1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Motywacja w dwóch ważnych krokach

Motywacja w dwóch ważnych krokach

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Głównym źródłem motywacji wszystkich ludzi jest pragnienie wyrażania siebie i realizacji marzeń – a więc doświadczanie wolności osobistej.

Pierwszy krok: najpierw dobrze zrozum źródła swojej motywacji, dotrzyj do powodu, który skłania cię do działania. Chodzi o odpowiedź na pytanie: Po co chcesz to robić?

Drugi krok: dokonaj selekcji pobudek. Umysł jest nakręcony do działania, kiedy wybiera ze zbioru myśli, odczuć i doświadczeń argumenty przemawiające za i przeciw konkretnemu działaniu. Jasność wizji podnosi poziom motywacji.

Wniosekźródło motywacji stanowi wybór. Umysł wybiera powód do działania, a następnie trwa przy nim bądź nie. Od tego zależy nasza motywacja. To spostrzeżenie stanowi najważniejsze źródło twojej osobistej siły. Dlatego konieczne jest zapanowanie nad własnymi impulsami i takie pokierowanie umysłem, by ten dokonywał wyborów i angażował się w sprawy, które są dla ciebie korzystne. Motywacja to energia, która rodzi się z myśli. Odczuwamy motywację, ponieważ świadomie tego chcemy, a nie dlatego, że słońce przypadkiem świeci akurat po naszej stronie ulicy. Sukces lubi jednoznaczny wybór.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcę i mogę! Motywacja ważniejsza od wykształcenia i talentu

Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zmienić pracę, rzucić palenie, założyć własną firmę, schudnąć, nauczyć się grać w tenisa. Czego to w życiu nie planujemy! I na ogół na planach się kończy. Nawet jeśli jesteśmy do tego przygotowani, mamy odpowiednią wiedzę i fachowe wsparcie. Dlaczego? Bo brakuje nam wewnętrznego zapału, czyli – motywacji.

Rudolph Giuliani, słynny burmistrz Nowego Jorku, który dowodził akcją ratunkową 11 września 2001 roku, a wcześniej doprowadził do radykalnego spadku przestępczości w mieście, przyznał publicznie: „mój sukces był możliwy dzięki zmotywowaniu pracowników podległych mi służb”. To samo mówią szefowie wielu firm przebojem wkraczających na rynek. Są zgodni, że bez odpowiedniej stymulacji załogi niewiele da się osiągnąć, zwłaszcza na dłuższą metę. Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka!

Tamara Lowe, współczesna amerykańska ekspertka od motywacji, porównuje ten wewnętrzny imperatyw do paliwa napędzającego samochód. W książce „Zmotywuj się!” pisze: „Gdybyś miał Bugatti Veyron, cud techniki motoryzacyjnej za milion dolarów, ale nie nalałbyś do niego paliwa, nigdzie byś nie pojechał. Podobnie jest z motywacją. Bez niej człowiek posiadający całą mądrość, talenty i wszystkie możliwości świata nie będzie w stanie wykorzystać tego potencjału”.

Motywacja to jeden z najważniejszych kluczy do sukcesu, i to w każdej sferze naszego życia. Bije na głowę tak skądinąd istotne wartości, jak wykształcenie czy talent. Co do tego wśród psychologów panuje zgoda. Różnice polegają na rozumieniu, czym w istocie jest motywacja.

Zwolennicy teorii instynktu (m.in. Zygmunt Freud) uważają, że motorem wszystkich naszych zachowań są pierwotne potrzeby, takie jak: głód, seksualność, ale także potrzeby społeczne, jak miłość, współczucie. Przedstawiciele teorii humanistycznej (Abraham Maslow) twierdzą, że ludzie są motywowani także przez potrzebę osobistego rozwoju. Podkreślają, że człowiek jest w stanie wytrzymać ból, głód i wiele napięć, aby osiągnąć stan samorealizacji. Maslow sformułował tezę, że nasze potrzeby tworzą pewną hierarchię – od fizjologicznych, przez potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i miłości, po realizację własnego niepowtarzalnego potencjału. Z kolei przedstawiciele teorii poznawczej zakładają, że ludzie są urodzonymi naukowcami, którzy dążą do zrozumienia świata. A wszystko po to, by móc kontrolować i przewidywać bieg wydarzeń. Wedle tej teorii motywacja to pragnienie usuwania sprzeczności, jakie tkwią w naszym światopoglądzie, i chęć usprawiedliwiania własnego postępowania.

Dlaczego robimy to, co robimy

Ekspert w dziedzinie psychologii perswazji, emocji i podświadomości Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, profesor Rafał Ohme, wydaje się przykładem naukowca o wysokim stopniu samomotywacji. W wieku 36 lat zdobył tytuł profesora, wykłada na zagranicznych uniwersytetach, jest autorem licznych publikacji naukowych, założył własną firmę badawczą. Zanim odpowie na pytanie, co go popycha do działania, wylicza trzy rodzaje motywacji.

Pierwszy – ze względu na zewnętrzne nagrody bądź kary: chce nam się pracować, bo uzyskujemy za to wynagrodzenie lub inne gratyfikacje materialne. Albo pracujemy, bo boimy się kar za to, że czegoś nie zrobimy. – To najmniej skuteczna forma motywacji, bo oparta na wzmocnieniu zewnętrznym – mówi profesor. – A takie wzmocnienie działa, niestety, na krótką metę. Gdy na przykład rodzice wyjadą i nie sprawdzą, czy dziecko odrabia lekcje – to ono natychmiast przestaje się uczyć. Także motywacja tylko ze względu na pieniądze nie jest trwała. Bo jak konkurencyjna firma zaproponuje nieco wyższe uposażenie, to pracownik powie „do widzenia” i odejdzie.

Drugi typ motywacji – identyfikacja z szefem, idolem, przywódcą, guru – jest dużo skuteczniejsza. Człowiek potrafi dużo znieść, zaciśnie zęby, byle szef był z niego dumny. Ale gdy czar szefa pryśnie, gaśnie też zapał do pracy. Inaczej dzieje się w przypadku trzeciego rodzaju motywacji – pracy dla idei, wartości (internalizacja). Trudno ją ot, tak sobie zgasić, jest najtrwalsza i najskuteczniejsza.

– Większość naukowców w Polsce działa pod wpływem tej właśnie motywacji – mówi profesor Rafał Ohme. – Nasze zarobki są nadal dużo niższe niż kolegów z Niemiec czy Francji. Pracujemy dla samej radości odkrywania, poznawania, dlatego że robimy coś po raz pierwszy, że nikt przed nami tym się nie zajmował. Podobny imperatyw kierować musi artystami, ludźmi wolnych zawodów, bo przecież nikt ich nie pogania i nie dopinguje.

Pisarka Olga Tokarczuk: – Staram się przede wszystkim robić to, co lubię. Wtedy motywacja do pracy całkowicie się uwewnętrznia, a to znaczy, że zamienia się w pasję. Wtedy czuję naturalność tego zadania, oczywistość i wielką przyjemność z pracy. Samo się robi, samo się pisze, samo się wymyśla. Przy pisaniu czasem mi się to zdarza. A kiedy się nie zdarza, stosuję system małych nagród: ulubiony pasjans po skończeniu jakiegoś fragmentu, dobry film na zakończenie dnia, a czasami – po zrobieniu większej części – wypad do miasta do ulubionych miejsc. Zauważyłam ogromną różnicę między pracą z przekonaniem i przyjemnością a tą bez przekonania i bez przyjemności. Ta druga jest chyba tym przekleństwem z Biblii i lepiej jeść suchy chleb, niż tak się męczyć. Zawsze żyję jedną nogą w przyszłości, dlatego już niejako widzę efekty tego, co robię teraz. Podobno to niezdrowe i należy zakorzenić się w tu i teraz. Na mnie to nie działa, niestety. W tu i teraz zastygam w bezruchu i gasnę. Myślenie, że to, co teraz robię, już w jakiś dziwny sposób istnieje w przyszłości, dodaje energii, motywuje.

Odkryj swój talent

Lech Majewski, reżyser, pisarz, malarz: – Jeżeli człowiek nie ma „poganiacza”, wtedy sam ma większą siłę działania. Zmuszanie rodzi naturalny opór. Ja właściwie nie mam innej motywacji poza określoną wizją i niezgodą na chaos i upadek wartości, które obserwuję wokół.

Ci, którym udało się dotrzeć do tej najtrwalszej z motywacji – wewnętrznej – zapewniają, że każdy może ją w sobie uruchomić. Trzeba tylko odkryć swoje mocne strony, talenty, pasje. I pójdzie jak z płatka.

Profesor Rafał Ohme: – Każdy z nas posiada jakiś niezwykły talent, który czyni go unikalnym. I kto ten talent odkryje, ten tak naprawdę wygra, bo to będzie go pchało do działania. Tymczasem wielu ludzi całe życie nie wie, że są urodzonymi brydżystami albo że idealnie graliby w golfa. Dlatego trzeba jak najwięcej w życiu próbować. Dla zabawy, przyjemności, dla towarzystwa. Gdy ktoś nas do czegoś namawia, nie mówmy: „nie, nie wiem, o co chodzi”. Spróbujmy, bo a nuż okaże się, że to jest to coś, co sprawi nam radość, do czego mamy predyspozycje. Profesor Ohme, który bada związki między pracą mózgu a emocjami, uważa, że wkrótce nauka będzie umiała nam pomóc odkrywać talenty! Przekonuje, że za 30 lat powstaną urządzenia, które zeskanują nasz mózg i podpowiedzą, w jakiej dyscyplinie sportu, nauki, sztuki osiągnęlibyśmy świetne wyniki.

– Rodzice będą mogli nawigować swoje dzieci dużo mniej boleśnie niż obecnie – mówi profesor. – I na przykład nie będą zmuszali ich do uporczywej nauki gry na pianinie, bo będzie wiadomo, że część mózgu dziecka odpowiedzialna za tę umiejętność nie jest do tego predestynowana. Zanim jednak to nastąpi, otwierajmy się nie tylko na nowe umiejętności, ale także na różne smaki, kuchnie, filmy, książki. Bo może okazać się, że to jest dokładnie coś, czego poszukiwaliśmy przez długie lata. Nie bójmy się próbowania, nikomu od tego krzywda się nie stanie, a może odkryjemy talenty, które w każdym z nas od dawna drzemią. Jest jeszcze jeden „skutek uboczny” otwierania się na różnorodność. Otóż jeśli nawet nie odkryjemy talentu, to i tak nasz mózg przejdzie niezwykłe ćwiczenie, które zwiększy naszą kreatywność. Badania dowodzą, że poddanie mózgu różnorodnym bodźcom – nawet jeśli jedne nam się podobają, a inne nie – wpływa na zwiększenie kreatywności. Co więcej, ludzie kreatywni dłużej są młodzi. Bo młodość polega na tym, że mózg nie popada w rutynę, tylko szuka sobie nowej ścieżki rozwoju. Wtedy też, niejako przy okazji, rodzi się prawdziwa, wewnętrzna motywacja.

Zdjąć betonowe buty

Lech Majewski na pytanie, jak się motywować, odpowiada: – Najważniejsze to traktować przeszkody jak mądrych doradców. To nie jest łatwe, ale możliwe. Bo jak zaczniemy uważać przeszkody za wrogów i zaczniemy się ich bać, to zabijemy motywację i nie pójdziemy do przodu. Jak by nie patrzeć na przeszkody, one muszą być. Mówiąc metaforycznie: biegacz nie może oczekiwać, że dystans skróci się albo że inni nie będą biec. Piłkarz nie może liczyć, że pozostali, łącznie z bramkarzem, zejdą z boiska, a on pobiegnie do bramki. Indyjski poeta i filozof Tagore opowiada, jak żeglując, pewnego razu wściekł się, bo rzeka wezbrała i maszt zawadzał o most. Zaczął myśleć, jak by to było, gdyby mosty się uginały, śluzy otwierały. A zaraz potem pomyślał, że przecież na tym polega umiejętność żeglowania, żeby umieć omijać przeszkody i korzystać z tego, co jest. W naszym życiu też istnieją reguły gry i nie są to wrogie siły skierowane przeciwko nam. Nie powinny nas zatem demotywować. Co więcej, one są nam wręcz niezbędne.

Zabójcze dla naszej motywacji jest wrzucanie tych przeszkód do kotła, który filozof i historyk filozofii Władysław Tatarkiewicz nazwał osobistą czarą goryczy. Każdy z rana stawia sobie na stole taką czarę i dba o to, żeby była pełna. A jak się coś ulotni, to sobie szybko do niej dolewa autokrytykę, poczucie bycia ofiarą. Taka postawa demotywuje, to jakby betonowe buty, które uniemożliwiają jakikolwiek ruch. Dopada wtedy człowieka niemoc, niewiara w siebie. A są to puste strachy, choć mogą nas opętać i unieruchomić.

Jest takie ćwiczenie zwane łożem śmierci. Polega na wyobrażeniu sobie siebie umierającego i na zastanowieniu się nad kilkoma pytaniami: Co jeszcze chciałbym zdążyć zrobić? Co dla mnie jest najważniejsze? Steve Chandler w książce „100 sposobów motywowania siebie” pisze, że uznanie nieuchronności śmierci – paradoksalnie – prowadzi do ponownego narodzenia się i głębokiego zmotywowania do działania. Chandler uważa, że tych sposobów jest zresztą dużo więcej, czasem zupełnie niestandardowych. Radzi na przykład: Przegłódź się. Rozbij swój telewizor. Czytaj kryminały. Śmiej się bez powodu.

Lech Majewski dorzuca jeszcze jeden sposób automotywacji, jakiego nauczyła go praca w Ameryce:  – Nie przejmować się odmową, odrzuceniem. Odrzucą trzy razy? Ale za czwartym zaakceptują. Niepisane prawo amerykańskie mówi: nie traktuj słowa „nie” jako końca, bo to jest bardzo dobry początek. Czasem właśnie czyjeś „nie” może nas skutecznie zmotywować!

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

  1. Styl Życia

Jak sport wpływa na karierę?

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co robi człowiek sukcesu przed godziną 9 rano? Trenuje! Ludzie, którzy świetnie radzą sobie w życiu zawodowym, aktywnie witają dzień. Czy to dowód na to, że uprawianie sportu pomaga w karierze? A może sport i sukces idą ramię w ramię, wzajemnie się wspierając?

Coraz więcej osób zaczyna biegać, uprawiać triathlon, chodzić do fitness clubów, pasjonować się sportem – moda na aktywny tryb życia trwa w najlepsze. Oprócz zdrowia, energii i przyjemności daje nam ona jednak coś więcej. Według Pauliny Brzózki, trenerki fitness oraz coach, uczy ustalania celów sportowych. – Jeśli chcemy przebiec półmaraton, schudnąć czy wymodelować sylwetkę, potrzebujemy planu treningowego, czyli po prostu planu działania. A ponieważ sport zazwyczaj jest mierzalny, ułatwia nam to pracę nad celem – tłumaczy. Dlaczego piszemy o tym w rubryce dotyczącej pracy? Bo te same mechanizmy, które działają na arenie sportowej, możemy zastosować w sferze zawodowej. I skutecznie zaplanować swoją karierę.

Wyznaczanie celu

Zarówno w sporcie, jak i w biznesie motywacja często zależy od celu. Jego właściwe ustalenie to połowa sukcesu, druga połowa związana jest z konkretną strategią, czyli planem działania. Zatem: cel, po pierwsze, powinien być „nasz”, czyli indywidualnie dobrany, uszyty na miarę. – Nawet jeśli jest on zespołowy czy mieści się w idei jakiejś firmy, warto wiedzieć, co znaczy dla mnie – mówi Paulina Brzózka. – Przykładowo pozwoli zdobyć mi nowe doświadczenie lub przybliży do awansu. Tak jak udział w biegu na 10 kilometrów pozwoli mi sprawdzić się na nowym dystansie.

Po drugie, cel powinien być realny do osiągnięcia, a jednocześnie ambitny. Jeśli nie stanowi dla nas wyzwania, nie będzie wystarczająco pociągający. Zaczniemy trenować albo pracować nad projektem, ale dopiero tydzień przed wyznaczonymi zawodami czy deadline’em. – Pytanie, na ile możemy wtedy dać z siebie 100 proc. zaangażowania – zauważa Paulina Brzózka. – I jaka będzie nasza skuteczność? Tak jak nie można się najeść na zapas, tak samo niemożliwością jest wykonać w tydzień coś, na co potrzebujemy miesiąca. W ten sposób nie można efektywnie ani trenować, ani pracować.

Mobilizując się na ostatnią chwilę, tracimy komfort działania, bo nie mamy czasu na regenerację organizmu: ciała oraz umysłu. A także na refleksję: w którą stronę zmierzam, co jeszcze mogę zrobić, co ewentualnie zmodyfikować i co mi to daje.

Z drugiej strony, gdy cel będzie zbyt wygórowany, też stracimy motywację do działania. – Jeżeli nie zaprzyjaźniłaś się z lekcjami wuefu i jesteś na bakier ze sportem, nie planuj od razu przebiegnięcia maratonu – dodaje trenerka. – Jeśli cel jest zbyt trudny, pojawia się szereg wymówek, odkładamy realizację na później.

Nagle rezygnujemy z zawodów sportowych, z wystąpienia na konferencji lub pójścia na kluczowe spotkanie. Robimy wszystko, by do finalnego wyzwania nie doszło lub idziemy na tzw. żywioł, za co płacimy przemęczeniem organizmu.

– Do tej pory mówiliśmy o motywacji wewnętrznej, która oznacza pełną świadomość tego, co mi da osiągnięcie tego celu – podsumowuje Paulina Brzózka. – Na przykład jeśli przebiegnę 10 kilometrów, nauczę się zarządzać czasem tak, by móc trenować, poprawię wydolność i samopoczucie, dotlenię się. I analogiczna sytuacja jest w życiu zawodowym.

Osiągnięcie celu może być podstawą awansu lub warunkiem  otrzymania pieniędzy do zrealizowania jakiegoś marzenia – ta zewnętrzna motywacja również jest istotna i chyba jeszcze częściej spotykana. Podczas gdy wewnętrzna pozwala pokonać przeszkody, ta druga sprawia, że cel nabiera jeszcze większej atrakcyjności. To taka gratyfikacja za sukces, może być nią pochwała szefa, zachwyt znajomych, wygranie zakładu. Zatem warto mieć motywację wewnętrzną i zewnętrzną.

Ustalanie planu działania

Jeśli realny, mierzalny, ambitny oraz indywidualnie skrojony cel jest już zdefiniowany, przychodzi czas na zastanowienie się, jak go zrealizować. Czyli ustalamy plan działania. W tym momencie warto porozumieć się z ekspertem. W życiu zawodowym może to być coach, mentor, przełożony lub bardziej doświadczony kolega. W życiu sportowym – trener, dietetyk. Pomogą nam urealnić cel.

Dobry plan powinien składać się z mniejszych odcinków oraz mieć ustalony czas na ich wykonanie. Ponadto potrzebne będą punkty kontrolne. Chodzi o to, żeby na przykład po dwóch tygodniach móc sprawdzić, w jakim miejscu jesteśmy. Może należy coś zmodyfikować, bo zaplanowaliśmy sobie, że w tym momencie będziemy już o krok dalej? Dzięki temu wiemy, czy powinniśmy zintensyfikować działania, czy nie. – W sporcie monitorujemy odpowiednie wskaźniki: jakie dystanse przebiegłam, jaki czas osiągnęłam, o ile zmniejszyła się tkanka tłuszczowa, a zwiększyła masa mięśniowa – mówi Paulina Brzózka.

Dokładnie tak samo postępujmy w pracy – jeśli celem jest większa sprzedaż – sprawdzamy: liczbę pozyskanych kontaktów, odbytych rozmów, liczbę zainteresowanych, liczbę sfinalizowanych transakcji. Jeżeli chcemy awansować, sprawdzamy uzyskanie kolejnych potrzebnych do tego kompetencji: udział w projektach, konferencjach, szkoleniach. Tak skonstruowany plan daje nam realną informację zwrotną i pozwala utrzymać motywację na odpowiednim poziomie.

System wsparcia

– W życiu zawodowym, jak w sporcie, potrzebujemy kibiców. Większość osób ma  dziś profile na Facebooku, na których chwali się założonymi i zrealizowanymi celami. I to też może nam wzmacniać motywację – mówi Paulina Brzózka. – Bo skoro już napisałam na tablicy, że przebiegnę kilka kilometrów, to do czegoś się przed ludźmi lajkującymi zobowiązałam.

W biznesie takie zobowiązania mają zwykle postać e-maili lub informacji wysyłanych przez menedżera projektu do całej siatki pracowników oraz publikacji rankingów. Ważne jest jednak, by to wsparcie pracowników przekładało się też na efektywną pracę zespołową i nie przybierało formy presji ani nacisku.

Osiągnięcie stanu flow

A co z wolnymi, twórczymi zawodami? Takimi, w których nie widać konkretnej cyfry jako wyniku, a sukces często zależy od szczęścia i wymaga cierpliwości? Tu przyda  się pojęcie „stanu flow”, który pozwala w zawodach artystycznych na wybitność, na wyjście poza schematy. W trakcie aktywności fizycznej też można go doświadczyć.

Kiedy uprawiamy sport, w naszym organizmie wydziela się mnóstwo endorfin, podwyższa się temperatura ciała, wchodzimy w odmienny stan świadomości. Odrywamy się od rzeczywistości. Jesteśmy całkowicie tu i teraz. Weźmy jako przykład bieg na 10 kilometrów. Po pierwsze, robimy coś, co nam sprawia przyjemność, czyli biegniemy, po drugie, podnosimy sobie poprzeczkę, bo biegniemy na dystans dla nas wcześniej nieosiągalny – a to, zgodnie z definicją flow, elementy niezbędne do poczucia tego stanu. – Nogi odmawiają posłuszeństwa, oddech się rwie, ale tłum i głos we własnej głowie motywują: „Dawaj jeszcze trochę, twój cel na teraz to się nie zatrzymać”. I raptem okazuje się, że czas płynie trzy razy szybciej i dokonaliśmy czegoś, co wydawało się niemożliwe – mówi Paulina Brzózka.

Poczucie stanu flow z bieżni można przenieść na stan flow przy biurku, sztalugach czy  na scenie. Podstawą jest przyjemność i delikatnie podniesiona poprzeczka.

Poprawa ogólnej sprawności fizycznej

– Jest też druga strona medalu – mówi trenerka. – Można wybrać sobie taki cel sportowy, który zwiększy naszą efektywność w pracy. Bo sport dodaje wiary w siebie i pewności. Ćwiczysz, więc wyglądasz i czujesz się lepiej, jesteś uśmiechnięta, masz więcej energii, twój umysł zaś dzięki dotlenieniu i pobudzeniu lepiej pracuje, a to przekłada się pozytywnie na życie zawodowe. Sport jest też jednym z lekarstw na dolegliwości cywilizacyjne: cukrzycę, otyłość, zaburzenia cholesterolowe, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Działa profilaktycznie, ale także sprawia, że czynności dnia codziennego stają się łatwiejsze. Przecież trzeba mieć siłę, żeby wysiedzieć kilka godzin przy komputerze albo utrzymać pędzel w dłoni.

W każdym zawodzie potrzebujemy ogólnej sprawności fizycznej. Przynosi ona efektywność we wszystkich dziedzinach: jesteśmy silniejsi psychicznie podczas rozmów biznesowych, lepiej skoncentrowani na spotkaniach, skuteczniej panujemy nad stresem, na skutek wyćwiczonej koordynacji ruchowo-przestrzennej nasze neuronowe połączenia w mózgu są aktywniejsze, więc wpadamy na dobre pomysły. Jesteśmy też dużo bardziej zdyscyplinowani, skuteczni i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces.

– W życiu zawodowym niezbyt często planujemy karierę, wolimy zdawać się na los lub nie mamy na to czasu, bo ciągle zajmujemy się „gaszeniem pożarów” lub – co gorsza – życiem innych, a to nie popycha do przodu – mówi Paulina Brzózka. – W kioskach roi się od czasopism, które publikują plany treningowe. Być może, gdybyśmy mieli analogiczny do treningu na mięśnie brzucha harmonogram dotyczący zadań w pracy, szybciej lub częściej pokonywalibyśmy kolejne granice, wspinając się po stopniach kariery.

Sport daje energię, ale też uczy dyscypliny planowania i rozliczania się z etapu wykonania zadań, czyli efektywnego biznesplanu. A sukces zarówno w sporcie, jak i w pracy wynika z odpowiedniego  przygotowania, systematyki działania i wytrwałości. Najlepszych odróżnia jeszcze świadomość tego, czego chcą, i szeroka perspektywa patrzenia, by odpowiednio planować i przewidywać.

  1. Psychologia

Dlaczego nam nie wychodzi, gdy... chcemy za bardzo?

"Najważniejsze jest wzbudzenie w sobie wewnętrznej motywacji, a żeby to zrobić, musimy odpowiednio postawić przed sobą cel". (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jak zdopingować się do działania, gdy bardzo się nie chce? I dlaczego nie wychodzi, kiedy chcemy za bardzo? O pułapkach, jakie zastawia na nas psychika, opowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske.

Jak zdopingować się do działania, gdy bardzo się nie chce? I dlaczego nie wychodzi, kiedy chcemy za bardzo? O pułapkach, jakie zastawia na nas psychika, opowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske.

Załóżmy, że mam do zrobienia w pracy coś, czego bardzo mi się nie chce robić, a czego nie mogę przekazać komuś innemu. Już na samą myśl o tym jestem spięta i czuję irytację. Jak w takiej sytuacji się zmotywować? Najlepiej jest zadziałać dwutorowo – po pierwsze zmienić swoje nastawienie, czyli to, co myślimy o danej sytuacji. Możemy sobie np. zwizualizować pozytywny efekt, jaki uzyskamy po realizacji tego zadania. Przy czym ważne jest, byśmy to zrobili w najdrobniejszych szczegółach: co się stanie, jak za godzinę będę miała np. gotowy raport, jak się wtedy poczuję, jakie emocje się we mnie pojawią, jak będzie się czuło moje ciało, czy będę szczęśliwsza, bardziej energetyczna… Takie wyobrażenie realizacji celu nastawia nas na działanie, programuje wewnętrznie i w momencie, kiedy mamy już tę pozytywną wizję przyszłego efektu, to łatwiej nam wejść w działanie. I tutaj właśnie pojawia się drugi krok, i to dosłownie krok, czyli ruch w sensie fizycznym, bo każda zmiana zaczyna się od ruchu – może to być celowe wstanie od biurka po materiały albo zapas papieru czy włączenie programu, w którym będziemy pracować. Warto nawet zmusić się do tego pierwszego kroku, bo jak już zainicjujemy działanie, łatwiej będzie je kontynuować. To nie musi być ruch bardzo skomplikowany, który wymaga dużego wysiłku, wystarczy jeden prosty gest, i już od tego się zaczyna, trochę na zasadzie kamyczka poruszającego lawinę.

A jeśli zadania, jakie są przed nami stawiane, niekoniecznie odczuwamy jako coś, co chcemy zrobić, tylko jako obowiązek, do którego nie mamy wewnętrznego przekonania? W takiej sytuacji pozostaje nam przeformułowanie znaczenia, jakie ma dla nas to zadanie – w kierunku odnalezienia w nim jednak jakichś interesujących dla nas elementów do wykonania – lub podwyższenie w subiektywnej ocenie wartości ostatecznego efektu jego realizacji. Pewnym pocieszeniem może być również skupienie się na zewnętrznych motywatorach, czyli różnego rodzaju nagrodach, które zyskamy po wykonaniu danego zadania. I nie mówię tu tylko o takich namacalnych profitach, jak pensja, premia, gratulacje czy uścisk dłoni – bo nie zawsze możemy na nie liczyć.

Często jest tak, że nam się wydaje, że nie mamy żadnych mierzalnych bodźców, które nas dopingują do pracy, bo ani nie dostajemy premii, ani nie słyszymy „dziękuję” od szefa, który traktuje to jako normalną rzecz, że coś zrobiliśmy. A przecież w pracy nagradzają nas nie tylko pieniądze czy pochwały przełożonych. Dlatego dobrze jest umieć znaleźć samemu takie niematerialne motywatory, jak satysfakcja z realizacji jakiegoś zadania, poczucie osiągnięć osobistych czy rozwój. Czymś, czego często nie postrzegamy w ten sposób, a jest dla nas nagrodą, są relacje z innymi ludźmi. Bo przecież dzięki temu, że realizujemy jakiś cel, który może nie jest naszym osobistym celem, a raczej celem firmy albo grupy, to po pierwsze, przynależymy do tej grupy, po drugie, mamy jej akceptację, po trzecie, sama współpraca z innymi jest dla nas przyjemnym doświadczeniem, ponieważ człowiek jest istotą społeczną i lubi być wśród ludzi. Poza tym poprzez realizowanie nawet niezbyt przyjemnych, narzuconych nam z góry obowiązków jesteśmy w jakimś szerszym otoczeniu społecznym, w jakiejś strukturze.

Często bywa też tak, że sami wyznaczamy sobie cel, np. zrzucenie paru kilo, ale nie potrafimy w nim wytrwać. Jak przygotować dobry plan działania? Najważniejsze jest wzbudzenie w sobie wewnętrznej motywacji, a żeby to zrobić, musimy odpowiednio postawić przed sobą cel. Dobrym sposobem planowania i realizacji różnych zadań jest technika SMART, której nazwa bierze się od słów z języka angielskiego i odnosi się do pięciu cech, które powinien posiadać nasz cel. Po pierwsze powinien być konkretny, czyli specific, np. kiedy mówimy sobie: „chcę schudnąć 5 kg w ciągu 3 miesięcy”, to jest to konkretny cel osadzony w czasie, natomiast jeśli postawimy przed sobą cel typu „Chcę wyglądać jak Claudia Schiffer”, a mam na myśli schudnięcie, to nie wiem, o jaki efekt dokładnie mi chodzi.

Po drugie cel powinien być mierzalny, measurable – możliwy do pomiaru, kiedy go będziemy realizować. Czyli zakładam, że schudnę 5 kg, a nie – że schudnę w ogóle, ponieważ kiedy waga łazienkowa wskaże dokładnie 5 kg mniej, będzie to dla mnie informacja zwrotna, że udało mi się zrealizować cel, co z kolei też stanowi nagrodę, bo fajnie jest odhaczać kolejne wykonane zadania.

Następna cecha to realność, attainable – czyli zakładamy sobie, że schudniemy 5 kg w 3 miesiące, a nie 30 kg, a więc stawiamy sobie cel, który jest możliwy do osiągnięcia. Ważne jest też, by cel wynikał z naszych wewnętrznych potrzeb, albo przynajmniej jeśli nie wynika z naszych potrzeb, tylko dajmy na to z potrzeb innych osób, to żeby był zgodny z naszymi wartościami i to jest kolejna cecha – relevant. Jeśli cel jest dla nas ważny i mamy przekonanie, że jest sensowny, to wtedy łatwiej nam się motywować i go realizować.

No i ostatnia właściwość – cel powinien być określony w czasie, timebound. W praktyce oznacza to, że podczas planowania danego zadania trzeba określić jakieś ramy czasowe, żeby można było równo tego dnia, który sobie wyznaczyliśmy jako deadline, sprawdzić, czy wykonaliśmy zadanie. Granica czasowa jest bardzo ważna też dlatego, że wtedy możemy sobie rozplanować wszystkie poboczne działania niezbędne do osiągnięcia celu.

Czy jest jakieś praktyczne narzędzie, które może nas wzmacniać na co dzień przy realizacji celów? Tak, pomaga w tym na przykład zrobienie mapy celów. Polega to na tym, że na kartce wypisujemy nasze plany, to, co chcemy osiągnąć, może to być perspektywa pół roku czy dwóch lat. Możemy wybrać nawet najbardziej fantastyczne i wydawałoby się nierealne marzenia, że np. pojadę na Hawaje, kupię samochód, jak oczywiście i drobniejsze cele, że np. kupię rower albo napiszę artykuł na ciekawy temat. Potem wieszamy taką mapę w widocznym miejscu i zerkamy na nią, przypominając sobie, co jest naszym celem, i odkreślamy te, które są już zrealizowane. Gwarantuję, a sama przetestowałam to narzędzie kilka razy, że naprawdę cele będą się realizowały. Nawet te, które początkowo wydawały się kompletnie nierealne. Nie jest to żadna magiczna sztuczka, ale raczej forma programowania umysłu – dzięki temu, że mamy wypisane i jasno sprecyzowane cele, wiemy, w jakim kierunku chcemy podążać i mózg nastawia się na ich realizację.

No tak, ale zapewne na drodze do realizacji naszego celu prędzej czy później pojawią się jakieś przeszkody, może nawet porażki. Jak sobie wtedy radzić? Porażki są nieodłączną częścią życia. Podstawowym pytaniem, jakie należy sobie w takiej sytuacji zadać, jest: na ile to, co się wydarzyło, zależało ode mnie? Bo najsilniejszy stres przeżywamy wtedy, kiedy przypisujemy sobie całą odpowiedzialność za daną sytuację – że to wszystko przeze mnie, że czegoś nie przypilnowałam, nie zrobiłam itp. No tak, ale ile w danej sytuacji zależało ode mnie, a ile od jakichś środków, które miałam do realizacji tego zadania? Od współpracy z innymi ludźmi czy od decyzji innych.

Najlepiej jest zrobić sobie taki suwaczek – narysować prostą linię, na ok. 10 cm, i zaznaczyć na niej punkt, w którym określimy, ile procent danej sytuacji zależało od nas – czy miałam wpływ na 50 proc. tego, jak coś się potoczyło, czy na 80 proc. Bo umówmy się – nikt z nas nie ma wpływu na 100 proc. sytuacji, w której się znajduje, dlatego że przecież to, co się dzieje w pracy, zależy też od innych ludzi, nie jesteśmy tam sami. I podobnie jest w przypadku zdarzeń z życia prywatnego, czyli realizacji celów osobistych np. związanych z partnerem – OK, możemy sobie tutaj różne rzeczy zakładać, robić plany, mieć wewnętrzną motywację, ale warto pamiętać, że mniej więcej połowa zależy od tej drugiej osoby. Jeśli przypiszemy sobie 100 proc. odpowiedzialności, to powinien to być dla nas sygnał ostrzegawczy, że jesteśmy na najlepszej drodze do poczucia wypalenia i frustracji.

Na co dzień często realizujemy wiele celów naraz i ciągle pojawiają się nowe. Zaczyna się konkurencja między nimi o pierwszeństwo w realizacji. Jak nie stracić z oczu tego, co najważniejsze? Kiedy mamy dużo celów pobocznych i zaczynamy myśleć o realizacji ich wszystkich w jednym momencie, wtedy stanowi to przeważnie przeciążenie dla organizmu i działa na nas deprymująco. Tutaj można się odnieść do praw motywacji związanych z uczeniem się Yerkesa-Dodsona, które w ciekawy sposób wyjaśniają, co się z nami dzieje, kiedy nam na czymś zależy.

Pierwsze prawo mówi o tym, że abyśmy byli skuteczni w jakimś działaniu, musimy mieć optymalny poziom pobudzenia, czyli musi nam na czymś zależeć, ale nie za bardzo. Bo kiedy mamy bardzo wysoki poziom pobudzenia, nawet fizjologicznego, następuje rodzaj wewnętrznego napięcia, a to nie służy efektywności. I w rezultacie jesteśmy mniej skuteczni. Natomiast kiedy tego pobudzenia mamy za mało, to ono też nie służy realizacji celów. Każdy z nas ma swoje optimum i w ciągu życia uczymy się poszukiwać dla siebie właśnie tego optymalnego indywidualnego poziomu. Nie umiemy tego od razu, często bywa tak, że się na początku przeciążamy – pracujemy na trzech etatach, bierzemy za dużo zleceń.

Drugie prawo Yerkesa-Dodsona mówi o tym, jaki poziom pobudzenia służy zadaniom trudnym i zadaniom łatwym. I tutaj istnieje bardzo ciekawa zależność, bo okazuje się, że abyśmy sprawnie wykonali trudne zadania, najlepsze jest dla nas dość niskie bądź umiarkowane pobudzenie. Natomiast żebyśmy skutecznie wykonali zadania łatwe, powinniśmy mieć wysoki poziom wewnętrznego pobudzenia. Kiedy więc przed nami jest prawdziwe wyzwanie i niesamowicie nam na nim zależy, mocno się spinamy, to raczej bardziej prawdopodobne, że się zdezorganizujemy i wszystkie mądre myśli na realizację tego pomysłu uciekną nam z głowy, bo poziom napięcia będzie zbyt wysoki. Natomiast kiedy mamy do zrobienia coś drobnego, banalnego, wówczas, żeby w ogóle się do tego zmobilizować, żeby ruszyć z jakąkolwiek aktywnością, potrzebny jest wyższy poziom pobudzenia.

Co zatem możemy zrobić w momencie, kiedy czujemy, że zaczynamy się za bardzo napinać? Przede wszystkim złapać oddech, i to zarówno w sensie przenośnym, jak i dosłownym. To jest rewelacyjny sposób na to, żeby odzyskać siłę fizyczną i nabrać psychicznego dystansu, i nie doprowadzić do sytuacji, że tak bardzo przyspieszyliśmy, że aż „wypadamy z zakrętu”. Kiedy mamy poczucie, że spiętrzyło nam się zbyt wiele spraw i z niczym się nie wyrabiamy, paradoksalnie najlepiej jest przyhamować, odłączyć się na chwilę. Tu z pomocą przychodzą techniki relaksacyjne, a przede wszystkim świadome oddychanie, które możemy zastosować praktycznie w każdej sytuacji. Gdy się denerwujemy, stresujemy, to napinamy się – i to w sensie przenośnym, jak i fizycznym, bo napinają się nam mięśnie. Głęboki, przeponowy oddech rozluźnia mięśnie, sprzyja więc odprężeniu. Zachodzi tu prosta relacja między naszym ciałem a myślami – kiedy rozluźniamy ciało, rozluźniają się też nasze myśli, są bardziej spokojne. Wzięcie oddechu służy więc temu, żeby zdystansować się i poukładać sytuację od nowa.

Agnieszka Mościcka-Teske doktor nauk humanistycznych, psychoterapeuta szkoleniowy w nurcie Gestalt, adiunkt w SWPS w Poznaniu i w Zakładzie Psychologii Pracy Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Prowadzi szkolenia dotyczące stresu zawodowego, agresji w miejscu pracy i mobbingu.

  1. Psychologia

Jak osiągnąć cel? - radzi psycholog

</a> Co jeszcze wziąć pod uwagę, gdy chcemy osiągnąć cel? Otóż ogromne znaczenie ma hierarchia celów, hierarchia potrzeb, hierarchia wartości (fot. iStock)
Co jeszcze wziąć pod uwagę, gdy chcemy osiągnąć cel? Otóż ogromne znaczenie ma hierarchia celów, hierarchia potrzeb, hierarchia wartości (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Niezrealizowane postanowienia często stają się źródłem frustracji i poczucia porażki. Kiedy nie udaje nam się osiągnąć celu, pojawiają się smutek i przygnębienie albo złość na samego siebie. Dlaczego niektórym z nas tak trudno przychodzi realizacja planów? Czego nam brakuje? Co jest nam potrzebne, od strony psychologicznej, do osiągania celów?

Osiąganie celów jest możliwe dzięki zespołowi pewnych umiejętności, potocznie, ale też naukowo określanych jako siła woli. Czym zatem ona jest? Najogólniej rzecz ujmując, jest to zdolność podtrzymywania motywacji do realizacji celu. Wola nie jest pojęciem jednorodnym, ma różne oblicza. Możemy mieć wolę zbyt słabą – wówczas zaczynamy wiele działań, ale nie potrafimy doprowadzić ich do końca. Wola może być również jednak niepohamowana – kiedy robimy coś i nie możemy przerwać tego działania, mimo że szkodzi nam lub nie ma szans, by zakończyło się sukcesem. Skrajnym przykładem woli niepohamowanej jest anoreksja. Przymus bezwarunkowego realizowania celu jest tak silny, a sama myśl o modyfikacji albo jakimkolwiek odstępstwie prowadzi do tak silnego lęku, że nie jest ono możliwe.

Wiara w siebie i chęć do działania

Zanim jednak zaczniemy mówić o pułapkach i sposobach radzenia sobie z ubytkami woli, zajmijmy się absolutnym początkiem: chęcią i wiarą. Chcę i wierzę, że mogę – to dwa elementy niezbędne dla rozpoczęcia działania. Przyjrzyjmy się najpierw chęci.

Paradoksalnie część celów, które sobie stawiamy, a których nie możemy zrealizować, nie jest zakorzeniona w naszej autentycznej chęci ich osiągnięcia.

Próbujemy realizować zamiary, które są de facto oczekiwaniami, które inni mają wobec nas. Te oczekiwania mogą być wyrażone wprost lub są naszymi wyobrażeniami na temat tego, czego inni od nas oczekują. Takie cele są jak kukułcze jaja. Próbujemy je realizować, gdyż uznajemy je za własne, podczas gdy nasze nie są. Sabotujemy je często nieświadomie, teoretycznie bardzo chcemy, ale jakoś tak się dzieje, że nam nigdy nie wychodzi. Przeżywamy frustrację i poczucie winy. Warto wówczas odpowiedzieć sobie uczciwie na pytanie, czy naprawdę mi na tym zależy. Co by się stało, gdybym tego nie chciał/ nie chciała? I jeśli w odpowiedzi pojawia się stwierdzenie: ktoś byłby rozczarowany, byłby zły, przestałby mnie kochać, podziwiać, szanować, to sygnał ostrzegawczy, że mamy do czynienia z kukułczym celem.

Uświadomiliśmy to sobie, ale co dalej? Mamy przynajmniej dwie drogi. Jedna to realizować ten cel, ale już pod innym szyldem, uczciwie wobec samego siebie: robię to, ponieważ mi na kimś, na czymś zależy. Często po takim akcie uczciwej demaskacji okazuje się, że cel w jakimś fragmencie jest również nasz, odnajdujemy w nim własne elementy. Natomiast druga droga to porzucić ten cel. Być może będzie trzeba wówczas zmierzyć się z konsekwencjami takiej odmowy. Czyimś niezadowoleniem, odpowiedzialnością za podjętą decyzję. Może będzie to temat do pracy z samym sobą.

Drugi ważny element przy stawianiu sobie celu to wiara.

Marzymy, pragniemy czegoś i kiedy los daje nam prezent, nie potrafimy go przyjąć. Brak wiary w siebie, w swoje możliwości czyni z nas marzycieli gaduły, wiecznie dobrze zapowiadające się… coraz starsze osoby. Warto zajrzeć głębiej w siebie i jeśli na dnie siedzi taki brak wiary w siebie, to pierwszy cel do realizacji już mamy: praca nad poczuciem własnej wartości. Wiara czyni cuda. Bez zaufania do siebie, przekonania, że dam sobie radę, że warto spróbować, będziemy ciągle smakowali lody przez szybę.

Jak osiągnąć cel? Najpierw nakreśl mapę podróży

Cel jest jak mapa w podróży. Im lepsza mapa i lepiej doprecyzowany cel, tym większa przyjemność i korzyść z podróży. Aby wyruszyć w podróż, trzeba wiedzieć, dokąd się wybieramy.

Co pomaga w osiąganiu celów? Zrób dokładny plan działania, tak jak robisz plan podróży. (fot. iStock) Co pomaga w osiąganiu celów? Zrób dokładny plan działania, tak jak robisz plan podróży. (fot. iStock)

Cel musi być sformułowany pozytywnie. Kiedy mówimy, czego nie chcemy, w naszym umyśle pojawia się dziura. To, czego nie chcemy, automatycznie nastawia nasze myślenie na tropienie przejawów tego, czego chcemy uniknąć, przed czym uciekamy. Mówimy stop objadaniu się, spóźnianiu, braku asertywności, poświęcaniu się itd., a w zamian nie dajemy nic. Cel musi być wyrażony w konkretnych oznakach, wskaźnikach. A zatem na przykład zamiast: „Nie chcę się poświęcać”, powinniśmy myśleć: „Chcę mówić jasno, co jest dla mnie ważne w danym momencie”. Zamiast: „Nie chcę się spóźniać”, powinniśmy powiedzieć: „Chcę przychodzić dokładnie o określonej godzinie lub pięć minut przed określoną godziną”.

Kiedy już nasz cel sformułowany jest pozytywnie, wyrażony w konkretnych zachowaniach, obserwowalnych wskaźnikach, wydaje się, że nic prostszego jak tylko zacząć. Jednak bywa to trudne bowiem nasze chęci często występują w sprzecznych konfiguracjach, jak słynny dylemat osiołka: owies czy siano, zwany w psychologii konfliktem typu dążenie–dążenie. Konflikty takiego rodzaju powodują, że trudno nam zacząć, ruszyć z miejsca.

Stop rozmyślaniom. Prawda, którą musimy zaakceptować, jest taka, że nie ma rozwiązań idealnych, a im więcej opcji będziemy wrzucać do decyzyjnego worka, tym trudniej nam będzie podjąć decyzję. Najlepszym działaniem w takiej sytuacji jest zebranie tylu informacji, by móc stwierdzić, że to rozwiązanie jest akceptowalne. I zamknąć drzwi do pokoju z szyldem: zbieram dane, robię rekonesans. Zatem Marta powinna po zwiedzeniu czterech sklepów wybrać jeden zestaw i już ani na minutę nie wracać do myślenia typu: ale z drugiej strony to… Teraz dajemy wsparcie podjętej decyzji: myślimy o tym, dlaczego wybrana kanapa jest najlepsza, nie wspominając o wadach ani o innych modelach. Z chwilą podjęcia decyzji wymazujemy je z pamięci.

Hierarchia celów - wyznacz i działaj

Pomyślmy o celach długoterminowych, jak uczenie się języka obcego. Aby je skutecznie realizować, warto zaplanować je zgodnie z regułą: nie od razu Rzym zbudowano. Zaczynamy wiele rzeczy, ale trudno nam doprowadzić je do końca. Cierpimy na słomiany zapał, rzucamy się do realizacji celu i póki pali się w nas początkowy ogień, działamy, ale gdy zaczyna dogasać, porzucamy cel w połowie drogi. Wtedy odczuwamy słabość naszej woli. Jak ją kształtować?

W psychologii mówimy o strategiach wolicjonalnych, czyli takich działaniach, które wspierają procesy odpowiedzialne za realizację celu. Jedna z większych pułapek, które na nas czyhają przy realizacji celów długoterminowych, to pojawienie się konkurencyjnych zamiarów, które domagają się realizacji. Na co dzień bowiem realizujemy wiele celów i ciągle pojawiają się nowe. Zaczyna się konkurencja i rywalizacja między nimi o pierwszeństwo w realizacji.

Codzienne cele układają się w hierarchię, cele stojące najwyżej mają pierwszeństwo. Aby nasz długoterminowy cel nie został zdetronizowany, potrzebujemy strategii zwanej kontrolą motywacji. Jak to zrobić? Po pierwsze, musimy o nim pamiętać.

Strategia aktywnej selektywności uwagi pozwala utrzymywać nasz cel w polu świadomości. Chodzi o to, aby koncentrować uwagę na tych elementach, które są związane z naszym celem. Kiedy próbujemy się odchudzać, nie oglądajmy książek kucharskich, nie przechodźmy obok cukierni… czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Myślmy za to o tym, jak fajnie będzie pójść na plażę w nowym kostiumie, założyć nową sukienkę. Szukajmy w otoczeniu tego, co będzie nas wspierać.

Kontrolujmy docierające do nas informacje. Ta  strategia zabezpieczy nas przed napływem informacji utrudniających nam wytrwanie w realizowanym zamiarze osłabiających nasze zaangażowanie. Kiedy poczujemy, że wola nam słabnie i zaczynamy myśleć o negatywnych stronach realizowanego zamiaru, to tak, jakbyśmy polewali wodą palący się w nas płomień.

Co jeszcze wziąć pod uwagę, gdy chcemy osiągnąć cel? Otóż ogromne znaczenie ma hierarchia celów, hierarchia potrzeb, hierarchia wartości (fot. iStock) Co jeszcze wziąć pod uwagę, gdy chcemy osiągnąć cel? Otóż ogromne znaczenie ma hierarchia celów, hierarchia potrzeb, hierarchia wartości (fot. iStock)

Osiąganie celów a negatywne emocje

Do ważnych wrogów lub sprzymierzeńców silnej woli należą przeżywane przez nas emocje. Poczucie winy, złość, lęk, które mogą się pojawić, gdy zaczniemy słuchać głosów określających nasz cel np. jako wyraz egoizmu, najprawdopodobniej spowodują jego porzucenie. Zrobimy wszystko, aby uwolnić się od sytuacji, która wywołuje w nas tak negatywne emocje. Jeśli natomiast skoncentrujemy się na pozytywnych skutkach osiąganego celu, pojawią się radość, duma z samego siebie. Te pozytywne emocje staną się źródłem energii i siły w podtrzymaniu naszego dążenia.

Pamiętajmy, że realizacja celów jest umiejętnością. Ucząc się, potykamy się, przewracamy, ale to znaczy, że zaczynamy coś zmieniać, że rutyna i stare nawyki przestają działać.

Warto spojrzeć więc na realizację celów jako na ważny element, który kształtuje naszą osobowość. To właśnie dzięki celom, które osiągamy, i dzięki temu, jak zmagamy się ze sobą i swoimi słabościami, możemy się rozwijać.

Piotr pracuje na uczelni, jest młodym doktorem. Wiele opowiada o tym, że chciałby wyjechać za granicę na stypendium. Czuje, że mógłby się tam rozwinąć. Dostaje ofertę wyjazdu. Najpierw choruje, później kupuje mieszkanie, bo czas się usamodzielnić. Nie wyjeżdża. Paraliżuje go lęk, że nie da sobie rady, nie sprawdzi się, jest za słaby.

Magda studiuje marketing i zarządzanie. Uważa, że to dobry dla niej kierunek, pozwalający zrobić karierę; to spełnienie jej marzeń. Ale jakoś tak się dzieje, że poza obowiązkowymi podręcznikami nigdy nie przeczytała nic więcej z tego zakresu, nie chodzi do firm na staże, nie śledzi rynku, trendów i nowych idei i jakoś brakuje jej energii. Rodzice i jej chłopak jednak nie mają żadnych wątpliwości, że to idealne studia.

Marta urządza nowe mieszkanie. Czwarty weekend spędza w kolejnym sklepie meblowym, nieustannie oglądając, porównując ceny. Kiedy już prawie jest zdecydowana, przypomina jej się, że jest jeszcze jeden ważny salon meblowy, który musi odwiedzić. Jedzie tam i wpędza się w jeszcze głębszy kanał decyzyjny. Bo tu cena i kolor,  jeszcze gdzie indziej styl, ale nie ten kolor. I tak w nieskończoność.

Iza chce wyjechać w kwietniu na narty. Jeździ całkiem dobrze. Codzienna praca to jednak wysiadywanie wielu godzin w agencji, przed komputerem, na zebraniach. W tygodniu nie ma czasu ani siły, aby się poruszać. W lutym Iza postanowiła zadbać o swoją kondycję. Codziennie po 20 ćwiczeń. Pierwszy tydzień idzie nieźle, ale już w następnym trzeba zostać dłużej w biurze, kolejnego dnia trzeba odespać. Później bankiet z klientem itd., aż w końcu mija miesiąc i poza pierwszym mocnym podejściem reszta to porażka.

Gdy realizujesz cel, pamiętaj:

  • Sprawdź, czy cel, który zamierzasz osiągnąć, jest rzeczywiście twój. Czego chcę, pragnę?
  • Sformułuj cel w postaci pozytywnej. Do czego dążę, a nie czego chcę uniknąć.
  • Gdy już wyznaczysz cel, nie wracaj ponownie do analizy wszystkich za i przeciw.
  • Jeśli cel jest złożony lub trudny, podziel go na podcele.

Zaplanuj sposób realizacji:

  • Co konkretnie chcesz osiągnąć.
  • Kiedy – ile czasu ci to zajmie.
  • W jaki sposób zamierzasz to osiągnąć.
  • Opracuj sposoby rozwiązywania trudności, co zrobisz, gdy pojawi się przeszkoda.

Na każdym z tych etapów:

  • Poszukuj pozytywnych informacji, które pomogą ci wytrwać w działaniu.
  • Wzbudzaj i podtrzymuj w sobie przez cały czas pozytywne emocji: ciekawość, radość, nadzieję, poczucie dumy.
  • Zadbaj o wsparcie otoczenia, gdyby było ci trudno.
  • Bądź czujny, gdy pojawiają się wątpliwości – często to dobra wymówka, by cel porzucić, kiedy zaczyna być trudno.
  • Ciesz się własnym zaangażowaniem, pozytywne działania rozwijają naszą osobowość!

  1. Psychologia

Jak wyjść ze swojej strefy komfortu? Wyjaśnia psycholog Jacek Walkiewicz

Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. (Fot. iStock)
Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. Bo najważniejsze (ważniejsze nawet niż zdrowie) jest poczucie sensu. Jeśli zamiast niego króluje u ciebie bezsens, pora to zmienić!

Wszyscy mamy jakieś marzenia, jedne bardziej szalone, inne zwykłe, można by rzec, przyziemne. Ale łączy je jedno – to, że już na samą myśl o nich oczy nam się śmieją. I choćby inni się pukali w głowę, my wiemy swoje. Tego pragnie nasza dusza i nic na to nie poradzimy. Marzenia jednak mają to do siebie, że kiedy pozostają tylko w sferze wyobrażeń, zamiast uśmiechu potrafią wywołać na twarzy grymas bólu, złości czy frustracji. I to właśnie ten grymas widzimy czasem w lustrze. Cóż, łatwo marzy się kilkulatkowi, trudniej zaryzykować wszystko, gdy ma się, dajmy na to, 30 lat. Prawda, trudniej, ale może mimo to warto? Bo jeśli czujemy się nieszczęśliwi, smutni, przygnębieni; jeśli prześladuje nas jedna myśl: „a co by było, gdyby…”; jeśli serce się rwie, choć rozum ostrzega – nie bagatelizujmy tego. Jakaś część w nas domaga się wysłuchania.

Oczywiście, nikt nam nie powie dokładnie, co mamy robić, aby nasze życie stało się piękniejsze, pełniejsze, szczęśliwsze, bo to wiemy tylko my sami. Czasem potrzebujemy tylko inspiracji, przykładu kogoś, komu się udało. Myśli, która w nas zarezonuje, wytyczy nowy kierunek, pomoże dostrzec coś, czego do tej pory nie widzieliśmy. Mentora, który da kopa do działania.

Pełna moc możliwości

„Jestem z pokolenia, dla którego szczytem marzeń było pojechać do Niemiec, zarobić trochę marek, kupić rozbitego golfa, przywieźć go do Polski i czuć się lepszym człowiekiem” – tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych wykładów motywacyjnych, „Pełna MOC możliwości”. Rok po opublikowaniu w serwisie YouTube.pl ma już ponad milion odsłon, a jego autor, Jacek Walkiewicz, jest obecnie jednym z najpopularniejszych mówców motywacyjnych w Polsce. Kiedy pierwszy raz usłyszałam zarówno o nim, jak i o jego wykładzie, spytałam: „Ale właściwie o czym on mówi?”. „Trudno powiedzieć, w sumie o wszystkim” – odpowiedziała koleżanka. – „Po prostu musisz to zobaczyć”.

Zobaczyłam i potwierdzam. W sumie nie ma znaczenia, o czym, ale JAK Jacek Walkiewicz mówi…! Zadaje trafne pytania i udziela na nie jeszcze trafniejszych odpowiedzi. I konstruuje zdania, które nie dają spokoju, które wwiercają się w głowę i skłaniają do myślenia. Jak na przykład takie, zapożyczone od prof. Władysława Bartoszewskiego: „W życiu są rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca, ale nie zawsze to, co warto, się opłaca, i nie zawsze to, co się opłaca, warto”. Albo to: „Marzenia są czymś uroczystym, są czymś odświętnym. Natomiast dochodzimy do nich przez taką normalną prozę życia, przez codzienność”. Oba cytaty odwołują się do historii o kamperze, młodzieńczym marzeniu Walkiewicza. Odkąd jeździł za granicę na kempingi, marzył o tym, żeby zamiast małego namiotu mieć porządną przyczepę, jak niemieccy turyści. O kamperze śnił 20 lat, aż w końcu, już jako 40-latek postanowił go kupić. Znalazł nawet odpowiedni na Allegro, pojechał do właściciela, obejrzał i wpłacił trzy tysiące zaliczki, po czym wrócił do domu i… popadł w przygnębienie. Ogarnęły go smutek i poczucie, że nie wie, co dalej. Aż w końcu, po paru dniach, jego żona spytała: „Kupujesz tego kampera czy nie?”. Odpowiedział, że nie wie. Że 20 lat marzył o kamperze i teraz nie wie, czy naprawdę go chce. Na to żona: „Jacek, zawsze mi mówiłeś, że marzenia są po to, żeby je realizować. Więc zrób to, bo inaczej nigdy nie będziesz wiedział, jak to jest mieć kampera”.

Walkiewicz, mówiąc o sobie, mówi tak naprawdę o nas wszystkich. Jego wykład, ale też książki, są tak naprawdę o odwadze do spełniania marzeń, a czasem o odwadze do ich porzucenia. Jednym zdaniem – o odwadze, by stać się bohaterem swojego życia.

Jest słoneczne poniedziałkowe popołudnie, a ja siedzę naprzeciwko niego w jego niewielkiej, ale bardzo klimatycznej księgarni przy ul. Chmielnej. Miękki fotel, gwar dziecięcych głosów dobiegający z oddali, zapach smakowitych dań dochodzący z włoskiej restauracji nieopodal. Przyszłam na wywiad o istocie marzeń, ale nie wiem, że czeka mnie tak naprawdę godzinny wykład motywacyjny. Bo Jacek Walkiewicz, jak sam twierdzi, od zawsze miał skłonność do przegadywania innych. I wiecie co? Rzeczywiście jest w tym najlepszy. Zresztą, co będę wam opowiadać, posłuchajcie.

Historia o kamperze tak naprawdę jest o tym…

…że mamy wyrzuty sumienia, gdy kupujemy sobie coś „drogiego”, gdy przeznaczamy dużą sumę pieniędzy tylko na siebie. To chyba nasza narodowa cecha. Gdy słyszę, jak młoda matka mówi, że ma wyrzuty sumienia, bo kupiła sobie drogi płaszcz, to ja się pytam, w czym jest problem? Skoro płaszcz jej się podobał i skoro zarabia tyle, że było ją na niego stać… No właśnie, problem polega na tym, że ona czuje, że nie ma prawa spełniać swoich zachcianek, że trzeba było przeznaczyć te pieniądze na dziecko, jedzenie, cokolwiek, byle nie na siebie. Ja podchodzę do kwestii zakupów następująco: skoro podoba mi się jakaś koszula, ale waham się, czy nie jest za droga, to mówię sobie, że jeśli jej nie kupię, to sprzedawca jej nie sprzeda, a jak sklep przestanie przynosić zysk, to go zamkną i wiele osób straci pracę. Moja konsumpcja ma więc szerszy wymiar niż tylko osobisty. Zarabiamy pieniądze, to je wydawajmy. Świat daje ogromne możliwości, ale cóż z tego, skoro my mamy w głowach ograniczenia i blokady, które nie pozwalają nam w pełni z nich korzystać.

Ostatnio zrobiłem taki wpis na blogu, że większość z nas powinno mieć na imię „Uważaj”. Uważaj Krystyna czy Uważaj Paweł. Przecież od dziecka to słyszymy: „Uważaj, nie biegaj z patykiem, bo wbijesz go sobie w oko”, słowo daję, nigdy w życiu nie widziałem dziecka z patykiem w oku. Przez to wieczne „uważaj” sądzimy, że nie ma sensu czegoś zaczynać, bo i tak się nie uda, wolimy nie ryzykować, bo to niebezpieczne. Lepiej zostać w strefie komfortu. A bycie bohaterem swojego życia to akt odwagi. To wewnętrzne zintegrowanie, takie poczucie, że jest się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i właściwą osobą. To dążenie do największej spójności między swoim „myślę”, „mówię”, „robię” i „czuję”. Co nie znaczy, że stajemy się niewolnikami swoich postanowień czy przekonań. Jeśli postanawiam, że od dziś nie jem mięsa, a za rok najdzie mnie ogromna ochota na kurczaka, to go zjem. Ludzie oczywiście będą się dziwić: „Ale ty przecież nie jesz mięsa”. Nie jem, ale dzisiaj zjem. Dlaczego? Bo chcę.

W życiu najbardziej fascynuje mnie to…

…że jest tajemnicze. I że te tajemnice odkrywa przed nami stopniowo. Zwykle zapominamy, że to my ustawiamy się na określonej ścieżce, podejmując z pozoru niewiele znaczące decyzje. Ja na przykład miałem być lekarzem, wybrałem klasę biologiczno-chemiczną, miałem zdawać na medycynę. Niestety, niespecjalnie lubiłem i rozumiałem fizykę, a ona była obowiązkowa. Pozostało mi wybrać studia, na które zdaje się tylko biologię i chemię. Zdecydowałem się na weterynarię. Studiowałem tak dwa lata, z głębokim przekonaniem, że boję się zwierząt i że to, co robię, jest kompletnie bez sensu. Ale bez jakiegokolwiek wglądu w to, co mógłbym robić. Czyli dokładnie wiedziałem, czego nie chcę, ale nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, co chcę. Z drugiej strony, zawsze miałem głębokie przekonanie, że najpierw trzeba coś zamknąć, żeby coś nowego otworzyć. Ludzie zwykle boją się tego zawieszenia, wolą żyć „na zakładkę”, czyli jeszcze trzymają się jednej rzeczy, ale już chwytają za drugą. Ja wiele razy w życiu zaryzykowałem, dzięki czemu, jak sądzę, mój stopień otwartości i motywacji jest o wiele wyższy, niż gdybym ciągnął coś na dwa etaty.

Przeniosłem się na psychologię, która wtedy, w okresie stanu wojennego, była uważana za „naukę o wariatach”. Tymczasem w czasach mięsa na kartki weterynarz to był ktoś. Psychologia otworzyła mnie na coś, co mnie zafascynowało, czyli na temat perswazji, wpływu na ludzi. Dlatego też po studiach, mimo że rozpocząłem pracę w poradni, przerwałem ją i poszedłem do działu reklamy w „Gazecie Wyborczej”. A tam, dzięki jednemu z moich mistrzów, przekonałem się, że mówiąc do ludzi, w trzy godziny można im przekazać więcej, niż słyszeli przez ostatnie pięć lat. Ale tylko wtedy, kiedy dzielisz się swoim doświadczeniem, na zasadzie: „opowiem wam o swoim życiu i zostanę waszym bohaterem”. Bo naszymi bohaterami stają się ludzie, którym możemy zajrzeć do ich życia, i dzięki temu porównać je ze swoim.

Odszedłem z gazety, założyłem własną firmę szkoleniową, ale czułem, że to też nie do końca to, co chciałbym robić. Tak naprawdę nigdy nie byłem trenerem warsztatowcem, zawsze miałem tendencję, by przegadywać innych, a nie słuchać. A na dwudniowych warsztatach raczej się ćwiczy, a nie mówi do uczestników. Oni z kolei zawsze pytali się o ćwiczenia, wymyślałem więc jakieś, ale one nie wciągały ludzi tak jak to, co do nich mówiłem. Proporcje zaczynały się więc przesuwać i doszło do tak absurdalnej sytuacji, że robiłem dwudniowe warsztaty, na których nie było żadnego ćwiczenia. Może pani sobie wyobrazić, jak trudno w tamtych czasach było coś takiego sprzedać.

Postanowiłem, że rzucam warsztaty i skupiam się tylko na wykładach. Poczułem, że nie mogę siedzieć na sali, słuchać tego, co mówią uczestnicy, i mieć poczucie, że to wbrew mnie i że w pewien sposób wszystkich oszukuję. Że nie jestem bohaterem swojego życia, jestem antybohaterem. I znów było to ogromne ryzyko, niewiele firm było zainteresowanych takimi wykładami, a warsztaty były na topie. Nikt nie wierzył, że można utrzymać uwagę słuchaczy przez bite dwie godziny. Wszyscy pytali: „Ale o czym pan mówi?”. – Dobre pytanie – odpowiadałem – trzeba by o to spytać tych, co mnie słuchają. Moim zdaniem mówię o życiu.

Cała prawda o marzeniach…

…jest taka, że one się zmieniają, ewoluują. Kiedy jesteśmy młodzi, nasze marzenia są głównie materialne. Chcemy mieć. Potem, tak po trzydziestce, bardziej zaczyna nas interesować nie tylko to, co mamy, ale również to, co robimy. Zaczynamy doceniać drogę do celu bardziej niż sam cel. Jeszcze później myślimy już nie o tym, co robimy, ale kim się dzięki temu stajemy.

A ponieważ marzenia się zmieniają i my też, warto co jakiś czas robić update swoich przekonań, talentów i celów, bo nawet te ostatnie mogą się z czasem dewaluować. Ja sam byłem ogromnie zdziwiony, gdy jakiś czas temu zmieniłem jedno ze swoich fundamentalnych przekonań, że w życiu najważniejsze jest zdrowie. Ale przekonał mnie przykład osób doświadczonych przez los, chorych, niepełnosprawnych fizycznie, którzy jednak spełniają się w życiu. I odkryłem, że od zdrowia ważniejsze jest poczucie sensu. Nawet jeśli inni będą pukali się w głowę. W życiu po prostu należy robić swoje. Co nie znaczy, że trzeba się konsekwentnie trzymać ścieżki, jaką obraliśmy lata temu. Niekiedy najciekawsze rzeczy przydarzają się z boku drogi, poza ustalonym szlakiem. Dlatego czasem warto zmienić plany, wsiąść do innego pociągu, na imprezie podejść do grupki nieznajomych, zrobić coś wbrew utartej logice.

I warto realizować dziecięce marzenia, nawet jeśli nie są już w nas tak silne jak kiedyś, chociażby po to, żeby je odhaczyć. Powiedzieć wnukom: „Dziadek zawsze marzył o podróży do Afryki i w końcu tam pojechał”. Wtedy stają się one naszą prawdą, doświadczeniem, historią. Dowodem na nasze sprawstwo. Inaczej potrafią dręczyć do końca życia. Ja większość swoich dziecięcych marzeń zrealizowałem między 37. a 40. rokiem życia. Ale z marzeniami trzeba też uważać, bo mogą stać się bieganiem od punktu do punktu: tu skaczę, tu pływam, tu jadę do Nowej Zelandii, ale tak naprawdę nie spełniam się, tylko miotam. Wszystko jest dobre, od czego nie jesteśmy uzależnieni. Kiedy stajemy się ich niewolnikami, pojawiają się choroby. I może dobrze, bo dla wielu osób większym kopem do zmian jest nie inspiracja, a desperacja. O wiele trudniej jest zaryzykować, gdy wszystko jest dobrze. A już najtrudniej jest zaryzykować pieniądze. Ciągle balansujemy między poczuciem bezpieczeństwa a wolnością. A jak ktoś mądry powiedział, możesz wybrać albo bezpieczeństwo, albo wolność, ale jak wybierzesz bezpieczeństwo, stracisz jedno i drugie. Dlatego według mnie lepiej wybrać wolność. A marzenia są właśnie tam, gdzie jest wolność.

Zamień słowa blokujące zmianę na wspierające

Zmień swoje słownictwo, a zmienisz swoje życie – przekonuje Jacek Walkiewicz. Dlatego jeśli masz poczucie, że nic ci się nie udaje, że nie jesteś w miejscu, w którym zawsze chciałaś być, zacznij od tej prostej, ale potężnej w skutkach zmiany.
  • Zamiast „ROZCZAROWAŁAM SIĘ”, mów: „DOŚWIADCZYŁAM”
  • Zamiast „JUTRO” – „TERAZ”
  • Zamiast „CHCIAŁABYM” – „POTRZEBUJĘ”
  • Zamiast „POŚWIĘCĘ SIĘ” – „WYBIERAM”
  • Zamiast „MOŻE” – „POSTANAWIAM”
  • Zamiast „POWINNAM” – „DECYDUJĘ”
  • Zamiast „UDAŁO MI SIĘ” – „ZROBIŁAM”
  • Zamiast „TRZEBA” – „MOGĘ”
  • Zamiast „PROBLEM” – „ZADANIE”
  • Zamiast „NIE POTRAFIĘ” – „NAUCZĘ SIĘ”
  • Zamiast „NIE WIEM” – „SZUKAM”