1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Jak wygląda życie z syndromem oszusta – wyjaśnia psychoterapeutka Patrycja Wójcik

Życie z syndromem oszusta to jak stanie na palcach, żeby dosięgnąć czegoś, co jest wysoko, z przekonaniem, że i tak to się nie uda. (Fot. iStock)
„Miałam szczęście”, „pytania mi podeszły” – w ten sposób osoby z syndromem oszusta komentują swoje sukcesy. Co innego, jeśli poniosą porażkę – wtedy winę przypisują wyłącznie swojej niekompetencji. Psychoterapeutka Patrycja Wójcik podpowiada, jak pomóc im poradzić sobie z tym obciążającym psychikę problemem.

Co najczęściej słyszysz od pacjentów z syndromem oszusta?
Jedna z moich pacjentek na ważnym egzaminie uzyskała jeden z najlepszych wyników w historii uczelni i kiedy zadałam jej pytanie, czy jest z siebie dumna – zaczerwieniła się, spuściła wzrok i powiedziała: „Gdyby nie mój wykładowca…, a tak naprawdę to zupełny przypadek, trafiłam w pytania, inaczej chyba nigdy bym tego nie osiągnęła”. Zwykle umniejszała swoje zasługi, a to świetna dziewczyna, bardzo mądra.

Niedawno miałam pacjentkę bardzo podobną do Twojej. Od tygodni przygotowywała się do ważnego egzaminu. Wiele razy, kiedy opowiadała mi o czymś ważnym, dodawała: „Jak tylko zdam egzamin” albo „Teraz mam głowę zajętą egzaminem”. Kiedy powiedziała, że zdała egzamin i to na bardzo dobrą ocenę, i z całego serca jej gratulowałam – zmieszała się: „Po prostu pytania mi podeszły”. Kiedy myślę o takich osobach, wyłania mi się pewien charakterystyczny rys osobowościowy: nigdy nie proszą o pomoc, z lęku, że zostaną posądzone o to, że chcą za dużo i ludzie się od nich odsuną. Kiedy czują się zranione przez innych, to mówią: „Pewnie przesadzam, nic takiego się nie stało”.
Kolejny mój pacjent – cudowny młody człowiek pracujący w biotechnologii. Dostał intratną propozycję stażu doktoranckiego w Stanach Zjednoczonych. Zapytałam, co o tym myśli. Czy jest zadowolony, dumny z siebie? Odpowiedział: „Jeszcze tego nie czuję, musieli kogoś wziąć, a pewnie z Polski nie było zbyt wielu kandydatów’’. Swój sukces przypisał wyłącznie czynnikom zewnętrznym.

Mechanizm działania zawsze wygląda tak samo?
W zespole oszusta można wyróżnić dwie grupy ludzi, w zależności od sposobu funkcjonowania; pierwsza – jeżeli pojawia się cel i zadanie, to zaczynają odczuwać obawy, lęk, objawy psychosomatyczne, czyli bardzo się stresują, po czym mobilizują wszystkie zasoby, siły, żeby to zadanie wykonać jak najlepiej. Taka osoba nie widzi poza tym świata: siada, pracuje trzy dni, nie zajmuje się niczym innych, dopóki nie osiągnie celu. Niby wszystko OK, ale… taka sytuacja wzmacnia przekonanie, że tylko potwornie ciężka praca, cierpienie, wyrzeczenia, nadużycie samego siebie mogą doprowadzić do sukcesu.

Druga grupa to ludzie, którzy również odczuwają to wszystko, co grupa pierwsza, ale ich sposób reagowania na emocje to prokrastynacja, czyli odkładanie na później. Aż zacznie już się kończyć czas.

W ten sposób obniżają napięcie?
Do pewnego stopnia, ale i tak z tyłu głowy czują, że niewykonane zadanie nad nimi wisi, i w końcu przychodzi deadline, więc siadają i robią to w takim pośpiechu i na takim poziomie stresu, że to się w głowie nie mieści. Po fakcie obiecują sobie, że już nigdy więcej w ten sposób nie będą działać, a następnym razem odtwarzają ten sam scenariusz.

Być może prokrastynacja jest na usługach ciała, które nie jest w stanie dłużej wytrzymywać napięcia stresowego.
To prawda; jeżeli głowa nie chce się zatrzymać, to ciało nas zawsze zatrzyma. Osoby, które prokrastynują, działają na granicy ryzyka: wystarczy jedna niesprzyjająca okoliczność i nie uda im się wykonać zadania. A jeśli się uda, tym bardziej są przekonani, że to szczęście i/albo przypadek: „Miałam szczęście, że się nie spóźnił autobus, że się winda nie zacięła...”.

A jeśli się nie uda, to jak reagują nadmiarowcy, a jak prokrastynaci?
Podobnie, negatywna interpretacja jest brana na siebie: „To moja wina, jestem niekompetentny”. Jeśli chodzi o sukces, to nadmiarowcy żyją w przekonaniu, że aby go osiągnąć, trzeba się zaharować na śmierć, a prokrastynaci, że do sukcesu może doprowadzić albo przypadek, albo szczęście – nie czują w tym swojego udziału.

Skoro czują, że nie mogą nic zrobić, by się udało, to skąd pomysł, żeby się tak wysilać?
Ponieważ czują, że muszą: bo wykładowca poprosił, bo trzeba w końcu pracę dyplomową oddać. Osoby, które prokrastynują, często porzucają marzenia, plany zawodowe czy rozwojowe, gdyż czują, że chyba tego nie osiągną. Oni też silniej odczuwają lęk.

Nadmiarowcy, gdy już wpadną w wir pracy, to bardziej skupiają się na zadaniach niż na lęku. Opamiętanie przychodzi dopiero po wykonaniu zadania. Żyją pod presją czasu i w lęku, że w ostatniej chwili coś się może wydarzyć i nie zdążą. To jest bardzo dokuczliwe doświadczenie.

Z jakimi problemami trafiają do psychoterapeuty osoby z syndromem oszusta?
Z najróżniejszymi, zespół oszusta najczęściej wychodzi w trakcie terapii, niejako przy okazji. Osoby z syndromem oszusta są głęboko przekonane o tym, że tak już jest, że nie są do końca kompetentne i trochę oszukują, ale nie czują, że to jest jakiś problem. O ile np. nastrój depresyjny jest widoczny: „Inni się cieszą, a ja się smucę”, o tyle wewnętrznego przekonania o niekompetencji nie widać. Za to kiedy obserwują kolegów w pracy, czują, że są na o wiele niższym poziomie kwalifikacji czy umiejętności niż inni, no i odczuwają ogromny lęk, że inni to odkryją.

Przekłada się to również na życie osobiste. Pracowałam z pacjentką, która została zdradzona przez męża, ale od razu zastrzegła, że na terapię wysłały ją koleżanki. Tłumaczyła, że sama nie czuje żadnych negatywnych emocji, nie wie, co chce dalej z tym zrobić: czy się rozstać z mężem, czy ratować związek. Na początku terapii to było naturalne, ale przychodziła na sesje przez wiele tygodni, zapewniając, że wcale tak bardzo jej to nie zraniło. Odpowiadałam, że rozumiem, że jeśli tak czuje, to tak jest. Zdarzało się, że płakała na sesji i natychmiast musiała znaleźć wytłumaczenie swojego smutku. Pewnego dnia coś w niej pękło, powiedziała: „Zrozumiałam, w czym tkwię”, ale po chwili dodała: „Mam dziś chyba nie najlepszy dzień”. Osoby z syndromem oszusta w życiu prywatnym są w niejakim zatrzymaniu, głównie dają i niewiele oczekują w zamian, wydaje im się, że nie zasługują na miłość, szacunek, lojalność.
Mam takie poczucie, że dla tych osób próba wzięcia czegoś dla siebie to jest absolutne obnażenie braku; pokazanie swojej niekompetencji, a to jest coś, czego najbardziej się boją. Robią więc zasłony dymne.

Kiedy myślę o takiej osobie, widzę niemowlaka, który woła mamę, a ona nie przychodzi, więc uruchamia się lęk o przetrwanie: „Jeśli matka nie przyjdzie, to ja nie przeżyję”. W końcu dziecko przestaje płakać, przestaje nawoływać matkę, udaje, że wcale jej nie potrzebuje. „Bo nawet jeśli matka (czy ktoś inny) przyjdzie, to i tak prędzej czy później mnie znowu zostawi. Nikt nie jest w stanie zaspokoić mojego głodu, więc udam, że wcale go nie czuję”.
Ja mam poczucie, że syndrom oszusta tworzy się, kiedy dziecko zaczyna mieć z otoczeniem werbalne interakcje i kiedy otoczenie ma bardzo wygórowane oczekiwania, których ono nie jest w stanie spełnić. Albo otoczenie nie precyzuje, jakie ma oczekiwania i dziecko próbuje się domyślać i zgadywać.

Czym różnią się między sobą pacjenci z syndromem oszusta?
Amerykanie wyróżnili pięć typów. Pierwszy to perfekcjonista, który stawia sobie bardzo wygórowane cele, prawie nie do osiągnięcia. Kontroluje wszystko nadmiarowo, cały czas żyje w poczuciu, że można zrobić coś więcej. Jest przekonany, że inni ludzie lepiej wykonaliby to zadanie.

Kolejny typ to supermenka, supermen, którzy nie czują, że mają jakiekolwiek kompetencje i żeby to nadrobić, biorą na siebie za dużo obowiązków. Kiedy niczego nie robią, cały czas czują napięcie, przede wszystkim w ciele, i ogromny stres.Są uzależnieni od zewnętrznej oceny. Kiedy pytam taką osobę, jak jej poszła prezentacja, słyszę: „No w sumie nie wiem”. Dopóki szef czy inna ważna osoba nie powie, że super, oni naprawdę nie wiedzą.

Trzeci typ to geniusze, którzy uważają, że prawdziwy sukces można osiągnąć tylko dzięki zdolnościom czy talentom, a nie przez wysiłek.

Poza tym są soliści – czyli ci, którzy nigdy nie proszą o pomoc, bo przecież wtedy ujawniliby, że czegoś nie wiedzą. Dlatego są nadmiarowo samodzielni, zaradni i kompletnie zablokowani na przyjmowanie wsparcia: „Nie, dziękuję, ja sam”.

I wreszcie eksperci – to jedyny typ w syndromie oszusta, który na adekwatnym poziomie ocenia swoje kompetencje, ale wierzy, że inni i tak są bardziej kompetentni. Bardzo się boi oceny.

Przypominam sobie pacjentkę, która jest doskonałą tancerką, ale zawsze powtarza, że za późno zaczęła tańczyć i nigdy nie będzie miała takich osiągnięć jak ci, którzy zaczynali jako dzieci.
Mam bardzo podobną pacjentkę, która również zaczęła za późno i dopiero coś w niej drgnęło, kiedy rozmawiałyśmy o tym, że taniec to nie tylko technika, ale przede wszystkim dojrzałość na scenie i umiejętność wyrażania emocji, sposób wyrażania siebie w tańcu.

Jak pomóc osobom z syndromem oszusta?
W pierwszej kolejności w terapii zajmuję się źródłem, czyli sprawdzeniem, na czym te przekonania na własny temat się zbudowały. Rozmawiam o oczekiwaniach, jakie mieli rodzice, jak reagowali na oceny, na sukcesy i porażki dziecka.

Już na początku lubię pacjentowi dać coś, żeby mógł sobie radzić, żeby skupiał się nie tyle na celu, co na procesie uczenia się w każdym zadaniu: „Nie patrz na to, czy jesteś kompetentny, tylko czego się nauczysz, wykonując to zadanie, jaką nową wiedzę posiądziesz, dążąc do tego celu”. Proszę też, żeby, siedząc na spotkaniu firmowym, pomyślał, że co najmniej co trzecia osoba z tu obecnych ma to samo poczucie co on – to buduje fajny dystans do przekonań na swój temat.

Życie z syndromem oszusta to jak stanie na palcach, żeby dosięgnąć czegoś, co jest wysoko, z przekonaniem, że i tak to się nie uda.
Najtrudniejsze w diagnostyce jest to, że niektóre osoby z syndromem oszusta nie mają wcale problemu z ogólną samooceną. Na pytanie: „Co pani o sobie myśli?”, odpowiadają: „Jestem mądra, zgrabna, ale... w pracy inni są ode mnie mądrzejsi”. Czyli warto zbadać, na jakim poziomie jest specyficzna samoocena, która dotyczy kompetencji, zdolności, umiejętności adekwatnej oceny wysiłku, jaki się włożyło w zadanie: „Jak tam w pracy? Jak się oceniasz na tle innych pracowników?”.

A co jeśli mój partner albo przyjaciółka ma syndrom oszusta? Czy np. próba pokazania na faktach, że odnieśli sukces, ma sens?
Średni, bo z pewnością w to nie uwierzą. Możesz powiedzieć: „Ja jestem z ciebie dumna”, „Ja uważam, że odniosłaś największy sukces” i świętować razem. A ponadto zaproponować pomoc specjalisty, bo szkoda, jeśli ktoś nam bliski nie potrafi samego siebie docenić.

Patrycja Wójcik, psychoterapeutka, psycholożka kryzysu i interwencji kryzysowej, pedagożka z PsychoCare

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze