1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Słuchanie jest aktem miłości

Słuchanie jest aktem miłości

Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba trafia do centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Gdy całkowicie się na kimś koncentrujemy i poświęcamy mu całą swoją uwagę, rozmówca czuje, że dajemy siebie całkowicie. Wtedy w pewnym sensie traci poczucie własnej odrębności i energetycznie zespala się z nami.

Sztuka słuchania w 6 krokach

1. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że przestajemy oceniać. Nasz rozmówca staje się dla nas jak czysta biała kartka. Przyjmujemy tę osobę w danym momencie taką, jaka ona jest.

2. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że kiedy druga osoba mówi, nie planujemy tego, co mamy zamiar powiedzieć. Nie zajmujemy się sobą, swoim punktem widzenia i swoimi emocjami, tylko próbujemy wczuć się w położenie rozmówcy.

3. Prawdziwe słuchanie jest celem samym w sobie.

4. Prawdziwe słuchanie wymaga uważnej obecności. To stan bycia, którego doświadczasz, dając całą uwagę temu, co robisz. W takim słuchaniu nie jest nawet konieczna bliska fizyczna obecność, w ten sposób można też rozmawiać przez telefon. Chodzi po prostu o pełną świadomość tego, co się wydarza podczas rozmowy.

5. Prawdziwe słuchanie polega nie tylko na uważności na słowa, ale także na sygnały pozawerbalne, na przykład ton głosu czy mowę ciała.

6. Po prawdziwym wysłuchaniu, kiedy odpowiadamy tej drugiej osobie, więcej jest w nas empatii i autentyczności. Jesteśmy bardziej w tu i teraz, a więc także bliżej siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Medytacja pisana

Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Notes i długopis to narzędzie do porannego ćwiczenia, które oczyszcza, przynosi spokój i pobudza kreatywność. Zofia Wichłacz praktykuje je od roku i twierdzi, że działa.

Staram się zawsze – zarówno gdy jestem w domu, jak i gdy podróżuję – mieć przy sobie, a właściwie przy łóżku, notatnik i długopis. To taki niezbędnik, potrzebny do wykonania ćwiczenia, które nazywa się „poranne strony”. Zaczerpnęłam je z książki Julii Cameron „Droga artysty”, nawiasem mówiąc, byłej żony Martina Scorsesego. Tytuł jest nieco zwodniczy, nie należy się nim sugerować, bo książka jest adresowana nie tylko do artystów, ale do każdego, kto chce obudzić w sobie kreatywność.

„Poranne strony” to jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie proponuje autorka. Polega ono na tym, żeby tuż po przebudzeniu, zanim wstanie się z łóżka, sięgnąć po notatnik i długopis i spisać myśli, jakie przychodzą nam do głowy. To może być opis snu, widoku za oknem, swoich lęków, obaw, stanu, przeżyć, pomysłów. Mamy za zadanie zapisać trzy kartki, bez zastanowienia, przemyślenia, bez cyzelowania myśli, kontroli, oceniania. Piszemy to, co nam w duszy gra, co dyktuje długopis. To ma być trochę taka medytacja pisana, oczyszczenie umysłu. Autorka uważa, że wyrzucenie z siebie strumienia myśli zaraz po przebudzeniu czyści nas z wewnętrznego krytyka, który w ciągu dnia nas się czepia i ocenia. Dlaczego rano? Bo jeszcze nie sięgnęliśmy po telefon, jeszcze nie zainfekowaliśmy się złymi informacjami. Rano lepiej puszcza się kontrolę, podłącza się do prawdziwego „ja”. No i dobrze jest robić to właśnie wtedy, żeby mieć lepszy dzień.

Zapisanie trzech kartek zajmuje od 15 minut do pół godziny. Robię to mniej więcej od roku. Bardzo zależy mi na regularności, choć wiadomo, że nie zawsze się udaje. Ale staram się wracać do tej praktyki i od niej zaczynać każdy dzień. Widzę, że procentuje. Daje spokój, uwalnia głowę, a poza tym… dyscyplinuje.

Właściwie nie przywiązuję wagi do notesu, może być w linię, kratkę, z czystymi kartkami. Najważniejsze jest pisanie. Piszę szybko i tak niewyraźnie, że potem trudno mi przeczytać samą siebie. Nie robię więc tego. Także dlatego, że autorka przestrzega, żeby – zwłaszcza na początku przygody z ćwiczeniem – nie wracać do swoich zapisków, nie analizować. Po zapisaniu notesu pozbywam się go, tak jak wielu rzeczy. Nie jestem typem zbieraczki, lubię porządkować przestrzeń, więc notesów też nie zbieram. Tym bardziej że nie ma w nim żadnych literackich rozprawek, a jest tylko potok słów. Do przemyślanego pisania mam zupełnie inny notes.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Styl Życia

Książka do medytacji – „Butterflies” Sylvii Pogody

Sylvia Pogoda:
Sylvia Pogoda: "Moja książka to również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania". (Fot. archiwum prywatne)
Żyjmy ze świadomością, że mamy jedno życie – apeluje Sylvia Pogoda, fotografka, autorka książki „Butterflies” – opowieści o wewnętrznej podróży, którą odbyła w dalekiej Japonii.

Sylvia Pogoda to fotografka, ilustratorka i felietonistka. Od wielu lat prowadzi życie nomadki. Dzieli życie między trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją, podróżuje też w odległe rejony świata. Jej pierwsza książka „Butterflies” to zbiór fotograficznych zapisków z wypraw do Japonii – kraju, który od lat ją fascynuje. Nie jest to jednak album z podróży, a przynajmniej nie z podróży w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego właśnie Japonia?
Podróżując po Japonii czuję szczególne połączenie samej ze sobą. To wyjątkowe uczucie, które nie towarzyszy mi nigdzie indziej. W Polsce, gdzie mieszkam z mężem i dziećmi, jestem stale zajęta codziennością. A tam potrafię usłyszeć siebie.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Ciekawe, bo stereotypowy obraz Japonii to pędzące i hałaśliwe Tokio…
Bardzo żałuję, że Japonia jest tak postrzegana. Bo nawet w samym Tokio, nie mówiąc już o japońskiej prowincji, są miejsca ustronne, gdzie można się wyciszyć i znaleźć spokój. Ale tak naprawdę to nie miejsca przykuwały moją uwagę, ale Japończycy. Obserwując ich, ma się wrażenie absolutnego „tu i teraz”. Gdy wykonują swoją pracę – niezależnie czy to jest zamiatanie ulicy, czy kierowanie ruchem – są uważni i skupieni; wydają się w pełni zanurzeni w tym, co robią. Będąc wśród nich, w naturalny sposób się zwalnia. Właściwie mogę powiedzieć, że to Japończycy zaprosili mnie do tej wewnętrznej podróży, niezwykłego doświadczenia, którego każdemu bym szczerze życzyła.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Książkę tworzą niezwykłe fotografie, nieokreślone, niezdefiniowane, układające się w krąg życia i śmierci.
Ta książka jest historią o pięknie i jego degradacji, ale też o pięknie degradacji. Chciałabym, abyśmy umieli dostrzec cud życia, w którym z natury istnieje śmierć, rozkład, rozpad... To również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Uderzyło mnie, że na wielu Pani zdjęciach pierwszy plan jest nieostry, tak jakby chciała Pani podkreślić, że to co z pozoru jest ważne, wcale takie ważne nie jest.
To co widzimy na pierwszy rzut oka, co znajduje się na pierwszym planie, może nas zwieść, może spowodować, że nie szukamy już dalej. Nie zaglądamy głębiej. Tymczasem bywa, że to co najważniejsze rozgrywa się w tle.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Podobnie jak w portretach, na których zazwyczaj głównym bohaterem jest twarz. Tymczasem Pani często fotografuje ludzi od tyłu, zza pleców.
Tak, często fotografuję w ten sposób, może nawet kiedyś powstanie z tego cała książka. Staram się spojrzeć na człowieka z innej strony, obejść go dookoła, ze wszystkich stron. Dostrzec nie tylko jego twarz, ale całą postawę, sposób poruszania się, przeczesywania dłonią włosów… Myślę, że człowiek jest kompletem takich ulotnych momentów, z pozoru mniej ważnych, a tak naprawdę stanowiących o tym, jacy jesteśmy.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Fotografiom towarzyszą w książce krótkie, kilkuzdaniowe teksty, w których dzieli się Pani swoimi przemyśleniami i emocjami.
Teksty w książce to moja rozmowa z samą sobą, dialog wewnętrzny na który nie ma się na co dzień czasu. Ja w Japonii znalazłam przestrzeń, a właściwie sama ją sobie dałam, aby siebie dostrzec i usłyszeć.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

To jednocześnie trop dla widzów, który pomaga w interpretacji zdjęć, pozostawiając im jednocześnie swobodę osobistej refleksji. A także zachęta do wewnętrznej medytacji, która jest nam wszystkim niezwykle potrzebna. Uzmysłowiłam to sobie wiosną 2020 roku, kiedy nagle okazało się jak bardzo krucha może być nasza rzeczywistość. Pomyślałam, że to chyba ten czas kiedy chciałabym żeby ten projekt ujrzał światło dzienne. Dzięki tej książce mogłam przekazać mój apel, a może bardziej moje życzenie, żebyśmy przeżywali to życie ze świadomością, że jest jedyne.

Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)

Książkę „Butterflies” można kupić na stronie wszyscyjestesmyfotografami.pl oraz w dobrych księgarniach.

  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora
  1. Psychologia

Kilka chwil dla siebie – medytacja uważności

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Dopadł cię stres? Nie masz na nic czasu? Rada: znajdź chwilę na medytację uważności. Według psycholog pozytywnej Jolanty Burke, to prosty sposób na zadowolenie z życia.

Spróbowałam medytacji w centrum Rigpa w Dublinie. Wszyscy siedzieliśmy na podłodze przy ołtarzu śmiejącego się Buddy, słuchaliśmy jednego z mnichów, a potem medytowaliśmy nad jego słowami. Wiele lat później, gdy studiowałam psychologię pozytywną, trafiłam na wykład na temat Mindfulness Based Stress Reduction (Redukcji Stresu Poprzez Uważność), programu realizowanego przez klinikę o tej samej nazwie na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Klinika jest prowadzona przez psychologa, doktora Jona Kabat-Zinna, twórcę medytacji uważności, polegającej na skupianiu się na chwili teraźniejszej, tak jakby od niej zależało całe nasze życie. To forma stoickiej medytacji, której celem jest polepszenie samopoczucia.

Cel: lewa półkula

Doktor Kabat-Zinn wraz z zespołem naukowców dokonał niesamowitych odkryć na temat medytacji uważności. Według ich badań, medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych uczuć. Dlatego też osoby, które codziennie medytują, czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich ogólny stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy.

Kolejna korzyść płynąca z medytacji to istotne obniżenie symptomów depresji, niepokoju i dysforii. W ciągu zaledwie kilku tygodni osoby regularnie medytujące są w stanie poprawić swoje samopoczucie na bardzo długi czas.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson w swojej książce „Pozytywność” opowiada o kobiecie, która nigdy nie miała dla siebie czasu. Z trójką dzieci, domem na głowie i pracą na pełny etat była wiecznie podminowana i zestresowana, co negatywnie odbijało się na jej relacjach z mężem. Gdy zaczęła medytować, znajdowała się w stanie przewlekłej depresji i od kilku lat cierpiała na poważną bezsenność. Po trzech miesiącach regularnej medytacji zaczęła przesypiać 7 godzin bez budzenia się. Polepszyło się też jej samopoczucie, odnalazła przyjemność w zabawie z dziećmi, a w jej związek małżeński wstąpiła nowa energia. W ciągu zaledwie 12 tygodni poradziła sobie z nękającą ją depresją. To zresztą jeden z wielu przypadków potwierdzających zasługi medytacji uważności dla osiągania trwałego stanu szczęścia.

Codzienna praktyka

Aby zrobić pierwszy krok na drodze do spokoju i zadowolenia, najlepiej zarezerwować sobie 45 minut na codzienną praktykę uważności, ale wystarczy też 10 lub nawet 5 minut. Każda chwila medytacji będzie cudownym darem.

Najlepiej medytować rano, przed rozpoczęciem dnia. Nie musisz mieć specjalnej maty czy siedzieć w stroju gimnastycznym bez ruchu ze skrzyżowanymi nogami. Medytacje uważności można wykonywać siedząc na krześle, stojąc w autobusie, chodząc po ulicy czy jedząc obiad. Jon Kabat-Zinn poleca również jogę połączoną z medytacją uważności i skanowanie ciała, czyli koncentrowanie się kolejno na każdej jego części.

Najbardziej znana medytacja to medytacja łaskawości oparta na wzbudzaniu pozytywnych uczuć.

Poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji. Przeczytaj je i postaraj się od razu poświęcić kilka minut na wybraną medytację.

Medytacja siedząca

Wystarczy przeznaczyć na nią 5 minut dziennie. Ale jeśli możesz, postaraj się wygospodarować 10, 20 czy nawet 30. Usiądź wygodnie na krześle lub w fotelu – zadbaj o to, by twoje plecy były wyprostowane. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że jesteś górą. Skup się na swoim oddechu, bądź w pełni obecny. Za każdym razem, gdy uciekniesz myślami w jakimś kierunku, nie karć się za to, ale staraj się powrócić do koncentracji na swoim wdechu i wydechu. Na początku może być trudno, jednak z czasem będziesz nabierał coraz większej wprawy.

Uważne jedzenie

Wybierz jeden posiłek w ciągu dnia, może to być obiad, śniadanie lub zwykła przekąska. Postaraj się skoncentrować na każdym kęsie potrawy. Możesz na chwilę zamknąć oczy. Poczuj jej zapach, smak, zwróć uwagę na kształt, kolory czy ułożenie jedzenia na talerzu. Myśl o tym, jak każdy kęs nasyca cię i wzbogaca. Nie śpiesz się.

Skanowanie ciała

Połóż się na podłodze, macie do jogi lub na łóżku. Zacznij medytację od koncentracji na wdechu i wydechu. Po trzech wdechach przenieś swoją uwagę na palce lewej stopy, bez poruszania nimi. Skoncentruj się na swoich odczuciach. Coś cię swędzi, boli, a może odczuwasz łaskotanie? Palce są ciepłe czy zimne?

Następnie wyobraź sobie, jak twój oddech przesuwa się od klatki piersiowej, po brzuchu, lewej nodze, aż do jej palców.

Na wydechu niech rozpłyną się w stanie relaksu.

Potem skoncentruj się na dolnej części stopy, bez poruszania nią. Skup się na swoich uczuciach i znowu podczas wdechu doprowadź powietrze do tego punktu. Przy wydechu dolna część stopy rozpływa się w stanie relaksu.

Powtórz to samo, idąc kolejno przez wszystkie części lewej nogi: górną część stopy, kostkę, łydkę, kolano, udo. Potem prawa noga. Przejdź do miednicy, pośladków, dolnej i górnej części kręgosłupa, klatki piersiowej i brzucha. Potem skoncentruj się na palcach obu rąk, dłoniach, nadgarstkach, przedramionach i ramionach. Teraz kolej na twarz i szyję. Koncentruj się kolejno na szczęce, ustach, języku, dziąsłach, nosie, oczach, brwiach, czole i uszach. Wyobraź sobie, jak oddech przesuwa się w kierunku twarzy i przy wydechu pozostawia ją w stanie błogiej relaksacji. Kontynuuj tę wycieczkę aż do czubka głowy. Wyobraź sobie, że otwiera się niczym otwór na głowie wieloryba…

Weź tą drogą trzy głębokie oddechy (zamiast przez nos). Powoli skoncentruj się raz jeszcze na swoim wdechu i wydechu. Otwórz oczy. Całe ćwiczenie powinno zająć ci około 35–40 minut.

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy

Jolanta Burke psycholog pozytywna, coach.