1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Motywacja w dwóch ważnych krokach

Motywacja w dwóch ważnych krokach

fot.123rf
fot.123rf
Głównym źródłem motywacji wszystkich ludzi jest pragnienie wyrażania siebie i realizacji marzeń – a więc doświadczanie wolności osobistej.

Pierwszy krok: najpierw dobrze zrozum źródła swojej motywacji, dotrzyj do powodu, który skłania cię do działania. Chodzi o odpowiedź na pytanie: Po co chcesz to robić?

Drugi krok: dokonaj selekcji pobudek. Umysł jest nakręcony do działania, kiedy wybiera ze zbioru myśli, odczuć i doświadczeń argumenty przemawiające za i przeciw konkretnemu działaniu. Jasność wizji podnosi poziom motywacji.

Wniosek – źródło motywacji stanowi wybór. Umysł wybiera powód do działania, a następnie trwa przy nim bądź nie. Od tego zależy nasza motywacja. To spostrzeżenie stanowi najważniejsze źródło twojej osobistej siły. Dlatego konieczne jest zapanowanie nad własnymi impulsami i takie pokierowanie umysłem, by ten dokonywał wyborów i angażował się w sprawy, które są dla ciebie korzystne.

Motywacja to energia, która rodzi się z myśli. Odczuwamy motywację, ponieważ świadomie tego chcemy, a nie dlatego, że słońce przypadkiem świeci akurat po naszej stronie ulicy. Sukces lubi jednoznaczny wybór.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!

  1. Psychologia

Wyuczona bezradność - czym się objawia?

Wyuczona bezradność to zbiór przekonań, które odbierają motywację do działania. (fot. iStock)
Wyuczona bezradność to zbiór przekonań, które odbierają motywację do działania. (fot. iStock)
Wyuczona bezradność to nic innego jak utrwalenie przekonania o braku związku przyczynowo - skutkowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami.

Kwestię wyuczonej bezradności pod koniec lat 60. badali młodzi naukowcy: M. Seligman i S. Maier. Doszli oni do wniosku, że ludzie uczą się bezsilności i bezradności, by potem długo (albo już na zawsze) w niej tkwić.

Myśląc obrazkami, wyuczona bezradność to bezrobotni, którzy nie szukają pracy, bo uważają, że i tak nic nie znajdą; to bezdomni, którzy nie pragną zmiany losu, chyba że ktoś zrobi to za nich; to ofiary przemocy pogodzone z własnym losem, bo nie widzą najmniejszej drogi wyjścia z łańcucha doświadczanej przez nich nienawiści. Po jakimś czasie wyuczona bezradność staje się wygodnym sposobem na przetrwanie w społeczeństwie, choć tak naprawdę cofa, zatrzymuje w rozwoju, obniża samopoczucie i niszczy ego. Jest stanem wyuczonym, przykrym i dokuczliwym, który utrudnia normalne, pełne realizacji i satysfakcji życie. Dla niewolników wyuczonej bezradności, w większości pesymistów, każda porażka urasta do rangi życiowej katastrofy, a najmniejsza przeciwność losu traktowana jest jak dramat. Każda interpretacja zachowania może być usprawiedliwianiem własnej niemocy i apatii.

Skoro jednak byliśmy podatni, żeby bezradności się nauczyć, możemy też włożyć wysiłek w oduczenie się jej. To pozwoli nam wyjść z poczucia, że "niczego nie można zmienić".

Co zrobić, by oduczyć się wyuczonej bezradności:

  • Zmiana myślenia „nie da się tego zrobić" na „ryzyko próby jest mniejsze niż jej nie podjęcie", „nigdy mi się to nie udaje” na „teraz nie wyszło, ale może uda się następnym razem”, „nigdy nie zrozumiem” na „muszę się jeszcze douczyć”, etc.
  • Utrzymać wewnętrzną kontrolę i wzmacniać się pozytywnymi stwierdzeniami. „Myślę, że jestem dobrym człowiekiem” dotyczy przekonań innych, ale „żyję według Dekalogu” wyraża przekonanie o nas i pozostaje pod naszą kontrolą.
  • Zamienić negatywne przekonania na przekonania pozytywne. Naszą codziennością sterują nawyki myślowe, często nieuświadomione, a więc zamiana ich w pozytywne powoduje, że szybciej trafiają do podświadomości. To ja kreuję przekonania: „nigdy mi się nie udaje” na „nie udało mi się tym razem”.
  • Uświadomić sobie, że wyuczona bezradność to stan wewnętrzny, a „to, co w nas siedzi” jest sprawą tylko naszego umysłu.
  • Jeśli wyuczona bezradność jest owocem wychowania przez rodziców, nie zmienia to faktu, że teraz my kierujemy „naszym wychowaniem” i to do nas należy chęć zmiany.
  • Zamienić pesymistyczny sposób wyjaśniania różnych niepowodzeń na optymistyczny. Ten drugi pomaga dłużej cieszyć się zdrowiem, a w sytuacji choroby, skuteczniej z nią walczyć.
Optymiści nie mówią: „problemy są nierozwiązywalne” ale „są wyzwaniami, lepiej być częścią rozwiązania niż częścią problemu”.
Nie traktują niepowodzeń jako problemu życiowego i nie wyciągają wniosków typu: „jestem do niczego, nie mam sensu, i tak się nie uda” tylko „jutro się postaram, spróbuję ponownie, nie poddam się po jednej nieudanej”, etc.

Anna Kasica Bogucka: psycholożka, autorka licznych publikacji o tematyce rozwojowej.

  1. Psychologia

Chcę i mogę! Motywacja ważniejsza od wykształcenia i talentu

Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Zmienić pracę, rzucić palenie, założyć własną firmę, schudnąć, nauczyć się grać w tenisa. Czego to w życiu nie planujemy! I na ogół na planach się kończy. Nawet jeśli jesteśmy do tego przygotowani, mamy odpowiednią wiedzę i fachowe wsparcie. Dlaczego? Bo brakuje nam wewnętrznego zapału, czyli – motywacji.

Rudolph Giuliani, słynny burmistrz Nowego Jorku, który dowodził akcją ratunkową 11 września 2001 roku, a wcześniej doprowadził do radykalnego spadku przestępczości w mieście, przyznał publicznie: „mój sukces był możliwy dzięki zmotywowaniu pracowników podległych mi służb”. To samo mówią szefowie wielu firm przebojem wkraczających na rynek. Są zgodni, że bez odpowiedniej stymulacji załogi niewiele da się osiągnąć, zwłaszcza na dłuższą metę. Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka!

Tamara Lowe, współczesna amerykańska ekspertka od motywacji, porównuje ten wewnętrzny imperatyw do paliwa napędzającego samochód. W książce „Zmotywuj się!” pisze: „Gdybyś miał Bugatti Veyron, cud techniki motoryzacyjnej za milion dolarów, ale nie nalałbyś do niego paliwa, nigdzie byś nie pojechał. Podobnie jest z motywacją. Bez niej człowiek posiadający całą mądrość, talenty i wszystkie możliwości świata nie będzie w stanie wykorzystać tego potencjału”.

Motywacja to jeden z najważniejszych kluczy do sukcesu, i to w każdej sferze naszego życia. Bije na głowę tak skądinąd istotne wartości, jak wykształcenie czy talent. Co do tego wśród psychologów panuje zgoda. Różnice polegają na rozumieniu, czym w istocie jest motywacja.

Zwolennicy teorii instynktu (m.in. Zygmunt Freud) uważają, że motorem wszystkich naszych zachowań są pierwotne potrzeby, takie jak: głód, seksualność, ale także potrzeby społeczne, jak miłość, współczucie. Przedstawiciele teorii humanistycznej (Abraham Maslow) twierdzą, że ludzie są motywowani także przez potrzebę osobistego rozwoju. Podkreślają, że człowiek jest w stanie wytrzymać ból, głód i wiele napięć, aby osiągnąć stan samorealizacji. Maslow sformułował tezę, że nasze potrzeby tworzą pewną hierarchię – od fizjologicznych, przez potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i miłości, po realizację własnego niepowtarzalnego potencjału. Z kolei przedstawiciele teorii poznawczej zakładają, że ludzie są urodzonymi naukowcami, którzy dążą do zrozumienia świata. A wszystko po to, by móc kontrolować i przewidywać bieg wydarzeń. Wedle tej teorii motywacja to pragnienie usuwania sprzeczności, jakie tkwią w naszym światopoglądzie, i chęć usprawiedliwiania własnego postępowania.

Dlaczego robimy to, co robimy

Ekspert w dziedzinie psychologii perswazji, emocji i podświadomości Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, profesor Rafał Ohme, wydaje się przykładem naukowca o wysokim stopniu samomotywacji. W wieku 36 lat zdobył tytuł profesora, wykłada na zagranicznych uniwersytetach, jest autorem licznych publikacji naukowych, założył własną firmę badawczą. Zanim odpowie na pytanie, co go popycha do działania, wylicza trzy rodzaje motywacji.

Pierwszy – ze względu na zewnętrzne nagrody bądź kary: chce nam się pracować, bo uzyskujemy za to wynagrodzenie lub inne gratyfikacje materialne. Albo pracujemy, bo boimy się kar za to, że czegoś nie zrobimy. – To najmniej skuteczna forma motywacji, bo oparta na wzmocnieniu zewnętrznym – mówi profesor. – A takie wzmocnienie działa, niestety, na krótką metę. Gdy na przykład rodzice wyjadą i nie sprawdzą, czy dziecko odrabia lekcje – to ono natychmiast przestaje się uczyć. Także motywacja tylko ze względu na pieniądze nie jest trwała. Bo jak konkurencyjna firma zaproponuje nieco wyższe uposażenie, to pracownik powie „do widzenia” i odejdzie.

Drugi typ motywacji – identyfikacja z szefem, idolem, przywódcą, guru – jest dużo skuteczniejsza. Człowiek potrafi dużo znieść, zaciśnie zęby, byle szef był z niego dumny. Ale gdy czar szefa pryśnie, gaśnie też zapał do pracy. Inaczej dzieje się w przypadku trzeciego rodzaju motywacji – pracy dla idei, wartości (internalizacja). Trudno ją ot, tak sobie zgasić, jest najtrwalsza i najskuteczniejsza.

– Większość naukowców w Polsce działa pod wpływem tej właśnie motywacji – mówi profesor Rafał Ohme. – Nasze zarobki są nadal dużo niższe niż kolegów z Niemiec czy Francji. Pracujemy dla samej radości odkrywania, poznawania, dlatego że robimy coś po raz pierwszy, że nikt przed nami tym się nie zajmował. Podobny imperatyw kierować musi artystami, ludźmi wolnych zawodów, bo przecież nikt ich nie pogania i nie dopinguje.

Pisarka Olga Tokarczuk: – Staram się przede wszystkim robić to, co lubię. Wtedy motywacja do pracy całkowicie się uwewnętrznia, a to znaczy, że zamienia się w pasję. Wtedy czuję naturalność tego zadania, oczywistość i wielką przyjemność z pracy. Samo się robi, samo się pisze, samo się wymyśla. Przy pisaniu czasem mi się to zdarza. A kiedy się nie zdarza, stosuję system małych nagród: ulubiony pasjans po skończeniu jakiegoś fragmentu, dobry film na zakończenie dnia, a czasami – po zrobieniu większej części – wypad do miasta do ulubionych miejsc. Zauważyłam ogromną różnicę między pracą z przekonaniem i przyjemnością a tą bez przekonania i bez przyjemności. Ta druga jest chyba tym przekleństwem z Biblii i lepiej jeść suchy chleb, niż tak się męczyć. Zawsze żyję jedną nogą w przyszłości, dlatego już niejako widzę efekty tego, co robię teraz. Podobno to niezdrowe i należy zakorzenić się w tu i teraz. Na mnie to nie działa, niestety. W tu i teraz zastygam w bezruchu i gasnę. Myślenie, że to, co teraz robię, już w jakiś dziwny sposób istnieje w przyszłości, dodaje energii, motywuje.

Odkryj swój talent

Lech Majewski, reżyser, pisarz, malarz: – Jeżeli człowiek nie ma „poganiacza”, wtedy sam ma większą siłę działania. Zmuszanie rodzi naturalny opór. Ja właściwie nie mam innej motywacji poza określoną wizją i niezgodą na chaos i upadek wartości, które obserwuję wokół.

Ci, którym udało się dotrzeć do tej najtrwalszej z motywacji – wewnętrznej – zapewniają, że każdy może ją w sobie uruchomić. Trzeba tylko odkryć swoje mocne strony, talenty, pasje. I pójdzie jak z płatka.

Profesor Rafał Ohme: – Każdy z nas posiada jakiś niezwykły talent, który czyni go unikalnym. I kto ten talent odkryje, ten tak naprawdę wygra, bo to będzie go pchało do działania. Tymczasem wielu ludzi całe życie nie wie, że są urodzonymi brydżystami albo że idealnie graliby w golfa. Dlatego trzeba jak najwięcej w życiu próbować. Dla zabawy, przyjemności, dla towarzystwa. Gdy ktoś nas do czegoś namawia, nie mówmy: „nie, nie wiem, o co chodzi”. Spróbujmy, bo a nuż okaże się, że to jest to coś, co sprawi nam radość, do czego mamy predyspozycje. Profesor Ohme, który bada związki między pracą mózgu a emocjami, uważa, że wkrótce nauka będzie umiała nam pomóc odkrywać talenty! Przekonuje, że za 30 lat powstaną urządzenia, które zeskanują nasz mózg i podpowiedzą, w jakiej dyscyplinie sportu, nauki, sztuki osiągnęlibyśmy świetne wyniki.

– Rodzice będą mogli nawigować swoje dzieci dużo mniej boleśnie niż obecnie – mówi profesor. – I na przykład nie będą zmuszali ich do uporczywej nauki gry na pianinie, bo będzie wiadomo, że część mózgu dziecka odpowiedzialna za tę umiejętność nie jest do tego predestynowana. Zanim jednak to nastąpi, otwierajmy się nie tylko na nowe umiejętności, ale także na różne smaki, kuchnie, filmy, książki. Bo może okazać się, że to jest dokładnie coś, czego poszukiwaliśmy przez długie lata. Nie bójmy się próbowania, nikomu od tego krzywda się nie stanie, a może odkryjemy talenty, które w każdym z nas od dawna drzemią. Jest jeszcze jeden „skutek uboczny” otwierania się na różnorodność. Otóż jeśli nawet nie odkryjemy talentu, to i tak nasz mózg przejdzie niezwykłe ćwiczenie, które zwiększy naszą kreatywność. Badania dowodzą, że poddanie mózgu różnorodnym bodźcom – nawet jeśli jedne nam się podobają, a inne nie – wpływa na zwiększenie kreatywności. Co więcej, ludzie kreatywni dłużej są młodzi. Bo młodość polega na tym, że mózg nie popada w rutynę, tylko szuka sobie nowej ścieżki rozwoju. Wtedy też, niejako przy okazji, rodzi się prawdziwa, wewnętrzna motywacja.

Zdjąć betonowe buty

Lech Majewski na pytanie, jak się motywować, odpowiada: – Najważniejsze to traktować przeszkody jak mądrych doradców. To nie jest łatwe, ale możliwe. Bo jak zaczniemy uważać przeszkody za wrogów i zaczniemy się ich bać, to zabijemy motywację i nie pójdziemy do przodu. Jak by nie patrzeć na przeszkody, one muszą być. Mówiąc metaforycznie: biegacz nie może oczekiwać, że dystans skróci się albo że inni nie będą biec. Piłkarz nie może liczyć, że pozostali, łącznie z bramkarzem, zejdą z boiska, a on pobiegnie do bramki. Indyjski poeta i filozof Tagore opowiada, jak żeglując, pewnego razu wściekł się, bo rzeka wezbrała i maszt zawadzał o most. Zaczął myśleć, jak by to było, gdyby mosty się uginały, śluzy otwierały. A zaraz potem pomyślał, że przecież na tym polega umiejętność żeglowania, żeby umieć omijać przeszkody i korzystać z tego, co jest. W naszym życiu też istnieją reguły gry i nie są to wrogie siły skierowane przeciwko nam. Nie powinny nas zatem demotywować. Co więcej, one są nam wręcz niezbędne.

Zabójcze dla naszej motywacji jest wrzucanie tych przeszkód do kotła, który filozof i historyk filozofii Władysław Tatarkiewicz nazwał osobistą czarą goryczy. Każdy z rana stawia sobie na stole taką czarę i dba o to, żeby była pełna. A jak się coś ulotni, to sobie szybko do niej dolewa autokrytykę, poczucie bycia ofiarą. Taka postawa demotywuje, to jakby betonowe buty, które uniemożliwiają jakikolwiek ruch. Dopada wtedy człowieka niemoc, niewiara w siebie. A są to puste strachy, choć mogą nas opętać i unieruchomić.

Jest takie ćwiczenie zwane łożem śmierci. Polega na wyobrażeniu sobie siebie umierającego i na zastanowieniu się nad kilkoma pytaniami: Co jeszcze chciałbym zdążyć zrobić? Co dla mnie jest najważniejsze? Steve Chandler w książce „100 sposobów motywowania siebie” pisze, że uznanie nieuchronności śmierci – paradoksalnie – prowadzi do ponownego narodzenia się i głębokiego zmotywowania do działania. Chandler uważa, że tych sposobów jest zresztą dużo więcej, czasem zupełnie niestandardowych. Radzi na przykład: Przegłódź się. Rozbij swój telewizor. Czytaj kryminały. Śmiej się bez powodu.

Lech Majewski dorzuca jeszcze jeden sposób automotywacji, jakiego nauczyła go praca w Ameryce:  – Nie przejmować się odmową, odrzuceniem. Odrzucą trzy razy? Ale za czwartym zaakceptują. Niepisane prawo amerykańskie mówi: nie traktuj słowa „nie” jako końca, bo to jest bardzo dobry początek. Czasem właśnie czyjeś „nie” może nas skutecznie zmotywować!

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

  1. Styl Życia

Jak sport wpływa na karierę?

fot. iStock
fot. iStock
Co robi człowiek sukcesu przed godziną 9 rano? Trenuje! Ludzie, którzy świetnie radzą sobie w życiu zawodowym, aktywnie witają dzień. Czy to dowód na to, że uprawianie sportu pomaga w karierze? A może sport i sukces idą ramię w ramię, wzajemnie się wspierając?

Coraz więcej osób zaczyna biegać, uprawiać triathlon, chodzić do fitness clubów, pasjonować się sportem – moda na aktywny tryb życia trwa w najlepsze. Oprócz zdrowia, energii i przyjemności daje nam ona jednak coś więcej. Według Pauliny Brzózki, trenerki fitness oraz coach, uczy ustalania celów sportowych. – Jeśli chcemy przebiec półmaraton, schudnąć czy wymodelować sylwetkę, potrzebujemy planu treningowego, czyli po prostu planu działania. A ponieważ sport zazwyczaj jest mierzalny, ułatwia nam to pracę nad celem – tłumaczy. Dlaczego piszemy o tym w rubryce dotyczącej pracy? Bo te same mechanizmy, które działają na arenie sportowej, możemy zastosować w sferze zawodowej. I skutecznie zaplanować swoją karierę.

Wyznaczanie celu

Zarówno w sporcie, jak i w biznesie motywacja często zależy od celu. Jego właściwe ustalenie to połowa sukcesu, druga połowa związana jest z konkretną strategią, czyli planem działania. Zatem: cel, po pierwsze, powinien być „nasz”, czyli indywidualnie dobrany, uszyty na miarę. – Nawet jeśli jest on zespołowy czy mieści się w idei jakiejś firmy, warto wiedzieć, co znaczy dla mnie – mówi Paulina Brzózka. – Przykładowo pozwoli zdobyć mi nowe doświadczenie lub przybliży do awansu. Tak jak udział w biegu na 10 kilometrów pozwoli mi sprawdzić się na nowym dystansie.

Po drugie, cel powinien być realny do osiągnięcia, a jednocześnie ambitny. Jeśli nie stanowi dla nas wyzwania, nie będzie wystarczająco pociągający. Zaczniemy trenować albo pracować nad projektem, ale dopiero tydzień przed wyznaczonymi zawodami czy deadline’em. – Pytanie, na ile możemy wtedy dać z siebie 100 proc. zaangażowania – zauważa Paulina Brzózka. – I jaka będzie nasza skuteczność? Tak jak nie można się najeść na zapas, tak samo niemożliwością jest wykonać w tydzień coś, na co potrzebujemy miesiąca. W ten sposób nie można efektywnie ani trenować, ani pracować.

Mobilizując się na ostatnią chwilę, tracimy komfort działania, bo nie mamy czasu na regenerację organizmu: ciała oraz umysłu. A także na refleksję: w którą stronę zmierzam, co jeszcze mogę zrobić, co ewentualnie zmodyfikować i co mi to daje.

Z drugiej strony, gdy cel będzie zbyt wygórowany, też stracimy motywację do działania. – Jeżeli nie zaprzyjaźniłaś się z lekcjami wuefu i jesteś na bakier ze sportem, nie planuj od razu przebiegnięcia maratonu – dodaje trenerka. – Jeśli cel jest zbyt trudny, pojawia się szereg wymówek, odkładamy realizację na później.

Nagle rezygnujemy z zawodów sportowych, z wystąpienia na konferencji lub pójścia na kluczowe spotkanie. Robimy wszystko, by do finalnego wyzwania nie doszło lub idziemy na tzw. żywioł, za co płacimy przemęczeniem organizmu.

– Do tej pory mówiliśmy o motywacji wewnętrznej, która oznacza pełną świadomość tego, co mi da osiągnięcie tego celu – podsumowuje Paulina Brzózka. – Na przykład jeśli przebiegnę 10 kilometrów, nauczę się zarządzać czasem tak, by móc trenować, poprawię wydolność i samopoczucie, dotlenię się. I analogiczna sytuacja jest w życiu zawodowym.

Osiągnięcie celu może być podstawą awansu lub warunkiem  otrzymania pieniędzy do zrealizowania jakiegoś marzenia – ta zewnętrzna motywacja również jest istotna i chyba jeszcze częściej spotykana. Podczas gdy wewnętrzna pozwala pokonać przeszkody, ta druga sprawia, że cel nabiera jeszcze większej atrakcyjności. To taka gratyfikacja za sukces, może być nią pochwała szefa, zachwyt znajomych, wygranie zakładu. Zatem warto mieć motywację wewnętrzną i zewnętrzną.

Ustalanie planu działania

Jeśli realny, mierzalny, ambitny oraz indywidualnie skrojony cel jest już zdefiniowany, przychodzi czas na zastanowienie się, jak go zrealizować. Czyli ustalamy plan działania. W tym momencie warto porozumieć się z ekspertem. W życiu zawodowym może to być coach, mentor, przełożony lub bardziej doświadczony kolega. W życiu sportowym – trener, dietetyk. Pomogą nam urealnić cel.

Dobry plan powinien składać się z mniejszych odcinków oraz mieć ustalony czas na ich wykonanie. Ponadto potrzebne będą punkty kontrolne. Chodzi o to, żeby na przykład po dwóch tygodniach móc sprawdzić, w jakim miejscu jesteśmy. Może należy coś zmodyfikować, bo zaplanowaliśmy sobie, że w tym momencie będziemy już o krok dalej? Dzięki temu wiemy, czy powinniśmy zintensyfikować działania, czy nie. – W sporcie monitorujemy odpowiednie wskaźniki: jakie dystanse przebiegłam, jaki czas osiągnęłam, o ile zmniejszyła się tkanka tłuszczowa, a zwiększyła masa mięśniowa – mówi Paulina Brzózka.

Dokładnie tak samo postępujmy w pracy – jeśli celem jest większa sprzedaż – sprawdzamy: liczbę pozyskanych kontaktów, odbytych rozmów, liczbę zainteresowanych, liczbę sfinalizowanych transakcji. Jeżeli chcemy awansować, sprawdzamy uzyskanie kolejnych potrzebnych do tego kompetencji: udział w projektach, konferencjach, szkoleniach. Tak skonstruowany plan daje nam realną informację zwrotną i pozwala utrzymać motywację na odpowiednim poziomie.

System wsparcia

– W życiu zawodowym, jak w sporcie, potrzebujemy kibiców. Większość osób ma  dziś profile na Facebooku, na których chwali się założonymi i zrealizowanymi celami. I to też może nam wzmacniać motywację – mówi Paulina Brzózka. – Bo skoro już napisałam na tablicy, że przebiegnę kilka kilometrów, to do czegoś się przed ludźmi lajkującymi zobowiązałam.

W biznesie takie zobowiązania mają zwykle postać e-maili lub informacji wysyłanych przez menedżera projektu do całej siatki pracowników oraz publikacji rankingów. Ważne jest jednak, by to wsparcie pracowników przekładało się też na efektywną pracę zespołową i nie przybierało formy presji ani nacisku.

Osiągnięcie stanu flow

A co z wolnymi, twórczymi zawodami? Takimi, w których nie widać konkretnej cyfry jako wyniku, a sukces często zależy od szczęścia i wymaga cierpliwości? Tu przyda  się pojęcie „stanu flow”, który pozwala w zawodach artystycznych na wybitność, na wyjście poza schematy. W trakcie aktywności fizycznej też można go doświadczyć.

Kiedy uprawiamy sport, w naszym organizmie wydziela się mnóstwo endorfin, podwyższa się temperatura ciała, wchodzimy w odmienny stan świadomości. Odrywamy się od rzeczywistości. Jesteśmy całkowicie tu i teraz. Weźmy jako przykład bieg na 10 kilometrów. Po pierwsze, robimy coś, co nam sprawia przyjemność, czyli biegniemy, po drugie, podnosimy sobie poprzeczkę, bo biegniemy na dystans dla nas wcześniej nieosiągalny – a to, zgodnie z definicją flow, elementy niezbędne do poczucia tego stanu. – Nogi odmawiają posłuszeństwa, oddech się rwie, ale tłum i głos we własnej głowie motywują: „Dawaj jeszcze trochę, twój cel na teraz to się nie zatrzymać”. I raptem okazuje się, że czas płynie trzy razy szybciej i dokonaliśmy czegoś, co wydawało się niemożliwe – mówi Paulina Brzózka.

Poczucie stanu flow z bieżni można przenieść na stan flow przy biurku, sztalugach czy  na scenie. Podstawą jest przyjemność i delikatnie podniesiona poprzeczka.

Poprawa ogólnej sprawności fizycznej

– Jest też druga strona medalu – mówi trenerka. – Można wybrać sobie taki cel sportowy, który zwiększy naszą efektywność w pracy. Bo sport dodaje wiary w siebie i pewności. Ćwiczysz, więc wyglądasz i czujesz się lepiej, jesteś uśmiechnięta, masz więcej energii, twój umysł zaś dzięki dotlenieniu i pobudzeniu lepiej pracuje, a to przekłada się pozytywnie na życie zawodowe. Sport jest też jednym z lekarstw na dolegliwości cywilizacyjne: cukrzycę, otyłość, zaburzenia cholesterolowe, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Działa profilaktycznie, ale także sprawia, że czynności dnia codziennego stają się łatwiejsze. Przecież trzeba mieć siłę, żeby wysiedzieć kilka godzin przy komputerze albo utrzymać pędzel w dłoni.

W każdym zawodzie potrzebujemy ogólnej sprawności fizycznej. Przynosi ona efektywność we wszystkich dziedzinach: jesteśmy silniejsi psychicznie podczas rozmów biznesowych, lepiej skoncentrowani na spotkaniach, skuteczniej panujemy nad stresem, na skutek wyćwiczonej koordynacji ruchowo-przestrzennej nasze neuronowe połączenia w mózgu są aktywniejsze, więc wpadamy na dobre pomysły. Jesteśmy też dużo bardziej zdyscyplinowani, skuteczni i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces.

– W życiu zawodowym niezbyt często planujemy karierę, wolimy zdawać się na los lub nie mamy na to czasu, bo ciągle zajmujemy się „gaszeniem pożarów” lub – co gorsza – życiem innych, a to nie popycha do przodu – mówi Paulina Brzózka. – W kioskach roi się od czasopism, które publikują plany treningowe. Być może, gdybyśmy mieli analogiczny do treningu na mięśnie brzucha harmonogram dotyczący zadań w pracy, szybciej lub częściej pokonywalibyśmy kolejne granice, wspinając się po stopniach kariery.

Sport daje energię, ale też uczy dyscypliny planowania i rozliczania się z etapu wykonania zadań, czyli efektywnego biznesplanu. A sukces zarówno w sporcie, jak i w pracy wynika z odpowiedniego  przygotowania, systematyki działania i wytrwałości. Najlepszych odróżnia jeszcze świadomość tego, czego chcą, i szeroka perspektywa patrzenia, by odpowiednio planować i przewidywać.

  1. Psychologia

Dlaczego nam nie wychodzi, gdy... chcemy za bardzo?

"Najważniejsze jest wzbudzenie w sobie wewnętrznej motywacji, a żeby to zrobić, musimy odpowiednio postawić przed sobą cel". (fot. iStock)
Jak zdopingować się do działania, gdy bardzo się nie chce? I dlaczego nie wychodzi, kiedy chcemy za bardzo? O pułapkach, jakie zastawia na nas psychika, opowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske.

Załóżmy, że mam do zrobienia w pracy coś, czego bardzo mi się nie chce robić, a czego nie mogę przekazać komuś innemu. Już na samą myśl o tym jestem spięta i czuję irytację. Jak w takiej sytuacji się zmotywować? Najlepiej jest zadziałać dwutorowo – po pierwsze zmienić swoje nastawienie, czyli to, co myślimy o danej sytuacji. Możemy sobie np. zwizualizować pozytywny efekt, jaki uzyskamy po realizacji tego zadania. Przy czym ważne jest, byśmy to zrobili w najdrobniejszych szczegółach: co się stanie, jak za godzinę będę miała np. gotowy raport, jak się wtedy poczuję, jakie emocje się we mnie pojawią, jak będzie się czuło moje ciało, czy będę szczęśliwsza, bardziej energetyczna… Takie wyobrażenie realizacji celu nastawia nas na działanie, programuje wewnętrznie i w momencie, kiedy mamy już tę pozytywną wizję przyszłego efektu, to łatwiej nam wejść w działanie. I tutaj właśnie pojawia się drugi krok, i to dosłownie krok, czyli ruch w sensie fizycznym, bo każda zmiana zaczyna się od ruchu – może to być celowe wstanie od biurka po materiały albo zapas papieru czy włączenie programu, w którym będziemy pracować. Warto nawet zmusić się do tego pierwszego kroku, bo jak już zainicjujemy działanie, łatwiej będzie je kontynuować. To nie musi być ruch bardzo skomplikowany, który wymaga dużego wysiłku, wystarczy jeden prosty gest, i już od tego się zaczyna, trochę na zasadzie kamyczka poruszającego lawinę.

A jeśli zadania, jakie są przed nami stawiane, niekoniecznie odczuwamy jako coś, co chcemy zrobić, tylko jako obowiązek, do którego nie mamy wewnętrznego przekonania? W takiej sytuacji pozostaje nam przeformułowanie znaczenia, jakie ma dla nas to zadanie – w kierunku odnalezienia w nim jednak jakichś interesujących dla nas elementów do wykonania – lub podwyższenie w subiektywnej ocenie wartości ostatecznego efektu jego realizacji. Pewnym pocieszeniem może być również skupienie się na zewnętrznych motywatorach, czyli różnego rodzaju nagrodach, które zyskamy po wykonaniu danego zadania. I nie mówię tu tylko o takich namacalnych profitach, jak pensja, premia, gratulacje czy uścisk dłoni – bo nie zawsze możemy na nie liczyć.

Często jest tak, że nam się wydaje, że nie mamy żadnych mierzalnych bodźców, które nas dopingują do pracy, bo ani nie dostajemy premii, ani nie słyszymy „dziękuję” od szefa, który traktuje to jako normalną rzecz, że coś zrobiliśmy. A przecież w pracy nagradzają nas nie tylko pieniądze czy pochwały przełożonych. Dlatego dobrze jest umieć znaleźć samemu takie niematerialne motywatory, jak satysfakcja z realizacji jakiegoś zadania, poczucie osiągnięć osobistych czy rozwój. Czymś, czego często nie postrzegamy w ten sposób, a jest dla nas nagrodą, są relacje z innymi ludźmi. Bo przecież dzięki temu, że realizujemy jakiś cel, który może nie jest naszym osobistym celem, a raczej celem firmy albo grupy, to po pierwsze, przynależymy do tej grupy, po drugie, mamy jej akceptację, po trzecie, sama współpraca z innymi jest dla nas przyjemnym doświadczeniem, ponieważ człowiek jest istotą społeczną i lubi być wśród ludzi. Poza tym poprzez realizowanie nawet niezbyt przyjemnych, narzuconych nam z góry obowiązków jesteśmy w jakimś szerszym otoczeniu społecznym, w jakiejś strukturze.

Często bywa też tak, że sami wyznaczamy sobie cel, np. zrzucenie paru kilo, ale nie potrafimy w nim wytrwać. Jak przygotować dobry plan działania? Najważniejsze jest wzbudzenie w sobie wewnętrznej motywacji, a żeby to zrobić, musimy odpowiednio postawić przed sobą cel. Dobrym sposobem planowania i realizacji różnych zadań jest technika SMART, której nazwa bierze się od słów z języka angielskiego i odnosi się do pięciu cech, które powinien posiadać nasz cel. Po pierwsze powinien być konkretny, czyli specific, np. kiedy mówimy sobie: „chcę schudnąć 5 kg w ciągu 3 miesięcy”, to jest to konkretny cel osadzony w czasie, natomiast jeśli postawimy przed sobą cel typu „Chcę wyglądać jak Claudia Schiffer”, a mam na myśli schudnięcie, to nie wiem, o jaki efekt dokładnie mi chodzi.

Po drugie cel powinien być mierzalny, measurable – możliwy do pomiaru, kiedy go będziemy realizować. Czyli zakładam, że schudnę 5 kg, a nie – że schudnę w ogóle, ponieważ kiedy waga łazienkowa wskaże dokładnie 5 kg mniej, będzie to dla mnie informacja zwrotna, że udało mi się zrealizować cel, co z kolei też stanowi nagrodę, bo fajnie jest odhaczać kolejne wykonane zadania.

Następna cecha to realność, attainable – czyli zakładamy sobie, że schudniemy 5 kg w 3 miesiące, a nie 30 kg, a więc stawiamy sobie cel, który jest możliwy do osiągnięcia. Ważne jest też, by cel wynikał z naszych wewnętrznych potrzeb, albo przynajmniej jeśli nie wynika z naszych potrzeb, tylko dajmy na to z potrzeb innych osób, to żeby był zgodny z naszymi wartościami i to jest kolejna cecha – relevant. Jeśli cel jest dla nas ważny i mamy przekonanie, że jest sensowny, to wtedy łatwiej nam się motywować i go realizować.

No i ostatnia właściwość – cel powinien być określony w czasie, timebound. W praktyce oznacza to, że podczas planowania danego zadania trzeba określić jakieś ramy czasowe, żeby można było równo tego dnia, który sobie wyznaczyliśmy jako deadline, sprawdzić, czy wykonaliśmy zadanie. Granica czasowa jest bardzo ważna też dlatego, że wtedy możemy sobie rozplanować wszystkie poboczne działania niezbędne do osiągnięcia celu.

Czy jest jakieś praktyczne narzędzie, które może nas wzmacniać na co dzień przy realizacji celów? Tak, pomaga w tym na przykład zrobienie mapy celów. Polega to na tym, że na kartce wypisujemy nasze plany, to, co chcemy osiągnąć, może to być perspektywa pół roku czy dwóch lat. Możemy wybrać nawet najbardziej fantastyczne i wydawałoby się nierealne marzenia, że np. pojadę na Hawaje, kupię samochód, jak oczywiście i drobniejsze cele, że np. kupię rower albo napiszę artykuł na ciekawy temat. Potem wieszamy taką mapę w widocznym miejscu i zerkamy na nią, przypominając sobie, co jest naszym celem, i odkreślamy te, które są już zrealizowane. Gwarantuję, a sama przetestowałam to narzędzie kilka razy, że naprawdę cele będą się realizowały. Nawet te, które początkowo wydawały się kompletnie nierealne. Nie jest to żadna magiczna sztuczka, ale raczej forma programowania umysłu – dzięki temu, że mamy wypisane i jasno sprecyzowane cele, wiemy, w jakim kierunku chcemy podążać i mózg nastawia się na ich realizację.

No tak, ale zapewne na drodze do realizacji naszego celu prędzej czy później pojawią się jakieś przeszkody, może nawet porażki. Jak sobie wtedy radzić? Porażki są nieodłączną częścią życia. Podstawowym pytaniem, jakie należy sobie w takiej sytuacji zadać, jest: na ile to, co się wydarzyło, zależało ode mnie? Bo najsilniejszy stres przeżywamy wtedy, kiedy przypisujemy sobie całą odpowiedzialność za daną sytuację – że to wszystko przeze mnie, że czegoś nie przypilnowałam, nie zrobiłam itp. No tak, ale ile w danej sytuacji zależało ode mnie, a ile od jakichś środków, które miałam do realizacji tego zadania? Od współpracy z innymi ludźmi czy od decyzji innych.

Najlepiej jest zrobić sobie taki suwaczek – narysować prostą linię, na ok. 10 cm, i zaznaczyć na niej punkt, w którym określimy, ile procent danej sytuacji zależało od nas – czy miałam wpływ na 50 proc. tego, jak coś się potoczyło, czy na 80 proc. Bo umówmy się – nikt z nas nie ma wpływu na 100 proc. sytuacji, w której się znajduje, dlatego że przecież to, co się dzieje w pracy, zależy też od innych ludzi, nie jesteśmy tam sami. I podobnie jest w przypadku zdarzeń z życia prywatnego, czyli realizacji celów osobistych np. związanych z partnerem – OK, możemy sobie tutaj różne rzeczy zakładać, robić plany, mieć wewnętrzną motywację, ale warto pamiętać, że mniej więcej połowa zależy od tej drugiej osoby. Jeśli przypiszemy sobie 100 proc. odpowiedzialności, to powinien to być dla nas sygnał ostrzegawczy, że jesteśmy na najlepszej drodze do poczucia wypalenia i frustracji.

Na co dzień często realizujemy wiele celów naraz i ciągle pojawiają się nowe. Zaczyna się konkurencja między nimi o pierwszeństwo w realizacji. Jak nie stracić z oczu tego, co najważniejsze? Kiedy mamy dużo celów pobocznych i zaczynamy myśleć o realizacji ich wszystkich w jednym momencie, wtedy stanowi to przeważnie przeciążenie dla organizmu i działa na nas deprymująco. Tutaj można się odnieść do praw motywacji związanych z uczeniem się Yerkesa-Dodsona, które w ciekawy sposób wyjaśniają, co się z nami dzieje, kiedy nam na czymś zależy.

Pierwsze prawo mówi o tym, że abyśmy byli skuteczni w jakimś działaniu, musimy mieć optymalny poziom pobudzenia, czyli musi nam na czymś zależeć, ale nie za bardzo. Bo kiedy mamy bardzo wysoki poziom pobudzenia, nawet fizjologicznego, następuje rodzaj wewnętrznego napięcia, a to nie służy efektywności. I w rezultacie jesteśmy mniej skuteczni. Natomiast kiedy tego pobudzenia mamy za mało, to ono też nie służy realizacji celów. Każdy z nas ma swoje optimum i w ciągu życia uczymy się poszukiwać dla siebie właśnie tego optymalnego indywidualnego poziomu. Nie umiemy tego od razu, często bywa tak, że się na początku przeciążamy – pracujemy na trzech etatach, bierzemy za dużo zleceń.

Drugie prawo Yerkesa-Dodsona mówi o tym, jaki poziom pobudzenia służy zadaniom trudnym i zadaniom łatwym. I tutaj istnieje bardzo ciekawa zależność, bo okazuje się, że abyśmy sprawnie wykonali trudne zadania, najlepsze jest dla nas dość niskie bądź umiarkowane pobudzenie. Natomiast żebyśmy skutecznie wykonali zadania łatwe, powinniśmy mieć wysoki poziom wewnętrznego pobudzenia. Kiedy więc przed nami jest prawdziwe wyzwanie i niesamowicie nam na nim zależy, mocno się spinamy, to raczej bardziej prawdopodobne, że się zdezorganizujemy i wszystkie mądre myśli na realizację tego pomysłu uciekną nam z głowy, bo poziom napięcia będzie zbyt wysoki. Natomiast kiedy mamy do zrobienia coś drobnego, banalnego, wówczas, żeby w ogóle się do tego zmobilizować, żeby ruszyć z jakąkolwiek aktywnością, potrzebny jest wyższy poziom pobudzenia.

Co zatem możemy zrobić w momencie, kiedy czujemy, że zaczynamy się za bardzo napinać? Przede wszystkim złapać oddech, i to zarówno w sensie przenośnym, jak i dosłownym. To jest rewelacyjny sposób na to, żeby odzyskać siłę fizyczną i nabrać psychicznego dystansu, i nie doprowadzić do sytuacji, że tak bardzo przyspieszyliśmy, że aż „wypadamy z zakrętu”. Kiedy mamy poczucie, że spiętrzyło nam się zbyt wiele spraw i z niczym się nie wyrabiamy, paradoksalnie najlepiej jest przyhamować, odłączyć się na chwilę. Tu z pomocą przychodzą techniki relaksacyjne, a przede wszystkim świadome oddychanie, które możemy zastosować praktycznie w każdej sytuacji. Gdy się denerwujemy, stresujemy, to napinamy się – i to w sensie przenośnym, jak i fizycznym, bo napinają się nam mięśnie. Głęboki, przeponowy oddech rozluźnia mięśnie, sprzyja więc odprężeniu. Zachodzi tu prosta relacja między naszym ciałem a myślami – kiedy rozluźniamy ciało, rozluźniają się też nasze myśli, są bardziej spokojne. Wzięcie oddechu służy więc temu, żeby zdystansować się i poukładać sytuację od nowa.

Agnieszka Mościcka-Teske doktor nauk humanistycznych, psychoterapeuta szkoleniowy w nurcie Gestalt, adiunkt w SWPS w Poznaniu i w Zakładzie Psychologii Pracy Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Prowadzi szkolenia dotyczące stresu zawodowego, agresji w miejscu pracy i mobbingu.