1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego unikanie stresu jest nieefektywne?

Dlaczego unikanie stresu jest nieefektywne?

123rf.com
123rf.com
Otóż człowiek silny, kompetentny, o wysokim poczuciu własnej wartości sam potrafi rozwiązywać swoje problemy i stawiać czoła trudnym sytuacjom. Natomiast ludzie słabsi, o niskiej samoocenie, unikają konfliktów, trudnych sytuacji, ponieważ boją się popełniania błędów.

Jeżeli wziąć pod uwag taki właśnie schemat działania, to ktoś, kto unika stresu, uważa się za osobę słabą, co dodatkowo obniża jego wiarę we własne siły. Im więcej uników stosuje, tym bardziej się boi, że sobie nie poradzi. Nie może nabrać doświadczenia w rozwiązywaniu trudnych sytuacji, ponieważ nie daje sobie szansy, żeby się sprawdzić. Pojawia się lęk przed stresem, w efekcie człowiek taki zaczyna się bać samego lęku, nakręcając spiralę ostrożności i napięcia nerwowego. Ilość sytuacji stresogennych zaczyna się mnożyć, a koszty fizyczne i psychiczne stają się coraz silniejsze. Począwszy od kołatania serca i drżenia rąk, poprzez brak koncentracji, bóle brzucha, głowy, zwiększone ciśnienie krwi, przewrażliwienie, aż po spadek efektywności pracy. W trudniejszych przypadkach lęk przed stresem może powodować objawy paniki, chęć ucieczki, depresję lub nerwicę.Wyrobienie w sobie odpowiednich mechanizmów działania w sytuacjach stresogennych oraz poczucia, że potrafimy poradzić sobie ze stresem, wcale nie jest takie trudne, a w miarę zdobywania doświadczenia staje się coraz łatwiejsze. Niektórzy ludzie w zetknięciu z trudnymi, stresującymi sytuacjami rozwijają w sobie szereg działań przystosowawczych, inni zaś ulegaj stanom patologicznym (obniżony nastrój, brak wiary we własne siły, depresja lub lęk przed podejmowaniem decyzji). Profesor Martin Seligman stworzył teorię depresji, która według niego jest następstwem wielokrotnie powtarzających się niepowodzeń. Osoby z objawami depresji często rezygnują z prób zmiany obecnej sytuacji, ponieważ są przekonane, że wszelkie działania i tak zakończą się niepowodzeniem.

Z kolei brak działania wzmacnia przekonanie o niepowodzeniach, a one z kolei wzmacniają niechęć do działania. Człowiek taki w sytuacji stresującej z góry zakłada, że sobie nie poradzi, i nawet nie próbuje podjąć próby stawienia czoła temu wyzwaniu. Z kolei brak podejmowania prób i pozytywnych efektów jest dla niego jasnym dowodem na to, że sytuacje trudne go przerastają , więc nawet nie warto podejmować działania. Nazywa się to efektem błędnego koła. Brak działania w sytuacjach stresujących jest prostą drogą do wyuczonej bezradności, lęku przed podejmowaniem decyzji oraz obniżenia poczucia własnej wartości.

Ludziom, którzy boją się podejmować działanie w sytuacjach trudnych ze względu na lęk przed porażką i brak doświadczenia, zawsze powtarzam, że wytrawnym negocjatorem jest nie ten, kto ma szczęście, ale ten, kto wiele negocjacji rozłożył, ale wyciągnął wnioski z porażek, wiele razy próbował, podnosił poprzeczkę i dzięki temu zdobył doświadczenie. Innymi słowy, bez trudnych sytuacji i nauki płynących z porażek nie można mówić o doświadczeniu i pewności w działaniu.

Wniosek: Podejmuj decyzje, działaj, wyciągaj wnioski z błędów, dzięki czemu zdobędziesz doświadczenie i pewność siebie w tym, co robisz.

Fragment pochodzi z książki „ Mój kawałek raju, czyli jak wybrać dobre życie” , Sensus 2017, s.104

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Czy CBD może pomóc na stres?

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Stres nie tylko powoduje  napięcie czy zdenerwowanie – może także przyczyniać sie do bólów głowy, w tym migreny, a także bezsenności czy nawet problemów z trawieniem. Przewlekły odczuwanie nadmiernych poziomów stresu może prowadzić do poważnych konsekwencji dla naszego zdrowia. CBD znane jest ze swoich właściwości, które pomagają naszemu organizmowi się zrelaksować, co poprawi samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne. Jeżeli Twój tryb życia sprzyja nadmiernemu stresowi, warto wkomponować w niego dzienną dawkę CBD.

Jak stres wpływa na nasze zdrowie?

Poczucie stresu to odczuwanie ciągłego napięcia i bycia „pod presją”. Jego źródłem mogą być różne sytuacje życia codziennego: praca, życie prywatne, problemy finansowe czy zdrowotne. Bez względu na źródło stresu, jego skutki mogą być podobne.

Początkowo stres odczuwamy jedynie w postaci poczucia zmartwienia i napięcia. Często nie możemy nawet na chwilę zapomnieć o naszych problemach, co może przekładać się na problemy z zasypianiem i bezsenność. Poczucie przytłoczenia problemami może odzwierciedlać się w naszej postawie – często podświadomie napinamy mięśnie czy zaciskamy zęby. To może prowadzić do odczuwania bólu mięśni i kręgosłupa, a także do uszkodzeń szkliwa, a w konsekwencji próchnicy.

Stres ma tez konsekwencje, które nie są od razu odczuwalne i mogą pojawić się dopiero po latach takiego trybu życia – nadciśnienie tętnicze czy problemy gastrologiczne takie jak np. wrzody żołądka.

Wpływ CBD na nasz poziom stresu

CBD to substancja naturalnie występująca w roślinach konopi substancja. Jest to kannabinoid, który jest dobrze przyswajany przez ludzki organizm – obecny w naszym ciele układ endokannabinoidowy sam je produkuje. Ten układ, choć mało znany, odpowiada za zachowanie w naszym organizmie homeostazy, czyli stanu równowagi.

Ciśnienie krwi, nasz sen, odczuwany przez nas nastrój – czyli wszystkie funkcje, na które destrukcyjny wpływ ma stres – są regulowane właśnie przez układ endokannabinoidowy. Przyjmowanie CBD może pomóc z odzyskaniu tego stanu równowagi.  Jak CBD wpływa na odczuwany przez nas stres?

- poprawia nastrój: CBD bezpośrednio wpływa na nasz nastrój, dlatego też może zredukować odczuwanie napięcia, przytłoczenia i zdenerwowania;

- uspokaja: dzięki CBD możemy przestać nieustannie rozmyślać o naszych stresorach, dzięki czemu łatwiej będzie nam się skupić na obowiązkach lub zwyczajnie na chwilę odpocząć od powracających czarnych scenariuszy;

- pomaga się zrelaksować: kiedy odczuwamy silny stres, relaks i odpoczynek są praktycznie niemożliwe. CBD może powodować odczucie wewnętrznego spokoju, dzięki czemu będziemy mogli w końcu zrelaksować nie tylko nasz umysł, ale także mięśnie i spokojnie zasnąć.

Przyjmowanie CBD na stres

Jeżeli uważasz, że możesz skorzystać na przyjmowaniu CBD w celu ograniczenia skutków stresu, musisz najpierw znaleźć dla siebie odpowiedni produkt. Obecnie CBD występuje w przeróżnych formach – począwszy od klasycznych olejów, przez olejek CBD zamknięty w wygodnych kapsułkach, aż po kosmetyki z dodatkiem CBD. Dawkowanie każdego z nich jest zupełnie indywidualną kwestią, dlatego też warto zacząć od mniejszej dawki i obserwować jej efekty, a następnie ewentualnie ją zwiększać.

Bardzo ważne jest także wybranie odpowiedniego produktu – ponieważ CBD ciągle ma status suplementu diety, nie wszyscy producenci poczuwają się do obowiązku przestrzegania standardów. Warto poszukać firmy, która oferuje produkty CBD najwyższej jakości – tak, aby nie tylko nam nie zaszkodziły, ale możliwie jak najbardziej pomogły.

Dobre produkty CBD

Szukając najlepszych produktów CBD, warto zwrócić uwagę na ofertę firmy Cibdol. Pełną ofertę produktów CBD znajdziemy na stronie: https://www.cibdol.pl. Ta marka jest znana od lat na europejskich rynkach ze swojej wysokiej jakości wyrobów CBD. Do produkcji używane są wyłącznie organiczne uprawiane konopie, a wszystkie produkty przechodzą testy w niezależnych laboratoriach. Dzięki temu klienci mogą mieć pewność, że wskazywane przez producenta stężenie CBD w produkcie rzeczywiście jest zgodne z prawdą, a same produkty są wolne od toksyn i metali ciężkich.

  1. Psychologia

Skąd się biorą zestresowane dzieci?

Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. (Fot. iStock)
Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. (Fot. iStock)
Za radzenie sobie ze stresem odpowiedzialne są siła i odporność psychiczna. A one nie są dane raz na zawsze. Dlatego rodzice nadwrażliwych dzieci powinni podejść do tego problemu zadaniowo: Co muszę dla dziecka zrobić, żeby sobie lepiej w życiu radziło – mówi Katarzyna Kloskowska-Kustosz, coach i właścicielka firmy badawczo-doradczej 4 Business & People, mama dorosłej Zosi.

Artykuł archiwalny.

Czy współczesne dzieci są zestresowane?
Tak. Czasami słyszy się opinie: Dzieci to mają fajnie, bo żyją bezstresowo. Ja się z tym nie zgadzam. Bo co to jest stres? Reakcja organizmu na stawiane mu wymagania, przy czym dużą rolę odgrywa tu rozbieżność między wymaganiami a wynikami. A wymagania stawiane dzieciom są ogromne. Zdecydowanie więc stres dotyczy również dzieci, i małych, i dużych.

Jakie są jego przyczyny?
Presja sukcesu, rywalizacja, zbyt duże nastawienie na wyniki. Drugie źródło to poczucie winy, że nie spełniam oczekiwań. A często spełniać nie mogę, bo te oczekiwania są wygórowane. Kolejna przyczyna stresu – wymaganie od dzieci, że będą się zachowywać, myśleć jak dorośli, co nie daje im szansy na to, żeby pobyły dziećmi.

Szkoła też dostarcza sporej dawki stresu.
To prawda. Dzisiaj dzieciom jest trudniej, bo wymaga się od nich nie tylko zwykłego odrabiania lekcji, ale większego zaangażowania, myślenia całościowego. I to dobrze. Szkopuł tylko w tym, że dzieci nie otrzymują wsparcia, że nie uczy się ich, jak się uczyć, że często są pozostawione same sobie.

Jak pomóc dzieciom w radzeniu sobie ze stresem?
Moja firma 4 Business & People prowadzi badania nad siłą i odpornością psychiczną. Badamy ich wpływ na różne sfery życia, także dzieci. Okazuje się, że siła i odporność psychiczna przekładają się na sukcesy, na radzenie sobie w życiu. Jeśli są duże, to radzimy sobie ze stresem, a jeśli radzimy sobie ze stresem, to udaje nam się osiągnąć tyle, ile zamierzaliśmy.

Co składa się na naszą siłę i odporność psychiczną?
To zdolność do osiągania wyników i szczytowej formy pomimo presji, trudności i przeszkód. Dlatego jest to jeden z ważniejszych sposobów radzenia sobie ze stresem. Na siłę i odporność psychiczną składa się kilka czynników. Po pierwsze, podejście do wyzwań. Osoby z wysokimi wynikami w tym zakresie lubią zmiany, widzą w nich szansę na rozwój, na przeżycie czegoś fajnego. Osoby unikające zmian czują się dobrze w znanym, przewidywalnym środowisku. I tu rodzice mogą zrobić bardzo wiele, bo podejście do wyzwań to jeden z ważniejszych elementów decydujących o radzeniu sobie w życiu.

Jak możemy wpłynąć na dzieci, by chciały podejmować wyzwania?
Duże znaczenie ma kształtowanie wzorów właściwych postaw wobec tego, co się dzieje w świecie. Bo jak się na ogół do czegoś ustosunkowujemy? Przyjmujemy postawę krytyków albo wchodzimy w rolę ofiary i biernie obserwujemy albo też stajemy się nawigatorami: jest, jak jest, pomyślę, co w tej sytuacji mogę zrobić. Rodzice powinni pokazywać, że można podchodzić do zadań konstruktywnie.

Czyli zaświadczać to własnym przykładem?
Tak. Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. Warto przy tym pamiętać, że zachowania negatywne mogą nam się zdarzać. Chodzi o to, żeby nauczyć się przez nie przechodzić i sobie z nimi radzić. Dziecko płacze, krytykuje nas, bo jest w trudnej sytuacji? Prezentuje dość typową postawę. Nie wolno wtedy robić tego, co ono, czyli na przykład krzyczeć, tylko spokojnie tłumaczyć, co zaszło, i wspólnie szukać wyjścia. Postawa nawigatora, który myśli konstruktywnie i działa, powoduje, że problem udaje się rozwiązać. A kiedy rozwiązujemy problem, znika też stres. Dzieci stresuje to samo, co nas, tylko my mamy wypracowane, mniej lub bardziej skuteczne, sposoby radzenia sobie w takich sytuacjach. Dzieci natomiast ciągle się tego uczą, dlatego bardzo potrzebują wsparcia, przytulenia, powiedzenia: teraz czujesz się skrzywdzony, ale zastanówmy się, co możemy zrobić. Takie kreowanie inicjatywy jest niesłychanie ważne.

Wróćmy do siły i odporności psychicznej. Drugim czynnikiem jest tu poczucie wpływu. Czy mam wpływ na własne życie? Na to, co mnie otacza? Czy umiem kontrolować emocje? Z kontrolowaniem emocji u dzieci może być trudno ze względu na labilny system nerwowy, ale można i trzeba uczyć je spokojnych reakcji. Na przykład zaproponować: Zanim coś powiesz, weź kilka głębszych oddechów, policz do dziesięciu. Osoby z niską siłą i odpornością psychiczną często trzymają emocje na wodzy, ale potem wybuchają i przenoszą złość na innych. Natomiast te z wysoką potrafią zarządzać emocjami, przyglądać się, co się z nimi dzieje. I jeśli chcą, to je wyrzucają na zewnątrz, a jeśli nie, to je powstrzymują. Dzieci często nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Dlatego warto uczyć je nazywania emocji: Wygląda na to, że jesteś zła, rozżalona, zazdrosna i tak dalej. Dajemy im w ten sposób możliwość bardziej świadomego przyjrzenia się swoim reakcjom i porozmawiania o tym, co przeżywają. Trzeba też pokazywać, że są czynniki, na które nie mamy wpływu, więc nie ma sensu się nimi denerwować. Tu natomiast, gdzie wpływ mamy, trzeba podjąć działania. Kolejnym czynnikiem siły i odporności psychicznej jest wytrwałość, zaangażowanie w dążeniu do celu. Osoby z wysokimi wynikami w tym obszarze nie poddają się pod wpływem przeszkód, co więcej – te przeszkody je motywują. I tu znowu ogromna rola rodziców, żeby motywować dzieci do wytrwałości. Najbardziej sprawdzają się pochwały, nagrody.

 
A nam, niestety, na usta zawsze ciśnie się krytyka.
Krytyka, nakazy, zakazy zabijają poczucie wpływu, rodzą wyuczoną bezradność. Dzieci przyjmują rozkaz i nie ma już miejsca dla nich, ich inicjatywy, kreatywności. Oczywiście najlepszy jest złoty środek – równowaga pomiędzy dyscypliną a swobodą, wyznaczaniem granic a dawaniem wolności, strefą naszego wpływu a samodzielnym decydowaniem dzieci.

Czy badania mówią coś o wpływie poczucia wartości na to, jak dziecko radzi sobie w szkole i życiu?
Tak. Poczucie wartości to czwarty składnik siły i odporności psychicznej – składają się na nie pewność swojej wiedzy i umiejętności oraz pewność siebie w relacjach interpersonalnych. Nasze badania pokazały, że obydwa te rodzaje poczucia wartości bardzo przydają się w życiu. Osoby pewne siebie podejmują się nowych zadań, mimo że często nie mają odpowiedniej wiedzy i umiejętności, ale wierzą, że zdobędą je w trakcie realizacji zadania. Z drugiej strony bywa, że ludzie o wysokich umiejętnościach i kompetencjach wycofują się z działania, bo nie wierzą, że im się uda. Dlatego tak ważne, żeby rodzice wzmacniali w dziecku przekonanie, że potrafi, że w danej dziedzinie jest świetne. Przecież u każdego dziecka można znaleźć taki obszar, w którym się wyróżnia.

Rodzice pilnują, żeby dziecko uczyło się, kształtowało umiejętności. Siłą i odpornością psychiczną raczej nie zaprzątają sobie głowy.
I to, niestety, okrutnie się mści. O sukcesie decydują oczywiście wiedza, umiejętności, ale także siła i odporność psychiczna. Słyszymy czasem o sportowcach mających te same umiejętności, na treningach osiągających te same wyniki. Co sprawia, że podczas zawodów jedni potrafią zwyciężyć, a inni przegrywają? Decydują o tym właśnie siła i odporność psychiczna. Podobnie dzieje się w pracy, w szkole. Marzy mi się, żeby rodzice i nauczyciele znali techniki pomagające dzieciom wzmacniać siłę i odporność psychiczną. W Wielkiej Brytanii, z którą współpracujemy, uczy się już tego nauczycieli. To ważne, bo nasze badania pokazują, że dzieci z wyższą siłą i odpornością psychiczną osiągają w szkole lepsze wyniki, są nastawione do życia optymistycznie. Co ciekawe, do pewnego momentu siła i odporność psychiczna rosną wraz z wiekiem tak samo u chłopców, jak i u dziewczynek, ale od 12. roku u chłopców rosną dalej, natomiast u dziewczynek zaczynają spadać.

Dlaczego?
Bo chłopcy silni i odporni psychicznie traktowani są jako przedsiębiorczy, przebojowi, a dziewczynki o takich cechach postrzega się jako niegrzeczne, pyskate, takie, które należy usadzić. Dlatego rodzice powinni szczególnie u córek wzmacniać poczucie własnej wartości, a nie strofować ich za asertywność, odwagę, nonkonformizm.

W ten sposób pomogą też córkom w opanowaniu stresu?
Kiedy poczucie wartości rośnie, stres maleje. Podobnie jest z poczuciem wpływu i wytrwałością. Jeżeli te czynniki rosną, maleje stres, wszystkie badania nam to potwierdzają.

Nadwrażliwcy bardziej się stresują?
Ktoś zdefiniował stres w postaci równania matematycznego – to wrażliwość emocjonalna podzielona przez zasoby plus wsparcie. Dzieci nadwrażliwe muszą mocniej budować swoje zasoby, powinny także otrzymywać większe wsparcie. Rodzice, którzy zauważają, że ich dzieci są nadwrażliwcami, nie powinni się denerwować, tylko podejść do tego zadaniowo: Co muszę dla dziecka zrobić, w co je wyposażyć, żeby sobie lepiej w życiu radziło.

Ograniczać nadwrażliwcom sytuacje stresujące?
Nie. Myślenie, żeby chronić takiego wrażliwca, nie jest dobre. Każde dziecko musi nauczyć się radzenia sobie z trudnościami, a nie ich omijania. Dziecko wrażliwe trzeba tylko „poobkładać poduszkami”. Zawsze należy przyjrzeć się własnym pociechom, zastanowić się, w czym powinniśmy im pomóc. Czasem pracy wymaga poczucie wartości, czasem wytrwałość. Nasze badania pokazują, że młodzi ludzie mają bardzo często dużą pewność siebie, ale ich zaangażowanie i wytrwałość są niskie, co przekłada się na niskie efekty działań, a w konsekwencji rodzi stres. Trzeba też pamiętać, że siła i odporność psychiczna nie są dane raz na zawsze – mogą się rozwijać, ale też spadać. W pierwszym przypadku stres maleje, w drugim – rośnie. Dlatego tak ważne jest wzmacnianie psychiki dziecka.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Zdrowie

Osteopatia pomaga na nerwice i zaburzenia lękowe

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Osteopatia jest jedną z metod walki ze stresem i zaburzeniami lękowymi. Manipulacje ruchowe i uciskowe szybko przynoszą ulgę i prowadzą do znaczącej poprawy. Napięcia występujące w ciele są bardzo często związane z traumami, silnym stresem, wypadkami, urazami, depresją, a osteopatia przywraca organizm do równowagi i pozwala pozbyć się występujących dolegliwości.

Nerwice i zaburzenia lękowe – problem XXI wieku

Nerwice i zaburzenia lękowe dotyczą coraz większej grupy ludzi. Dzisiejszy styl życia, tłumienie emocji, życie w nieustannym stresie powodują, że coraz więcej osób cierpi na różnego typu zaburzenia psychosomatyczne. WHO szacuje, że zaburzenia lękowe są najbardziej powszechne z występujących zaburzeń psychicznych i dotyczą ponad 10% społeczeństwa. Są często wynikiem przeżytych w przeszłości traum, które nieleczone, powodują wiele niekorzystnych objawów. Brak umiejętności wyrażania swoich emocji sprawia, że w ciele kumuluje się niezdrowa energia, a to wywołuje napięcia oraz liczne dolegliwości fizyczne i psychiczne. Nawarstwiające się problemy powodują pojawienie a się irracjonalnego lęku, utrudniającego normalne funkcjonowanie. Występują bóle głowy, zaburzenia w funkcjonowaniu układu pokarmowego, pocenie się, drżenie ciała, a także uczucie ciągłego poirytowanie. Mogą wystąpić problemy z nawiązywaniem kontaktów społecznych, utrudnienia w wykonywaniu zawodu, problemy z koncentracją oraz brak chęci do jakiegokolwiek działania i nieustanne zmęczenie. Terapia zaburzeń psychosomatycznych jest trudna, wymaga pracy pacjenta i terapeuty. Skuteczną metodą, wspomagającą leczenie stanów lękowych jest osteopatia.

Osteopatia – czym się zajmuje?

Osteopatia jest gałęzią medycyny, posiadająca własną historię i własną filozofię. Osteopatia zajmuje się leczeniem zaburzeń układu ruchu, narządów wewnętrznych oraz układu współczulnego. Podstawą tej metody jest holistyczne podejście do człowieka. Osteopaci traktują organizm ludzki jako całość, tak samo odnoszą się do strefy fizycznej, jak i psychicznej. Wierzą w zależność pomiędzy ciałem, psychiką i umysłem. Dzięki temu osteopatia jest skuteczna w leczeniu różnorodnych zaburzeń emocjonalnych m.in. stanów lękowych i nerwic. W trakcie terapii wykorzystywane są głównie techniki manualne, techniki terapii czaszkowo–krzyżowej, techniki energetyzacji mięśni, terapie miękkotkankowe, manipulacje mięśniowo–powięziowe oraz terapia punktów spustowych. Osteopatia jest skuteczna w leczeniu osób w każdym wieku, również dzieci i młodzieży. To dobre rozwiązanie, pomagające zlikwidować skutki długotrwałego stresu. Szybko eliminuje wszystkie napięcie w ciele, zaczynając od głowy, na stopach kończąc. Jest skuteczna w likwidowaniu dolegliwości somatycznych oraz w eliminacji przeciążenia wywołanego stresem.

Terapia czaszkowo–krzyżowa – skuteczna metoda w walce z zaburzeniami psychosomatycznymi

Terapia czaszkowo–krzyżowa polega na równoważeniu pracy układu autonomicznego. Umożliwia odzyskanie równowagi oraz likwiduje dolegliwości fizyczne, które są często wynikiem zakodowanych w organizmie traum. Terapia czaszkowo-krzyżowa skutecznie uwalnia występujące blokady. W trakcie zabiegów dochodzi do usprawnienia cyrkulacji płynu rdzeniowo–mózgowego. Dzięki temu układ nerwowy ulega wyciszeniu, następuje regulacja napięcia oponowego. Pozostałe układy tj. układ nerwowy, trzewny i hormonalny zaczynają lepiej funkcjonować, dochodzi między nimi do równowagi. Powoduje to zmniejszenia pobudliwości autonomicznego układu nerwowego oraz następuje poprawa pracy układu krwionośnego. Pacjenci odzyskują możliwość normalnego funkcjonowania i życia bez lęku.

Terapia czaszkowo–krzyżowa - wskazania

Terapia czaszkowo–krzyżowa ma nieliczne przeciwwskazania, większość pacjentów potwierdza jej skuteczność. Terapia nie może być stosowana u chorych na zapalenie opon mózgowych, pacjentów z tętniakami i guzami występującymi w czaszce, osób po udarze oraz ze świeżymi urazami, wymagającymi interwencji chirurgicznej. Mogą z niej korzystać dzieci, również noworodki, kobiety w ciąży oraz osoby w podeszłym wieku. Wskazaniem do podjęcia terapii są m.in.:
  • zaburzenia nastroju,
  • stany lękowe,
  • nieustanne poirytowanie,
  • problemy ze skupieniem uwagi,
  • bezsenność,
  • bóle niewiadomego pochodzenia,
  • nadpobudliwość,
  • zaburzenia hormonalne,
  • dolegliwości układu ruchowego, w tym kręgosłupa,
  • wady postawy,
  • wzmożone napięcie mięśniowe,
  • brak energii,
  • bóle głowy.
Osteopatia dowodzi, że choroba jednego organu wpływa na pogorszenie stanu całego organizmu, dlatego terapia nie ogranicza się tylko do jednego obszaru. Brana jest pod uwagę całościowa kondycja pacjenta, zarówno psychiczna, jak i fizyczna. Osteopata wie, że przyczyną bólu w jednym obszarze, mogą być problemy z zupełnie inną strefą. Bóle głowy czy problemy z odcinkiem szyjnym kręgosłupa mogą wynikać z napięć spowodowanych długotrwałym stresem, nie muszą być wynikiem urazu czy kontuzji. Zabiegi stopniowo przywracają równowagę całemu organizmowi. Dochodzi do poprawy krążenia, rozciągnięcia tkanek i likwidacji napięć. Poprzez oddziaływanie na system czaszkowy, mięśniowo-szkieletowy i trzewny oraz stymulację funkcji metabolicznych, biochemicznych i krążeniowych, wzrasta zdolność pacjenta do samouzdrawiania.

Na czym polega terapia czaszkowo-krzyżowa?

Terapia czaszkowo-krzyżowa, zwana inaczej terapią cranio-sacralną to technika manualna, która polega na łagodnej manipulacji oraz ucisku. Jej celem jest zminimalizowanie napięć w obrębie czaszki, miednicy, przepony, klatki piersiowej i kości krzyżowej. W leczeniu problemów psychologicznych tj. stany lękowe, nerwice, stany depresyjne po traumach fizycznych, bardzo istotna jest praca na kościach czaszki, która doprowadza do rozluźnienia struktur łącznotkankowych. Napięcie tam zlokalizowane jest przyczyną wielu dolegliwości bólowych. Czaszka gromadzi wszystkie napięcia, które spływają z różnych miejsc ludzkiego ciała. Wykonywane przez osteopatę zabiegi są subtelne i delikatne. Dotyk jest minimalny, ok. 5-gramowy, ale powięź i układ nerwowy bardzo dobrze i skutecznie na niego reagują. Jedna sesja terapii trwa do 60 do 90 minut. Na początku osteopata rozluźnia struktury poprzeczne, a następnie pionowe. Ostatni etap to rozluźnienie opony twardej rdzenia kręgowego i mózgu. W trakcie zabiegów niektórzy pacjenci odczuwają uczucie intensywnego ciepła lub zimna, mrowienie, drętwienie, skurcze mięśni i drżenie kończyn. Mogą pojawić się zawroty głowy. Zdarza się, że pacjenci zasypiają lub przeciwnie, w wyniku wyzwolenia silnych emocji, płaczą lub krzyczą. Po terapii pacjent jest odprężony i naładowany pozytywną energią. Pierwsze efekty zabiegów widoczne są już po jednej sesji, ale największą skuteczność obserwuje się ok. 5-10 zabiegach. Zaleca się, aby terapia odbywała się co 3-5 dni. Końcowym rezultatem jest całkowite rozluźnienie powięzi i uregulowania rytmu cranio-sacralnego.

Niemal każda osoba może się poddać terapii czaszkowo-krzyżowej, która poprawi ogólny stan zdrowia i podniesie odporności. Osoby cierpiące na stany lękowe oraz przeżywające silne traumy, wskutek oddziaływań osteopaty, odczują znaczną poprawę w codziennym funkcjonowaniu.

Artykuł powstał we współpracy z Centrum Medycznym 3xZdrowie.pl oferującym terapię wykorzystującą unikalne połączenie wiedzy medycznej i wieloletniej praktyki z zakresu osteopatii, psychologii i dietetyki. Celem terapii 3xZdrowie jest jest poprawa i wzmocnienie fizyczne, mentalne i emocjonalne.

  1. Psychologia

Chcesz dokonać trwałych zmian? Poznaj psychiczne mechanizmy, które tobą kierują

Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Marzą nam się zmiany na lepsze, planujemy kolejne przedsięwzięcia, wyrobienie sobie nowych, zdrowszych nawyków. Tymczasem, gdy naszych postanowień nie umiemy skutecznie realizować, fundujemy sobie poważny spadek nastroju. Od czego zależy nasza motywacja i powodzenie? Co warto wiedzieć o swoich mechanizmach psychologicznych, zanim zdecydujemy się na wprowadzanie zmian w życie? – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS, psycholożka społeczna i trenerka biznesu.

Czy zależy nam na zmianie, która przyjdzie z zewnątrz, czy na tym, żeby zmienić siebie? Jak podkreśla dr Ewa Jarczewska-Gerc: „Chcę się zmienić”, a „chcę zmiany” to dwa różne stwierdzenia. Okazuje się, że najczęściej zależy nam na odmianie życia, ale bez ponoszenia kosztów i wysiłku związanego z tym procesem.

Nie wszyscy też działamy tak samo, kiedy już zdecydujemy, że chcemy coś zmienić. Jedni z nas kochają rewolucje i przewracają całe swoje życie do góry nogami, inni wolą dochodzić do celu krok po kroku. I okazuje się, że czasem wystarczy jedna zmiana, która zadziała jak efekt domina. – Jeden dobry nawyk, jeden mały krok jest w stanie uruchomić pozytywne zmiany w innych obszarach. Z badań wynika, że osoby, które zaczynają ćwiczyć, mają lepszy nastrój, dbają o zdrowe odżywianie, rzadziej tracą nad sobą panowanie, przestają palić, krócej oglądają telewizję, lepiej śpią, poprawiają jakość relacji z bliskimi, a nawet częściej myją zęby – wymienia psycholożka.

Kiedy jest czas na zmianę? Skąd mieć pewność, że trzeba coś zmienić?

Nie zawsze mamy świadomość, że obraliśmy w życiu niewłaściwy kurs. Skąd możemy wiedzieć, że przyszedł czas na to, aby zmienić nasze cele, założenia, nasze działanie albo, że my sami powinniśmy się zmienić?

Dr Ewa Jarczewska-Gerc: To wcale nie jest takie łatwe, aczkolwiek źródeł jest kilka. Po pierwsze - nasze „wnętrze”. Nasz nastrój, nasze emocje mogą nam podpowiadać, że coś jest nie tak… Możemy czuć pewien dyskomfort, czuć, że coś nas uwiera, coś nie idzie po naszej myśli. Gdy pojawiają się negatywne emocje – one są taką sugestią, że nasze plany, założenia być może nie idą tak jak chcieliśmy, jak sobie zaplanowaliśmy. Dlatego często negatywne emocje są taką czerwoną flagą mówiącą uważaj, bo chyba nie idziesz w takim kierunku, w jakim chciałeś.

Drugie źródło to są oczywiście inni ludzie. Nasi bliscy często znają nas lepiej niż my sami siebie. Mogą nam zwrócić uwagę na pewne rzeczy (popatrz, ten kierunek, w którym zmierzasz, nie jest dobry dla ciebie; możesz mieć z tego powodu negatywne konsekwencje). Nie zawsze muszą to być bliskie osoby, czasem obcy ludzie są dla nas źródłem informacji na temat tego, że być może droga, którą obraliśmy nie jest właściwa i powinniśmy się zmienić. A czy czeka nas zmiana… to już jest zupełnie inna sprawa.

Czy chcieć znaczy móc? W jakie mity wierzymy?

Wielu ludziom towarzyszy błędne przekonanie, że samo pragnienie celu jest wystarczające do jego osiągnięcia. I choć dobrze wiedzą, że bez włożenia pracy w jego realizację nie osiągną wiele, trzymają się swojej „wiary”. –Ciekawe, że my głównie wierzymy w to, że to chęci są tym czynnikiem, który poprowadzi do zmiany – komentuje psycholożka – Mówi się nawet, że chcieć to móc. I o ile zgadzam się z tym stwierdzeniem, to nie zawsze tak się dzieje. Ludzie mówią „ale ja bardzo chcę się zmienić”, albo „ja bardzo chcę zmiany” – i tutaj właśnie wprowadzę to rozróżnienie, że my z jednej strony chcemy zmiany, ale nie chcemy się zmieniać. Chcemy, żeby zmiana przyszła sama z siebie, żeby ona na nas spadła, spłynęła z nieba niczym manna… Natomiast zmienianie siebie wymaga już wysiłku. Dlatego też często nie podejmujemy działania, albo szybko rezygnujemy, bo okazuje się, że droga do tego upragnionego celu nie jest tak przyjemna jak sam cel, sam wynik. W związku z tym nie tylko chęci są nam potrzebne, ale także pewna umiejętność samodyscyplinowania się, umiejętność panowania nad swoimi pokusami, umiejętność wytrwałego i konsekwentnego realizowania swojego działania, czyli tzw. czynnik wolicjonalny, jak go nazywamy w psychologii, który oznacza, że nie tylko chcemy się zmienić, ale mamy siłę do tego, żeby zmiany dokonać.

Zanim jednak przystąpimy do działania, w pierwszej kolejności należy skonkretyzować cel. Postanowienia w rodzaju „będę zdrowo się odżywiać”, „będę uczyć się nowego języka”, „będę ćwiczyć” – są nie tylko ogólne, ale też formułowane przyszłościowo. Dlatego dr Jarczewska-Gerc poleca stworzenie tzw. intencji implementacyjnej, która jest formułowana w postaci implikacji: jeśli wydarzy się sytuacja x to ja robię y, czyli np. „jak tylko wrócę po pracy do domu to idę biegać”. Stosując ten bardzo prosty zabieg psychologiczny, polegający na konkretyzacji celu, określamy kiedy i gdzie zamierzamy wcielać w życie to, co sobie zaplanowaliśmy. Nasz cel przestaje być „mglistym” założeniem i staje się jasny, konkretny, inaczej też działa na psychikę.

Droga do celu

To, co warto mieć na uwadze to fakt, że od samego celu ważniejsza jest droga, która do niego prowadzi – ona właśnie świadczy o naszej skuteczności. Nie warto skupiać się od razu na wymarzonym sukcesie, ale zaplanować plan realizacji, zgodny z tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Jak radzi psycholożka: - To, co może nam pomóc, to skupienie się na procesie dążenia do celu. Wyobrażanie sobie kolejnych kroków działania, które muszą być podjęte, aby uzyskać wymarzony efekt sprawia, że zaczynamy dostrzegać wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi etapami działania, formułując w ten sposób spójny plan akcji. Dostrzegamy także przeszkody, które mogą się pojawić i utrudnić nam dążenia, dzięki czemu jesteśmy w stanie przygotować „plan B”. To właśnie droga prowadząca nas do upragnionego celu jest kluczem do sukcesu, który staje się wówczas miłym „produktem ubocznym” naszej efektywności.

Dwa procesy zarządzania sobą, które zawsze powinniśmy mieć na uwadze

Mamy już jasno określony cel, który chcemy osiągnąć. Opracowaliśmy plan działania. Jednak, gdy zbliża się moment, w którym musimy włożyć trochę wysiłku, żeby realizację celu rozpocząć, albo musimy przemóc „niechcenie”, żeby go kontynuować, zaczynamy szukać wymówek… Dlaczego tak się dzieje?

– Dzieje się tak dlatego, że możemy wyróżnić dwa rodzaje procesów zarządzania sobą. Pierwszy rodzaj procesów to tak zwane procesy samoregulacyjne. Polegają one na tym, że koncentrujemy się wokół podnoszenia swojego dobrostanu, swojego samopoczucia, swojego nastroju, czyli mówiąc ogólnie: sprawiamy sobie przyjemność. Drugi rodzaj procesów zarządzania sobą to procesy samokontrolne. One polegają na tym, że gdy postawię sobie cel to ja się siebie nie pytam „czy ja mam ochotę ten cel dzisiaj wdrażać?” – tylko ja go po prostu wdrażam. Procesy samokontrolne koncentrują się wokół zdyscyplinowania się na tyle, aby pociągnąć realizację celu, czyli po prostu: tworzymy plan działania i zaczynamy go wcielać w życie. – podsumowuje dr Ewa Jarczewska-Gerc i dodaje: Ktoś mógłby powiedzieć „no dobrze, ale ja wolę się samoregulować i trzeba też mieć trochę przyjemności od życia”. Tylko problem polega na tym, że kiedy ta równowaga zostanie zachwiana w kierunku tych procesów samoregulacyjnych to na końcu tej drogi nasz nastrój ucierpi. Dlaczego? – Dlatego, że jeżeli my każdego dnia będziemy wracać do domu i nie będziemy realizować faktycznie swojego celu (jak bieganie po pracy), tylko położymy się na kanapie, zaczniemy objadać się lodami i oglądać telewizję… po godzinie przyjdzie lekki dołek. Bo znowu nie byliśmy skuteczni! Znowu nie zrobiliśmy tego, co sobie założyliśmy! Tylko leżymy i tyjemy. I tak naprawdę nasz nastrój zaczynie spadać. Rośnie nam wtedy napięcie i mamy coraz mniej energii. Ale jeśli, mimo wszystko, zmobilizujemy się i pójdziemy pobiegać, to być może na początku odczujemy pewien dyskomfort (bo to jest jednak wyjście poza strefę swojego komfortu: musimy założyć ubrania, wyjść na dwój, pada śnieg, deszcz, jest zimno itd.), ale po chwili zacznie działać fizjologia, czyli zaczną wydzielać się endorfiny, które spowodują, że odczujemy przyjemność… przede wszystkim jednak to, że dotrzymaliśmy sobie słowa, spowoduje, że będziemy dumni z siebie. Myślimy sobie wówczas „teraz to ja już mogę wszystko, dlatego, że pokonałam swoje słabości.”

Zmaganie się z celem oznacza zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie samego siebie.
Jeżeli nam uda się to zrobić - jest to bezcenne. Daje nam nie tylko doskonałe samopoczucie, ale także wysoką samoocenę, która będzie stabilna. Będziemy wiedzieć, że nawet drobne niepowodzenia nie są w stanie zachwiać naszym poczuciem wartości, ponieważ jesteśmy skuteczni: gdy sobie cel postawimy to konsekwentnie go realizujemy, dążymy do jego osiągnięcia – i to sprawia, że na końcu drogi nasz nastrój będzie bardzo dobry.

Jak utrzymać motywację na odpowiednim poziomie? Uważaj na krytyczny punkt „trzech miesięcy”

Załóżmy, że weszliśmy na drogę do celu. Udało nam się zacząć. Codziennie realizujemy kolejne postanowienia. Jednak po jakimś czasie nasz entuzjazm opada, żar się wypala i znowu dążenie do celu staje się trudne. – Dzieje się tak dlatego, że na początku , po przekroczeniu naszego psychologicznego rubikonu, gdy powiemy sobie „dobrze, kości zostały zrucone, przekraczam most, most zostaje spalony, nie mam już innego wyjścia i wchodzę w to”, siły w polu psychologicznym, które pchają nas do zmiany są bardzo mocne. My ich nie widzimy, ale to są siły psychologiczne, emocjonalne, motywacyjne, które nas pchają do tego, żeby działanie znalazło swój finał, żeby się domknęło (dążymy do domknięcia struktury). Jednak, po jakimś czasie, te siły po prostu się rozpraszają. Tej energii do działania jest nieco mniej i to jest absolutnie naturalne. Problem polega na tym, co my robimy z tym dalej. Mówi się, że trzy miesiące to jest taki okres, w którym wykształca się pewien nawyk, a więc możemy uznać, że potem zmiana będzie już trwała. – tłumaczy dr Jarczewska-Gerc.

– Warto tu jednak zwrócić uwagę na badania dotyczące zmiany diety (brały w nim udział kobiety chcące spożywać więcej warzyw i owoców w swojej diecie), które zostały przeprowadzone przez znaną badaczkę Gabriele Oettingen i Petera Gollwitzer’a (znane nazwisko w świecie badań nad motywacją). To badanie trwało 24 miesiące. I co się okazało? - Osoby, które zostały wyposażone w warsztat umiejętności, które mają podtrzymać zmianę działania, czyli zmianę stylu życia, były na końcu tej drogi, po tych 24 miesiącach, zdecydowanie bardziej skuteczne, niż ci, którzy tylko sobie postanowili, że takiej zmiany dokonają. I co ciekawe: „rozjazd” między badanymi pojawił się dopiero po trzech miesiącach.

Trzy miesiące to jest taki okres, po którym albo będziemy potrafili podtrzymać swoje działanie, albo nie widząc, że jest to dość zdradliwy moment, ulegniemy różnym pokusom. To jest czas, kiedy nam się wydaje, że już nie zejdziemy z obranego kursu, bo minęły aż trzy miesiące… Bądźmy jednak czujni – to może być właśnie ten moment, kiedy nastąpi rozproszenie sił i nie podtrzymamy swojego działania.

Kto ciężko przechodzi porażki?

Może się zdarzyć, że pomimo naszych starań i wysiłków ponosimy jednak porażkę. Jak się do niej odnieść w zdrowy sposób? Dlaczego jedni stają się po upadkach silniejsi, a inni tracą poczucie sensu?

Carol Dweck, amerykańska psycholożka, profesor Stanford University, w swojej pracy naukowej analizuje koncepcje, które mają ludzie w odniesieniu do siebie, i których używają do kształtowania siebie i kierowania swoim zachowaniem. W swoich badaniach porusza m.in. temat przyczyny, która stoi za tym, że jedni ludzie po porażkach się podnoszą, rozwijają, a drudzy załamują. Jak się okazuje, czynnikiem, który odgrywa tu znaczącą rolę jest przekonanie o zmienności lub o stałości naszej osobowości, naszych zdolności, naszej inteligencji. Niektórzy po prostu wierzą w to, że człowiek jest stały i się nie zmienia.

– Jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że już się ukonstytuowaliśmy i że jesteśmy stali w naszej osobowości, w naszych przekonaniach, naszych postawach (co oczywiście jest tylko pozorne, bo nic nie jest bardziej pewnego niż zmiana), to takie przekonanie powoduje, że porażka jest dowodem na to, że jesteśmy beznadziejni. Bo skoro ja jestem jakaś, określona, i działam, a nagle okazuje się, że droga, którą szłam nie przyniosła mi zamierzonego efektu, to znaczy, że jestem do niczego. A skoro moje postawy są stałe - to znaczy, że ja nie mogę się zmienić. To znaczy, że sytuacja jest beznadziejna i nie ma nadziei na lepsze jutro. – podsumowuje dr Jarczewska-Gerc. – W momencie, kiedy wierzymy w zmianę (co jest bliższe prawdzie), wierzymy w to, że zawsze istnieje nadzieja i szansa na to, że możemy się zmienić, wówczas, niezależnie od tego czy tak jest w istocie, czy nie (czynnik obiektywny jest mniej ważny jeżeli w to wierzymy), możemy potraktować porażkę jako okoliczność do tego, żeby tej zmiany dokonać. Traktujemy wówczas niepowodzenia jako informację zwrotną, mówiącą nam o tym, że kierunek, jaki wybraliśmy, czy być może środki - po prostu nie zostały dobrane we właściwy sposób.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. 

Źródło: materiały prasowe SWPS