1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Słowa mają moc – mów do siebie czule

„Wobec siebie jesteśmy o wiele bardziej okrutni, a najgorsze jest to, że staje się to pewnego rodzaju automatyzmem, który ma pomóc rozładować napięcie spowodowane tym, że nam coś nie wyszło lub wydaje się, że nam nie wyszło” – mówi Katarzyna Miller.
„Niezdara ze mnie”, „Kretynka”, „Co za fleja” – to tylko niektóre ze słów, jakie wypowiadamy do siebie niemal codziennie. Dlaczego same sobie to robimy? I – co ważniejsze – dlaczego prawie nie zauważamy, że to robimy? Wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Słowa potrafią ranić bardziej niż czyny. Niektóre zostają w nas na lata. Dlaczego sobie to robimy?
Pamiętajmy o tym, że człowiek, który to robi innym, robi to najpierw sobie. Innym mówimy mocne słowa, gdy zaleje nas złość albo gdy ktoś nas sprowokuje i coś nam zarzuci, więc w odwecie wywalamy różne zaszłości: „Bo ty zawsze…”, „Bo ty nigdy…”, albo znajdujemy coś, żeby i jego zabolało. A jednak wobec innych troszkę się hamujemy.

Co nas zatrzymuje?
Nie chcemy po prostu, by o nas źle myśleli. Siebie za to nie oszczędzamy. Wobec siebie jesteśmy o wiele bardziej okrutni, a najgorsze jest to, że staje się to pewnego rodzaju automatyzmem, który ma pomóc rozładować napięcie spowodowane tym, że nam coś nie wyszło lub wydaje się, że nam nie wyszło. Coś upuszczę: „Niezdara ze mnie”. Nie zdążę na autobus: „Ty kretynko!”. Nie umiałam odpowiedzieć od razu: „Ja to jednak jestem cielę”. Ubrudziłam się: „Fleja ze mnie”. Ktoś się zdziwił na mój widok – „Na pewno mnie nie lubi”. I to się dzieje na okrągło. To tak jakbyśmy na siebie co chwila wylewali wiadro z pomyjami. I to za co? Za to, że nie jesteśmy idealni? Za to, że coś nie jest z kategorii „na 5”, tylko „na 4” lub „na 3”?
Nawet nie dostrzegamy, że sobie dowalamy. Dopiero gdy bierzemy się do terapii czy idziemy na warsztaty i zaczynamy się orientować, od czego jest nam źle, to się okazuje, że w gruncie rzeczy najwięcej krzywdy wyrządzamy sobie same. A przedtem byłyśmy przekonane, że to wszystko wina innych. Owszem, kiedyś to się rzeczywiście od innych zaczęło. Kiedy człowiek jest małym dzieckiem, sam sobie nie wymyśla nieprzyjemnych, obraźliwych słów na swój temat.

Czyli te wszystkie nieprzyjemne rzeczy, jakie sobie mówimy, usłyszeliśmy kiedyś od innych?
Oczywiście, i to niestety głównie od rodziców. Oni też wypowiadali je w sposób automatyczny i bezmyślny, bo usłyszeli je od swoich rodziców bądź od nauczycieli, bądź od różnych ludzi na ulicy, sprzedawczyni w sklepie, trenera na boisku – wszystkich tych osób, które się nie liczą z tym, że mają do czynienia z istotą żywą i czującą. A kiedy coś mówi się do dziecka, to zapada to w nim niesamowicie głęboko. Staje się stałym elementem jego świata. Sama miałam wielu wspaniałych nauczycieli, ale też, niestety, wychowawczynię, która przez całe liceum zwracała się do nas per „bydlaki”. Byłam nastolatką i już zdawałam sobie sprawę z tego, że to z nią jest coś nie tak, a nie ze mną, natomiast co, jeśli takie słowa słyszy sześcioletnie dziecko? Mówiłam to już wiele razy, ale powtórzę – w naszą kulturę jest wpisane złe traktowanie dzieci. Gdyby napisać książkę o tym, co słyszą od dorosłych na swój temat, nikt by jej nie chciał czytać. Nie uważamy na to, co do nich mówimy i jak do nich mówimy. Nie myślimy, co to z nimi robi.

Ranimy je, bo się niecierpliwimy? Bo nas dzieci denerwują? Bo się na nich wyżywamy? Bo chcemy je do czegoś zmotywować?
Moim zdaniem mamy poczucie, że we właściwy sposób nakierowujemy je na dobrą drogę. Tylko my ich nigdzie nie nakierowujemy. Dzieci czują się zmieszane z błotem, a jeśli są delikatne i wrażliwe – zdruzgotane. Jeśli są buntownicze – to na dodatek uczą się nienawiści. Bo niby z jakiej racji ktoś je tak traktuje?

Kobiety mówią często, że w dzieciństwie rzadko miały możliwość – jak to się pięknie mówi – odpysknięcia.
Bo kiedy dziewczyna coś odpowiedziała dorosłym, to słyszała „morda w kubeł” albo w wersji „eleganckiej”, że nie ma prawa się złościć, bo to piękności szkodzi.

Ale słowa, przed którymi nie możesz się obronić, zapadają w ciebie chyba jeszcze głębiej. Stają się twoimi myślami, niewypowiadanymi na głos, więc jeszcze bardziej „niewidzialnymi”.
I o tym właśnie mówię – wewnątrz nas płynie nieustanny rynsztok. Wchodzi nam to w nawyk w takim stopniu, że staje się wręcz nałogiem.

W wielu poradnikach można znaleźć ćwiczenie, które pomaga zidentyfikować te myśli. Masz spontanicznie dokończyć zdanie zaczynające się od „Jestem…”.
…głupia, za wolna, za szybka, za cicha, niepunktualna, nieporządna, niezgrabna, nieudana… I wtedy to wszystko wychodzi. Kiedy pracuję z grupą, widzę, jak bardzo pomaga ludziom, kiedy te wszystkie słowa, które słyszeli w dzieciństwie, mówią na głos. Po pierwsze, mogą nabrać do nich dystansu, a po drugie, okazuje się, jak wiele z nich słyszało dokładnie to samo. „Zrozumiesz, kiedy będziesz miała dzieci”, „Jak będziesz miał swój dom, to się będziesz rządzić”, „Co ty wiesz o życiu!”, „W porównaniu z tym, jakie my mieliśmy dzieciństwo, ty masz raj”. Oprócz tego w wielu domach są jeszcze własne powiedzonka, typu „Schowaj te kopyta, bo do baletu nie wstąpisz”. Straszne, prawda?

Jako dziecko podejrzewałam, że dorośli chodzą na tajne komplety, na których ich tego uczą.
Dowcipny pomysł, ale oni na żadne komplety nie muszą chodzić, noszą to w sobie od czasów własnego dzieciństwa. I katują tym samych siebie. Na nieświadomym poziomie sądzą: „Dlaczego to, co było dla mnie normalne, ma nie spotkać kolejnych pokoleń? Przecież na tym polega wychowanie i dyscyplinowanie dzieci”. Mówi się do nich: „Pętaku, zejdź mi z drogi” albo: „Ja ci jeszcze pokażę”, i już wiadomo, kto tu jest górą, a kto ma się dostosować.

Czasem trudno jest nam zidentyfikować te fałszywe prezenty, bo są one zapakowane w błyszczący papier. „Może i nie jesteś ładna, ale pochodzisz z bogatego domu, nie zginiesz w życiu”.
„Jeśli będziesz się dobrze uczyła, to jakoś sobie w życiu poradzisz”…

Czujesz, że coś tu nie gra, ale nie wiesz co, bo jest to podawane z uśmiechem przez ukochaną ciocię, wujka czy babcię.
To jest to słynne połykanie żab.

Ale czemu tak bardzo wierzymy tym słowom? Bo mówią je osoby nam bliskie? Które nas znają? Które objaśniają nam świat?
Przez pierwsze lata życia nikt nam nie wciska tego, „jacy jesteśmy”, poza tymi, którzy nas wychowują. Mają nas w mocy. Traktujemy ich słowa jak objawienie! Jedna dziewczyna z moich warsztatów chodziła przez całe życie w spodniach, bo jej ukochana ciocia, która była dla niej dobra, spojrzała raz, gdy ona stała przed lustrem, i powiedziała: „Ale łydki to masz za grube”. Pewnie chciała jej coś poradzić, ale co? Żeby schudła? Więcej ćwiczyła? Obcięła sobie kawałek łydki? Co dziecko ma z tym zrobić? Nigdy potem nie założyła sukienki, aż do spotkania na naszej grupie, kiedy zaczęłyśmy jej mówić, jakie genialne ma nogi.

Niektórzy dorośli tłumaczą, że mówią takie rzeczy, zanim usłyszymy je od świata, bo wtedy będzie bardziej bolało, a tak to dziecko jest przygotowane.
Bo od mamusi boli mniej? A właśnie że tysiąc razy bardziej. Potem, jeśli masz szczęście, inny bliski dorosły – nauczycielka, mama przyjaciółki, sąsiadka – powie: „Ale dlaczego tak o sobie mówisz? Że nic nie potrafisz. Przecież to zrobiłaś, i to, i to”. Albo: „Zobacz, jaka jesteś ładna, chodź, popatrzmy w lustro. Martwisz się swoimi nogami, a zobacz, jakie są zgrabne. Ja to dopiero mam krzywe, ale je lubię i chętnie pokazuję”. Czy: „Nie jesteś żadną grubą krową, tylko ślicznym pączusiem. Jesteś apetyczna, aksamitna, delikatna. A poza tym nie musisz być szczupła, wysoka i mieć kręconych włosów. Cokolwiek masz, jest dobre”.

Powiedzmy, że już wychwycimy słowa, które same sobie mówimy lub myślimy i którymi siebie krzywdzimy. Co dalej? Jak zamienić je na te pozytywne?
Przypomnę tu raz jeszcze pięć kroków Kasi Miller do dobrego traktowania siebie. Najpierw się trzeba złapać na tym, że mówię do siebie coś złego. Potem mam siebie pochwalić za to, że to wyłapałam. Czyli nie ganić się, że to robię, tylko się pochwalić, że już widzę, że sobie to robię. Następnie mam sobie powiedzieć: „Przepraszam cię, kochanie”. Kolejny krok to sprawdzić, czy urażone i obrażone wewnętrzne dziecko usłyszało, że je przepraszam. Jeśli nie, to trzeba powtórzyć to tak, żeby usłyszało. Poczujemy, kiedy to się stanie. A później zamiast krytycznego czy obraźliwego zdania trzeba powiedzieć sobie pięć bardzo miłych rzeczy. Aż pięć dobrych na jedno złe słowo. I trzeba robić to za każdym razem, kiedy siebie skrzywdzimy.

Zdarza ci się jeszcze mówić sobie złe słowa? A może jest coś, co w sobie wytropiłaś, choć wydawało ci się, że wytropiłaś już wszystko?
Dużym moim osiągnięciem jest to, że mówię sobie coraz mniej złych rzeczy. Dalej sobie czasem dowalę, ale już wyraźnie coraz mniej i coraz lżej. I ponieważ wiem, co robię, to się wtedy z siebie życzliwie podśmiewam, że taka mądra, a sama sobie dokucza. I coraz lepiej się z tym czuję.
Jest mi lepiej ze sobą i zdecydowanie lepiej z innymi ludźmi. Na przykład nie zajmuję się (prawie) tym, czego inni mi nie robią, a „powinni”– czyli czego ja bym sobie życzyła. Ja naprawdę wierzę w to, czego uczę. Czyli na przykład wierzę w „nic nie musisz”. I kiedy zdarza mi się pomyśleć lub powiedzieć sobie, że coś powinnam, to przepuszczam to przez siebie i decyduję, czy to wybieram, czy nie. Bo skoro wybieram, to jest już moje. Dziecko myśli: „chcę”, dorosły może do tego dodać: „opłaca mi się”. Czyli opłaca mi się np. napisać tego długaśnego mejla, bo potem będę miała już z głowy. A skoro jest to mój wybór, to „muszę”, „powinnam” zamieniam w „zrobię” albo „nie zrobię”.

Właśnie, te krzywdzące słowa mogą mieć też całkiem neutralną formę. Nie chodzi tylko o to, że sobie dowalamy: „Jestem świnią, krową czy słonicą” – swoją drogą nie wiem, czemu obrażamy te piękne zwierzęta – ale że poganiamy siebie i dyscyplinujemy: „Powinnam”, „Tak mało zrobiłam”, „Nie mam czasu, by odpocząć”.
A właśnie, że mam czas. I przede wszystkim mam prawo. Rodzice niechętnie dają dzieciom prawa, ponieważ boją się, że dzieci nie będą ich słuchać. Bo to, że dzieci ich słuchają, jest dla nich w pewnym sensie wyrównaniem tego, że świat ich nie słucha.

A co to znaczy mówić o sobie i do siebie dobrze? Dla kobiety, która sobie przez lata dowalała, może to być trudne. Może mieć w sobie niechęć i niezrozumienie: jak to? Mam sobie teraz tylko słodzić?
Zgodnie z tym, co słyszała od dorosłych: „Nie będę cię chwalić, bo się zepsujesz” albo: „Nie ma cię za co chwalić, bo to, co jest dobre, to trzeba robić, a to, co jest niedobre, trzeba ganić”. Tymczasem trzeba sobie mówić: „Jestem z siebie dumna”, „Jestem w tym, co robię, dobra”, „To jest moja mocna strona”.
Kiedy zadaję ludziom – głównie kobietom, ale faceci też nie są wcale tacy dobrzy w te klocki – ćwiczenie, żeby wymienili swoje mocne strony, wiesz, co słyszę? „Pracowita jestem”, „Pomagam innym”, „Staram się być punktualna”, „Odpowiedzialna jestem, kończę to, co zaczęłam”, „Słucham innych”. Tak mówią wszystkie porządne panienki, co to nie położą się spać, dopóki czegoś nie dokończą. A jeśli nie dokończą, bo już padły, to sobie nie wybaczą. Albo inna odmiana: tak w siebie nie wierzę i tak się boję, że mi nic nie wychodzi, że nawet nie zacznę albo tylko zacznę, ale na pewno nie skończę – i tego sobie też nie wybaczą.

Jako kobiety ciągle balansujemy na cienkiej linii pomiędzy tym, by siebie doceniać a jednocześnie za bardzo siebie nie pochwalić.
Czasami kobiety mówią, że są oddaną przyjaciółką lub że się wzruszają losem zwierząt. Albo że są dobrą matką – co zwykle znaczy, że wszystko dla dzieci poświęciły. Więc wyobraź sobie, co się dzieje na grupie, gdy któraś powie: „Jestem dobrą kochanką”. Reszta zamiera w oburzeniu. „Jak ona może?! Jak ona żyje?! Na co ona sobie pozwala?! Kto to w ogóle jest?!”. Najpierw prawie mdleją, a potem zaczynają się dopytywać.

To dobrze!
No pewnie, że dobrze! Jest to niesłychanie uczące, a do tego jakie leczące! Bo jak to się stało, że ona jest taka inna? Kto jej na to pozwolił? Otóż sama sobie pozwoliła.

Pozwalajmy sobie na to, by się pochwalić, a nawet by sobie posłodzić.
Ależ oczywiście. Trzeba słodzić sobie i innym, wiadomo, że nie co chwila i nie za wszystko, ale za to, co jest fajne – jak najbardziej.

A warto przeprosić siebie samą za słowa, które się wypowiedziało nawet bardzo dawno temu?
Zdecydowanie warto. I tak jak siebie warto przepraszać, tak warto przepraszać innych. Powiedzieć: „Zapuściłam się za daleko, byłam pod wpływem żalu, złości”. Od „przepraszam” jeszcze nikt nie umarł. Od „proszę” też nie. Ani od „dziękuję”.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze