Perfekcjonizm – jak z nim żyć?

Zgubny perfekcjonizm
123rf.com

Walka ze zgubnym perfekcjonizmem zaczyna się od przezwyciężenia lęku
przed nieprzewidywalnością życia. Pogodzenia się z faktem, że wcale nie musisz być doskonała. I zaufania, że kiedy odpuścisz kontrolę nad światem, on się nie rozpadnie, a ty nie znikniesz.

Jestem perfekcjonistką. Swoją potrzebę uporządkowania świata, ludzi i przede wszystkim samej siebie sprytnie ukrywam pod płaszczykiem pozornego luzu, swobodnego stylu bycia, artystycznego bałaganu w domu, w pracy, w związkach, przyjaźniach… A tymczasem prawda o mnie, tak jak o wszystkich perfekcjonistach, jest całkiem inna.

Rzadko sprzątam, bo kiedy ogarnie mnie kompulsywny szał porządków, nie pozwalam domownikom korzystać z kuchni, a brudna szklanka czy część garderoby porzucona niedbale na oparciu krzesła bezpowrotnie niszczy moją pracę i niweczy idealistyczną wizję wszechobecnego ładu. Niechętnie odstawiam samochód do myjni, bo moment, kiedy nieskazitelnie czyste opony kół dotykają brudnej ziemi, boli mnie niemal fizycznie. Godzinami opracowuję plany terapii moich pacjentów, zapisuję, w nieskończoność udoskonalając, konspekty moich tekstów i książek, w trzech kalendarzach robię plany rzeczy do załatwienia na najbliższy miesiąc. Ale życie oczywiście okrutnie drwi z mojej potrzeby doskonałości. Pacjenci w ostatniej chwili odwołują sesję albo przynoszą na terapię jakieś nowe wątki, których nie byłam w stanie przewidzieć. Każdy dzień rzuca mi pod nogi jakiś kamyczek. I z planów nici…

Pokolenie perfekcjonistów

Współczesny świat wspiera perfekcjonizm. Oszałamiające tempo życia, wszechobecność zmian, powszechnie panująca konkurencja i rywalizacja wykluczają jakikolwiek błąd, wzmacniają sztywność, precyzję, skuteczność i efektywność. Społeczeństwo jednomyślnie hoduje pokolenie robotów – nadludzi, którzy od poczęcia mają obowiązek mieć niezmienny pomysł na życie (choć wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie), wyznaczoną i skrupulatnie zaplanowaną ścieżkę kariery. Nie ma miejsca na improwizację, autentyczność czy spontaniczność – wszystko musi być dokładnie zaplanowane, przewidziane, policzone, zaszufladkowane i surowo ocenione.

Rodzina sumiennie realizuje wymagania współczesności. Dziecko ma być udoskonaloną wersją rodziców, ma obowiązek zrealizować wszystkie ich niezrealizowane plany, marzenia i aspiracje. Szkoła nie toleruje inności, indywidualizmu, ujawniania uczuć, własnych przemyśleń czy buntu. Każdy błąd jest surowo oceniany. Cena za wyłamanie się z tego systemu jest bardzo wysoka – oznacza krytykę, dewaluację i bycie wykluczonym, skazanie na życie poza nawiasem. Im mniej hojnie obdarzyła cię natura: nie dała doskonałego zdrowia, nieskazitelnej urody, odporności stali czy żelaznych nerwów, tym bardziej musisz wyrabiać w sobie perfekcyjne nawyki, bo inaczej zginiesz, świat cię nie zauważy, a bliscy wycofają miłość i akceptację.

W wydaniu perfekcjonistycznym nawet życie zgodnie z naturą przybiera postać fanatyzmu, ortodoksyjnej ekologii. Wolność, spontaniczność, autentyczność – proszę bardzo, byle pod ścisłą kontrolą, zgodnie z planem. I pod presją ogromnego lęku, że nie uda ci się być doskonalszym od Pana Boga. Bo perfekcjonista chce być lepszy niż doskonały, pragnie robić niezwykłe rzeczy, rzucać świat na kolana. To daje mu poczucie wszechmocy, pozwala skrzętnie ukryć własną słabość.

Artysta i rzemieślnik w jednym

Dorota trafiła do mnie, skierowana przez terapeutkę manualną, u której pojawiła się z powodu uporczywych migren. Bóle głowy, sztywność karku, bezsenność, napięcie w szyi – typowe dolegliwości somatyczne perfekcjonistów. Oni żyją „w głowie”, a bezustanne planowanie, kontrolowanie, intelektualna obrona przed atakiem powodują napięcia w górnej części ciała. Terapeutka pracowała z Dorotą nad normalizacją napięć w okolicach szyi i karku. Poleciła, by pacjentka ćwiczeniami wzmocniła mięśnie brzucha, co spowodowałoby rozluźnienie górnych partii. Ale nie miała świadomości, że Dorota to perfekcjonistka. Robiła 200 brzuszków dziennie i po dwóch tygodniach położyła się na stole rehabilitantki z „kamieniem” w brzuchu i pośladkach. Na jednej z sesji, kiedy pracowałyśmy z ciałem, poczułam, że tułów Doroty pokryty jest jakby stalowym pancerzem. Intuicja podpowiedziała mi, by nie rozbrajać jej ochrony, bo to mogłoby wywołać atak paniki. Kiedy razem oddychałyśmy, poczułam w głębi jej ciała mięciutki rdzeń, ruchliwy jak rtęć. Kołysząc jej ciałem w rytm naszego zintegrowanego oddechu, próbowałam delikatnie poruszyć ów rdzeń. Dorota powiedziała, że czuje się dziwnie, że trochę przeraża ją to doświadczenie. Poprosiłam, by w domu, każdego dnia, przez kilka minut, siadała na podłodze, obejmowała się ramionami i kołysała w rytm oddechu.

Po pół roku terapii Dorota stwierdziła, że chce zmienić swoje życie. Zaufała swojej „miękkiej”, autentycznej części, zrezygnowała z pracy w zachodnim koncernie i postanowiła założyć fundację wspierającą twórczość dzieci z beskidzkich wsi.

– Perfekcjoniści, którzy trafiają do mnie na terapię, to często artystyczne dusze – mówi Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Na przykład jedna z moich pacjentek, malarka, zgłosiła się do mnie, kiedy lęk przed popełnieniem błędu nie pozwalał jej wziąć pędzla do ręki. Zablokowanie ekspresji twórczej było tak silne, że zapomniała, jak przyrządza się grunt pod obraz. Pacjentka pracowała również na Akademii Sztuk Pięknych. Etat, stałe pieniądze zapewniały solidne podstawy i były także przykrywką dla marzeń.

Perfekcjoniści bardzo często mają czujące serca i nadwrażliwe dusze. Ów „defekt” prawdopodobnie nakłonił w dzieciństwie ich rodziców, by trenowali dziecko do bycia doskonałym. „Możesz tworzyć te swoje bohomazy, brzdąkać na pianinie, ale zawód masz mieć solidny, bo marzeniami na chleb nie zarobisz” – to zdanie, które perfekcjonista słyszał od najmłodszych lat. Spełniając oczekiwania matki i ojca, wybrał zawód prawnika, informatyka, lekarza, a zarabiane dzięki niemu pieniądze pozwalają mu pielęgnować marzenia. Jednak perfekcjonizm nierzadko „brudzi” także marzenia: paniczny lęk przed popełnieniem błędu, bezustanne poprawki, niemożliwość zakończenia dzieła z poczuciem, że coś można zrobić jeszcze lepiej – często powoduje twórcze kryzysy.

Perfekcjonizm sposobem na chaos

Perfekcjoniści odczuwają przymus porządkowania chaosu w świecie, bo to pozwala im obniżyć lęk przed wewnętrznym nieładem. – Jeden z moich pacjentów pragnął wtłoczyć świat w swoje ramy – opowiada Teresa Raczkowska. – To była jego życiowa misja. Wieczorami szczegółowo analizował kryzys ekologiczny świata, miał do tego nawet specjalne programy. Ciągle narzekał na partnerkę, która ignorowała jego potrzebę właściwego ustawienia kubków w kuchennej szafce. Dla niego to było ważne, a ona to lekceważyła, co odbierał jako jawny dowód, że go nie kocha. Bywa, że perfekcjonista ucieka się do przemocy w stosunku do ludzi, którzy myślą, czują i zachowują się inaczej niż on.

Niestety perfekcjoniści często mają pecha w relacjach, bo oczarowują się typowymi bałaganiarzami. Ich miękka, wewnętrzna, szczelnie ukrywana przed światem część przyciąga prawdziwych luzaków, beztroskich obiecywaczy, pojawiające się i znikające meteoryty.

– On nigdy nie odpowiada na moje SMS-y, nie oddzwania, choć obiecuje, śmieszy go moja pedantyczność, bez pytania bierze moje rzeczy – żaliła się jedna z moich pacjentek. Przestała płakać dopiero wtedy, kiedy powiedziałam jej, że może właśnie dlatego go wybrała. Że być może on i jego życie w chaosie pozwolą jej ujawnić i pokochać jej spontaniczną, wrażliwą część, którą z taką determinacją ukrywa nawet przed samą sobą.

Perfekcjonizm to zewnętrzna zbroja, zgrabny, choć niewygodny pancerzyk, który pozwala grać rolę narzuconą przez rodziców, społeczeństwo. Pomaga obniżyć napięcie, zapewnia złudne poczucie bezpieczeństwa, ukrywa uczucia, przytępia ekspresję, spontaniczność, chroni przed oceną i krytyką, daje wymierne efekty. Bycie nadzwyczajną – perfekcyjną w pracy, relacjach, życiu – tuszuje wszystkie niedoskonałości, ukrywa kompleksy, pozwala zasłużyć na miłość i akceptację.

Taka osoba żyje pod ciągłą presją, bez przerwy wszystko udoskonalając, zwykle nie zdąża na czas i nigdy nie jest z siebie zadowolona, bo przecież mogłaby zrobić coś jeszcze lepiej. W środku miękka, na zewnątrz jest jak skała: nadodpowiedzialna, niezawodna, nie zna słowa: „niemożliwe”. Kiedy wieczne niezadowolenie z siebie powoduje, że zaczyna chorować albo cierpieć na depresję, bywa, że rzuca ją na drugi biegun – staje się pełna negacji: rozwala wszystko dookoła, wywołuje nadmierny chaos. „Wszystko albo nic” – staje się jej dewizą życiową. Idealny porządek albo totalny bałagan, życie pod kreskę albo na aucie. Wtedy zwykle trafia na terapię, bo ma poczucie, że przestała kontrolować swoje życie.

Dlatego jeśli – tak jak ja – chcesz oswoić swój perfekcjonizm, miej odwagę zanurzyć się w odmienny biegun, poczuć totalny luz, chaos, brak reguł. To pozwoli ci złapać równowagę, indywidualną homeostazę.