1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmy świąteczne - jak działają na emocje?

Filmy świąteczne - jak działają na emocje?

Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kino familijne, filmy świąteczne, kultowe komedie skłaniają do powrotu do bezpiecznej bazy i pozwalają pielęgnować pozytywne emocje. Na czym polega ich działanie na naszą psychikę, opowiada Martyna Harland, psycholog SWPS.

Dlaczego lubimy oglądać filmy o świętach? Co nam one dają – poprawiają nastrój, przenoszą w bezpieczny świat, zdejmują z nas maskę poważniaków? Takie filmy świąteczne oglądamy często na zasadzie kreskówek. Przenosimy się w inną, nieco bajkową rzeczywistość. Możemy przez chwilę żyć inaczej i patrzeć na świat z różnych perspektyw. Wyskakiwanie z własnej skóry jest przyjemne. Kto by nie chciał raz na jakiś czas przenieść się w wymiar, w którym wszystko jest możliwe i dobre? Prezenty, spotkania z bliskimi, pyszne jedzenie.

Filmy familijne, filmy świąteczne przypominają też o tym, żeby zatrzymać się na chwilę i skupić na bliskich, na rodzinie. Człowiek jest istotą społeczną. Tymczasem prognozy straszą – według GUS w 2035 roku liczba rodzin co najmniej czteroosobowych zmniejszy się o 25 proc., przybędzie za to ludzi samotnych. Czy zatem rodzina, jaką znamy z seriali familijnych, to już przeżytek? Co może ją zastąpić? Świąteczne kino familijne odwołuje się do tej tęsknoty za tradycyjną rodziną.

Profesor Janusz Czapiński powiedział kiedyś, że Polacy wykazują się jednym z największych w Europie wskaźników familizmu. Jednak nie wszystkim rodzinne święta kojarzą się z przyjemnością. Poza tym stres związany ze świętami bierze się z wielu czynników. Boże Narodzenie jest pod koniec roku. Ten moment skłania do zrobienia podsumowania. Często bilans okazuje się ujemny, więc samo to wprowadza nas w negatywny nastrój.

Filmy o Świętym Mikołaju traktujemy zazwyczaj trochę pobłażliwie – nie kojarzą się z kinem wysokich lotów. Z drugiej strony, co roku do nich powracamy. Na czym polega ich fenomen? Oglądając je, wracamy do bezpiecznej bazy i dzieciństwa, które często kojarzy nam się pozytywnie. Działa to trochę na zasadzie rytuału, a to wytwarza w człowieku poczucie komfortu. Ich brak oznaczałby zburzenie tego poczucia przewidywalności świata. Rytuały jednoczą wspólnotę, a to szczególnie istotne w czasach, gdy żyjemy w większości jako odrębne jednostki.

Z punktu widzenia psychologa nie liczy się wartość estetyczna filmu. Chodzi przede wszystkim o poruszanie naszych emocji.

„Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat) „Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat)

W ramówce telewizyjnej pojawiają się obowiązkowe tytuły – święta bez Kevina dla niektórych z nas nie byłyby już prawdziwymi świętami. Na czym polega moc tego filmu? Ten fenomen przyciąga co roku przed ekrany telewizyjne ponad 3,2 mln widzów! W Polsce po raz pierwszy film „Kevin sam w domu” wyemitowano 25 grudnia 1992 roku. Gdy zniknął ze świątecznej ramówki, widzowie zarzucili stacji telewizyjnej, że „zabija święta”. Obok ubierania choinki i śpiewania kolęd film o Kevinie stał się częścią świątecznej tradycji. Tego rodzaju kino oglądamy najczęściej razem z rodziną. I to jest klucz.

Są też prawdziwe perełki świąteczne – jak bijące co roku w Stanach rekordy oglądalności „To wspaniałe życie” z 1946 roku w reżyserii Franka Capry. Ten film to swoista pochwała życia i radości z małych rzeczy. Z jakimi pozytywnymi emocjami pozwala nam się spotkać? Najważniejsza jest nadzieja. Święta i filmy świąteczne dają nam nadzieję na lepsze jutro. To pozytywne wyczekiwanie, że ma zdarzyć się coś miłego. Nadzieja należy do emocji złożonych, które łączą w sobie afekt pozytywny i negatywny, i oba pojawiają się w konkretnej sytuacji – gdy nasze położenie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jednak dominuje w niej oczekiwanie na korzystne zmiany czy lepsze jutro. Nadzieja to taka pożyczka, którą udziela nam szczęście. Pozwala przezwyciężyć strach i napędza do działania. Pomaga zachować równowagę w sytuacjach bardzo trudnych.

Takie kino pomaga nam pielęgnować emocje pozytywne. A one często sprzyjają realizacji zadań na wyższym poziomie, czym przyczyniają się do osiągania sukcesów. Z kolei sukcesy wyzwalają kolejne pozytywne emocje.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson, zajmująca się badaniami nad szczęściem, wyliczyła idealną proporcję emocji pozytywnych do negatywnych w naszym życiu. Powinna ona wynosić 3:1. Mniejsza o to, w jakim stopniu trzymać się tej złotej zasady. Istotne jest, że stosunek ten nie wynosi 3:0. Warto zatem pielęgnować emocje pozytywne, nie unikając tego, co negatywne.

„To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW) „To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW)

Na czym dokładnie polega działanie tego typu filmów na naszą psychikę? Czy możemy na przykład wykorzystać terapeutyczną moc filmów do poprawy nastroju, gdy mamy doła? W kinie i literaturze to zjawisko nazywa się „mental transportation”, czyli przeniesienie do rzeczywistości filmowej, identyfikacja z bohaterem i jego światem przedstawionym w filmie.

Czy filmy lekkie, łatwe i przyjemne mogą rozwijać naszą inteligencję emocjonalną? Takie filmy mogą nam chwilowo poprawić nastrój. To emocje proste, którymi niejako zarażamy się z ekranu, w nie do końca świadomy sposób, na zasadzie rezonansu emocjonalnego. Zatem komedia wywołuje śmiech. Większość popularnych filmów to właśnie feel good movies, czyli filmy, które podnoszą poziom serotoniny. Oglądamy i czujemy się lepiej.

Problem w tym, że to efekt krótkotrwały. Dlatego jeżeli chodzi o długofalową pracę nad inteligencją emocjonalną, lepsze jest kino psychologiczne, wywołujące emocje złożone, jak wstyd czy poczucie winy. Zatem te, które są mieszanką emocji pozytywnych i negatywnych.

A jaką listę pozytywnych „doładowywaczy” na święta poleciłby psycholog? Każdy ma swoją żelazną listę, do której wraca. Mnie święta kojarzą się z Luisem de Funesèm. Śmiech jest terapią, którą każdy może sobie przepisać sam. W psychologii nazwano to gelontologią. Śmiech dotlenia, relaksuje, usuwa stres i redukuje ból. Polecam.

ŚWIĄTECZNA TOP LISTA:

  1. „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street), występują: Maureen O’Hara, John Payne, reż. George Seaton, USA 1947
  2. „Kevin sam w domu”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1990
  3. „Kevin sam w Nowym Jorku”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1992
  4. „Holiday”, występują: Cameron Diaz, Jude Law, reż. Nancy Meyers,USA 2006
  5. „Listy do M. 2”, występują: Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Polska 2015
  6. „To wspaniałe życie" ("It's a Wonderful Life"), występują: James Stewart, Donna Reed, reż. Frak Capra, USA 1946
  7. Kochajmy się od święta”, występują: Alan Arkin, Diane Keaton, reż. Jessie Nelson, USA 2015
Filmy z lat 40. można obejrzeć m.in. na takich platformach jak CDA, vodplay.pl.

Martyna Harland: psycholog, absolwentka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie SWPS, a także Warszawskiej Akademii Filmowej. Prowadzi badania nad filmoterapią - wpływem filmów na rozwój, samoświadomości oraz lepsze rozumienie emocji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Święta jakich jeszcze nie było... Czy „inaczej” znaczy „gorzej”?

To będą rzeczywiście „wyjątkowe” Święta – kolejne doświadczenie w tegorocznym „covidowym” kalendarzu. (fot. iStock)
To będą rzeczywiście „wyjątkowe” Święta – kolejne doświadczenie w tegorocznym „covidowym” kalendarzu. (fot. iStock)
Dla niektórych - wybawienie od męczących rodzinnych przyjęć, dla innych - bolesne zderzenie z rzeczywistością, której nie akceptują, bo przywykli do tradycyjnego celebrowania Świąt Bożego Narodzenia. Nadchodzący czas to dobry trening otwartości i czas, rozprawiania się ze schematami, które nam towarzyszą, nie tylko w Święta. Jak to zrobić? – tłumaczy psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii Help, Marta Mizera.

Trudno cieszyć się Świętami, gdy mamy poczucie, że same problemy wiszą nam nad głową. Wiele osób potraciło pracę, obawiają się o zdrowie, a tu jeszcze trzeba przygotować potrawy, kupić prezenty… Jak zadbać o świąteczną atmosferę? Robić dobrą minę do złej gry? Może tegoroczne Święta – tak inne niż zwykle – są dobrą okazją do zastanowienia się nad tym słowem „trzeba”? Czy trzeba sprzątać, gotować, kupować…? To jest pytanie, które dobrze jest zadawać sobie każdego roku, ale mam wrażenie, że dopiero te niezwykłe okoliczności związane z pandemią koronawirusa sprawiły, że naprawdę się z tym pytaniem konfrontujemy, zamiast je omijać i obchodzić kolejne Święta według narzuconego scenariusza.

Tak więc nieuchronnie pojawia się pytanie: kto ten scenariusz pisze? Czyje oczekiwania spełniamy (lub myślimy, że spełniamy)? Gdyby to zależało tylko od nas, to jak w tym roku chcielibyśmy te Święta spędzić?

W kwestii robienia dobrej miny do złej gry, myślę, że zaprzeczanie swoim uczuciom związanymi z tymi Świętami może być nie tylko trudne, ale i szkodliwe, powodujące dużo napięcia i stresu. Wymaga to jednak porzucenia pewnej iluzji, że Święta muszą być radosne, rodzinne, beztroskie, idealne (tu każdy może tę listę przymiotników uzupełnić swoimi skojarzeniami). Ze Świętami może wiązać się przecież smutek, melancholia, tęsknota, złość, frustracja, żal czy strach. W normalnych okolicznościach można te uczucia stłumić i wyciąć z idealnego obrazka przypominającego świąteczne reklamy. Teraz, gdy dosięgają nas skutki pandemii, jest to bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Przymusowa izolacja, strach przed chorobą, utrata corocznego rytuału, bieżące zmartwienia i kłopoty związane z codziennością budzą silne reakcje i kładą się cieniem na świętowaniu.

Czy w Święta zawsze musi być "idealnie"? - na ile złe samopoczucie może wynikać z faktycznej sytuacji, a na ile z przekonań, że Święta zawsze muszą tak samo wyglądać? Myślę, że złe samopoczucie może wynikać z obu tych przyczyn. Jeżeli czyjaś obecna sytuacja jest trudna i nie ma się na nią wpływu, to oprócz różnych trudnych czy nieprzyjemnych uczuć pojawia się jedno z najcięższych do zniesienia – bezsilność.

Trochę inaczej ma się sprawa z przekonaniami na temat Świąt. Można poddać je refleksji, zastanowić się nad tym, co do tej pory uważaliśmy za oczywiste i niepodważalne, porozmawiać z bliskimi. Pomocne mogą być następujące pytania: czym są dla mnie idealne Święta? Jeżeli czuję przymus, żeby takie były, to skąd on pochodzi? Z czym lub z kim jest związany? Co się stanie, jeżeli ten idealny scenariusz porzucę, odpuszczę? Co jest dla mnie w Świętach najważniejsze? W jaki sposób mogę te ważne wartości związane ze Świętami zrealizować w tym roku, w obecnych okolicznościach?

Jedni spędzą te Święta z rodziną, inni nie – mają np. taką pracę, że ciągle się z kimś kontaktują, więc nie chcą narażać bliskich. Jak cieszyć się ze świętowania, gdy starsze osoby z rodziny zostaną w domu same? Jak już wspomniałam, może być trudno się cieszyć i dobrze jest zrobić przestrzeń na te uczucia, które się pojawiają, nie cenzurować ich, pozwolić sobie na nie. To, paradoksalnie, może umożliwić pojawienie się większego spokoju czy radości w nowej sytuacji.

Można spróbować znaleźć jakieś alternatywne sposoby wspólnego świętowania. Skorzystać z możliwości, jakie daje Internet czy zwykły telefon; umówić się na świąteczny spacer, jeżeli to możliwe. Zrobić to, co się da, tak, żeby wszyscy czuli się bezpieczni. Tutaj potrzebna jest rozmowa. Na co są gotowi poszczególni członkowie rodziny? Czego się obawiają, jak oni sobie wyobrażają Święta? Jakie mają pomysły na ich spędzenie i złagodzenie przykrych skutków pandemii?

Nie spotykamy się z bliskimi, by ich (i siebie) chronić - robimy to z miłości. Może zamiast się buntować i frustrować, lepiej racjonalizować sobie tę sytuację? Pomoże to zmienić trudne uczucia? Racjonalne tłumaczenie sobie przymusu izolacji może pomóc znieść trudne uczucia, ale raczej ich nie zmieni. Dobrze być – na tyle, na ile to możliwe – w kontakcie ze swoimi uczuciami i zastanowić się, co pomoże nam je przeżyć, znieść. Czyli pierwszym ważnym krokiem jest zadanie sobie pytania „co czuję?”. Z czym te uczucia są związane, wobec kogo? A potem spróbować jakoś się tymi uczuciami zająć, pozwolić im swobodnie przepłynąć, bo one nie będą tak samo intensywne cały czas (paradoksalnie często trwają dłużej, gdy je tłumimy). Kolejne ważne pytania do siebie to „co może mi pomóc?”. Każdy potrzebuje czegoś innego, żeby poradzić sobie ze złością, ukoić smutek, tęsknotę czy żal. Rozmowa z kimś bliskim i życzliwym, aktywność fizyczna, medytacja, podjęcie czynności, które nas relaksują, pomogą się rozerwać czy złagodzić trochę przeżywane emocje – każdy z nas jest inny i czego innego będzie potrzebować.

U wielu osób pojawia się konflikt: „jestem odpowiedzialny, ale mam poczucie winy, że zostawiam mamę samą w domu”. Poczucie winy pojawia się zazwyczaj, gdy zrobimy coś złego, więc zastanowiłabym się, dlaczego w kontekście Świąt obwiniamy się o coś, na co nie mamy wpływu. Może pod tym poczuciem winy znajdują się inne, trudne emocje? Na przykład złość, że ta izolacja jest konieczna, lęk przed reakcją mamy na perspektywę spędzenia Świąt samotnie, żal i smutek, że nie możemy się spotkać i wspólnie świętować. Żeby ten konflikt wewnętrzny zmniejszyć, zachęcałabym do rozmowy. Może warto odważyć się na nią i sprawdzić, na ile nasze uczucia, domysły i fantazje na temat tego, jak czuje się mama są zgodne z rzeczywistością? Rozmowa jest też pomocna, bo samo powiedzenie sobie nawzajem, z czym i dlaczego jest nam trudno, pobycie w tym wspólnie – choćby przez telefon czy na wideoczacie – może być bardzo odbarczające i zbliżające. Jesteśmy zmuszeni do fizycznej izolacji, nie skazujmy się więc na samotność na poziomie emocjonalnym, nie zostawiajmy siebie samych z trudnymi emocjami. Natomiast jeżeli taka rozmowa nie jest możliwa z osobą, której ten konflikt wewnętrzny dotyczy (w tym przykładzie z mamą) ze względu na jej reakcje czy trudną relację, szukajmy wsparcia u innych bliskich czy przyjaciół, a jeżeli to nie pomaga rozważmy konsultację z psychologiem czy psychoterapeutą.

Z drugiej strony, wiele jest rodzin, które podjęły świadomie decyzję, że spotkają się te Święta w małym gronie – ci z kolei mogą obawiać się oskarżenia, że są „nieodpowiedzialni”. Jak podejść mądrze do tych wszystkich decyzji? Jednym z trudniejszych aspektów pandemii jest moim zdaniem to, że w wielu kwestiach jesteśmy zdani na swój osąd, musimy sami wybierać optymalne rozwiązania i decydować, co jest bezpieczne i odpowiedzialne. Wynika to z tego, że wielu osobom trudno ufać w działania polityków, zewsząd atakują nas często sprzeczne informacje, a trwająca już wiele miesięcy pandemia nadweręża naszą wytrzymałość i cierpliwość. Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, jak podejść „mądrze do wszystkich decyzji” – myślę, że kluczowe jest tu uszanowanie poczucia bezpieczeństwa innych osób, rozmawianie z nimi, podejmowanie działań zmniejszających ryzyko zakażenia. Jeżeli cała rodzina zgadza się jednomyślnie na takie spotkanie, temat jest omówiony, a inne osoby spoza tego małego grona nie są narażane na ryzyko, to myślę, że do takiej oceny z zewnątrz można podejść jak do wszelkiej innej krytyki, oceny czy wtrącania się, które dotyka nas na co dzień w innych tematach. Nie przejmować się zanadto, wyjaśnić swoje stanowisko lub asertywnie postawić granicę.

Temat samotności będzie tym razem „przybierał na sile”. Każdego roku można było zadbać fizycznie, aby nikt nie spędzał tych Świąt samotnie, a teraz? Jak zadbać o bliskich? Co możemy dla nich zrobić? Myślę, że najlepiej zapytać ich, co w obecnej sytuacji by ich ucieszyło. Usłyszeć ich potrzeby, pomysły, podzielić się swoimi. Niczego nie narzucać i przykładowo nie zmuszać starszego krewnego do nauczenia się obsługi wideoczatu, jeżeli wyraźnie komunikuje, że przyjemność sprawi mu rozmowa telefoniczna. Tutaj możliwości zadbania o bliskich będą bardzo się różniły w zależności od indywidualnych cech, charakteru relacji, odległości dzielącej te osoby, finansów. Dlatego najlepiej jest moim zdaniem jak najwięcej rozmawiać, zrobić wspólnie burzę mózgów, uważnie się słuchać i starać się znaleźć w tym wszystkim szacunek i empatię do innych.

Izolujemy się fizycznie, ale nie oznacza to, że zrywamy z bliskimi kontakty - czy nowoczesne technologie mogą być pomocne w tej sytuacji? Warto włączać facetime w rytuał lepienia pierogów i zwijania makowców? Czy magia świąt via Skype jest możliwa? Oczywiście, że nowoczesne technologie mogą być użyteczne – pod warunkiem, że z obu stron jest chęć i gotowość do skorzystania z nich. Jeżeli tak, to wspólne lepienie pierogów czy inne zajęcia mogą pomóc poczuć się blisko pomimo fizycznej odległości. Ale może to być po prostu rozmowa. Magia Świąt (cokolwiek to określenie oznacza dla poszczególnych osób) nie jest moim zdaniem możliwa w takiej samej postaci jak przy spotkaniu osobiście. Może więc warto skupić się nie na odtwarzaniu tego, co utraciliśmy, ale na tworzeniu czegoś innego, nowego?

Nie ma też co ukrywać, że są osoby, dla których ta sytuacja jest wybawieniem: nie będą zmuszeni do biegania od stołu (u teściów) do stołu (u rodziców). Mają w tym roku racjonalny pretekst, żeby powiedzieć upragnione „nie”. Oczywiście – nie dla wszystkich Święta to radosna okazja, której nie mogą się doczekać. Wspólne Święta okraszone mnóstwem zasad i słów „muszę”, „powinnam”, „wypada”, „nie mogę” mogą być dla wielu osób trudne i nieprzyjemne. Szczególnie, gdy w tym okresie powracają napięcia czy konflikty rodzinne podlewane jeszcze wzajemnymi oczekiwaniami a propos przeżywania Świąt.

Może więc warto tę okazję wykorzystać do zaobserwowania, jak się czujemy, gdy dzięki pandemii możemy spędzać Święta tak, jak chcemy i potrzebujemy? Może to da nam siłę do znalezienia w sobie asertywności następnym razem?

Pandemia i Święta, które rządzą się niezmiennymi od lat rytuałami, pokazały nam, że warto być elastycznym. Nie planować życia na sztywno. Jak się tego uczyć? Nie u każdego elastyczność psychologiczna jest cechą wrodzoną… To trudne pytanie, nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. To zależy, skąd ta sztywność wynika i jak bardzo jest nasilona. Na pewno są tu duże różnice indywidualne, ale ogólnie ujęłabym to w ten sposób, że pandemia większości z nas odebrała poczucie bezpieczeństwa. Każdy inaczej to znosi i inaczej sobie z tym radzi. Być może jest to moment na zastanowienie się, na czym to swoje poczucie bezpieczeństwa do tej pory opieraliśmy i czy warto coś tu zmienić. Ale jest też mnóstwo sytuacji, w których ludzie walczą o byt i wszystkie ich siły i cała elastyczność skupia się na znalezieniu sposobu na przetrwanie. Bądźmy więc wyrozumiali i życzliwi – dla samych siebie i dla siebie nawzajem. Wiosenny lockdown pokazał, że łatwiej jest być w trudnych czasem razem i wspierać się. To, co dla nas jest drobnym gestem, komuś na kwarantannie lub w trudnej sytuacji życiowej może nie tylko realnie pomóc, ale również przynieść dużo nadziei i otuchy.

Przewlekłość tej „covidowej” sytuacji wydaje się nie mieć końca… Rzeczywiście, jednym z najtrudniejszych aspektów pandemii jest związana z nią niepewność. Myślę jednak, że jako społeczeństwo całkiem dobrze sobie z tą niepewnością radzimy i robimy wszystko, co możemy, żeby sobie z nią poradzić i dostosować się do zmieniającej się z chwili na chwilę rzeczywistości.

Warto jeszcze zapytać: co dobrego mogą nam dać te „wyjątkowe” Święta? Nie wiem – to już jest pytanie do każdego z nas, zresztą wydaje mi się, że dosyć osobiste i intymne. Na pewno warto je sobie zadać. Mam nadzieję, że mimo trudnych okoliczności, wielu wyrzeczeń, stresu i zmęczenia, uda się jednak każdemu z nas znaleźć powody do wdzięczności, sposoby na bycie blisko pomimo odległości, czy odpowiedzi na ważne dla siebie pytania, które dotąd - gdy Święta odbywały się w ten sam sposób – pozostawały bez odpowiedzi.

Marta Mizera: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie SWPS oraz logoterapii w Institute of Biofeedback and Noo-psychosomatic w Lublinie. Obecnie w trakcie Studium Psychoterapii oraz Szkoły Psychoterapii Grupowej w Laboratorium Psychoedukacji. 

  1. Kultura

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” ze Złotym Lwem na Festiwalu w Gdyni

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)
Animacja "Zabij to i wyjedź z tego miasta" została najlepszym filmem konkursu głównego 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jej twórca, Mariusz Wilczyński, pracował nad nią przed kilkanaście lat. Czym jest tytułowe „to” dla reżysera i czy każdy z nas nosi w sobie jakieś „to”, z którym trzeba się rozprawić? Odpowiedzi szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W filmoterapii traktuję film jako narzędzie, ważne są dla mnie emocje, o których warto porozmawiać. Intencje reżysera czy sama opowieść schodzą na plan dalszy, nie skupiam się na nich. Wobec animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego to założenie upada, bo nie dostrzegłam w nim żadnej artystycznej kreacji, a jedynie prawdę. Z punktu widzenia psycholożki uważam poznanie prawdy o sobie i akceptację jej za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie. Grażyna Torbicka:
To na pewno specyficzny film, bo ekstremalnie osobisty. Mariusz Wilczyński pokazuje się nam tu bez żadnej zasłony. Zawsze rozmawiamy o filmach pod kątem terapeutycznym i myślę, że „Zabij to” jest dla reżysera terapią pozwalającą wyzwolić się ze wszystkich rzeczy, które były dla niego ważne, które były radością, ale też smutkiem i ciężarem. Mam wrażenie, że artystycznie zmierzył się z tym wszystkim, co kłębiło mu się w głowie i być może nawiedzało go podczas koszmarów nocnych.

Z kolei w szerszym kontekście widzimy tu Polskę z okresu dorastania twórcy. Jestem bardzo ciekawa tego, czy Mariusz Wilczyński po skończeniu dzieła czuje się jakoś inaczej. Skoro tworzył ten film prawie 14 lat, czym były dla niego te lata? Te spotkania z dzieciństwem i różnymi wspomnieniami. Czy kiedy już przetworzył te doznania w obraz w połączeniu z muzyką i nadał swoim wspomnieniom konkretny kształt – to jakoś inaczej na nie spojrzał? Chciałabym go o to zapytać.

Reżyser domyka tu różne sytuacje ze swojego życia, na przykład spotyka rodziców.
Ten film wydaje mi się swego rodzaju marzeniem sennym, które realizuje się na naszych oczach. Również dobór postaci, które twórca  zaprosił do dubbingu, jest, moim zdaniem, formą dedykacji, oddania hołdu. Krystyna Janda, Andrzej Wajda, Marek Kondrat, Anja Rubik, Małgorzata Kożuchowska, Daniel Olbrychski, Irena Kwiatkowska, Magda Cielecka, Anna Dymna, Barbara Krafftówna – to taki osobisty album Mariusza Wilczyńskiego, wypełniony postaciami z polskiej kultury, które dla niego dużo znaczą.

Postać matki bohatera w starszym wieku mówi głosem Barbary Krafftówny. Podobno gdy Mariusz Wilczyński był mały, mama włączała mu bajki w interpretacji Barbary Krafftówny i właśnie dlatego zaproponował jej tę rolę. Bardzo poruszyło mnie, gdy się dowiedziałam, że scenę ze słowami: „pa, pa, syneczku”, która tak mocno wybrzmiała na ekranie, aktorka nagrywała dzień po tym, jak dostarczono jej urnę z prochami syna...
Mariusz Wilczyński przywiązuje duże znaczenie do takich symbolicznych, niemalże metafizycznych zdarzeń. I może właśnie dlatego to krótkie „pa, pa, syneczku” nabiera dla nas takiego znaczenia. Reżyser jest człowiekiem niezwykle wrażliwym, wiem, że wiele go kosztowało poddanie ocenie widzów każdego z wcześniejszych filmów, i tym bardziej podziwiam, że zdecydował się na wypowiedź tak osobistą. Są artyści dla których sam proces tworzenia jest w pewien sposób autoterapeutyczny. Michael Haneke powiedział kiedyś, że robienie filmów jest dla niego lepsze niż kozetka u psychoanalityka. Reżyserowanie tak zawiłych psychologicznie i mrocznych obrazów pozwala mu się od tej ciemności uwolnić.

A gdybyś miała wejść w ten film osobiście, tak jak zawsze to robimy, jako Grażyna Torbicka, to który z wątków poruszył cię tu najmocniej?
Trudno powiedzieć, bo najpierw próbowałam oswoić świat bohaterów żyjących obok siebie i kompletnie sobie obcych, pozbawionych empatii. Obraz smutnego, nieprzyjaznego miasta, w którym wszyscy są zmęczeni życiem. Potem rytm tej opowieści zaczął działać i wciągać mnie coraz głębiej, i wtedy pojawiła się para Kizi-Mizi i podróż pociągiem, czyli ucieczka z tego miasta. Świetna scena, ona i on – para z długim stażem, a ile między nimi miłości! Dodatkowym smaczkiem jest głos Andrzeja Wajdy, a potem Marka Kondrata podrabiającego Wajdę. Takie  przełamanie nastroju w idealnym momencie jest mistrzowskie.

Wszystko zaczyna się od doświadczenia bólu dziecka, potem jest cierpienie i śmierć bliskich, a później jest już tylko lepiej. Myślisz, że z perspektywy reżysera  idziemy w stronę światła?
Sceny „w stronę światła”, o których teraz mówisz, postrzegam raczej jako marzenia senne. Na przykład w pewnym momencie wydaje nam się, że widzimy koło ratunkowe, które płynie na wodzie, a później dostrzegamy szarfy z pożegnaniem. Odebrałam to jak sen, bo myślę, że w którymś momencie życia, gdy robimy podsumowanie – zaciera się nam, co było naprawdę, a co jest tylko wytworem naszej wyobraźni. Być może wolimy, żeby było tak, jak nam się wydaje, że było. Zresztą jako psycholożka najlepiej wiesz, jak wrażliwa na zakłamania jest nasza pamięć...

Dla mnie takim czułym punktem była bliskość z drugim człowiekiem. Mocno utożsamiam się z bohaterem, który mówi w biegu swojej matce: „pa, pa, mamusiu” i wychodzi zajęty swoimi sprawami.
Być może teraz jako dojrzały człowiek widzi i rozumie, że wtedy poświęcał matce za mało uwagi i nie potrafił zrozumieć jej troski. Była dla niego czymś tak oczywistym, że nawet troszkę go to mierziło. To naturalne, że dopiero w pewnym momencie życia rozumiemy, że troska jest ważna. Tak już jest, że młodzi ludzie nie zawsze dostrzegają potrzebę kontaktu z rodzicami. Mają przecież tyle spraw przed sobą, a świat tak mocno wiruje; refleksje przychodzą trochę później. I byłoby fatalnie, gdyby ludzie byli starzy już za młodu!

Mnie to mocno uderzyło, miałam poczucie, jakby matka chciała jeszcze z nim pobyć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego on nie dostrzega tej jej potrzeby bliskości. Pomyślałam, że może zamknął się na relacje z matką w dzieciństwie. Moim zdaniem przytłaczała syna własnymi emocjami i on przed tym uciekał.
A może młodego Mariusza, który ma w głowie milion pomysłów i mimo że jest teraz z matką w pokoju,  już coś goni, chciałby już robić coś innego? Ale jednocześnie zachowuje przy tym niezbędną etykietę: „pa,, pa, mamusiu, buziaczki”...

A co twoim zdaniem właściwie mamy w sobie „zabić” albo co próbuje zabić w sobie reżyser? Ego? Ból z dzieciństwa? Lęk?
Nie ma jednej odpowiedzi, dlatego to tak fascynujące. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” może znaczyć: rozpraw się ze wszystkim, z czym kojarzy ci się dzieciństwo. Spójrz na to, co cię ukształtowało, do kogo masz pretensje, czego nie  chciałbyś przeżyć, a do czego chciałbyś wrócić. Zrób podsumowanie i zostaw to. Może wtedy będzie inaczej...

Zastanawiam się, w jaki sposób ten film może być dla nas terapeutyczny. Bo we mnie wywołał wielką wdzięczność za życie. Poczułam, że w dniu urodzin dostajemy w prezencie cały świat.
Tylko że jest tyle różnych światów... A mówiąc szerzej, uważam, że film nie pozostawia złudzeń co do tego, jak wygląda życie człowieka. Ja zobaczyłam w nim głównie ból i cierpienie. Czyli może jest terapeutyczny w tym sensie, że mówi nam: „nie łudź się, że jest inaczej”?

Czy tak osobiste kino jest trochę ciaśniejsze dla widza, jeśli chodzi o filmoterapię i wypełnianie go swoimi emocjami, bo kieruje uwagę w stronę reżysera? Miałam podobną refleksję po filmie „Ból i blask” Pedra Almodovara.
Bo „Ból i blask” również pokazuje życie jako ciąg spotkań z sytuacjami, które są piękne, ale tylko przez chwilę. Bo im są piękniejsze, tym większy czujemy ból, gdy się kończą. Oczywiście wszystko zależy od tego, jakie masz oczekiwania wobec życia. Dlatego warto zadać sobie pytanie: na jakie oczekiwania wobec życia mnie stać?

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Zdrowie

Jak troszczyć się o serce? Pytamy kardiologa Piotra Nikodema Rudzińskiego

Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. Orina Krajewska pyta kardiologa dr Piotra Nikodema Rudzińskiego o to, jak otoczyć je troską.

Czy powiedzenie „pęknięte serce” lub „złamane serce” ma swoje uzasadnienie medyczne?
Coraz częściej wskazuje się na zależności umysłu i serca. Ostatnio dużo mówi się zwłaszcza o „zespole złamanego serca”, czyli kardiomiopatii stresowej, jeszcze inaczej „zespole takotsubo” – od nazwy japońskiego naczynia do połowu ośmiornic, do którego japońscy badacze porównali obraz widoczny w echokardiografii dotkniętego tym stanem serca. Jest to choroba zdecydowanie częściej występująca u kobiet. Wywołana jest dużym stresem fizycznym, takim jak rozległy uraz, wypadek komunikacyjny czy operacja, ale też psychicznym, czyli śmiercią bliskiej osoby, rozstaniem czy problemami w pracy. Stresem nazywamy tu ogromne, traumatyczne emocje lęku, żalu, smutku czy gniewu. Co ciekawe, w literaturze opisywane są też przypadki osób poddanych nadmiernym, lecz przyjemnym emocjom, które doprowadziły do opisywanego zespołu.

Wyjątkowo przyjemne emocje również mogą złamać nam serce?
Chodzi prawdopodobnie o odczucia ekstatyczne. To stany, które mogą być ekwiwalentem stresu dla organizmu. Przyspieszona akcja serca, skurcz naczyń krwionośnych, wydzielanie pewnych grup hormonów – to efekty nadmiernych emocji. Zazwyczaj łączymy je tylko ze stanami powszechnie uznawanymi za negatywne, jednak ciekawe jest to, że w nadmiarze również te pozytywne emocje mogą być dla nas niebezpieczne. Zespół złamanego serca do złudzenia przypomina klasyczny zawał serca. Całe szczęście ma łagodniejszy przebieg i przeważnie nie pozostawia trwałych skutków ubocznych. Zmiany cofają się samoistnie po ustąpieniu bodźców stresowych i uspokojeniu emocji. Chociaż wiemy coraz więcej o kardiomiopatii stresowej, jej dokładny mechanizm nie został w pełni poznany.

Co jeszcze wiemy o wpływie emocji na serce? W języku funkcjonuje mnóstwo powiedzeń związanych z sercem i emocjami, jak na przykład „mam kogoś w sercu”.
Wydaje mi się, że ludzie wiążą aktywność serca z emocjami chociażby dlatego, bo pod wpływem emocji mogą poczuć jego szybsze bicie, a nawet czasami zobaczyć skurcze w postaci ruchu koniuszka serca na powierzchni klatki piersiowej. Kiedy się zakochamy lub przestraszymy, czujemy jego kołatanie. Można przyłożyć głowę do serca drugiej osoby i usłyszeć, jak podczas miłego wieczoru głośniej lub szybciej bije. Badania HeartMath wykazały, że różne wzorce aktywności serca towarzyszące różnym stanom emocjonalnym mają wyraźny wpływ na funkcje poznawcze i emocjonalne. Przykładem może być osoba z obniżonym nastrojem lub depresją po przebytym zawale serca. Bardziej uporządkowana i stabilna aktywność serca ma istotny wpływ na funkcjonowanie mózgu, wzmacnia funkcje poznawcze i kognitywne, uwagę, percepcję, pamięć, pozytywne uczucia i stabilność emocjonalną.

Innymi słowy, nie tylko serce reaguje na mózg, ale mózg może reagować na aktywność serca?
Wpływ mózgu na serce znakomicie obrazuje badanie przeprowadzone z udziałem tybetańskich mnichów buddyjskich, opublikowane w 2019 roku w renomowanym czasopiśmie naukowym „Cerebral Cortex”. Pokazano w nim, że dzięki wieloletniej praktyce medytacji można w kontrolowany sposób spowolnić częstość akcji serca do sześciu uderzeń na minutę. W kardiologii używamy do tego czasami specjalnych leków, tzw. b-blokerów. Oczywiście gdyby zgłosił się do nas pacjent z tak skrajnie niską częstością pracy serca, raczej myślelibyśmy o pilnym wszczepieniu stymulatora. Niemniej jednak badanie to w fascynujący sposób pokazuje, do jakiego stopnia można wyćwiczyć i kontrolować mechanizmy na linii mózg–serce. W organizmie ludzkim nieustannie dochodzi do niezliczonej ilości procesów, a zdecydowana większość z nich odbywa się poza naszą świadomością, bez naszej woli. Dlatego tak ważne jest, aby świadomie wpływać na te obszary, na które możemy oddziaływać.

To prawda, że choroby układu sercowo-naczyniowego od lat pozostają najczęstszą przyczyną zgonów w Europie, Stanach Zjednoczonych i krajach rozwiniętych?
Tak, a według danych GUS w Polsce odpowiadają za 46 proc. wszystkich zgonów. Co ok. 9 minut jeden Polak umiera z powodu zawału serca, udaru mózgu czy niewydolności serca. Jest to znacznie wyższa częstość zgonów niż ta spowodowana chorobami nowotworowymi czy chorobami układu oddechowego. Do najczęstszych chorób układu krwionośnego zaliczamy nadciśnienie tętnicze oraz chorobę wieńcową, nazywaną przez pacjentów wieńcówką, czyli miażdżycę tętnic dostarczających krew do mięśnia sercowego. Choroby serca i naczyń należą do grupy chorób cywilizacyjnych, dlatego w krajach rozwiniętych ich współczynnik jest najwyższy. Tam króluje złe odżywianie (szczególnie warto podkreślić nadużywanie soli, cukrów prostych, występujących w wysoko przetworzonej żywności tłuszczów trans) oraz brak regularnej aktywności fizycznej. Bez odpowiedniej edukacji i profilaktyki nawet najlepsze leki i metody będą niewystarczające.

Czyli bez zmiany na poziomie stylu życia nawet najnowocześniejsze medyczne rozwiązania nie dadzą nam gwarancji na bycie zdrowym?
Niebezpieczne jest to, że przy tempie, w jakim żyjemy obecnie, potrafimy skutecznie ignorować sygnały płynące z organizmu. Symptomy ze strony układu sercowo-naczyniowego z biegiem czasu się nasilają. Nawet jeżeli ktoś bagatelizuje je przez jakiś czas, w końcu uderzą tak silnie, że nie sposób ich będzie przeoczyć. Ale wtedy to będzie już dosyć późne stadium.

Na jakie objawy powinniśmy być wyczuleni?
Można powiedzieć, że ile chorób serca, tyle różnych objawów. Choroba wieńcowa może się manifestować zaledwie szybkim męczeniem się, ale też bólem w klatce piersiowej występującym po wysiłku, zdenerwowaniu czy nawet wyjściu na zimne powietrze. Z kolei przewlekłe nadciśnienie tętnicze zazwyczaj nie boli, choć czasami przy dużych wzrostach jego wartości mogą wystąpić bóle głowy czy bóle w klatce piersiowej. Inną grupą objawów może być kołatanie serca, uczucie niemiarowości czy nawet utrata przytomności, co wskazuje na zaburzenia rytmu. W niewydolności serca natomiast obserwuje się duszność, narastające obrzęki kończyn dolnych, nabieranie masy ciała.

Powiedzieliśmy już o tym, że na zły stan serca wpływa bezpośrednio złe odżywianie…
Niestety większość osób, które przyjmujemy na oddziale, to pacjenci zdrowotnie zaniedbani, czyli otyli, z wysokim poziomem cholesterolu i glukozy we krwi, zmagający się z uzależnieniem od papierosów, często nadużywający alkoholu.

Chyba powinniśmy podkreślić jeszcze wpływ stresu.
Oczywiście stres, zarówno przewlekły, jak i krótkotrwały, ma ogromny wpływ na kondycję układu sercowo-naczyniowego. Obydwa stany, pomimo odrębnych mechanizmów, mogą teoretycznie doprowadzić do zawału serca. Życie w napięciu skutkuje stale podwyższonymi wartościami ciśnienia tętniczego oraz hormonów stresowych, takich jak kortyzol (jego wysokie stężenie ma negatywny wpływ na serce). W badaniu INTERHEART wykazano, że przewlekły stres jest niezależnym czynnikiem zawału serca i to nawet u osób kardiologicznie zdrowych – czyli bez stwierdzonej choroby układu krążenia. Z kolei nagły stres może doprowadzić do odruchowego skurczu tętnic  wieńcowych i niedokrwienia mięśnia sercowego czy nawet pęknięcia blaszki miażdżycowej i zawału serca. Oczywiście rozwój każdej choroby jest wieloczynnikowy i trzeba mieć tego świadomość. Ciekawie obrazuje to koncepcja Lalonde’a, która mówi, że do ogólnego stanu zdrowia przyczyniają się cztery główne filary. W 50 proc. warunkuje nas styl życia, w 20 proc. czynniki genetyczne i biologia człowieka; środowisko fizyczne to 20 proc.; 10 proc. stanowi organizacja opieki zdrowotnej. Dokładne wytyczne co do prewencji chorób układu sercowo-naczyniowego co kilka lat publikuje Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Dr n. med. Piotr Nikodem Rudziński, pracownik Kliniki Choroby Wieńcowej i Strukturalnych Chorób Serca Narodowego Instytutu Kardiologii w Warszawie. Swoje badania naukowe z zakresu choroby wieńcowej i zastawkowych chorób serca prowadził na austriackim Uniwersytecie Medycznym w Wiedniu oraz amerykańskim Uniwersytecie Medycznym w Charleston.