fbpx

Wakacje to za mało

Wakacje to za mało
123rf.com

Bóg wymyślił niedziele bardzo dawno temu. Ośmiogodzinny dzień pracy,
wolne soboty i płatne urlopy to zdobycze XX wieku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że żadna z tych rzeczy nie jest wieczna. Jak więc mamy odpoczywać i planować urlop – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, twórca programu rozwoju wewnętrznego

Kocham wakacje, ale rozmowę o nich zacznę od narzekania: nawet podróże nie są już takie jak kiedyś. Lecimy samolotem do klimatyzowanego hotelu, spędzamy czas nad basenem, okolice zwiedzamy klimatyzowanym autem. To nie podróże, tylko wzrokowa konsumpcja egzotycznych miejsc, ludzi i kultur, jak określa ten styl postturystyki socjolog John Urry.

I ma rację. To jest podróżowanie rybki, która zabiera w drogę swoje akwarium. My często postępujemy podobnie, bo chcemy podczas wakacji pozostać w strefie komfortu, w środowisku, które znamy i uznajemy za bezpieczne. Ale ta forma podróżowania nie da nam oderwania od codzienności i przeniesienia się w inny świat – co jest ważnym wymiarem wypoczynku. Daje tylko wizualną rozrywkę, podobną do przeżywanej w kinie na krajoznawczym filmie. Podróż staje się przeżyciem, które może nas zmienić, gdy wychodzimy ze swego akwarium i wchodzimy w klimat nieznanego miejsca. Nawiązujemy kontakty ze zwykłymi, nieznanymi ludźmi, którzy tam mieszkają. Gdy kosztujemy tego, co oni, słuchamy ich rozmów. Takie podróże naprawdę kształcą, pozwalają wypocząć i nabrać dystansu do tego, co na co dzień.

Ale jeśli chcemy tylko posiedzieć nad basenem, popatrzeć na egzotyczny świat z bezpiecznej odległości i co najwyżej przywieźć takie zdjęcia, jakie widzieliśmy w folderach turystycznych?

Podróżujemy tak, bo coraz bardziej ulegamy propagandzie zagrożenia. Nie wsiądziemy we własny samochód i nie pojedziemy do Azji, żeby podróżować bezdrożami i spać w namiocie, skoro słyszymy, że to może się źle skończyć. Ci, którzy chcą nam sprzedać swoje usługi turystyczne, wiedzą, że to lęk nakręca konsumpcję. Bo jeśli się boimy, to kupimy wszystko co się da, żeby bać się mniej. Wybierzemy samolot, hotel, autokar. Dzięki temu więcej ludzi na nas zarobi. Nie będziemy też kupować na straganach dla tubylców i jeść w zwykłych, lokalnych restauracjach.

Na szczęście nie wszyscy chcą być rybką w akwarium. Już niedługo ci, którzy zapragną oderwać się od codzienności, będą jeździć na wakacje do stacji kosmicznych. A na razie modny staje się poorism, czyli biedowanie: żebranie w Moskwie, tydzień w fawelach w Rio de Janerio. Tylko że taki wypoczynek kosztuje nawet kilka tysięcy dolarów…

Można by sobie poorism samemu zafundować o wiele taniej. Lecz właśnie: potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, świadomości jakiejś polisy, niewidocznego parasola ochronnego, tego, że ktoś nad nami czuwa. Płacimy za poczucie, że to jednak nie jest naprawdę, że to tylko symulacja… Mimo wszystko jednak taki wypoczynek przenosi nas w nowy świat i wiele możemy dzięki niemu nauczyć się czy zrozumieć.

Dla amatorów samorozwoju biura podróży mają już specjalne oferty. Organizują wyprawy w niezwykłe miejsca, reklamując je właśnie jako sposób na wewnętrzną przemianę.

I to jest antidotum na wycieczki w akwarium. Wysiadamy z klimatyzowanych autobusów i wchodzimy w egzotyczny świat. Przestajemy być turystami i stajemy się mieszkańcami nowej ziemi. Znajdujemy się w sytuacji, która angażuje całą naszą uwagę, wszystkie zmysły, a nie tylko oczy. Musimy uważać, gdzie stawiamy stopy. Myśleć o tym, czy coś mamy do jedzenia, do picia, czy mamy w czym to podgrzać. Taka wyprawa to okazja, żeby skupić się na rzeczach, o których już zapominamy, na tym, jak rozpalić ogień, jak upiec chleb. A coraz mniej ludzi to potrafi. Kiedy tylko oglądamy świat, tak jakby to były slajdy z wakacji, prawie nic się w nas nie zapisuje na poziomie emocjonalnego doświadczenia. Dlatego po powrocie mówimy: „to widziałem”, „tak to wyglądało”, ale niewiele potrafimy powiedzieć o naszych uczuciach i przeżyciach związanych z podróżą.

Ale jeśli nie mamy duszy odkrywcy i chcemy tylko połączyć bezpieczny wypoczynek z namiastką przygody, przeżycia wewnętrznego, to jak to zrobić?

Starajmy się jeść w restauracjach dla tubylców, wychodzić na ulice, rozmawiać z ludźmi, a nie tylko z pracownikami biur podróży i hoteli, którzy na całym świecie są tacy sami, tak samo się zachowują, tak samo mówią. Gdy byłem w Jordanii, jordańska rodzina, która na plaży o zachodzie słońca jadła kolację, zaprosiła nas do swojego grona. Było bardzo miło usiąść na piasku wśród ludzi, którzy nie pracują w turystycznym biznesie, niczego nie chcą sprzedać ani kupić, nie oczekują żadnego napiwku, po prostu chcą razem pobyć i porozmawiać. Takie podróżowanie ma głęboki sens.

Jedzenie było smaczne?

Jakość jedzenia nie miała znaczenia. Atmosfera i klimat były najważniejsze.

Tegoroczne wakacje już zaplanowałeś? Wiesz, gdzie pojedziesz i na jak długo?

Oczywiście, bardzo o to dbam, żeby mieć wakacje. Ale jeśli ktoś liczy na to, że po roku ciężkiej pracy wystarczą mu dwa tygodnie na plaży, to się przeliczy. Wypoczynek trzeba organizować sobie na bieżąco. Raz na dobę wyspać się, raz na dobę poruszać, sprawić sobie jakąś przyjemność, która nie kojarzy się z pracą. W przeciwnym razie mamy tak wielkie zadłużenie na koncie „regeneracja”, że w czasie wakacji nie zdążymy spłacić długu zaciągniętego w naszym organizmie. Na to trzeba by sześciomiesięcznego urlopu. Ale kogo na taki stać?

A będzie jeszcze gorzej: pożegnajmy się z ośmiogodzinnym dniem pracy – zapowiada Alvin Toffler, amerykański socjolog i futurolog.

Kiedyś było oczywiste, że się pracuje do 16.00, 17.00, a potem ma się czas dla siebie. Ale to „stare” będzie musiało wrócić w jakiejś nowej postaci. To niezbędne, bo inaczej będziemy coraz więcej chorować, a coraz gorzej pracować. Pamiętajmy, że dbanie o zdrowie jest naszą indywidualną sprawą. Popularna kultura i obyczajowość oraz presja rynku, byśmy coraz więcej zarabiali i konsumowali, nie będą nas w tym wspierać. Wręcz przeciwnie. Sami musimy nauczyć się dbać o dobry rytm dnia. A raz na kwartał gdzieś na kilka dni pojechać. Na szczęście zdarzają się przedłużane weekendy i można się odpiąć od laptopa i komórki. Życzę wszystkim jak najlepszego urlopu, ale cudów on nie uczyni. Zwłaszcza gdy w pracy pozwoliliśmy sobie wejść na głowę albo mozolnie gramy rolę niezastąpionych. Wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie nas molestował telefonami i mejlami, i w weekendy, i w wakacje.

Mój mąż co jakiś czas informuje mnie, że od dziś już będzie kończył pracę o 19.00. Ale jak na razie tylko o tym mówi…

Jeśli nie podzielimy dnia na czas pracy i czas regeneracji, zmęczenie się skumuluje, a organizm zostanie tak nasączony toksynami i hormonami stresu, że nie będziemy mogli spać. Regeneracja nocna okaże się nieskuteczna, praca też będzie szła coraz gorzej, zaczną narastać zaległości. Tak powstaje błędne koło zapracowania, z którego bardzo trudno się wydostać i które prowadzi do druzgocącego wypalenia.

A więc Bóg miał rację, wymyślając niedziele, a związkowcy – walcząc o ośmiogodzinny dzień pracy i płatne urlopy!

Sam Bóg musiał w niedzielę wypocząć, a co dopiero my! Pamiętajmy o tym, bo niedługo sami będziemy decydować, który dzień tygodnia stanie się naszą niedzielą. Najważniejsze, żeby taki dzień mieć! Ta samodzielność oczywiście da nam poczucie wolności od kontroli państwa czy Kościoła, ale trudniej nam będzie spotkać się z bliskimi, możemy się nawet z nimi rozmijać. Tak czy inaczej za to, jak będzie wyglądać nasz wypoczynek, w coraz większym stopniu odpowiadać będzie nie pracodawca, nie Kościół, nie państwo, nie związki zawodowe, nie najbliżsi, tylko my sami. Sami więc musimy się o to swoje prawo upominać.

Tylko u kogo? Pracodawcy wycofują się z dawania etatów, wolą niezobowiązujące umowy…

Gdy prowadzimy własną firmę, urlop zależy od nas. Ale potrzebujemy wtedy z kolei dużo samodyscypliny, zdrowego rozsądku i umiarkowania w konsumpcyjnych apetytach. To oczywiście nie znaczy, że mamy przestać marzyć np. o supersamochodzie czy superwyprawie, trzeba tylko planować zarobienie pieniędzy na ten cel w dłuższym okresie, by nie pracować ponad siły.

Zdaje się jednak, że zamiast ograniczać pracę, przyjmiemy model „życio-pracy”. W porze lunchu negocjujemy umowy, po pracy idziemy na służbowe imprezy, a w wolne dni „półsłużbowo” – bo z ludźmi z firmy – jedziemy na zakupy do Paryża czy na jogę do Indii.

To realna groźba: upowszechnienie zawodowo-ludycznego stylu życia z powodu nadmiaru pracy i braku wolnego czasu. Już dziś wiele spraw zawodowych załatwia się poza czasem i miejscem pracy, na różnych imprezach, wyjazdach i spotkaniach. Już teraz emocjonalnie przeinwestowujemy pracę, zbyt dużo wiążemy z nią nadziei. Tam się realizujemy, przyjaźnimy, spełniamy ambicje, dostajemy dowody uznania, zakochujemy, rywalizujemy, zwyciężamy albo przegrywamy. Praca staje się najbardziej atrakcyjną, dominującą przestrzenią naszego życia. Życie prywatne zanika. To niebezpiecznie, bo kiedy firma nie dostanie nowego kontraktu, w pięć minut możemy stracić posadę i kartę magnetyczną do biurowca, w którym toczyło się całe nasze życie. Wtedy to prawdziwa tragedia. Tracimy nie tylko pieniądze, ale całe swoje życie… Dlatego każdy dzień trzeba rozsądnie dzielić pomiędzy pracę a prywatność.

Dziś hobby pomaga nam wyrwać się z objęć pracy. Ale przyszłość ma przynieść zatarcie tej granicy. Brzmi pięknie – zarabiać na tym, co lubimy. Ale czy może to też znaczyć, że od nadmiaru pracy i zaangażowania w nią zapomnimy w ogóle, co to jest hobby?

Praca jest moim hobby? Wątpię, czy to na dłuższą metę możliwe. Brak wolnego czasu sprawia, że coraz mniej ludzi ma jakieś hobby. Bo kiedy nie mamy wolnego czasu, nie możemy się ponudzić. A dopiero gdy się jakiś czas ponudzimy, nasz potencjał twórczy ma szansę się uruchomić. Aby odnaleźć swoje hobby, musimy dać sobie czas na to, by sięgnąć do marzeń z dzieciństwa, popróbować i pobawić się. Dlatego, jeśli jeszcze nie znamy swojej pasji, na urlop jedźmy w miejsce, które jest uznawane za nudne. Jakaś wioska, droga wśród pól, wierzba przydrożna, sadzawka, ławeczka pod chałupą, jabłonka, kura, kot. Wtedy dopiero mamy szansę zwolnić i trochę ze sobą pobyć, żeby dogoniły nas te nasze potrzeby, których na co dzień nie mamy kiedy poczuć. Każda zmiana musi się zacząć od tego, że sobie uświadomimy jakiś brak i zdecydujemy się coś z tym zrobić. Nie sprzyja temu pośpiech.

Internet istotnie rozszerza dziś możliwości zorganizowania sobie pracy-hobby. Ktoś, kto kocha koty, otwiera na przykład koci portal randkowy i ma z czego żyć, robiąc to, co lubi… Zanim jednak wszyscy doczekamy czasów, kiedy nasze hobby stanie się naszą pracą, w czasie wolnym róbmy to, co sprawia nam przyjemność. To ta nasza druga noga, niezbędna, aby utrzymać równowagę w trudnych momentach życia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze