fbpx

Zaprogramowani na dobroć

Zaprogramowani na dobroć
fot.123rf

Nasz polski egocentryczny indywidualizm odgradza nas od innych, nie pozwala być razem, współpracować i pomagać – mówi socjolog, profesor Krystyna Skarżyńska z Instytutu Psychologii PAN i SWPS.
Żyjemy podobno w narcystycznych czasach. Zgadza się pani z taką opinią?

No cóż, narcyzm jest dość złożoną konstelacją różnych właściwości jednostki. Przejawia się ponadprzeciętną koncentracją na własnych potrzebach i emocjach, a także na tym, jak się wygląda w oczach innych. Narcystyczne osobowości potrzebują ludzi głównie do umacniania swojego pozytywnego, ale niestabilnego wizerunku. Domagają się ciągłego doceniania, uznania zasług, podziwu – często mimo braku odpowiednich ku temu podstaw. Nie dostrzegają natomiast lub bagatelizują potrzeby innych ludzi, których traktują instrumentalnie. I takie postawy są dzisiaj dość powszechne.

Skąd to się bierze?

Sądzę, że dzieje się tak wskutek działania dwóch różnych (a nawet pozornie sprzecznych) procesów: indywidualizacji kultury Zachodu oraz dostępności środków, które pozwalają eksponować siebie przed szeroką publicznością (znajomymi i obcymi). „Nie ma ciebie na Facebooku – nie istniejesz” – mówią dzisiaj nie tylko nastolatki; „Dzień bez występu w mediach – to dzień stracony” – twierdzą różnej maści celebryci (znani właśnie z tego, że są znani), ale także coraz częściej przedstawiciele innych zawodów nastawieni na indywidualne kariery. „Ja sam jestem sobie sterem i okrętem; mam prawo być, kim chcę, i realizować swój potencjał ” – to dość powszechnie akceptowane indywidualistyczne hasło.

W Polsce ten ton jest bardziej widoczny niż w innych krajach?

Od 20 lat, czyli od zmiany systemu, istotnie, wzrasta u nas popularność indywidualistycznych idei. Paradoksalnie, najwyższy poziom indywidualizmu, jak wynika z badań Jadwigi Koralewicz i Marka Ziółkowskiego oraz Włodzimierza Daaba, zanotowano u schyłku PRL. Kolektywistyczny realny socjalizm zaowocował wtedy realnym silnym indywidualizmem. W okresie przełomu Polacy bardziej cenili sobie przedsiębiorczość niż pomocność; pomysłowość niż wyrozumiałość; ambicję niż troskliwość. Dziś wiemy, że nasz wybujały indywidualizm pchał nas ku demokracji, sprzyjał wolnemu rynkowi, był motorem przedsiębiorczości. Z drugiej strony – niszczył więzi społeczne. Polski indywidualizm okazał się inny niż indywidualizm w rozwiniętych demokracjach zachodnich. Jest w nim więcej egoizmu, a mniej niż w starych demokracjach uniwersalizmu, czyli szacunku dla każdej jednostki i jej praw (a nie tylko moich praw).

Za mało zaufania do ludzi i za mało tolerancji dla różnych form odmienności. Ponad 70 procent polskiego społeczeństwa uważa, że większości ludziom nie można ufać. Nasz polski indywidualizm odgradza nas od innych, nie pozwala być razem, współpracować i pomagać sobie nawzajem.

Może dzieje się tak dlatego, że nadal jesteśmy krajem na dorobku?

To prawda. Miło brzmiące hasło „bogaćcie się”, rzucone na początku zmiany systemowej, połączone z wieloletnim doświadczeniem niedoboru wszelkiego rodzaju dóbr, zaowocowało wzrostem orientacji materialistycznej. Wiąże się ona z dwoma przekonaniami: że wartość człowieka i to, w jakim stopniu jego życie jest udane, ocenia się na podstawie tego, ile ma on atrakcyjnych dóbr materialnych, oraz z wizją świata społecznego jako zagrażającego, w którym dominuje egoizm, wrogość, bezwzględna rywalizacja. Egocentryczni materialiści, skoncentrowane na sobie narcystyczne osobowości, spodziewają się w swoim środowisku częściej „kłód rzucanych pod nogi” niż wyciągniętej w ich kierunku pomocnej dłoni. Badania prowadzone w różnych miejscach na świecie pokazują, że pokolenia i jednostki bardziej ceniące wartości materialne nisko cenią współpracę i mają niskie zaufanie do innych ludzi.

Co powstrzymuje nas przed angażowaniem się w pomaganie?

Właśnie ten kulturowy wzór egoistycznego indywidualizmu, ceniący wyżej rywalizację i indywidualny sukces materialny niż przyjazne, szerokie więzi społeczne, który rozgrzesza z bierności społecznej i braku uwagi poświęcanej bliźnim.

Ludzie koncentrujący się na swoich potrzebach, ślepo goniący za sukcesem nie zauważają potrzeb innych lub sądzą, że to nie ich sprawa, bo od tego są specjalne organizacje i publiczne instytucje.

Ale opory przed pomaganiem mają także ludzie, którzy nie gonią za sukcesem. Co im przeszkadza?

Przede wszystkim to, że nie diagnozują czyjejś sytuacji jako wymagającej pomocy. Wielu ludzi potrzebujących ukrywa bowiem przed innymi swoje problemy, nie pokazuje biedy, kłopotów z dziećmi czy własnym zdrowiem, rzadko mówi o swojej samotności. A jak nie jesteśmy pewni, czy ktoś rzeczywiście potrzebuje i chce naszej pomocy, pozostajemy bierni. Nie podajemy komuś ręki także dlatego, że boimy się naruszenia cudzej prywatności, ośmieszenia się, a nawet wrogości czy agresji. A czasem po prostu wydaje nam się, że nie mamy wystarczających kompetencji. Barierą w pomaganiu są także wysokie (rzeczywiste lub wyobrażone) koszty naszego zaangażowania: zużycie czasu, energii, pieniędzy, nierzadko poczucie nieskuteczności i pogorszenie nastroju.

Dlaczego społeczna solidarność w nieszczęściu jest tak ważna?

Jest ważna nie tylko w nieszczęściu. Okazuje się, że jakość życia jednostek, grup i całych społeczeństw zależy od przekonania, że nie jesteśmy samotnymi wyspami, że inni ludzie nie są naszymi wrogami, ale raczej współodczuwają z nami, dzielą radości i smutki, że są w stanie zrozumieć nasze potrzeby, dostarczyć wsparcia. Wiele badań pokazuje, że samotność, poczucie wykluczenia unieszczęśliwiają człowieka. A z drugiej strony – że solidarność przejawiająca się troską o słabsze grupy społeczne i dbaniem o to, by różnice dochodów i jakości życia nie były drastyczne, sprzyja lepszemu zdrowiu całych społeczeństw, wydłuża życie ich obywateli, zmniejsza przestępczość. Stosunkowo nowe badania dowodzą, że pieniądze dają szczęście tym, którzy potrafią się nimi dzielić.

Ale wielu ludzi nie tylko się nie dzieli, lecz odgradza od innych grubymi murami.

Społeczeństwo obojętne wobec problemów bezrobotnych, rodziców niemających pieniędzy na leczenie dziecka, społeczeństwo, które nie broni bitych i gwałconych dzieci, samotnych matek wyrzucanych na bruk czy atakowanych imigrantów, wreszcie które nie wyraża współczucia osobom atakowanym za orientację seksualną – przestaje być społeczeństwem demokratycznym. Bez solidarności nasze życie zamieni się w społeczną dżunglę. I nawet nie będziemy mogli cieszyć się indywidualnym szczęściem, bo będzie ono nietrwałe.

Krystyna Skarżyńska – kierownik Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu SWPS oraz Pracowni Psychologii Politycznej w Instytucie PAN, członek Komitetu Psychologii PAN oraz Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>