytacja. Nie każdy się do tego przyzna, ale zwykle praktykowanie medytacji jest dla nas źródłem... wielu frustracji. Chcemy zastosować się do wszystkich zaleceń: prosty kręgosłup, koncentracja na oddechu, wyznaczony czas bez myśli (chyba że uda się je obserwować), absolutna cisza... Podchodzimy do sprawy z pozycji umysłu – czyli zadaniowo – spinamy się, oceniamy swoje postępy. Mamy pretensje do siebie (i do świata). „Za dużo myślę! Nie byłam obecna! Zgarbiłam się i energia nie mogła przepływać swobodnie przez kręgosłup! Zgubiłam się w liczeniu oddechów! Mąż wszedł do pokoju, chociaż prosiłam, żeby nikt mi nie przeszkadzał! Pies zaszczekał!”.

Fenner nazywa to „konwersacją o medytacji”. I uspokaja: „Nie można dobrze albo źle medytować”! Praktyka, którą proponuje, to „samo siedzenie”. Samo siedzenie jest bardzo proste i (wbrew nazwie) niekoniecznie musi się odbywać na siedząco. Na czym więc polega? Na odcięciu się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książka, komputer, towarzystwo), przyjęciu względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym. I tak codziennie, przez około 20 minut. W tym czasie możesz siedzieć na podłodze, kanapie, poduszce. Albo leżeć. Jeśli ci niewygodnie, możesz się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą pozostawać zamknięte, chyba że wolisz je otworzyć. Mantra? Liczenie oddechu? Jak chcesz. Rozproszysz się? W porządku. Cieszy cię ta sesja? Ciesz się nią! Złościsz się? Nudzisz? OK. „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz” – mówi Fenner. Zadbaj tylko o spokojne miejsce, nastaw budzik, żeby nie musieć pilnować czasu. Ale jeśli chcesz skrócić czas siedzenia czy wprowadzić jakieś modyfikacje (muzyka relaksacyjna, kontakt z naturą), czuj się swobodnie.

Cel? Hm, tak naprawdę niedualne podejście nie zakłada celów. Ale dobrze – przyjmijmy, że praktyka siedzenia prowadzi do spowolnienia. To okazja, żeby dostrzec chociażby, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać. Może nawet wcale nie są takie ważne? Fenner przyznaje, że chodzi tu o coś więcej: zrozumienie, że żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. „Promieniujący umysł” to w pewnym sensie propozycja drogi na skróty. Niemal wszystkie systemy rozwoju sugerują potrzebę zmiany. Przyjmujemy, że to, co mamy i czym jesteśmy, „to nie jest to” i podejmujemy trud stania się kimś innym. Po to, by w którymś momencie przekonać się, że wcale nie musimy... To paradoks, ale ponoć każdy poszukujący wcześniej czy później się z nim styka: praktyka pokazuje nam, że nie potrzebujemy żadnej praktyki. Tyle że bez niej byśmy tego nie odkryli! Jeśli zdecydujesz się na samo siedzenie, możesz sprawdzić po jakimś czasie, jak wygląda twoja „konwersacja”. Czy myślisz: „To przyjemne”? „To działa”? A może: „To nudne”, „Ile jeszcze czasu zostało”? Nie osądzaj – to tylko myśli.

A gdyby tak odpuścić?

Ważne miejsce w praktyce „Promieniującego umysłu” zajmuje nieingerowanie. Przytłacza cię jakaś sytuacja, zalewają emocje? Zamiast szukać natychmiastowej transformacji, oczyszczenia, pozwól rzeczom być takimi, jakie są. Nie osądzaj, nie komentuj, nie zmieniaj. Może okaże się, że skłębione emocje czy kompulsywne myśli rozproszą się szybciej, niż gdybyśmy w nie ingerowali. To jakbyśmy stworzyli przestrzeń wokół problemu – po to, by mógł rozwinąć się i rozpuścić na własny sposób. Dla naszych zachodnich umysłów to nie lada wyzwanie... Tymczasem – zamiast analizować dane, mnożyć byty, wywierać presję – może warto poczekać, aż doświadczenie samo się wyklaruje. Wstrzymać się z działaniami do czasu, aż pojawi się wyraźny kierunek.

Fenner tłumaczy, że za każdym cierpieniem ukrywa się opór.

Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego.
Kiedy odkryjemy, na czym polega ten opór i odpuszczamy go, stajemy się wolni. Sprawdź, jak działa nierobienie niczego – zachęca autor „Promieniującego umysłu”. Zrób ćwiczenie: jeśli pojawi się w twoim życiu jakiś problem, nie podejmuj walki, konfrontacji. Nie unikaj go, nie uciekaj, ale nie próbuj też manipulować tym doświadczeniem, zmieniać go. Prawdopodobnie samo się zmieni.

Proponuje też, by obserwować własne fiksacje, czyli przywiązania, awersje, ustalone poglądy. Albo po prostu powtarzające się myśli. Kiedy jesteśmy zafiksowani, skupiamy naszą energię (umysłową, emocjonalną i fizyczną) na jednej interpretacji. Oczywiście, w niedualnym podejściu fiksacje nie są niczym złym. Ale bezstronna obserwacja pomaga im się rozpuścić. Wystarczy obserwować, co nas przyciąga, a co odrzuca. Co opowiadamy sami sobie na temat danego doświadczenia. Jaki wzorzec kryje się pod tymi opowieściami, myślami, reakcjami. Perfekcjonizm? Niezdecydowanie? Koncentrowanie się na tym, co negatywne? Rozdrabnianie się? Dramatyzowanie? Fenner demaskuje różne wzorce, podając usprawiedliwienia, jakich zwykliśmy używać, żeby się ich trzymać. Osoba niezdecydowana na przykład uważa się za ostrożną, rozdrabniająca się twierdzi, że sprawdza wiele możliwości, dramatyzująca – że przynajmniej się nie nudzi („Czuję, że żyję”). A wszystkie wzorce nakręca ten sam mechanizm, który autor nazywa „to nie jest to” („nie podoba mi się, nie tak to miało wyglądać”). Obserwując swoje reakcje, możemy odkryć, co robimy z doświadczeniem, jak próbujemy je zminimalizować albo zintensyfikować, przyspieszyć albo odsunąć. Jak działa nasz autopilot. Nie potrzeba tu jakichś pogłębionych badań, studiów. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, kiedy czujemy, że któryś ze wzorców jest aktywny, i zadać sobie proste pytanie: „Co ja robię?”. Narzekam? Oskarżam? Lituję się? Dzięki takiej demaskacji stajemy się bardziej bezstronni, zyskujemy dystans do własnych problemów. Przestajemy się z nimi utożsamiać.

Rozpuścić opór, który swarza napięcia

Trudno znaleźć człowieka, który przeżyłby życie, nie negując otaczającej go rzeczywistości. Tak naprawdę trudno przeżyć jeden dzień bez takich myśli, odczuć. Odrzucamy korki na drodze, zachowania polityków, pogodę, jakość produktów w sklepie albo ich brak, głośną muzykę w restauracji... Wciąż coś zakłóca nasz spokój. Więc negujemy to, wyczerpując naszą energię. Angażujemy ją w bitwę, która z góry skazana jest na przegraną. – To tak, jakbyśmy wciąż żyli fantazją, że jest jakieś lepsze miejsce, w którym powinniśmy być – mówi Peter Fenner. Stawia sprawę jasno: „Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie”. Kiedy opieramy się życiu, stwarzamy napięcia, stres, ból.

Jaką postawę możemy więc przyjąć wobec problemów? Uznać, że są. Nie robić problemu z problemów. Nie szukać winnych (rodzice, szef, Bóg), nie robić uników. Zamiast pytać „dlaczego ja?” albo wmawiać sobie, że to nie powinno się wydarzyć, możemy przyznać: „Tak, mam problem, co mogę z tym zrobić?”. Albo sprawdzić: „Czy muszę coś z tym zrobić?”.

Oczywiście, nieingerowanie, o którym była mowa wcześniej, nie oznacza, że – cokolwiek się dzieje – mamy siedzieć z założonymi rękoma. Nieuwarunkowana świadomość nie jest jakąś próżnią czy czarną dziurą, w której tkwimy biernie, niezainteresowani ziemską egzystencją. Postawa kontemplacyjna to nie wycofanie czy znieruchomienie! Rzecz w tym, że w stanie nieuwarunkowanej świadomości nasze zachowania przestają być nawykowe. Opór rozpuszcza się, nasz wewnętrzny spokój obejmuje również trudne doświadczenie. Wzrasta umiejętność przeżywania wszystkich zdarzeń bez strachu czy sięgania po zachowania ucieczkowe (nałogi). Przestajemy walczyć, stajemy się bardziej tolerancyjni i akceptujący. Zauważamy myśli, które próbują nas ostrzec (przestraszyć!) albo pchnąć do zdobywania czegoś, bez czego nasze życie podobno nie jest pełne. I odkrywamy, że w danej chwili niczego nam nie brakuje.

  1. Psychologia

Jak uzdrowić siebie? Serce zna odpowiedź - twierdzi nauczyciel duchowy Gregg Braden

Patrząc na doświadczenia z perspektywy serca, możemy neutralizować stres i rozwiązywać problemy. (Fot. Getty Images)
Patrząc na doświadczenia z perspektywy serca, możemy neutralizować stres i rozwiązywać problemy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nauka może już potwierdzić to, co mądrość ludowa wiedziała od dawna: ciało ludzkie jest zdolne do całkowitej regeneracji. Gregg Braden od ponad 25 lat odwiedza starożytne świątynie i ukryte w górach klasztory, by odkryć, jak wspomóc ten proces. Jego zdaniem sekret polega na fuzji umysłu z sercem.

Można powiedzieć, że jesteś propagatorem idei samouzdrawiania. Brzmi jak rzecz z obszaru wierzeń lub magii, ale ty odwołujesz się do nauki… Nauka pokazuje, że nosimy w sobie potencjał, który znacznie wykracza poza to, czego uczono nas w szkołach, domach czy kościołach. Dysponujemy siłą, która może pomóc zmienić sposób funkcjonowania ludzi na całym świecie. Mam na myśli zdolności poznawcze, ale też odporność na zmiany czy głęboką intuicję. To wszystko jest częścią procesu, który nazywam samouzdrawianiem czy samoleczeniem. Jesteśmy w stanie regulować naszą biologię, ale najpierw musimy odnaleźć tę wewnętrzną moc. Możemy to zrobić poprzez pracę z oddechem, zmianę świadomości i systemu nerwowego oraz kontakt z emocjami.

Twierdzisz, że już od momentu narodzin zaczynamy się uzdrawiać. Czyli gdybyśmy spojrzeli na swoje życie jak na zbiornik – on ciągle się napełnia, a nie staje się z każdym dniem bardziej pusty? Wpojono nam przekonanie, że już od momentu urodzin, a nawet jeszcze wcześniej, w łonie matki, komórki naszego organizmu zaczynają obumierać. Taki linearny sposób myślenia, w którym z każdym dniem stajemy się starsi, zakłada, że nie bierzemy odpowiedzialności za swoje życie. Alternatywą jest cykliczny model starzenia się, w którym każdego dnia odbudowujemy komórki organizmu, odmładzamy je i regenerujemy na poziomie genetycznym. Możemy mieć 60 lat, ale nasze markery biologiczne – tzw. telomery, które występują w DNA – wyglądają jak u osoby o dekadę młodszej.

Telomery odpowiadają za proces samoleczenia organizmu? Telomery są wyspecjalizowanymi sekwencjami DNA znajdującymi się na końcach chromosomów, które służą jako bufor chroniący informację genetyczną podczas podziału komórki. Naukowcy uważają, że zegar biologiczny w naturalny sposób skraca telomery, co prowadzi do starości. Zgodnie z tym przekonaniem telomery osoby w wieku 35 lat zmniejszają się o około 29 procent. Dla typowego niewytrenowanego mieszkańca Zachodu, odżywiającego się w pośpiechu i narażonego na ciągły stres, to zabójcze. W jego przypadku telomery stają się bowiem tak krótkie, że już nie są w stanie chronić informacji z DNA. Komórki przestają się dzielić i następuje proces starzenia się. Jeśli proces ten postępuje dostatecznie długo, dochodzi do śmierci.

Możemy to zatrzymać? W każdej chwili i w każdym wieku możemy wpływać na nasze telomery, na przykład poprzez odpowiednią dietę – roślinną, bogatą w przeciwutleniacze oraz fitoskładniki pochodzące z zielonych, liściastych warzyw. Także poprzez  suplementację – silnie powiązana z wydłużaniem telomerów jest cała rodzina witamin z grupy B, beta-karoten, witamina A, witamina D i żelazo mineralne. Jednak najważniejsza jest zdolność do niwelowania stresu. Często w codziennym życiu doprowadzamy do napięć w organizmie, których nie jesteśmy nawet świadomi, na przykład wysokoprzetworzona żywność jest bardzo stresogenna dla ciała. Nie wspominając już o stresie, którego doświadczamy w pracy czy związku. Jednym z najpotężniejszych środków, by złagodzić stres – zarówno ten, który przeżywamy świadomie, jak i ten, z którego nie zdajemy sobie sprawy – są techniki harmonizujące serce i mózg.

Przez długi czas uważano, że samouzdrawianie jest dostępne jedynie nielicznym: mnichom w Tybecie, joginom czy mistykom. Teraz wiemy, że nie chodzi o żadne wyjątkowe umiejętności. Wszyscy je mamy, tyle że zapomnieliśmy, jak z nich korzystać. I wmówiono nam, że nie potrafimy...

Czyli trzeba zacząć od zmiany swojego myślenia i przekonań? Jesteśmy produktem opowieści, którą sami o sobie tworzymy. Współzawodnictwo, konflikt i ograniczenia – w ten sposób nauczono nas myśleć o człowieku i jego relacji ze światem. Ale to nie jest prawda. Najlepszą nauką XXI wieku jest odrzucenie 150 lat przekonań dotyczących tego, w jaki sposób postrzegamy samych siebie. Nowe odkrycia mówią, że nasza natura oparta jest na modelu współpracy i wzajemnej pomocy. A nie na tym, w co nauczył nas wierzyć Karol Darwin. Fundamenty społeczeństwa, w którym żyjemy dzisiaj, zostały stworzone pod koniec XIX wieku. Aktualny model ekonomiczny i społeczny oraz sposób, w jaki dzielimy istotne zasoby: pożywienie, wodę, lekarstwa, bezpieczeństwo czy informacje – wszystko bazuje na błędnym założeniu o współzawodnictwie. Świat się globalizuje, próbujemy łączyć na różne sposoby, w tym kulturowo, niemalże osiem miliardów ludzi. Tyle że oczekujemy, iż będziemy w stanie tego dokonać, posługując się tym starym myśleniem. Ale to nie zadziała. Współczesna nauka daje nam sygnał, że powinniśmy zmienić swoje myślenie i przekonania o świecie. To jest ten najważniejszy pierwszy krok.

Kolejny to zadbanie o odpowiednie warunki: wewnętrzne i zewnętrzne. Zewnętrzne to czysta woda i powietrze oraz zdrowe, nieprzetworzone jedzenie. Wewnętrzne to czyste i zdrowe myśli, uczucia i przekonania. Miłość do siebie i innych ludzi. Kiedy te warunki są spełnione, każdy narząd w ludzkim ciele ma zdolność samouzdrawiania, i jest to potwierdzone naukowo.

Rzeczywiście dziś już wiemy, że każdy organ w ludzkim ciele posiada umiejętność regeneracji i autonaprawy, w tym narządy, które kiedyś uznawano za niezdolne do tego: tkanki serca, mózgu, trzustki, a nawet połączenia nerwowe. W dokumencie „Samoleczenie” dostępnym na Netflixie jeden z bohaterów odbudowuje nawet kręgi w kręgosłupie i zaczyna chodzić. Jak to jest w ogóle możliwe? Nowa gałąź nauki zwana epigenetyką okazała się bardzo pomocna w zrozumieniu tego, w jaki sposób człowiek może w pełni rozwinąć swój potencjał. Epigenetyka zajmuje się dziedziczonymi zmianami ekspresji genów, które nie są związane ze zmianami w sekwencji DNA. Badanie takich modyfikacji jest coraz częściej wykorzystywane w trakcie opracowywania nowych metod terapeutycznych, m.in. w przypadku choroby nowotworowej.

Jak to, że jesteśmy kreatorami naszego życia, ma się do akceptacji tego, co to życie nam przynosi? Nie wiemy, co przyniesie nam życie. Ale jeśli nauczymy się samoregulacji naszej biologii, będziemy w stanie zaadaptować się do wszystkiego, co się wydarzy. Elastyczność i umiejętności adaptacji do zmian to nasze wewnętrzne baterie. Jeśli nie wiemy, jak je ładować, wtedy trudne sytuacje w życiu powoli nas wyniszczą. Ważne jest, by podchodzić do życia z perspektywy serca. Kiedy postrzegamy doświadczenia życiowe umysłem, widzimy tylko sukcesy lub porażki. Dobro lub zło. W ten sposób działa mózg i nasze ego. Serce nie ma lewej czy prawej półkuli, nie jest spolaryzowanym narządem tak jak mózg. „Chante ishta” to określenie z języka Cherokezów na pojedyncze oko serca – to oko widzi, co jest dla nas prawdziwe. Nie ocenia. Kiedy spoglądamy na nasze doświadczenie życiowe z perspektywy serca, stajemy się bardziej obiektywni. Możemy neutralizować stres i rozwiązywać problemy. Nie wpadamy w sieci umysłu.

Czyli kolejny krok to połączenie umysłu z sercem. Jak donosi nauka, serce to nasz drugi, a nawet trzeci (po jelitach) mózg. Kierując się nim, widzimy, co jest dla nas prawdziwe w danej chwil. Doktor Rollin McCarty z Heartmath Institute udowodnił, że serca reagują kilka sekund wcześniej na emocjonalny obrazek niż mózg, a nawet przewidują przyszłość... Nasze serce może czuć, myśleć i decydować o sobie. Doktor J. Andrew Armoura udowodnił w 1991 roku, że serce ma złożony system nerwowy, który można nazwać „małym mózgiem”, składającym się z 40 tysięcy neuronów. To wyspecjalizowane komórki, które nie były rozpoznane w przeszłości, mimo że zawsze istniały. Są identyczne z tymi, które znajdują się w mózgu czaszkowym, ale niezależne od niego: myślą, uczą się, czują i zapamiętują. Są poukładane jak sieć neuronowa. Zatem serce i mózg mają ze sobą łączność elektromagnetyczną, dzięki której przesyłają sobie nawzajem informacje. Nasze mózgi mogą nasłuchiwać i reagować na to, co wykrywają komórki serca, jednak niekoniecznie muszą.

Jedni uważają, że mózg kontroluje całe ciało, a serce to tylko wydajna pompa. Inni w centrum zainteresowania stawiają właśnie serce. Oba rozumowania są niepełne. Jesteśmy jedyną formą życia, której dana została moc harmonizowania serca i mózgu. Jeżeli to zrobimy, zoptymalizujemy swój potencjał do samoleczenia. Jesteśmy w stanie zmierzyć tę koherencję na warsztatach. To jest bardzo niska częstotliwość – 0,1 Hz. Tak się składa, że jest ona również częstotliwością magnetyczną naszej planety. Dlatego kiedy harmonizujemy serce i mózg do 0,1 Hz, sprowadzamy nasze ciało do zrównania z ziemią, na której żyjemy. Tu zaczyna się samouzdrawianie.

Jak wejść w kontakt ze swoim sercem? Trzeba zacząć wysyłać swojemu ciału bardzo precyzyjne sygnały. Poprzez oddech, swoją świadomość i emocje. Polecam trzystopniową technikę, która zawiera w sobie skupienie świadomości, oddechu i umiejętność zajęcia się konkretnymi emocjami (więcej w ramce na poprzedniej stronie – przyp. red.). Chodzi o to, żeby nie być zależnym od tego, co oferuje nam świat. Prawdziwe mistrzostwo polega na tym, że to my wybieramy emocje, które chcemy odczuwać. Na przykład możemy czuć wdzięczność, nawet jeśli świat nie daje nam ku temu powodów.

Skoro każdy z nas ma zdolność do samoleczenia, dlaczego wszyscy tego nie robimy? Czemu to nie jest powszechny proces? Dlatego jest to dobra wiadomość jedynie dla ludzi, którzy są gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie. Musimy przecież dać swojemu ciału paliwo, którego potrzebuje, by żyć i się odmładzać. Najtrudniejsze jest to, w jaki sposób nauczono nas myśleć o nas samych. Wmawiano nam, że mamy znikomy wpływ na to, co dzieje się w naszych ciałach. To tradycyjny sposób myślenia na Zachodzie. Dlatego zwiedziłem dużą część świata w poszukiwaniu osób praktykujących samoleczenie w odosobnieniu. Na przykład przez 15 lat wyjeżdżałem z grupami do Tybetu czy Peru. Okazuje się, że nie ma tam  pewnych odmian raka ani chorób neurodegeneracyjnych. W tych rejonach ludzie żyją czasem po 100–120 lat, a ich ciała funkcjonują jakby byli o wiele młodsi. Dlatego to nie wiek jest problemem, a sposób, w jaki żyjemy.

W jaki sposób ty żyjesz? Jak pracujesz ze swoim zdrowiem na co dzień? Mam swoją rutynę. Dobrze wiem, co jeść i jak suplementować swój organizm. Od 20 lat praktykuję jogę, ćwiczę przynajmniej raz dziennie. Do tego każdy dzień zaczynam i kończę techniką harmonizującą serce i mózg. I najważniejsze – kiedy czuję się zły albo sfrustrowany, nie neguję tego, ponieważ to prawda. Zadaję sobie pytanie, dlaczego się tak czuję. Kiedy zaczynam siebie rozumieć, staję się silniejszy.

Gregg Braden, nauczyciel duchowy, badacz, pionier w łączeniu nauki, duchowości i potencjału ludzkiego, prowadzi seminaria i szkolenia dla firm. Autor książek, m.in.: „Boska matryca”, „Kod Boga”. 

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.