1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaka będzie przyszłość Boga?

Jaka będzie przyszłość Boga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
- Prawdziwa duchowość zaczyna się wtedy, kiedy naprawdę bierzemy odpowiedzialność za swoje życie. Gdy przestajemy udawać, że ktoś może nas uwolnić od odpowiedzialności i poczucia winy za krzywdy, jakie wyrządziliśmy sobie lub innym. To dopiero może obudzić w nas świadomość, że to my sami kształtujemy nasz los - mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

. Zacznijmy od anegdoty z książki współczesnego francuskiego filozofa Andre Comte’a-Sponville’a „Duchowość ateistyczna”. Dwóch rabinów całą noc rozmawia o tym, czy Bóg istnieje. Dochodzą do wniosku, że nie i idą spać. Jeden z nich budzi się rano i widzi, że ten drugi się modli. Zdziwiony pyta: „czemu się modlisz, przecież ustaliliśmy, że Bóg nie istnieje?”. „A co ma jedno do drugiego?” – odpowiada modlący się. Może coś w tym jest i laicyzacja nie zniszczy duchowości i tradycyjnych wartości?
To bardzo mądra przypowieść dająca właściwą odpowiedź na z pozoru bluźniercze pytanie ukryte w tytule naszej rozmowy. Wiele wskazuje na to, że kończy się czas religijnych korporacji monopolizujących duchowe aspiracje ludzi. Ale to nie znaczy, że zanika ludzka potrzeba poszukiwania prawdy, sensu, dobra i miłości, którą w skrócie nazywamy duchowością. Może być nawet odwrotnie. Rozpad religijnych imperiów już teraz inspiruje ludzi do poszukiwania własnych dróg zaspokajania powszechnych duchowych potrzeb.

Co to znaczy „własnych dróg”?
Wzrasta liczba tych, którym już nie wystarczają gotowe, teologiczne odpowiedzi na pytanie o miejsce człowieka we wszechświecie. Którzy nie chcą przyjmować na wiarę, lecz sami, przez własne doświadczenie i na własny rachunek – dowiedzieć się, jaka jest ich tożsamość duchowa. I coraz częściej odkrywają, że modlitwy, kontemplacji czy medytacji nie praktykuje się po to, aby podobać się jakiemukolwiek Bogu, ani po to, aby sobie coś u niego załatwić, lecz po to, by doświadczyć prawdy i pełni swego ludzkiego istnienia.

W naszej tradycji pełni istnienia możemy doświadczyć właśnie poszukując Boga - za pośrednictwem kościołów, obrzędów, symboli.
Mam nadzieję, że religijność przyszłości będzie nastawiona na poszukiwanie prawdziwego Boga w człowieku, a nie abstrakcyjnego Boga w przestrzeniach wszechświata. Religijność przyszłości będzie nas kierować ku przekraczaniu naszych intelektualnych i emocjonalnych ograniczeń (ku transpersonalności, a nie transcendencji). A ponieważ „Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje” to te poszukiwania powinny stać się możliwe dla każdego i niewymagające pośrednictwa. Anegdota Comte’a-Sponville’a ilustruje te założenia, sugeruje, że odwieczny spór o istnienie Boga to problem zastępczy, odwracający uwagę od najważniejszego, czyli: co człowiek sam ze sobą ma do zrobienia na tej Ziemi? Bo nie jest ważne pytanie: "czy i w co wierzę?", lecz "kim jestem?". Kim w istocie jest ta poszukująca wiary, prawdy, nadziei i miłości istota zwana człowiekiem?

Humanistyka zawsze stawiała człowieka w centrum. Ale też łatwo ta idea może zmienić się w konsumpcyjny narcyzm, gdzie miejsce Boga zajmuje „ja” pędzące na oślep do materialnego sukcesu.
Praca nad sobą, zapomnienie się i zapomnienie o sobie – w modlitwie czy medytacji – wyzwala nas z odziedziczonego po Adamie i Ewie narcyzmu. Widzimy wtedy jasno, że ego, jak każdy uzurpator, musi stroić się, wywyższać, gromadzić rzeczy, tytuły i zaszczyty. Dostrzegając to, stajemy się wolni także od pokusy egotycznego konsumowania religijności czy duchowości.

To dobrze, że nie zanika w nas głód duchowości. Ale jak można mówić o niej bez wiary w istnienie wyższej istoty?
Myślę, że lepiej. Zakładanie istnienia wyższej istoty nieuchronnie budzi postawy bałwochwalcze i roszczeniowe. Podsyca nadzieje na boską interwencję w nasz los i skazuje na rozczarowanie, gdy ten los nie układa się po naszej myśli. Wiara w to, że ktoś lub coś decyduje o naszym życiu, skłania nas do zabiegania o pozytywne nastawienie do nas tego kogoś lub tego czegoś. Umieszczamy tym samym centrum kontroli naszego życia na zewnątrz, wyrzekamy się poczucia wpływu na własny los. A to nas osłabia, a także czyni zbędnymi wszelkie wewnętrzne poszukiwania i wysiłki związane z pracą nad sobą.

Ale czy będziemy uczciwi bez straszaka w postaci kary za grzechy? Comte-Sponville pisze, że co prawda nie wierzy w życie po śmierci, ale wierzy w życie do śmierci. I to jego zdaniem wystarczy, by być dobrym człowiekiem.
Nic nie wskazuje na to, że ludzie niewierzący zachowują się mniej moralnie niż wierzący. Wystarczy popatrzeć na historię naszej cywilizacji, na to, jak zachowali się wyznawcy różnych religii: wojny, rzezie innowierców, zdobywanie wyznawców przemocą i gwałtem. Dni panowania tradycyjnych religii wydają się policzone. Ale to nie znaczy, że z naszą powszechną moralnością będzie gorzej, niż jest. Może być zdecydowanie lepiej. Wskazują na to choćby analizy przedstawione w książce „Poza wiarą. Jak wychować etyczne, wrażliwe dzieci w świeckiej rodzinie” pod redakcją Dale’a McGowana. Wynika, z nich, że wielu ludzi, którzy prowadzą działalność charytatywną, to ateiści.

Czy wraz z końcem religii instytucjonalnej czegoś nie tracimy? A co z duszą? Bez niej można sprzedawać samochody, ale czy można być w pełni człowiekiem?
Prawdziwa duchowość zaczyna się wtedy, kiedy naprawdę bierzemy odpowiedzialność za swoje życie. Gdy sami stajemy się sędziami naszych czynów. Gdy przestajemy udawać, że ktoś może nas uwolnić od odpowiedzialności i poczucia winy za krzywdy, jakie wyrządziliśmy sobie lub innym. A to dopiero może przywrócić nam poczucie większej moralnej odpowiedzialności za nasze czyny i decyzje. I obudzić świadomość, że to my sami kształtujemy nasz los.

A więc czeka nas tylko uniezależnienie duchowości od religii?
Dokładnie o to chodzi i dobrze, że tak się dzieje, bo większość ludzi, którzy wchodzą we współczesne życie religijne, gubi swoją duchowość. Często stają się członkami jakiejś sekty, wielbicielami kogoś, kto się dziwnie ubiera i twierdzi, że ma kontakty z wyższą istotą. Być może obecny kryzys cywilizacyjny zdarza się właśnie po to, by dojrzalsza duchowość się w nas obudziła? Uwierzmy przynajmniej w to, że Pan Bóg, jeśli istnieje, z pewnością marzy o tym, żebyśmy wreszcie zaczęli używać swojej inteligencji, wolnej woli i sumienia i dali mu święty spokój. Byśmy przestali obciążać go odpowiedzialnością za to, że przychodzi nam doświadczać skutków naszych własnych czynów.

Choinka, bombki, pisanki – to powinno nadal być dla nas ważne. Tak pisze Comte-Sponville i proponuje zamiast wiary – wierność. Wierność tradycji i tradycyjnym wartościom: sprawiedliwości, współczuciu, miłości.
Wiele wskazuje na to, że moralność nie jest objawiona, nie jest unikalnym przesłaniem pochodzącym od wyższej istoty. Zasady etyczne spisane na kamiennych tablicach pojawiły się wprawdzie w skoncentrowanym na modlitwie umyśle Mojżesza, ale z pewnością już w społecznościach pierwotnych zachowywaliśmy się zgodnie z jakąś formą moralności. Bo zasady regulujące życie społeczności zdecydowanie zwiększały szanse przeżycia.

Ale jakoś tak się stało, że od kiedy kościoły zaczęły świecić pustkami, chęć bogacenia się przestała mieć granice.
Niestety, wiele organizacji religijnych doskonale wpisuje się w promocję konsumpcjonizmu i pogoń za bogactwem. Czy sposób odzyskiwania utraconego majątku przez kościół katolicki w Polsce nie jest promocją chciwości? Z drugiej strony tradycyjny protestantyzm jest tak ascetyczny i mroczny, że też traci duchową atrakcyjność. Mądry film „Uczta Babette” próbował rozprawić się z religijnym nieumiarkowaniem zarówno w bogactwie, jak i w ascezie. Do wioski rybackiej, skutej protestanckim etosem, gdzie wszyscy chodzą smutni i przerażeni, że nie dość się starają, by zadowolić surowego Boga, przyjeżdża kobieta, która w Paryżu prowadziła restaurację. Patrzy na tych ludzi i zastanawia się, co może dla nich zrobić. I robi to, co potrafi najlepiej, wydaje wyrafinowaną ucztę dla całej wsi. Ofiarowuje im prawdziwą symfonię smaków, zapachów, faktur i kolorów. Zaprasza na nią swojego przyjaciela, światłego człowieka, który wznosząc toast, trafia w sedno: „obyśmy doczekali takiej religii, która sprawi, by cnota i rozkosz wpadły sobie w ramiona”.

Tylko skąd my teraz weźmiemy cnotę?
Z ludzkich serc i umysłów. Ludzie wiedzą sami z siebie, że prawdziwe szczęście nie jest możliwe bez cnoty umiaru i uwagi. Chciwość, zawiść i rywalizacja niosą cierpienie. To człowiek jest twórcą wszystkich religii i kodeksów. Ludzki umysł i ludzki duch je stworzył. To, co teraz się dzieje, to jedynie kolejna transformacja naszej religijności, przejście ku jej wyższym formom. Rozstanie z dotychczasową religijnością można porównać do opuszczenia domu przez młodego człowieka. Nadchodzi dzień, gdy mówi: „do widzenia, mamo, do widzenia, tato, dojrzałem już do tego, żeby żyć na własny rachunek”. I gdy zaczyna żyć samodzielnie, staje się bardziej odpowiedzialny. Gdy mieszkał u rodziców, to oni decydowali, co miał robić i  jakich dokonywać wyborów. A on buntował się przeciwko nim w niedojrzały, destrukcyjny sposób. Mam nadzieję, że wychodzimy powoli z fazy niedojrzałego buntu i zaczynamy zachowywać się bardziej odpowiedzialnie. Przestaniemy liczyć na to, że w razie czego wszystko, co zepsuliśmy, Pan Bóg naprawi. Ten niedojrzały sposób myślenia jest w dużej mierze odpowiedzialny za obecny stan świata.

W naszym usamodzielnianiu się ważne jest jednak to, co wynieśliśmy z domu. A jak dobrze wychować dzieci bez religii?
Jeśli rodzice będą brać odpowiedzialność za swoje życie, to nauczą tej odpowiedzialności dziecko. Jeśli dorosły zrozumie, że od niego zależy jego los, to jego dzieci będą też tak myślały. Moralni są ci, którzy wiedzą, że odpowiadają za wszystko. Jeśli tak żyjemy, to tak wychowamy nasze dzieci. W poczuciu odpowiedzialności nie będą wtedy krzywdzić innych ani siebie.

Dziś ze złymi uczynkami i poczuciem winy pomaga nam poradzić sobie psychoterapia. Może ona zajmuje miejsce religii?
Psychoterapia i inne dziedziny zajmujące się rozwojem ludzkiego potencjału są dziś zdecydowanie bardziej potrzebne niż niedojrzała popreligijność. Tym bardziej że pokolenia, które teraz wchodzą w życie, nie są już skłonne akceptować tradycyjnych form religijności. Młodzi usiłują żyć w zgodzie z nową wizją świata. A według niej wszechświat jest energią, a nie jak zakładano – materią. A więc jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś o sobie czy o świecie, musimy widzieć całość, wszystko oglądać w kontekście. Bo wszystko jest jednością. Od wieków mówili o tym mistycy, a teraz dołączyli do nich fizycy. Takie przeżywanie świata spowoduje narodzenie się moralności, która nie będzie nakazem zewnętrznym, lecz naturalnym odruchem sumienia, zrodzonym z poczucia odpowiedzialności za wszystko. Będziemy bowiem świadomi, że jesteśmy jak motyl z metafory używanej przez fizyków, by przybliżyć nam sposób funkcjonowania świata: gdy motyl zatrzepocze skrzydłami w Brazylii, może spowodować huragan na Syberii.

A więc to nauka i etyka laicka będą w przyszłości bronić uniwersalnych wartości, których miały nas uczyć tradycyjne religie.
Religijność przyszłości będzie świadoma swego uniwersalnego, bezimiennego źródła – niedającego się nikomu zmonopolizować. A więc stanie się przekazem wspólnym. Jednoczącym nie tylko ludzi ze sobą nawzajem, lecz także ludzi z Ziemią i ze wszechświatem. Jest nadzieja, że katastrofalny stan planety, którą skolonizowaliśmy, sprawi, że zdamy sobie sprawę z tego, iż to, co uczyniliśmy sobie, uczyniliśmy też innym, i w końcu zaczniemy żyć w zgodzie z naszą głęboką, uniwersalną potrzebą miłości bliźniego. A nawet uznamy za bliźnich wszystkie ożywione i nieożywione istoty. Brzmi to abstrakcyjnie i patetycznie, lecz w realnym doświadczeniu jest proste i oczywiste.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Styl Życia

Miejski szamanizm, czyli jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością

Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Cztery żywioły, cztery pory roku, cztery fazy Księżyca... Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. Jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością przyrody - pytamy terapeutę i praktyczkę szamanizmu Ranjanę A. Pomar.

Szamanizm kojarzy się z animizmem, który postrzega naturalne obiekty, takie jak woda, góry czy drzewa, przez pryzmat mieszkających w nich duchów. Życie w mieście wydaje się zaprzeczeniem takiej wizji świata, a jednak proponuje pani też praktyki szamańskie dla mieszkańców dużych miast.
Tradycja szamańska, której jestem wierna, wywodzi się od plemienia Mapuczów, ta nazwa oznacza „ludzie z ziemi”. Inkowie mają Machu Picchu, Majowie – piramidy w Meksyku, a Mapucze, którzy żyli na terenie dzisiejszego Chile, nie wybudowali żadnych świętych miejsc. Uzasadniali to dbałością o naturę. Ona jest ich rajem, a świątynią – ziemia.

Zaczęłam uczyć się szamanizmu, gdy miałam 21 lat. Co roku, przez 17 lat, jeździłam na trzy miesiące w Andy i żyłam wśród tamtejszej społeczności. Spędzaliśmy wiele godzin na rytuałach oczyszczających w tzw. szałasach potów, wspinaliśmy się, nurkowaliśmy w zimnych górskich strumieniach, przeprowadzaliśmy ceremonie z ogniem, śpiewem i tańcami. Braliśmy też udział w tzw. poszukiwaniach wizji, polegających na czterodniowych wyprawach do lasu bez sprzętu, bez jedzenia, piliśmy tylko wodę. A po powrocie prowadziłam normalne życie: studiowałam, pracowałam, wyszłam za mąż. Nie traciłam kontaktu z naturą, ale jednocześnie lubiłam swoje miejskie przyzwyczajenia: lampkę wina wieczorem, wyjście do restauracji. Nie chciałam rezygnować ani z jednego, ani z drugiego, więc zaczęłam praktykować szamanizm tam, gdzie mieszkałam. Dużo wtedy podróżowałam i zauważyłam, że wiele osób żyjących w miastach nie jest zadowolonych z tego, że są odcięci od przyrody i całymi dniami wpatrują się w monitor czy telewizor. Chcą coś zmienić, więc ćwiczą jogę, medytują, a niektórzy interesują się szamanizmem. I dla nich zaczęłam prowadzić codzienne praktyki, które pozwalają zrównoważyć poziom hormonów w ciele. Wpływają również na emocje. Nazwałam je miejskim szamanizmem.

Na czym on się opiera?
Na podziale życia na cztery sfery związane z żywiołami: z ziemią, wodą, ogniem i powietrzem. Ziemia wiąże się z jedzeniem, ciałem, kośćmi, pieniędzmi, ćwiczeniami fizycznymi. Powietrze u mężczyzn łączy się z inteligencją i racjonalnym myśleniem, a u kobiet – z intuicją. Ogień oznacza działanie, ochronę, łowiectwo i wiąże się głównie z mężczyznami. Jeśli nie jest opanowany, wzmaga zachowania rywalizacyjne, a nawet prowadzi do agresji. Z kolei woda to bardzo kobiecy element. A że na wodę wpływa Księżyc, to kobiety są bardziej „księżycowe”.

Co to oznacza?
Księżyc ma cztery fazy: nów, pierwsza kwadra, pełnia, ostatnia kwadra – i warto, by kobiety poznały ich wpływ na swoje funkcjonowanie, bo także żyją w czterofazowym cyklu miesiączkowym. Na warsztatach uczę więc, jak, zwiększając wrażliwość i słuchanie swojego ciała, zsynchronizować fazy cyklu z tym księżycowym. Nie przez przypadek oba trwają tyle samo. Najlepiej jeśli owulacja przypadnie na pełnię, bo wtedy cykl synchronizuje się z analogicznymi fazami Księżyca: gdy księżyca przybywa, to zalążek rośnie, gdy księżyca ubywa – zmniejsza się. W pełni będzie czas płodny, a podczas nowiu niezapłodniona komórka jajowa zostanie wydalona, wracając do Matki Ziemi. Jeśli kobieta owuluje w czasie pełni Księżyca, to jej układ hormonalny wytwarza więcej oksytocyny, a ta odgrywa pozytywną rolę m.in. w tworzeniu więzi społecznych i rozmnażaniu płciowym. W tym czasie ciało kobiety jest bardziej otwarte na seks niż w pozostałych dniach. Kobieta jak księżyc zmienia się cztery razy w miesiącu. Mężczyźni są bardziej stabilni, bo są powiązani z porami roku.

Także czterema...
Tak, w wielu częściach świata mamy wyraźne cztery pory w skali roku, a z tym związana jest ilość energii słonecznej, jaka do nas dociera. Energia słoneczna ma  bardzo duży wpływ na mężczyzn – to dzięki niej są praktyczni, racjonalni, nakierowani na cel. Energia słoneczna wspomaga też inteligencję, aktywność i pracę. Mężczyźni z miast pracują zazwyczaj w pomieszczeniach zamkniętych i są oderwani od sygnałów natury, na przykład tego, że zachód słońca daje organizmowi znak do spowolnienia i przygotowania się do snu. Stąd biorą się problemy z produkcją melatoniny, regulującej czas snu i czuwania, i w rezultacie z nadmiarem kortyzolu, tzw. hormonu stresu. Pory roku mają też znaczenie dla diety. Kiedyś jedliśmy sezonowe potrawy, teraz, wraz z globalizacją, mamy dostęp do warzyw i owoców w każdym miesiącu. I nawet nie widzimy w tym nic nienaturalnego...

Praktyki, które pani proponuje, pozwalają to dostrzec?
Szamanizm miejski pomaga przywrócić w nas równowagę. Mieszkam teraz w Barcelonie, codziennie chodzę nad morze, by obejrzeć wschód słońca, i medytuję przynajmniej przez pięć minut na powitanie dnia. Wiosną tego roku przez pandemię i dwumiesięczną kwarantannę nie mogliśmy tego robić. Pamiętam pierwszy poranek, gdy po zniesieniu obostrzeń wyszliśmy wreszcie na zewnątrz. Ludzie, którzy przyszli tego dnia rano na plażę, by obejrzeć słońce, mieli łzy w oczach. Dopiero wtedy doceniliśmy, jakimi szczęściarzami jesteśmy, że możemy podziwiać świat, wcześniej uważaliśmy to za niepodważalne prawo.

Wywiad przeprowadzono na Festiwalu Tantry, Szamanizmu, Świadomości i Relacji w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna. 

Ranjana A. Pomar, terapeutka, praktykuje szamanizm, medytacje, tantrę. Prowadzi warsztaty samorozwoju na świecie, w Polsce w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie.

Szamanizm w wielkim mieście

Oto ćwiczenia, które pozwolą ci na lepszy kontakt z czterema żywiołami.

Ziemia

  • Co rano po przebudzeniu przynajmniej przez minutę rozkoszuj się porankiem. Dotykaj swojego ciała (ono jest elementem ziemi), podziękuj w duchu lub na głos za kolejny dzień twojego życia. Jeśli to możliwe, obserwuj słońce jeszcze z łóżka. Następnie weź prysznic: najpierw polej się gorącym strumieniem, potem bardzo zimnym – to rozbudzi wszystkie komórki organizmu i lepiej przygotuje cię do aktywności całego dnia. Wiele osób pobudza ciało porannymi ćwiczeniami, na przykład jogą.
  • Jeśli masz ogród, latem spaceruj na bosaka po trawie, tak by poczuć rosę, chłód ziemi, źdźbła trawy. Ten zwyczaj nie tylko sprawia dużo przyjemności, ale też łączy cię z ziemią i uwalnia wiele napięć. Ostatni efekt możesz wesprzeć w prosty sposób: stojąc na trawie, potrząsaj energicznie ciałem przez 5 minut (tak jak podczas praktyki TRE). Ćwiczenie można dodatkowo powtarzać po południu.
  • Żywioł ziemi dobrze wzmacniać praktyką wdzięczności: dziękuj za każdy miniony dzień, za otrzymane pieniądze, za pyszny posiłek.
Woda
  • W czasie nowiu zrób sobie kąpiel z ziołami, np. miętą, szałwią, które wydzielają silny zapach; to oczyści twoją aurę. Zaparz je w dzbanku, odcedź i wlej do wanny z wodą.
  • Podczas pełni Księżyca polecana jest kąpiel w płatkach róży (symbolizują miłość, dawanie siebie) albo w lawendzie (przynosi spokój i odprężenie, uwalnia od stresu).
Powietrze 
  • Jeśli masz w sobie wiele napięć, podnoś ręce, wdychając silnie powietrze przez nos. Wypuszczaj je ustami, wydając głośny dźwięk i strzepując energicznie ręce w dół – jakby otrzepując je z czegoś.
  • Jeśli odczuwasz lęk, oddychaj głęboko i głośno przez nos. To uspokaja, uwalnia napięcia, złość, pomoże ci się zrelaksować.
  • Gdy jesteś smutny, oddychaj przez usta, w średnim tempie, nie w pośpiechu.
  • Gdy ogarnie cię złość, oddychaj bardzo szybko przez nos.
Ogień
  • Wiosną, latem i jesienią pamiętaj o korzystaniu z kąpieli słonecznych. Jeśli pozwala na to pogoda, połóż się bezpośrednio na ziemi na 10 min. Zimą przed pójściem spać usiądź wygodnie i obserwuj przez kilka minut płomień świecy. W ten sposób ciepło ogrzeje twoją duszę.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.

  1. Psychologia

Jak praktycznie radzić sobie ze stresem? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
O tym, jak praktycznie radzić sobie ze stresem, mówi specjalista w tej dziedzinie, psychoterapeuta, trener i doradca biznesu Wojciech Eichelberger, współzałożyciel Instytutu Psychoimmunologii, który zajmuje się m.in. profilaktyką przeciążenia i wypalenia stresem.

Mam wrażenie, że wszędzie mówi się o stresie. Jest sens poświęcać temu cały cykl?
Wypalenie stresowe staje się udziałem tak wielkiej liczby ludzi, że warto być mądrym przed szkodą. Żyjemy w trudnych czasach. Coraz większa ilość informacji, ogromne tempo życia i zmian, konkurencja i rywalizacja, mieszanie się kultur, ewolucja obyczajów, ról społecznych i partnerskich, zanik bliskich więzi z ludźmi, konieczność ciągłego uczenia się – wszystko to bardzo nas obciąża. Ale obiektywne, zewnętrznie uwarunkowane obciążenie – czyli presja – to jeszcze nie stres. Stres jest stanem subiektywnym, wewnętrznym. Jest jedną z możliwych odpowiedzi naszego ciała i umysłu na tę zewnętrzną presję. Odpowiedź ta pojawia się wtedy, gdy zaczyna nam brakować energii pozwalającej radzić sobie z trudnymi okolicznościami.

Czyli gdy sytuacja nas w jakimś sensie przerasta?
Gdy nasze zasoby energetyczne nie wystarczają, by się uporać z presją wywołaną daną sytuacją. Jest to stan groźny, w którym nasz psychiczny i biologiczny potencjał przestaje się odpowiednio regenerować i zbyt szybko go ubywa.

Jedziemy na rezerwach?
Których bezkarnie nie możemy nadużywać, jeśli nie chcemy doprowadzić się do stanu wypalenia. Dlatego tak niebezpieczny jest przewlekły stres. Ale nie u każdego trudne okoliczności wywołują stres. Ci, którzy lepiej gospodarują zasobami swojej życiowej energii, potrafią nawet wielką presję przyjmować jako wyzwanie. Wyzwania doświadczamy, gdy mamy wystarczający zapas energii, aby z daną sytuacją się uporać. Z kolei długotrwałe przebywanie w sytuacji zbyt małej presji, zwane rdzewieniem, którego doświadczamy, gdy mamy za mało obciążeń, a za dużo energii, jest dla nas równie niebezpieczne jak doświadczanie stresu. W obu wypadkach słabnie immunologiczna bariera, a więc wzrasta ryzyko zdrowotne i spada nasza emocjonalna i intelektualna wydolność.

Czyli „nic mi się nie chce”?
No właśnie. Dobrze widać to na przykładzie osób przez dłuższy czas bezrobotnych, wielu rencistów, emerytów, rentierów. Również sportowców, którzy gwałtownie przerwali karierę i, co za tym idzie, treningi. Podobnie może się czuć człowiek, który jedzie na pierwszy dłuższy urlop po paru latach wytężonej pracy. Gdy znika motywująca presja, mamy znacząco mniej wydatków energetycznych, zaczynamy chorować, wpadamy w depresyjne nastroje, uwiąd woli i bezsilność.

Niektórzy twierdzą jednak, że istnieje dobry stres w przeciwieństwie do stresu złego. Czyli taki, który mobilizuje, a nie demobilizuje.
Tak zwany dobry stres to pojęciowe nieporozumienie. Równie dobrze można by mówić o dobrym nowotworze. Stres to stan chorobowy, który prowadzi do wyczerpania energii życiowej, a więc jest groźny dla życia. Zabija nas. To, co potocznie nazywa się dobrym stresem, w istocie jest wyzwaniem. Czyli wspaniałym stanem optymalnego dla nas dociążenia, presji, która nie przekracza z jednej strony granicy wypalenia, a z drugiej rdzewienia. Ludzie tego nie wiedzą, choć wydaje się, że na temat stresu napisano i powiedziano już tak wiele.

To definiuje również przedmiot naszych rozważań. Jak znaleźć ten złoty środek i jak się w nim utrzymać.
Czyli jak się nie wypalać i nie popadać w stagnację. Trzeba zachowywać się jak doświadczony sportowiec, który tak dobiera swoje obciążenia startowe i treningowe, by osiągać coraz wyższy poziom możliwości, ale się nie przeciążać.

Ktoś, kto nie ma tej świadomości, może próbować za pomocą jednego ekstremum leczyć drugie i w ten sposób kompletnie się rozchwiać.
Dokładnie tak. Będziemy rozmawiać o tym, jak sprawić, by nasze życie było ciekawym i wartościowym wyzwaniem, a nie wieczną udręką lub nudą i marnotrawieniem talentów oraz możliwości.

Rozumiem, że wyzwanie wiąże się zawsze z przekraczaniem jakichś ograniczeń, pomysłów na siebie, lęków... Tak. I dlatego wyzwania uruchamiają w nas zasoby, których istnienia często nie podejrzewamy. Dzięki temu się rozwijamy.

 
Skoro sensem życia jest rozwój i odpowiadanie na wyzwania, skąd w nas ta częsta chęć, żeby nic nie robić?
Nicnierobienie to zrozumiała potrzeba człowieka przemęczonego. Organizm krzyczy: dajcie mi czas i okazję do odzyskania sił. Wtedy warto posłuchać jego głosu.

Jeśli po dobroci nie posłuchamy i nie zmienimy stylu życia, to nas coś dopadnie?
Nie da się bezkarnie uprawiać rabunkowej gospodarki swoimi zasobami życiowymi. Choroba to kosztowna ostateczność, której należy za wszelką cenę unikać. By potem wyjść z ciężkiej choroby lub wypalenia, potrzeba miesięcy kuracji i starań, a często także rewolucji w stylu życia i w systemie wartości. Inaczej nam nie włączą prądu. Instynkt samozachowawczy zachowuje się jak dyspozytor w elektrowni miejskiej, który wyłącza zasilanie peryferyjnych dzielnic, kiedy są braki w dostawie prądu. Albo jak bank, który wstrzymuje kredytowanie zadłużonej firmy. Żeby nam włączyli prąd czy otworzyli kredyt, musimy przedstawić taki plan restrukturyzacji firmy, który przekona bank, że będziemy przynajmniej spłacać odsetki.

A co zrobić, kiedy próbujemy odpoczywać, ale głowa nam nie pozwala? Zadręczamy się myślami. Da się wyłączyć głowę?
Wtedy niezbędne są leki, które wyciszają gonitwę negatywnych myśli, plus psychoterapia. Wyjście z wypalenia jest prawie jednakowo trudne i kosztowne jak wyjście z uzależnienia. Dlatego profilaktyka wypalenia jest tak ważna. By była możliwa, musimy wiele się nauczyć. Np. kontrolować wywieraną na nas presję. Ona tylko do pewnego stopnia jest obiektywna, bo mamy określone obowiązki. O części decydujemy sami. Dlatego musimy się nauczyć używać takich trudnych słów, jak: nie, dosyć, za dużo, nie mogę, nie dam rady, nie zgadzam się.

Z tym się wiąże konieczność i umiejętność odpuszczenia sobie.
O to chodzi. Świat nie chce nas wykończyć, to my sami siebie wykańczamy, bo wydaje nam się, że gdy zaczniemy odmawiać, ów świat nas odrzuci, uzna za niepotrzebnych słabeuszy. Trzeba przestać w to wierzyć. Z drugiej strony musimy przyjąć taki styl życia, który będzie odtwarzał i rozwijał nasz energetyczny potencjał. Musimy przyjrzeć się temu, jak jemy, jak oddychamy, jak śpimy, jak się odnosimy do siebie samych i jak się zachowujemy w relacjach z innymi... Wśród czynników ryzyka decydujących o ciężkich zachorowaniach i przedwczesnej śmierci aż 54 procent jest związanych ze stylem życia. To znaczy, że mamy większościowe udziały w firmie „Moje zdrowie”. Pakiet kontrolny. Ponoć przeciętny ludzki genotyp daje możliwość przeżycia 120 lat. Tymczasem średnia życia polskich mężczyzn to nieco ponad 70 lat.

Wszystko, o czym mówimy, bardzo przypomina biznes. Jesteś autorem programu odnowy, który uczy, jak zarządzać sobą, czyli firmą z konkretnym kapitałem początkowym, w której mamy większościowy udział...
Bo w metaforze biznesowej jasno widać, o co tu chodzi. Program obejmuje osiem rozdziałów i nazywa się „8 razy O” (bo tak się składa, że wszystkie zaczynają się na literę o). Są to umiejętności decydujące o naszej odporności zarówno na choroby, jak i na przeciążenie. Te rozdziały to: oddychanie – podstawowe zasilanie, bez którego nic się nie wydarzy. A prawie wszyscy źle oddychamy w przeciążeniu, zagrożeniu i walce. Obecność, czyli zdolność bycia świadomym tego, co tu i teraz dzieje się w naszym życiu. To wiąże się z umiejętnością kontrolowania nawykowego zamartwiania się i snucia ponurej wizji przyszłości lub nieustannego przeżuwania tego, co było, przebywania w izbie pamięci i uprawiania swojej martyrologii. Kolejny rozdział to oparcie w sobie – czyli dobry, świadomy kontakt z ciałem, mocne stanie na nogach, wewnętrzna podpora w mocnym kręgosłupie, w mocnym brzuchu i aktywnej przeponie. Następne to odreagowanie i odpoczywanie. Potem: odpuszczanie – czyli trening odmawiania, zdolność do regulowania wewnętrznej i zewnętrznej presji, o której mówiliśmy. Następnie opiekowanie się sobą – czyli zdolność do bycia własnym wymagającym i wspierającym trenerem – i wreszcie – odżywianie.

Z tego, co mówisz, wynika, że pierwsze O, z jakim musimy się zmierzyć, to odpowiedzialność...
To dobry zamiennik dla opiekowania się sobą. O to w tym chodzi – o wzięcie odpowiedzialności za jakość własnego życia. To klucz do stworzenia sytuacji, w której nasz pobyt na tym świecie będzie satysfakcjonujący, pożyteczny i radosny.

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie w sytuacjach dużej presji. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie.

  1. Psychologia

Coś większego niż ja. O duchowości bez religii

Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Religia przez wieki pomagała ludziom żyć. Przynosiła ulgę w cierpieniu, mobilizowała do starań, za które kiedyś zostaną nagrodzeni, zaspokajała ich potrzeby duchowe. I choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. O poszukiwaniach „czegoś większego” pisze psycholożka Hanna Samson.

Do niedawna duchowość była rozumiana jako zjawisko ściśle połączone z religijnością. Ale czy bez religii nie mamy potrzeb duchowych? Mamy. Socjologowie obserwują, że wraz ze wzrostem zeświecczenia współczesnego świata rośnie zainteresowanie metafizyką, które znajduje ujście w medytacji, różnorodnych praktykach duchowych, powrocie do idei ezoterycznych czy sięganiu do mądrości z dawnych epok. Odejście od religii nie oznacza często utraty duchowości, ale wejście na ścieżkę poszukiwań. Problem w tym, że odejść od religii, w której byliśmy wychowani, nie jest łatwo.

– Od dawna czułam, że ta nasza religijna obrzędowość nie zaspokaja moich potrzeb duchowych czy metafizycznych – mówi Elżbieta, którą znam od lat i od lat z podziwem obserwuję jej rozwój. – Religia katolicka kłóciła się z moim intelektem, Kościół wzbudzał coraz większą niechęć, ale nie miałam odwagi odejść. Dzieci „na wszelki wypadek” chodziły na religię, oczywiście była pierwsza komunia, choć nie czułam w tym głębszego sensu. To córka pierwsza powiedziała, że ma dość, potem syn. Rozumiałam ich, ale sama nie potrafiłam zerwać więzi z obrzędowością, w której żyłam od dzieciństwa. Chodzenie do kościoła było dla mnie obowiązkiem, a gdy próbowałam z niego rezygnować, pojawiało się poczucie winy i lęk przed karą. Ta religia mocno nas wiąże, proces odchodzenia czy wyzwalania się bywa chyba tak samo trudny jak odchodzenie z sekty.

Może dlatego wielu z nas tkwi latami w czymś, do czego nie ma przekonania? Niektórzy robią to do końca życia, ale Elżbieta chciała żyć w zgodzie ze sobą. – Po iluś latach w końcu się zbuntowałam – opowiada. – Stałam się wręcz ostentacyjnie antyreligijna, ale moje potrzeby duchowe były niezaspokojone. Brakowało mi poczucia sensu życia, czegoś większego ode mnie i mojego ja.

Cząsteczka bezkresu

W naszej indywidualistycznej kulturze zachodniej od dzieciństwa uczymy się patrzeć na świat z punktu widzenia własnego ego. Z tej perspektywy śmierć jest przerażająca i odbiera sens naszemu życiu. Ratunkiem jest religia, ale nie tylko ona. Medytacja i inne praktyki duchowe pozwalają wyjść poza wąski horyzont ego, zobaczyć, że jesteśmy cząsteczką w bezkresie, za to wszechpołączoną z innymi. Gdy otwieramy się na świadomość niebędącą „ja”, znika samotność, oddzielenie, pojawia się sens, bo czujemy się częścią świata. Wielu z nas ma przebłyski takich doświadczeń, nawet jeśli nie próbujemy świadomie rozwijać swojej duchowości. Czasem zdarza się to, kiedy patrzymy w rozgwieżdżone niebo lub spadające wody wodospadu. Zachwyt i poczucie ogromu świata mogą sprawić, że czas przestaje istnieć, znikają nasze ego, pragnienia, strach przed śmiercią; przez chwilę mamy poczucie wieczności, jakbyśmy byli częścią natury.

Osoby pracujące twórczo również miewają doznania metafizyczne. – Czasem pracuję godzinami przez wiele dni, kawałek po kawałku i ciągle nic z tego nie wynika – opowiada Kasia, wspaniała artystka, jej prace są pokazywane w wielu krajach. – I nagle pojawia się natchnienie. Przez godzinę maluję więcej niż przez te wszystkie dni i wyłania się z tego sens, którego nie wymyśliłam ani nawet nie przewidywałam. Czuję się połączona z jakąś siłą, która jest we mnie albo poza mną, ale która wykracza poza moją świadomość. Te chwile są tak niezwykłe, że choćby tylko dla nich chce mi się codziennie pracować.

Sama też znam takie momenty. Gdy piszę książkę i jestem w to głęboko zaangażowana, zdarza się czasem coś niezwykłego. Nagle pojawia się nowa jakość, słowa same układają się w zdania, które mnie zaskakują. Piszę coś, co przerasta to, o czym myślałam; co nadaje mojej pracy głębszy sens. Notuję w natchnieniu, jakbym była tylko medium, które zapisuje to, co było dotąd poza moją świadomością. Mówię o tych momentach żartobliwie, że złapałam Pana Boga za nogi, bo jak nazwać to poczucie połączenia z czymś potężniejszym ode mnie? Moje „ja” znika, a moja świadomość rozszerza się i obejmuje coś znacznie większego ode mnie.

Ból jest, ale już nie cierpisz

Takie doznania szczytowe bliskie są doświadczeniom opisywanym przez mistyków. Na jakiś czas zmieniają obraz siebie i świata, zostaje po nich ślad, który sprawia, że życie staje się lżejsze niezależnie od tego, co nam się przydarza, a jednocześnie czujemy w nim głębszy sens. Do takiego stanu świadomości można też dążyć świadomie, czego dobrym przykładem jest Elżbieta, która ostatecznie odnalazła się w religii, ale innej niż nasza. Jej ścieżką okazał się buddyzm.

– W buddyzmie nie ma transcendentnej istoty boskiej, nie wierzy się w Buddę, tylko Buddzie – opowiada Elżbieta. – Budda jest nauczycielem, prawdziwość jego nauk możesz sprawdzać na sobie, eksperymentować, doświadczać, nic nie musisz przyjmować na wiarę. Dzięki medytacji Budda doszedł do prawdy o istocie rzeczywistości, w której wszystko jest wszechpowiązane. Każdy z nas może dojść do tego samego miejsca, idąc tą samą ścieżką samopoznania i transformacji, którą szedł Budda. Poprzez medytację, praktyki duchowe, ćwiczenie umysłu w dyscyplinie i nieporuszoności odkrywamy, że nasze „ja” i przywiązanie do niego to złudzenie. Uważność na wnętrze psychiczno-emocjonalne powadzi do transformacji naszych zaburzonych wzorców uczuć i zachowań w mądrość.

Przytomność, uważne bycie w chwili obecnej, objęcie w pełni świadomością „tu i teraz”, skupienie się na oddechu, przepływających myślach, odczuciach płynących z ciała, na innych wrażeniach pochodzących z otoczenia, ale bez przywiązywania się do nich, bez oceniania ich i podążania za nimi – to wszystko brzmi jak mindfulness, czyli trening uważności, który zapewne wielu z nas jest znany. Tak, mindfulness pochodzi z buddyzmu, ale nawet wyrwana z tego kontekstu obserwacja własnego umysłu prowadzi do redukcji stresu, niepokoju, lęku, pomaga wychodzić z depresji, a także zmniejszać cierpienie powodowane bólem.

– Zdystansowanie wobec własnego bólu, obserwowanie go nie powoduje, że ból znika – wyjaśnia Elżbieta, która przez całe życie miała migreny. – Nadal doświadczam bólu, ale nie cierpię z jego powodu.

Ścieżka buddyjska

Droga Elżbiety prowadziła przez kilka przypadkowych zdarzeń. Książka o buddyzmie wpadła jej w ręce, znajomi jechali do Nepalu, więc pojechała z nimi, powodowana impulsem przyjęła schronienie, czyli publicznie ogłosiła, że wchodzi na ścieżkę buddyjską, choć jeszcze wcale nie czuła się gotowa, ale to ją utwierdziło w rodzącym się przekonaniu, że warto spróbować. – Była we mnie tęsknota za czymś większym niż jednostkowe życie – mówi Elżbieta. – Miałam przeczucie, że w naszym rodzeniu się i umieraniu jest jakiś głębszy sens niż tylko indywidualne zmagania. Na swojej drodze duchowej odkryłam, że jest coś więcej niż jednostkowa świadomość. Ścieżka duchowa prowadzi do przebudzenia, możemy wtedy zobaczyć naszą prawdziwą tożsamość. Jesteśmy połączeni ze wszystkim, co istnieje, świat jest wszechpołączony, a nasza jednostkowa tożsamość jest tylko snem, z którego sami możemy się obudzić. Idąc ścieżką duchową, dążymy do tego przebudzenia, oświecenia, ale cała droga ma sens i znaczenie. Stajemy się coraz lepszymi ludźmi. Odłączamy się od przywiązania do swojego ciała, do swojej wyjątkowej tożsamości, pozbywamy się lęku przed śmiercią. Przestajemy walczyć z własnymi demonami, łączymy je z innymi częściami naszej psychiki.

Elżbieta wyjaśniła mi, że nie ma prostego pocieszenia, życie często jest źródłem cierpienia, ale od nas zależy, jak je przeżywamy. Mając świadomość, że jesteśmy częścią świata, wiemy, że wszystkie nasze czyny mają znaczenie, nasze działania wpływają na świat, żyjemy dla dobra większego niż dobro jednostki. – Nawet po śmierci, gdy zniknie moja tożsamość, zostanie strumień energii, karma, zło i dobro, które do tego strumienia wprowadziłam, a który wcieli się w jakąś istotę. Taka świadomość zobowiązuje do tego, żeby robić to, co jest dobre dla świata – powiedziała.

Kiedy zapytałam, czy czuje się lepszym człowiekiem niż kiedyś, Elżbieta powiedziała, że nawet dzieci zauważyły, że jest w niej więcej tolerancji, życzliwości, pogody, luzu i mniej napięcia. – Stałam się bardziej introwertyczna i samowystarczalna. Nie spełniam oczekiwań innych, ale też przestałam udzielać im rad. Bardziej świadomie wchodzę w relacje z ludźmi, jestem bardziej wyrozumiała, nie reaguję złością, co nie znaczy, że ją wypieram. Energię złości transformuję tak, żeby robić z niej dobry użytek – dodała.

Elżbieta codziennie przez półtorej godziny praktykuje buddyjskie medytacje tematyczne, mantry, wizualizacje. Korzysta z tych narzędzi po to, żeby poczuć jedność ze światem i współczuć ze wszystkimi istotami.

Może warto się trochę natrudzić, by też to poczuć?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.