fbpx

Emocje czasem lepiej namalować – Julia Wollner o terapeutycznym wpływie sztuki

Emocje czasem lepiej namalować - Julia Wollner o terapeutycznym wpływie sztuki
Ważne jest, aby swoje emocje, uczucia i myśli przelać na realny obiekt. (Fot. iStock)

Ból, smutek, lęk, wściekłość – czasem łatwiej nam wyrazić niewerbalnie, poprzez rysunek, obraz albo inny przejaw sztuki. Wyrazić i ukoić. Zwłaszcza jeśli długo skrywaliśmy je pod powierzchnią. Dziennikarka Julia Wollner w bardzo osobistym tekście opisuje, jak sesja arteterapeutyczna pomogła jej uporać się z żałobą po poronieniu.

W maju ubiegłego roku straciłam ciążę. I choć podobne doświadczenie mają na swoim koncie miliony kobiet, a ja jestem już szczęśliwą mamą dwóch wspaniałych córek, wydarzenie to wstrząsnęło całym moim jestestwem. Początkowo wydawało mi się, że jestem w stanie podejść do sprawy racjonalnie i, przeżywszy oczywiście kilka tygodni w smutku oraz żalu, przejść nad nią do porządku dziennego. Pod koniec lata okazało się jednak, że okłamywałam sama siebie, a przeżyta strata domaga się ze wszystkich sił mojej uwagi. Pojawiły się ataki paniki, bezsenność, stan nieustającego podenerwowania. Doszły do tego także dokuczliwe bóle gardła, których przyczyn lekarze nie potrafili w żaden sposób znaleźć, a które, jak się później okazało, spowodowane były silnym napięciem mięśni, jakbym zaciskała je, nie chcąc wypłakać głośno swojego bólu. Rozpoczęłam psychoterapię. Jak to często bywa, pierwsze tygodnie nie przynosiły upragnionej poprawy samopoczucia, a wręcz nasilenie objawów. Za namową lekarza psychiatry szukałam najlepiej działających na mnie technik relaksacyjnych i dodatkowych metod poradzenia sobie z napięciem…

Kobieta z pustką w brzuchu

Na moją pierwszą w życiu sesję arteterapii idę nastawiona mocno sceptycznie. Zakładam, że prowadząca każe narysować mi to, z czym się borykam. W mojej głowie pojawia się więc wizja kobiety z ogromną, rozlewającą się dziurą w brzuchu, przez którą widać otaczający ją świat, jakby pustka w łonie oznaczała zniknięcie części jej samej. Blisko jej do postaci z obrazów Salvadora Dalego, którego prace niedawno podziwiałam.

Wyobrażam sobie, jak trudno będzie mi oddać tę wizję na papierze, bo zdolności plastyczne mam bliskie zeru. W drodze na spotkanie analizuję też znaczenie tej wizji: Czy rzeczywiście czuję, że znikam dlatego, że straciłam ciążę? Czy czuję się mniej wartościową kobietą? A może obraz wcale nie jest mój, pojawił się w głowie pod wpływem dzieł sztuki, z którymi miałam ostatnio styczność? Jestem gotowa do polemiki z arteterapeutką, jednak zamiary te porzucam już w pierwszych chwilach sesji.

Anna Sikorska, arteterapeutka i trenerka rozwoju osobistego, zaprasza do dużego stołu, na którym czeka masa przyborów plastycznych: ołówki, flamastry, pastele, klej. Moją deklarację o braku talentu do prac manualnych kwituje stwierdzeniem, które okaże się kluczowe w procesie przeżywania naszego spotkania: – Dzieło nie jest tak ważne, jak sam akt tworzenia. To pierwsze istotne jest w kontekście interpretacji i tego, jakie emocje ma wobec niego twórca – uczestnik arteterapii. Nie ocenia się go jednak tak jak obrazu w galerii.

Zanim w ruch pójdą kolorowe kredki, mam opowiedzieć, z czym borykałam się w ostatnich miesiącach i jakim problemem chciałabym zająć się na spotkaniu. Czując, że nie będę oceniana (wiem, że terapeutka prowadzi sesje z osobami potrzebującymi wsparcia w trudnych sytuacjach życiowych, także związanych z rodzicielstwem, a do tego sama jest mamą trójki maluchów), rozpoczynam swoją opowieść.

Już po kilku minutach z oczu kapią mi łzy, a dłonie trzęsą się, nie mogąc utrzymać filiżanki z kawą. – Jaką emocję odczuwasz teraz najbardziej? – pyta mnie terapeutka, a ja z zaskoczeniem stwierdzam, że to nie pustka czy żałoba, żal ani smutek. Jest nią lęk. Lęk przed tym, że, podobnie jak ciążę, utracę jeszcze innych bliskich. Lęk przed tym, że w swej rozpaczy jestem sama, choć otoczona kochającą rodziną. Lęk, że nie uda mi się już zrealizować marzenia o urodzeniu syna. Wymieniać mogłabym jeszcze długo, ale Anna zatrzymuje mnie, prosząc o zamknięcie oczu i wygodne oparcie się o fotel. Czuję się prowadzona i zaopiekowana – kojąco działa świadomość, że terapeutka jest obok, by przeprowadzić mnie przez spotkanie z zalewającymi mnie emocjami. – Jaki kształt ma twój lęk? Narysuj go w powietrzu rękami – prosi. Zaczynam kreślić ramionami szerokie łuki – mój lęk jest potężny, wszechogarniający, dużo większy ode mnie. Ma postać ogromnej człekokształtnej zjawy spowitej w fioletową tkaninę. Terapeutka podaje mi kartkę i pastele. Mam to narysować. W kilka chwil portretuję obejmującą mnie purpurową postać o szerokich skrzydłach i zakrytej twarzy. Przez cały czas rozmawiamy. Z każdym pociągnięciem kredki do głowy przychodzą mi nowe, zaskakujące skojarzenia. Lęk ma barwę swetra, w którym ostatnio chodzę. Pachnie perfumami, których używałam na początku ciąży. Wygląda jak duch z dziecięcych zabaw, przykryty ogromnym prześcieradłem – takim, jakim przykrywam łóżko, w którym najchętniej wypłakuję swój ból… Fiolet pościeli próbuję oddać przez połączenie błękitu, brązu, różu i czerwieni, zapełniając kartkę intensywną barwą.

Lęk jako tworzywo

Kiedy czuję, że praca, choć mocno schematyczna, jest już kompletna, terapeutka prosi mnie, abym przyjrzała się jej i zastanowiła, jakie emocje żywię do przedstawionej postaci. Tym razem ogarnia mnie wściekłość – znów zaskakując swoją mocą kontrastującą z prostotą ćwiczenia, w którym biorę udział. Jestem zła, że lęk zaczął kontrolować moje życie, że zabiera mi przestrzeń, nie pozwala marzyć. Anna pyta, co chciałabym teraz zrobić. Niewiele myśląc, odpowiadam: – Podrzeć kartkę. Terapeutka sugeruje, bym to zrobiła; podpowiada też, że, jeśli mam na to ochotę, kawałków papieru może być bardzo, bardzo dużo. Już po chwili sypią się obficie na stół, a ja czuję się coraz bardziej wyczerpana, ale także – odprężona. Kiedy z fioletowej zjawy pozostają już tylko strzępy, Anna wręcza mi tubkę kleju. – Przerób lęk na coś innego. Na coś, z czego będziesz zadowolona.

Czuję, że druga część polecenia jest szczególnie istotna. Postanawiam odwołać się do obrazów, które pojawiają się w mojej głowie teraz, po mozolnej walce ze skrzydłami potwora. Zamykam na chwilę oczy. Przed sobą widzę łąkę pełną błękitnych kwiatów; po lazurowym niebie powoli przesuwają się puchate białe chmury. Rozpoczynam wyklejankę: na chabrowym tle nakreślonym kredką wyrastają trzy duże kwiaty. Mają ten sam kolor co zjawa, ale jakimś cudem z mieszanki barw, za pomocą której ją sportretowałam, najbardziej rzuca się teraz w oczy radosny błękit. Druga strona papieru, biała, nietknięta kredką, doskonale nada się do stworzenia obłoczków. Nie wiem, jak to się dzieje, ale smarując kawałeczki kartki klejem, uświadamiam sobie, że zaczynam się uśmiechać.

I tym razem po skończeniu pracy wspólnie ją analizujemy. – W arteterapii ważne jest, by swoje emocje, myśli i uczucia przelać na realny obiekt. Dokonujemy tego poprzez akt tworzenia, który pomaga zrozumieć to, co się w nas dzieje. Odkryć, zrozumieć, przeobrazić, zaakceptować i poczuć swoją moc sprawczą – przypomina mi prowadząca. Co widzę na swoim obrazku? Odpowiedzi przychodzą same: polanę zalaną słońcem, gdzie jest mi dobrze, ciepło, bezpiecznie. Miejsce pełne światła, gdzie odetchnąć można krystalicznie czystym powietrzem. Otwartą przestrzeń, zapraszającą do działania, do marzenia, do rozwoju. Wreszcie niebo – miejsce, gdzie być może jest teraz mój mały chłopczyk i gdzie kiedyś spotkam go i przytulę. Kwiaty, które wykleiłam, są trzy, co kojarzy mi się z liczbą moich dzieci: dwoma córkami i utraconym synkiem. – On też JEST, prawda? – podpowiada terapeutka. Tak, czuję, że on istnieje, żyje, chociaż w innym wymiarze. Po policzkach znowu spływają mi łzy, tym razem ulgi i szczęścia.

Czas spotkania dobiega końca. Czuję się oczyszczona i zmęczona jak po przebiegnięciu maratonu – i nic dziwnego, wszak niewiele form terapii w tak dużym stopniu wymaga równie aktywnego uczestnictwa. Nie tylko czułam i mówiłam o tym, ale także tworzyłam, a następnie nadawałam swojej pracy znaczenie, interpretując ją po wielekroć. W ciągu niespełna godziny dowiedziałam się wiele o sobie i swoich emocjach. Kąciki ust znów mimowolnie unoszą mi się w górę. Po raz kolejny spoglądam na swoją wyklejankę, którą trudno przecież uznać za arcydzieło. Zalewa mnie fala czułości; wiem już, że oprawię ją i zatrzymam na zawsze.

Anna Sikorska arteterapeuta, trenerka rozwoju osobistego, wykładowca, założycielka sensarte – centrum arteterapii w warszawie (www.sensarte.pl). prowadzi sesje indywidualne i grupowe arteterapii. pomaga klientom w budowaniu akceptacji siebie i poczucia własnej wartości. realizuje także twórcze szkolenia dla firm.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>