1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Gdy ciało mówi stop. Czy przyczyny chorób można odnaleźć w psychice?

Gdy ciało mówi stop. Czy przyczyny chorób można odnaleźć w psychice?

Twórca nurtu psychoterapii przez ciało, Alexander Lowen, nawracające objawy chorób łączył ze stłumionymi w przeszłości emocjami, które zapisały się w ciele w postaci napięć. (Ilustracja: iStock)
Twórca nurtu psychoterapii przez ciało, Alexander Lowen, nawracające objawy chorób łączył ze stłumionymi w przeszłości emocjami, które zapisały się w ciele w postaci napięć. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 64 Zdjęcia
Twierdzi się, że choroba to dar. Drzwi do świadomości tego, co mamy do zrobienia, by odzyskać poczucie bycia przyjemnie płynącą pełnią. Dolegliwości są znakami ciała tęskniącego za utraconą żywotnością. Warto usłyszeć, co ono chce nam powiedzieć – radzi psychoterapeutka pracująca z ciałem Marzena Barszcz.

Słońce zachęca do ruszenia naprzód, do wydatkowania energii, której nie mamy, bo zmęczony organizm pracuje na resztkach mocy. Wiosna to czas, w którym to, co słabe, choruje, to, co zablokowane – boli, a co stłumione – woła o wysłuchanie. Twórca nurtu psychoterapii przez ciało – bioenergetyki – Alexander Lowen uważał, że psyche i fizis to dwie strony jednej monety. Nawracające objawy łączył ze stłumionymi w przeszłości emocjami, które zapisały się w ciele w postaci napięć.

Ciało to w dużej części nieuświadomione archiwum naszego życia, gdzie skurczone mięśnie czy zablokowane stawy niczym kartoteki przechowują dawne zranienia, o których wolelibyśmy zapomnieć. I których kiedyś nie potrafiliśmy unieść. Można powiedzieć, że napięcia w ciele „trzymają” zranienia, chroniąc nas przed ponownym bólem. Paradoksalnie jednak właśnie to nie pozwala emocjonalnym ranom na wyleczenie. Powstają objawy, a później choroba. Traktując je jako źródło informacji, zyskujemy ważne ogniwo w kontakcie ze sobą. Łącznik między wypartymi w ciało uczuciami a naszą świadomością, dzięki której mogłyby być wyrażone. Niestety, zwykle obwiniamy ciało za chorobę, nie dostrzegając związku przyczynowo-skutkowego między nią a naszym zachowaniem.

Jak wsłuchać się w ciało? Zaczęłabym od uznania, że ciało to „ja”. Ono nie występuje przeciwko mnie, ale w  mojej sprawie. Rozpowszechnił się dualizm fizyczności i ducha: „Oto ja, Marzena, mam się znakomicie, jestem bystra, zdolna, wrażliwa. Ale moje ciało już nie za bardzo”. Często pielęgnujemy agresywne rozdzielenie między „ja” duchowo-rozumowym a ciałem, które staje się powodem wszelkich dyskomfortów. I co najgorsze – nijak nie daje się skontrolować ani podporządkować. Żyjemy w kulturze przekonującej, że z ciałem można zrobić wszystko.

Jak chore – wyleczyć. Brzydkie? Zoperować. Na takim przekonaniu opiera się medycyna estetyczna, moda, dietetyka. Przy okazji ciało stawiane jest przeciwko nam i  obwiniane. Szykanowane w  takim sensie, że trudno nam uznać, że to ja podupadam na zdrowiu, a nie, że kolano chore. We współczesnej narcystycznej kulturze musisz być doskonały, tryskać energią. Koszt tej maski zagnieździ się w ciele. Jeśli czujemy się słabo w środku i  wkładamy siłę w  to, by świetnie się prezentować, choroba murowana.

Jak traktować swoje przypadłości, by powstrzymać chorobę i nie rozsypać się do reszty? Zgodzić się na to, że jesteśmy chorzy i… właśnie się rozsypać. Zapytać siebie: „Kiedy ostatnio leżałem trzy dni w  domu?”. W  chorobie na ogół się zbieramy. A to stan wyjątkowy, który wymaga raczej rozbierania… Nikt już nie bierze zwolnień, aplikujemy sobie leki i  idziemy do pracy chorzy. Tymczasem pozwolić objawom wybrzmieć oznacza uszanować siebie. I  nie chodzi tu tylko o  przeziębienie. Jeśli uda nam się mieć życzliwy stosunek do siebie w  chorobie, to też czule się sobą wtedy zaopiekujemy. Jakość tej opieki jest miarą tego, jakiego opiekuna mamy w  sobie uwewnętrznionego.

Jeśli udajemy, że nie chorujemy, jesteśmy dla siebie surowi? Prawdopodobnie tak opiekowano się nami w dzieciństwie, gdy byliśmy słabi. Zmiana takiej postawy wobec siebie chorującego wymaga czasu. To dobry punkt wyjścia do rozpoczęcia psychoterapii, której siła oddziaływania oparta jest na budowaniu więzi z  terapeutą. Dobre doświadczenie terapeutyczne może znacząco wpływać na przeżywanie siebie i  możliwość samokojenia. Potem możemy tę więź przekładać na relacje z  innymi, wybierając też takie osoby, które zostaną przy nas w słabości. To, jacy jesteśmy dla siebie w sytuacjach trudnych, pokazuje, co się zmienia i  czy się zmienia. Chorując, możemy zaobserwować, czy więź z naszym wewnętrznym rodzicem jest silniejsza niż dawniej. Jakie uczucia żywimy do siebie w chorobie. Wracając do zdrowia, możemy kształcić w  sobie umiejętność bycia dla siebie łagodnym, zdolność do proszenia o pomoc.

Mówi się, że choroba zatrzymuje nas, kiedy nie potrafimy zrobić tego sami. Nigdy nie słyszałam od pacjentów, żeby zachorowali w  dobrym czasie. Nawet jeśli w  wakacje, to też niedobrze, no bo wakacje. Choroba miewa przewrotną naturę. Daje objawy, gdy nadużywamy sił, ślepniemy na samych siebie. Powierzchownie mamy zgodę na chorowanie, ale gdy trzeba położyć się do łóżka, rzadko kto nie jest rozżalony.

Zdrowie w okresie przedwiośnia szwankuje najbardziej. Statystycznie najczęściej cierpimy z powodu dolegliwości serca. Dlaczego jest tak słabym ogniwem? Bo jest złamane. Osłabione ranami, które często nie są zagojone. Reakcje ciała są mądre. Powstałe napięcia mają ochronić to, co boli. Tak powstaje zbroja mięśniowa. Złamane serce chowamy między ramionami pod zapadniętym mostkiem. Sygnalizujemy w  ten sposób światu: „Więcej mnie nie zranisz, nie dotkniesz już mojego serca”. Możemy też nadmiernie obudować klatkę piersiową mięśniami i  wysunąć mostek niczym tarczę, tworząc nieprzepuszczalny pancerz.

Od czego zależy to, czy się skulimy, czy wypchniemy tors? Od tego, w  jaki sposób nauczyliśmy się radzić sobie ze zranieniem w  przeszłości i  jak reagowało na nas otoczenie. Można powiedzieć, że są to dwa skrajne ustawienia. Albo butnie zaprzeczamy, że coś nas dotknęło, przerysowując wypięcie piersi, albo przeciwnie – trzymamy je lękliwie w  ukryciu. Wszystko zależy od tego, czy zadana kiedyś rana bardziej nas upokorzyła, czy przeraziła, i  w  jakim okresie została zadana.

Więcej niż połowa Polaków umiera z powodu chorób serca. W jaki sposób romantyzm się temu przysłużył? W  mediach i  kulturze wzmacniany jest kult miłości romantycznej, pełnej poświęceń i  bólu. Dobrze jest dla niej cierpieć, bo zyskuje na prawdziwości. Nasza narodowa historia i  religia stworzyły tradycję mocnego trzymania się tragicznej miłości jako wartości. Takie kochanie przeżywamy jako szlachetne, człowiek może liczyć na przychylność otoczenia, oczekuje współczucia i  je dostaje. To, że żyje w permanentnym stresie, schodzi na dalszy plan.

Wiosną szpilki nie można wetknąć do gabinetów fizjoterapii. Dlaczego mamy tak wątłe kręgosłupy? Och, jest pewnie wiele powodów. Żyjemy w czasach, które wymagają bezwzględnie mocnych kręgosłupów. Na całe godziny przyjmujemy bardzo niefizjologiczne pozycje. A przy tym nie mamy wystarczających możliwości, by odreagować, puścić napięcia. To musi rodzić objawy. Zanim zajęłam się bioenergetyką, jako terapeutka manualna pracowałam przez wiele lat z ludźmi cierpiącymi z  powodu bólu kręgosłupa. Myślę, że ma on w sobie taką jakość, która każe człowiekowi bezwzględnie się zatrzymać. A właściwie zatrzymuje go. Ból lędźwiowy czy szyjny przestrasza. Pobudza do refleksji. Nawet ci nieszukający szczególnych połączeń między objawem w ciele a samopoczuciem czy zachowaniem podejmują jakieś kroki, by nie spotkać się więcej z takim bólem. I oby to nie była przewlekle stosowana farmakologia.

Rozumiem, że bóle krzyżowe nie muszą być skutkiem dźwigania ciężkich zakupów? Nie muszą. Odcinek lędźwiowo-krzyżowy to ważna okolica. Kość krzyżowa tworzy tylną ścianę miednicy, a to na niej właśnie opiera się tułów. Z tego miejsca wyrastają nogi. To nasze centrum niezależnie od tego, czy myślimy anatomicznie, energetycznie czy mechanicznie. Jest to obszar wyjątkowo narażony na przeciążenia zarówno psychiczne, jak i  fizyczne, od dźwigania zaczynając. To obszar nacechowany winą i  karą. Reagujący na utratę poczucia bezpieczeństwa. Związany z biciem i  nadużyciami. Z  wydalaniem i seksem. Wszystko to dotyczy tego jednego obszaru w  ciele. Myśląc o nim, trzeba mieć na uwadze tutejsze sąsiedztwo różnych tkanek i  ich wzajemne oddziaływanie w powstawaniu objawu. Krzyż może nas więc boleć z wielorakich powodów. I  należy je szeroko rozpatrywać. Pamiętajmy przy tym, że przeciążenie psychiczne i  fizyczne to dla organizmu to samo. Czy obwiniamy się o złe relacje z  matką, czy zrobiliśmy przeprowadzkę – dla organizmu to jedno przeciążenie i  zareagujemy na nie najpierw właśnie narządem ruchu. Mięśniami, więzadłami, ich skróceniem, napięciem, zablokowaniem.

Jak to możliwe, że reakcja jest taka sama? Jeśli się z  kimś pokłócisz, uruchomisz odruch obronny i  coś napniesz. Przeciążenie emocjonalne znacznie szybciej wpływa na reakcję mięśniową niż przeciążenie fizyczne. A tak rzadko szukamy powodów bólu właśnie tam – w  psychice. Pod jej wpływem zwykle przeciążamy te rejony ciała, które zostały nacechowane w  dzieciństwie, tzw. miejsca o chronicznym napięciu. Są to obszary o obniżonej odporności na przeciążenie. Tam rodzi się objaw, który może być uruchomiony zarówno napięciem psychicznym, jak i  fizycznym.

W jaki sposób miejsca te zostały nacechowane? Jeśli w  twoim domu rodzinnym nie było miejsca na złość, nauczyłaś się powstrzymywać ją, napinając zęby i  staw skroniowo-żuchwowy. Kiedy potem w dorosłym życiu szef cię niesłusznie zruga, napniesz właśnie zęby. I kiedy będziesz przepychać ciężary na siłowni, również napniesz zęby. Szlak jest ten sam.

Czy ten opis nie pachnie migreną? Raczej napięciowymi bólami głowy. Napięcie z żuchwy przejdzie na skronie, powstanie obręcz, której zacisk spowoduje ból. Może być tak, że zaczniemy myśleć: „O  Boże! Na pewno rośnie mi w głowie nowotwór”. Ale nic nie wyjdzie w  badaniach i  zostaniemy z objawem, który nie pozwala żyć, bo rozsadza czaszkę. Jeśli będziemy go czytać medycznie, pozostaną nam środki uśmierzające ból. Ale kiedy zastanowimy się, w  jakich sytuacjach się pojawia, możemy znaleźć zależność między nim a psychicznym samopoczuciem. Wtedy można już coś z  tym zrobić. Czasem wystarczy zamknąć się w aucie i  krzyknąć: „No nie wytrzymam! Wściekła jestem! Mam dość!”. Albo się rozszlochać.

Można sobie pokrzyczeć, chyba że witamy wiosnę z  chorym gardłem. Katar, przeziębienie, zapalenie krtani, strun głosowych. Wszystko w  porządku, jeśli ktoś co kilka lat uodparnia się na wirusy. Ale co, jeśli przeziębia się cztery razy w roku?  Wydaje się, że u takiej osoby mamy właśnie do czynienia z obszarem o chronicznym napięciu. Nie zajmowałabym się samą chorobą, ale sprawdziłabym, co się dzieje w tzw. międzyczasie. Czy pacjent nie odczuwa przypadkiem kluchy w gardle? Czy traci głos niespodziewanie? Czy czuje, że ma prawo wyrażać lub czego nie może wyrazić? Osłabienie gardła ma dodatkowe znaczenie w  Polsce, bo raczej jesteśmy cisi niż głośni. Nasza ekspresja i  wolność były ograniczane przez wieki. Zaciskamy mięśnie wokół strun głosowych, żeby milczeć. Pamiętam, jak do Warszawy przyjechał John Yong. Przez lata asystował Lowenowi. Po godzinie ćwiczeń warsztatowych z grupą spytał: „Co tu się dzieje?! Czemu wy jesteście tacy cisi?”. Jeszcze nie do końca rozumiałam, o  co mu chodzi. Też byłam cicha [śmiech]. Kiedy zaczęłam szkolić się w Stanach, poznałam ekspresję przedstawicieli innych narodów i zrozumiałam, że dla nas coś więcej, co nie jest łzami, a co jest szlochem, to już za dużo. Coś, co nie jest normalnym głosem, ale krzykiem, jest zagrażające. Coś więcej, co nie jest uśmiechem, tylko głośnym rechotem z brzucha, skupia podejrzliwe spojrzenia. Mało jest w  nas przyzwolenia na pełne, żywe bycie w  różnej skali.

Trudno uwierzyć, że Polacy to cichy naród A  jednak. W większości wychowuje się nas na grzeczne dzieci, które skrupulatnie wypełniają obowiązki, głośno się nie śmieją ani nie awanturują. To, co mamy wniesione w charakter narodowy, to skromność w ekspresji. Historia zrobiła swoje. W końcu byliśmy tłumieni z przerwami przez 120 lat. Potem krótka pauza i kolejne tłumienie. Od pokoleń doświadczamy traum, które zatrzymują, wycofują, sprawiają, że zamieramy i koncentrujemy się na przetrwaniu. A jeśli mamy przetrwać, to mało tam miejsca na radość, zabawę, ekspresję, zdrowie. Jeszcze nie tak dawno temu żyliśmy w czasach, w których nie można było się wyróżniać. Baliśmy się zawiści innych, złorzeczenia. Po dziś dzień lubimy marudzić, bo przez wiele lat to była bezpieczniejsza i bardziej dopuszczalna forma ekspresji niż np. chwalenie się.

Oprócz indywidualnej psychoanalizy bioenergetycznej organizujesz grupowe warsztaty lowenowskie, które zyskały niezwykłą popularność. Słyną z hałasu, kopania, tupania, krzyku... Słyną też z przyjemności, lekkości i radości. Ludzka natura jest tak skonstruowana, że potrzebujemy wyrażać. Kiedy wyrażamy, to czujemy przyjemność. Energia płynie przez ciało i utrzymuje je w zdrowiu. Dostaliśmy głos, oczy, szloch właśnie po to. Z różnych powodów jednak powstrzymujemy ekspresję, a zarazem chorujemy coraz więcej i  poważniej. Na warsztatach zapraszam więc do wyrażania. Jeśli nie możesz swobodnie użyć swojego głosu, to coś tam trzymasz. Nie zachęcam do wyrażania wszystkiego na raz. Nawet jeśli spośród wszystkich swoich niemożności uwolnisz dziesięć procent, nazwiesz swoje uczucia, wyrazisz je wtedy, gdy tego potrzebujesz, to zyskasz pełniejszy kontakt ze sobą. Będziesz wiedzieć, że jeśli ktoś naruszy twoje granice, zareagujesz. I nie będzie to ubrane we wstyd ani upokorzenie. Twoje poczucie bezpieczeństwa wzrośnie. Odzyskasz witalność. Ekspresji potrzebujemy do doznawania siebie. Do poszerzania obecności własnej osoby w ciele. Po to, żeby się tam rozgościć i  odzyskać poczucie bycia sobą.

W jaki sposób udało ci się stworzyć w  Polsce kulturę bioenergetyczną? Wszystkiego, co proponuję, doświadczyłam na sobie. Miałam szczęście uczyć się od współpracowników Lowena: od Anny Miller, Franka Hladky’ego, Lena Carlino, Johna Yonga, Leslie Case. Każde z nich jest w moim doświadczeniu i wzbogaca mnie. I  z  takim zasobem rozpoczęłam tworzenie pierwszej grupy ćwiczeniowej. Miałam na koncie nie tylko przeczytane książki, ale też bezpośrednie doświadczenie własnej żywotności. A żywotność to źródło wszelkiego dobra, podstawa zdrowia. Psychofizyczna bateria, do której zawsze można się odnieść. Chciałam to cudowne doznanie podać dalej. Nie stworzyłam kultury bioenergetycznej. Polska na nią czekała. Pierwszy mejl z zaproszeniem na warsztat lowenowski trafił do 40 osób, z czego 16 przyszło na ćwiczenia. Na kolejnych były już 22 osoby. Potem musiałam wprowadzić limity. Informacje ludzie przekazywali sobie z  ust do ust.

Skąd taka popularność tych ćwiczeń? Wydaje mi się, że jako naród nauczeni jesteśmy w  cichości ducha znosić cierpienie, wytrzymywać je, nie cieszyć się za bardzo, nie złościć w  ogóle. Płacz jest dla nas oznaką słabości. Uczucia czymś, co należy kontrolować, co jest niewłaściwe. A na tych zajęciach uczucia są zapraszane nie do opowiadania, ale do poczucia i  przeżycia. Można usłyszeć swój głos. Co więcej – można krzyknąć. W bezpiecznych warunkach ludzie mogą poczuć swoją złość i  ją wyrazić. Pozwolić sobie na płacz ze szlochem. Poczuć nogi, ich siłę i  stanąć na nich świadomie, a w końcu doznać żywotności. To doświadczenie zawsze bardzo głęboko porusza, bo dotykamy rdzenia nas samych, czujemy swoją wartość i  niepowtarzalność. Każdemu życzę takiego kontaktu. Mogłam się mylić co do skuteczności bioenergetyki w Polsce, ale kiedy dziesiątki uczestników zamieniły się w setki, a  setki w pierwszy tysiąc, nie miałam już wątpliwości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Sen to zdrowie - smacznych snów!

Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Jesteśmy chyba jedynym na świecie gatunkiem kwestionującym rolę snu. Pozwalamy sobie na niego coraz rzadziej, czas w łóżku rodzi wyrzuty sumienia, a liczba chorób spowodowanych jego deficytem rośnie.

Najpierw ogień, świeczki, lampy naftowe i pochodnie umożliwiały nam funkcjonowanie po zmierzchu. Kolejnym krokiem była elektryczność i światło, z którego korzystać możemy nieustająco, przez całą dobę. Podświetlane tablety, smartfony i ekrany poszły o krok dalej.

Ogromną popularnością cieszą się kofeina oraz inne używki, dzięki którym zachowujemy jasność umysłu na dłużej, odwlekając moment pójścia spać. Czy też dzięki którym niewyspani możemy funkcjonować dalej. Widział ktoś kota okładającego się łapkami lub dolewającego espresso do swojego mleczka, aby zrezygnować z wylegiwania się, mruczenia i spania?

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła epidemię niedoboru snu. Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę – wam się to udaje?
Niedobory snu między innymi obniżają odporność, zwiększają ryzyko wystąpienia nowotworów aż dwukrotnie, przyczyniają się do rozwoju choroby Alzheimera oraz otyłości, miażdżycy i depresji. Krótszy sen – krótsze życie. Zaburzenia snu w tydzień spowodowały nieprawidłowy poziom glukozy u badanych! Zmiany wywołane niewystarczającym odpoczynkiem mają szkodliwy wpływ na tętnice wieńcowe, nasilają ryzyko wystąpienia stanów zapalnych oraz w dalszej kolejności niewydolności serca. W 2013 roku w magazynie „Science” ukazała się praca dowodząca, że podczas snu przyspiesza oczyszczanie organizmu z toksyn – zamiast męczyć się detoksami, śpijmy! Ma to też wpływ na ochronę przed alzheimerem (bezpośrednio skorelowanym z funkcjonowaniem mózgu).

Zmęczenie nasila głód, obniża poziom hormonów sygnalizujących sytość – więc nawet gdy zjemy, będziemy nadal głodni. Dlatego młode mamy, wycieńczone pobudkami, nie mogą schudnąć. Zamartwiając się nadwagą, budzimy się o świcie na trening, a wciąż nosimy dodatkowy bagaż kilogramów. Pierwszym krokiem powinien więc być zdrowy i spokojny sen! Dzięki spaniu logicznie myślimy, mamy lepszą pamięć i koncentrację. Jesteśmy uważniejsi i popełniamy mniej błędów. Profesor Russell Foster z Instytutu Neurologii Okołodobowej i Snu mówi, że jesteśmy skrajnie aroganckim gatunkiem – myślimy, że możemy przechytrzyć 4 miliardy lat ewolucji. Przestawianie zegara biologicznego może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych. Brak snu zaburza niemal wszystkie procesy fizjologiczne w organizmie. Hormony są zależne od regularności, ale i jakości wypoczynku. Dlatego niewyspanie doprowadza do zaburzeń psychicznych, lęków, obniżenia nastroju, anemii i otyłości. Otyłość jest jednym ze stanów połączonych z zaburzeniami rytmu dobowego, a jedną z metod terapii jest kontakt ze światłem dziennym od samego rana i wyciszanie bodźców świetlnych (szczególnie fal niebieskiego światła) wieczorami. Ostatnie godziny dnia spędzajmy z książką, w delikatnym oświetleniu. A może przy świecach?

Jest także korelacja z dietą – rytm dobowy wyznacza, co i kiedy powinniśmy jeść. Zbyt późny posiłek wieczorem może zaburzyć sen, spowodować rozchwianie funkcjonowania poszczególnych narządów. Wyobraźmy sobie wahadło Newtona, którego kulki bujają się każda w swoją stronę, czasem się zderzą, czasem uda im się odchylić w tym samym kierunku, a niekiedy wypchną którąś z kul na bok. Zdrowy sen, korzystanie ze światła dziennego (lub na przykład silnego światła lamp) powinno się odbywać w pierwszej części dnia. Zadbajmy o ruch na świeżym powietrzu, obniżmy temperaturę w sypialni. I śpijmy smacznie. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Styl Życia

Zdrowe odchudzanie - jak uniknąć efektu jojo?

W odchudzaniu najważniejsze jest sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. (Fot. iStock)
W odchudzaniu najważniejsze jest sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. (Fot. iStock)
Jak utrzymać długo wypracowywaną wymarzoną wagę, radzi psycholog Katarzyna Pietroń. 

Powiedzmy, że plan był następujący: schudnąć 10 kilogramów. Udało się – hurra! I co dalej? To wszystko oczywiście zależy od tego, jaka była motywacja. Ona jest kluczowa. Poza tym ważne jest, w jaki sposób zrzuciliśmy te 10 kilogramów. Jeśli na drodze drakońskiej diety i licznych wyrzeczeń, to zaczniemy szybko przybierać na wadze. W rzeczywistości bowiem nie pozbyliśmy się tkanki tłuszczowej, tylko wody i innych ważnych składników. Jeśli jednak odchudzaliśmy się z głową, czyli powoli, poprzez zmianę nawyków żywieniowych i sposobu myślenia o jedzeniu, to jest duża szansa na utrzymanie wagi. Oczywiście pod warunkiem, że nie potraktujemy końca diety jako wyzwolenia i nie zaczniemy dogadzać sobie na wszelkie niedozwolone sposoby. Bo to oznaczałoby, że tak naprawdę nie zmieniliśmy niczego.

To znaczy, że oprócz motywacji do schudnięcia, powinnam mieć też inną – do utrzymania wagi? Wystarczy, że ta pierwotna będzie sensowna. Przemyślana, nie na łapu-capu. Na przykład: chcę schudnąć na wesele córki. Taka motywacja jest dobra na sam początek odchudzania, ale by była skuteczna – z czasem powinna się przekształcić w coś trwalszego: chcę schudnąć dla siebie, żeby lepiej się czuć i lepiej wyglądać. Jeśli po weselu, na które zmieściłam się w sukienkę o dwa rozmiary mniejszą, dojdę do wniosku, że nie chcę powrotu do dawnego stanu, że nadal utrzymuję dietę, okaże się, że rodzinna uroczystość stała się katalizatorem większej zmiany.

Może się więc zdarzyć, że stawiając sobie wyzwanie zrzucenia 5 kilogramów, podejmę tak naprawdę o wiele poważniejsze – zmiany nawyków? Jak najbardziej. Jestem przekonana, że w odchudzaniu najważniejsze jest to sprzężenie zwrotne: odchudzam się, żeby poczuć się lepiej, a gdy czuję się lepiej – chudnę. Bo ze stratą kilogramów (rozsądnie przeprowadzaną) poprawia mi się nie tylko figura, ale też stan skóry, włosów, mam więcej energii, czuję się lekka jak piórko… Pojawia się nowa jakość życia, więc jedno wynika z drugiego. Jeżeli chęć bycia szczupłym bierze się z głowy, a nie z zewnętrznego przymusu, są większe szanse, że waga się utrzyma.

Słyszałam o ludziach, którzy najpierw schudli 30 kilogramów, a potem przytyli 40. Jak można do czegoś takiego dopuścić? To następstwo bardzo niebezpiecznego, ale też bardzo ludzkiego w gruncie rzeczy, procesu coraz większego pobłażania sobie. Tyjemy i mówimy sobie wtedy: „No dobrze, schudłem wcześniej 30 kilogramów, teraz przytyłem 2, ale przecież 28 to i tak dużo”. 25 kilogramów nadal jest sporym sukcesem, 20 też…, a 10? – wtedy już myślimy: „wiedziałem, że mi się nie uda, od początku nie było warto tego robić”. I tak stopniowo powracamy do dawnej wagi. Moi pacjenci mówią, że w tym momencie pojawia się w nich bezradność, poddają się biegowi wypadków, jedzenie zaczyna przejmować nad nimi kontrolę.

Podobno po zrzuceniu sporej liczby kilogramów pojawia się jeszcze jedno niebezpieczeństwo – że jeśli spotka nas jakieś życiowe niepowodzenie, np. zostawi nas partner, stracimy pracę – to powrócimy od starych nawyków. Zaczniemy zajadać stres i przestaniemy dbać o siebie. I tu znów sięgamy do podstawowej kwestii. Jeżeli w ramach odchudzania nie zmierzymy się z prawdziwymi przyczynami kłopotów z wagą, nie sięgniemy do problemu u podstaw, to nie wykonamy żadnej pracy nad sobą. Wystarczy pierwsze lepsze niepowodzenie i efekty całej pracy mogą pójść na marne. Ważne jest, jak interpretujemy to, co nam się przydarza. To, że zostawia mnie mąż, mogę wytłumaczyć sobie na tysiąc różnych sposobów. Niekoniecznie w taki sposób, że nikt nie chce ze mną być.

Aby utrzymać wagę na stałym poziomie…

  • nie zarzucaj wypracowanych zdrowych nawyków żywieniowych,
  • regularnie ćwicz, choćby raz dziennie wybierz się na półgodzinny spacer,
  • skontaktuj się z lekarzem lub dietetykiem, który doradzi ci, jaka żywność lub suplementy diety mogą pomóc zapobiec efektowi jojo.

  1. Zdrowie

Wskaźnik BMI – czy warto z niego korzystać? Co powinniśmy wiedzieć o swojej wadze?

Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Prawidłowe BMI to dla wielu osób świadectwo ich „szczupłości”. Takie podejście nie uwzględnia jednak wielu aspektów zdrowotnych, które wiążą się z masą ciała. Interpretacja BMI wcale nie jest prostą sprawą. Jak podkreśla dr Hanna Stolińska, dietetyczka kliniczna – Sam wskaźnik BMI niewiele nam mówi o kondycji naszego organizmu. Najważniejszy jest skład ciała.

Prawidłowe BMI to dla wielu osób świadectwo ich „szczupłości”. Takie podejście nie uwzględnia jednak wielu aspektów zdrowotnych, które wiążą się z masą ciała. Interpretacja BMI wcale nie jest prostą sprawą. Jak podkreśla dr Hanna Stolińska, dietetyczka kliniczna – Sam wskaźnik BMI niewiele nam mówi o kondycji naszego organizmu. Najważniejszy jest skład ciała.

Co to jest BMI? BMI to jest tzw. Body Mass Index, czyli wskaźnik masy ciała, który mówi, czy mamy prawidłową masę ciała. Możemy mieć nadwagę, otyłość, różne stopnie otyłości, a także niedowagę. BMI tak naprawdę było kiedyś opracowane po to, żeby określić ryzyko chorób i zgonów. Zarówno osoby z bardzo wysokim jak i bardzo niskim BMI częściej umierają. Z kolei osoby, które mają środek tego wskaźnika – rzadziej. Taka właśnie była idea stworzenia BMI. Jednak wskaźnik nie mówi nam nic więcej o stanie naszego ciała.

Jak w takim razie interpretować BMI? Ja bardzo nie lubię tego wskaźnika, bo on określa tylko i wyłącznie kilogramy. Nie bierze się tutaj pod uwagę składu ciała. Jeśli mamy mężczyznę silnie umięśnionego to on będzie miał wysokie BMI, a przecież nie jest otyły i nie ma problemu z masą ciała. Z kolei sam fakt, że widzimy osobę szczupłą nie oznacza, że nie ma ona problemu z tkanką tłuszczową. Gdy bierzemy pod uwagę skład ciała u takiej osoby to, przykładowo, może ona mieć sporo tkanki tłuszczowej, a niewiele mięśniowej, bo mało się rusza. I ta osoba będzie miała niskie BMI, mimo, że ma bardzo dużo „tłuszczu”… To jest tzw. „chudy grubas”. Dlatego ja na co dzień nie posługuję się wskaźnikiem BMI. Na BMI może zwraca się większą uwagę w ośrodkach zaburzenia odżywiania.

Czyli prawidłowe BMI nic nam nie mówi? Kiedy mam pacjenta z nadwagą lub otyłością najważniejszy jest dla mnie właśnie skład ciała. Dlatego w pierwszej kolejności robię analizę tego składu, czyli bioimpedancję elektryczną. Polega to na tym, że pacjent wchodzi na specjalne urządzenie i bierze analizator w ręce. Nie jest to zwykła waga, którą posługujemy się w domu i która pokaże nam ilość wody, tłuszczu i mięśni. Musi być tutaj tzw. obieg zamknięty. Urządzenie musi mieć atest medyczny. Zawartość poszczególnych tkanek wylicza się na podstawie ich oporu względem przepływu prądu. Wtedy możemy zobaczyć, ile jest mięśni, ile tkanki tłuszczowej, jaki jest stosunek wody, kości. Widzimy cały skład ciała i na tej podstawie możemy ocenić czy pacjent jest otyły, czy ma problem z masą ciała.

Tkanka tłuszczowa odkładać się może w jamie brzusznej, co jest bardzo niekorzystne. Często właśnie szczupli mężczyźni, którzy są aktywni fizycznie, jednak bardzo źle się odżywiają, mają dużo takiej tkanki tłuszczowej, nie podskórnej, tylko narządowej (wisceralnej). Wszystko to widzimy na analizatorze składu ciała.

Wróćmy do tego przykładu osoby szczupłej z dużą ilością tkanki tłuszczowej. O czym to świadczy? Duża ilość tkanki tłuszczowej wcale nie jest korzystna dla naszego organizmu. Kryją się za tym jakieś zaburzenia metaboliczne. Taka osoba ma niską przemianę materii. Przekłada się to na mały stopień regeneracji, na odwodnienie organizmu – pamiętajmy, że tłuszcz nie trzyma wody, tylko mięśnie ją kumulują. Taka osoba będzie więc odwodniona, będzie się słabiej regenerować i będzie miała trudności przy aktywności fizycznej – szybciej będzie się męczyć.

Czyli cierpiąc na nadwagę lub otyłość jesteśmy stale odwodnieni? Tak, więcej tłuszczu to jest odwodnienie organizmu. Pacjent z dużą ilością tkanki tłuszczowej zawsze będzie miał zbyt małą ilość wody w organizmie.

Jaka więc powinna być zawartość wody? Czy są jakieś normy, które mogą informować o odwodnieniu? Dobry poziom wody u mężczyzn to jest 50-65%, u kobiet 45-60%, a u dzieci 60 – 75%. Zawartość wody w organizmie nie wynika z tego, czy my dużo pijemy, tylko z tego, ile mamy tłuszczu i masy mięśniowej. Jak już wspomniałam: tylko tkanka mięśniowa kumuluje wodę. Natomiast jeśli nam spada tkanka tłuszczowa to od razu procent wody idzie do góry. Tymczasem wiele osób myśli, że jak wychodzi im mała ilość wody w organizmie to dlatego, że mało piją…

W jakim stopniu ten skład ciała przekłada się na nasze zdrowie? Nieprawidłowy skład ciała przekłada się m.in. na insulinooporność, cukrzycę, policystyczne jajniki, wszelkiego rodzaju zaburzenia hormonalne, problemy z kośćmi, ze stawami (stawy muszą być obudowane masą mięśniową).

Czy osoba szczupła może rozpoznać, że ma nieprawidłowy metabolizm? Takim osobom zwykle odkłada się tkanka tłuszczowa w jamie brzusznej i skóra na brzuchu też jest inna. Można to również dostrzec oglądając swoje ciało. Widać, że jest mniej mięśni, a więcej tkanki tłuszczowej. Ciało będzie bardziej wiotkie.

Z kolei osoby ze zbyt niskim BMI mogą być okazem zdrowia? Tak, bo mają przy tym dobry skład ciała i wszystko z ich zdrowiem jest w porządku. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Ja sama jestem bardzo szczupłą osobą, ale mam tkankę tłuszczową na odpowiednim poziomie, buduję też masę mięśniową poprzez aktywność. Jeszcze raz podkreślam, że ważny jest odpowiedni skład ciała.

Jakie są idealne proporcje tłuszczu, mięśni, wody? Kiedy możemy powiedzieć, że skład ciała jest odpowiedni? U mężczyzny przyjmuje się, że norma dla tkanki tłuszczowej wynosi od 8 do 21%. U kobiet od 21 do 33%. Wraz z wiekiem norma zmienia się u kobiet na 23 – 35%. Wiadomo, że w okresie menopauzy i po menopauzie te normy trochę się zmieniają. Mężczyzna ma zawsze więcej tkanki mięśniowej, dlatego te normy są zupełnie inne. Nie można więc (wagowo) porównywać kobiety do mężczyzny. Jak widać ta norma tłuszczowa dla kobiet jest prawie dwa razy wyższa, a obliczanie BMI wygląda tak samo u kobiet jak i u mężczyzn, więc nie jest to dla mnie wiarygodny wskaźnik. Osoby starsze też będą miały mniej masy mięśniowej i mniej wody. Takie proporcje sprawdza się więc na analizatorze składu ciała, a nie za pomocą jednego wskaźnika.

Czyli otyłość też najlepiej diagnozujemy poprzez skład ciała? Ja zawsze pracuję z analizatorem. U każdego pacjenta, który przyjdzie do mnie na wizytę kontrolną, mogę sprawdzić z czego chudnie: czy zmniejsza się ilość tkanki tłuszczowej, czy mięśniowej. Dzięki temu możemy bardziej modyfikować dietę, albo zwrócić większą uwagę na aktywność fizyczną. Jeśli „lecą” nam mięśnie to warto zastosować więcej białka w diecie i włączyć ćwiczenia siłowe i aerobowe. Po to właśnie jest badany ten skład ciała, żeby na bieżąco patrzeć, jak wygląda proces chudnięcia u takiego pacjenta. Pacjent nie oszuka analizatora. Wszystko na nim widać: czy osoba właściwie prowadzi dietę i stosuje się do zaleceń.

No właśnie, jak wygląda kwestia diety, która jest tutaj kluczowa. Na ile analizator pozwoli ustawić odpowiednią dietę, żeby skład ciała poszedł we właściwym kierunku? Głównie patrzymy na białko w diecie, na kwestie budowania tkanki mięśniowej i spalanie tłuszczowej. Jeśli chcemy dokładnie dobrać ilość składników odżywczych i wyselekcjonować odpowiednie dla nas produkty spożywcze to, pod względem podejścia naukowego, najbardziej wiarygodne będą testy genetyczne. Stają się one tzw. złotym standardem. Robimy wówczas wymaz z jamy ustnej i badamy geny pod kątem trawienia tłuszczów, białek, węglowodanów i różnych produktów spożywczych, ale też sprawdzamy trawienie glutenu, laktozy, fruktozy, nietolerancję kofeiny, soli, a także czynniki ryzyka różnych chorób. Na podstawie tego badania możemy już dokładnie dobrać dietę. Nutrigenetyka to jest przyszłość. Natomiast sam skład ciała na pewno powie nam wiele o aktywności fizycznej danego pacjenta i o zawartości białka, gdyż białko jest podstawowym budulcem dla mięśni.

Zwykle przyjmujemy, że tłuszcz jest dla nas niekorzystny, ale przecież musimy mieć pewne zapasy tłuszczu. Musi być odpowiednia ilość tkanki tłuszczowej. To jest ważne szczególnie u kobiet. W tkance tłuszczowej kumuluje się i powstaje witamina D, ale też żeńskie hormony. Kobiety ze zbyt niską zawartością tkanki tłuszczowej mają zwykle problemy z miesiączkami. Mogą też mieć problemy z tarczycą.

A jak jest z grubością kości? Mówi się czasem, że dana osoba ma grube kości. Nie można powiedzieć, że kości są grube, bo kości ważą bardzo mało. Nie ma czegoś takiego jak grube kości. Na analizatorze składu ciała podaje się mniej więcej ich gęstość (w kilogramach), ale to jest pobieżne.

Jak obliczyć BMI? Jakie BMI jest prawidłowe?

BMI to kilogramy, czyli masa ciała dzielona przez wzrost do kwadratu. Od 18,5 do 24,9 mamy normę. Powyżej 25 do 29,9 mamy nadwagę. Powyżej 30 mamy otyłość. Każdy kolejne 5 punktów w górę świadczy o kolejnych stopniach otyłości. Poniżej 18,5 to jest niedowaga.

Hanna Stolińska: dr n. o zdrowiu, dietetyk kliniczny, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Prowadzi konsultacje i szkolenia żywieniowe dla dzieci i dorosłych. Autorka książek nt. leczenia dietą („Insulinooporność”, „Zdrowe stawy”, „Jelito drażliwe”)

  1. Psychologia

Technika Uwalniania – sposób na trudne emocje i choroby psychosomatyczne

Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Badania dowodzą, że Technika Uwalniania, opracowana przez dr. n. med. Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatrę, jest niezwykle skuteczniejsza w łagodzeniu fizjologicznych reakcji na stres. Dlatego warto o niej przypomnieć w czasach, które wielu osobom kojarzą się z silnym niepokojem.

Badania dowodzą, że Technika Uwalniania, opracowana przez dr. n. med. Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatrę, jest niezwykle skuteczniejsza w łagodzeniu fizjologicznych reakcji na stres. Dlatego warto o niej przypomnieć w czasach, które wielu osobom kojarzą się z silnym niepokojem.

Umysł, wraz z myślami, które tworzy, napędzany jest przez uczucia. Z kolei każde uczucie, które się u nas pojawia, generuje wiele tysięcy powiązanych z nim myśli. Tworzy to pewien mechanizm, który sam się napędza. Ponadto większość ludzi przez całe życie tłumi uczucia lub próbuje od nich uciec. Niestety, ta wyparta energia kumuluje się i szuka ujścia poprzez choroby psychosomatyczne, zaburzenia na poziomie fizycznym, zaburzenia emocjonalne, zaburzenia zachowania i relacji osobistych. Skumulowane emocje blokują zarówno rozwój duchowy, jak i świadomość, a także powodzenie w wielu obszarach życia. Z pomocą może przyjść Technika Uwalniania.

Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań.

Jakie są korzyści stosowania Techniki Uwalniania?

Poziom fizyczny

Na tym poziomie technika działa na autonomiczny układ nerwowy, który często jest nadmierne stymulowany poprzez tłumione w ciele emocje. Pozbycie się tych stłumionych emocji odblokowuje m.in. akupunkturowy system energetyczny. Praktykując stale uwalnianie, odczuwa się coraz mniej zaburzeń fizycznych i psychosomatycznych, które często całkowicie znikają. Ciało, bardziej odprężone, zaczyna z powrotem optymalnie funkcjonować.

Poziom behawioralny

Gdy zmniejsza się niepokój i negatywne emocje, znika wówczas potrzeba, by od nich uciekać. Ucieczka przed emocjami przybiera bardzo różne formy. Zwykle są to nałogi (narkotyki, alkohol), rozrywka, nadmiernie długi sen. Rezygnując z tej ucieczki, odzyskujemy ogromne pokłady energii. Zwiększa się witalność, uważność, dobrostan, wydajność i bezwysiłkowe funkcjonowanie we wszystkich obszarach życia.

Relacje międzyludzkie

Kiedy trudne uczucia (które postrzegamy jako negatywne dla nas) zostaną uwolnione, wówczas podnosi się poziom uczuć pozytywnych (budujących). Skutkiem tego jest widoczna poprawa wszelkich relacji. Zwiększa się również nasza zdolność do kochania. Mamy mniej konfliktów z innymi, przez co poprawia się wydajność naszej pracy. Pozbycie się negatywnych blokad pozwala także na osiąganie zawodowych celów z dużo większą łatwością. Zanikają też zachowania oparte na poczuciu winy. Coraz mniej intelektualizujemy, a coraz bardziej korzystamy z intuicji. Skupieni na wewnętrznym dojrzewaniu i rozwoju osobistym często ujawniamy kreatywność i zdolności psychiczne, których się po sobie nie spodziewaliśmy. Niezwykle ważne jest to, że zmniejsza się poczucie bycia zależnym, tak zgubne we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Poziom świadomości /uważności /duchowości

Odpuszczenie negatywnych emocji sprawia, że doświadcza się stale rosnącego szczęścia, zadowolenia, spokoju i radości. Wzrasta uważność i doświadczanie w swoim wnętrzu jedności z Jaźnią.

Każdy może łagodnie realizować wszystkie te cele poprzez ciche uwalnianie i odpuszczanie w każdej chwili codziennego życia. Dla lepszego śledzenia postępów zaleca się jednak robienie notatek  na temat swoich osiągnięć. Po chwilowej ekscytacji łatwo popaść w „znudzenie” systematycznością tej techniki. Pojawia się wtedy typowy opór i przekonanie, że „to nie działa”.

Jak praktykuje się Technikę Uwalniania krok po kroku?

  • Uświadom sobie dane uczucie, pozwól mu się w pełni ukazać i pozostań z nim w kontakcie. Pozwól sobie na odczuwanie.
  • Nic w nim nie zmieniaj – pozwól, aby swobodnie płynęło. To oznacza, że wyrażasz zgodę na to, że to czujesz, bez oceniania, opierania się, bez obawiania się tego uczucia, potępiania siebie za nie. Skupiasz się na uwolnieniu ukrytej za tym energii. Oznacza to porzucenie osądów i zdanie sobie sprawy, że to tylko uczucie.
  • Jesteś obecna / obecny z tym uczuciem i odpuszczasz wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania. Uczucie, któremu się nie opieramy, zniknie, gdy tylko wyczerpie się energia, która je napędza.
  • Kiedy uwolnienie następuje, natychmiast odczuwamy lekkość i szczęście.
Ważne: podczas uwalniania ignorujemy wszelkie myśli. Skupiamy się na samym uczuciu, a nie na myślach, które mu towarzyszą. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i generują kolejne. Myśli są racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Jeśli całkowicie uwolnimy i odpuścimy dane uczucie, zazwyczaj wszystkie myśli, które były z nim powiązane całkowicie znikają. (źródło: strona informacyjna Wyd. Virgo „Technika Uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości” Davida R. Hawkinsa).

Więcej na temat Techniki Uwalniania Davida R. Hawkinsa w wywiadzie („Droga do wolności”) z Joanną Heidtman, socjolożką i psycholożką :

  1. Zdrowie

Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe?

Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej ARLETTA WALCZEWSKI.

Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej Arletta Walczewski.

Syn mojej koleżanki ostatnio bez przerwy choruje. Ma objawy grypy, czasem problemy z oddychaniem, przez chwilę podejrzewano u niego nawet astmę. Badania nic nie wykazują, antybiotyki nie działają. Co to może być? Trzeba wykluczyć wszystkie te przyczyny, których dotąd nie brano pod uwagę. Na przykład nietolerancje pokarmowe.

Chłopiec wszystkie testy alergologiczne ma za sobą. Właśnie – alergię pokarmową często myli się z nietolerancją. A to dwa zupełnie różne zagadnienia, choć objawy tu i tu bywają podobne. W dodatku niektóre pokarmy mogą wywoływać i nietolerancję, i alergię. Na przykład krowie mleko. Są osoby z alergią na krowie białko (np. na kazeinę) i są takie, które nie powinny pić mleka ze względu na nietolerancję laktozy.

W czym tkwi różnica? Alergia to bunt organizmu, jego reakcja na obce białka [tradycyjna, dziś już tylko historyczna nazwa alergii to „skaza białkowa” – przyp. red.]. Natomiast przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. Na przykład jeśli brakuje ci enzymu laktazy, nie strawisz obecnej w mleku laktozy. Na podobnej zasadzie możesz reagować na gluten, fruktozę, histaminę.

O nietolerancji glutenu i laktozy, oczywiście, słyszałam. Ale histaminy? Znam tylko leki antyhistaminowe. I tu znowu trzeba rozdzielić alergie i nietolerancje. Nasz organizm produkuje naturalną histaminę, żeby chronić nas przed wieloma szkodliwymi czynnikami. Przy ostrych reakcjach alergicznych produkcja histaminy wzrasta jednak tak gwałtownie, że organizm nie jest w stanie sobie z tym poradzić i wydalić nadwyżki. Histamina odkłada się wtedy w tkankach i powoduje ich obrzęk. Może się to skończyć atakiem astmy. Wtedy właśnie musimy wziąć leki antyhistaminowe. Natomiast jeśli pacjent cierpi z powodu nietolerancji, to nie trawi histaminy zawartej w jedzeniu i piciu. W czerwonym winie, piwie, serach, kefirach, kiszonej kapuście, pomidorach, czekoladzie, kiwi, chili, truskawkach, cytrusach.

A fruktoza? Mówi się przecież, że to zdrowsza alternatywa dla cukru. Że powinniśmy jeść jak najwięcej owoców, pić świeże soki, słodzić miodem. Fruktoza była niegdyś odkryciem, uważano, że sprawdza się jako zamiennik w przypadku diabetyków, ponieważ nie podnosi poziomu cukru we krwi [podnosi, ale w minimalnym stopniu – przyp. red.]. Nie wolno jednak zapominać, że fruktoza jest węglowodanem i przy jej trawieniu powstają intensywne procesy fermentacyjne, w wyniku których wytwarza się alkohol. U osób wrażliwych dochodzi do zatrucia podobnego do kaca, szczególnie kiedy jedzą surowe owoce, surówki czy sałatki na noc, przed snem. Jeśli cierpisz na nietolerancję fruktozy, możesz mieć też takie objawy, jak: biegunka, wzdęcia, zmiany skórne, obniżenie nastroju. Albo właśnie katar, kaszel, nieżyty gardła i ucha, chrypę, bóle głowy, problemy ze strunami głosowymi.

Jakim cudem to, co jem, ma związek z tym, że cieknie mi z nosa? Jak to możliwe, że przyczyną podobnych objawów może być niewłaściwa dieta? Odpowiedź jest bardzo prosta: gardło i przełyk to jednocześnie przewód pokarmowy i oddechowy. Jeden wspólny odcinek, dwie różne funkcje. Natura bardzo sprytnie to rozwiązała, u wejścia do żołądka mamy naturalną tamę, zwieracz. Gorzej jeśli pojawiają się przewlekłe problemy z trawieniem i ta naturalna tama staje się nieszczelna.

W latach 70. XX wieku prowadzono badania nad dziwnymi przypadkami. Śpiewacy operowi tracili głos, a po jakimś czasie go odzyskiwali. Po kolei wykluczano różne teorie, dlaczego tak się dzieje, aż odkryto związek z dietą badanych. Pacjentów skutecznie leczono m.in. środkami neutralizującymi kwasy żołądkowe. To ważne odkrycie w dziedzinie otolaryngologii pociągnęło za sobą dalsze, bardziej zaawansowane badania udowadniające, że gastryczne dolegliwości mogą mieć wpływ na nasz głos.

Mówisz o odzyskiwaniu głosu, a co z objawami kojarzącymi się bardziej z przeziębieniem czy grypą? Gardło połączone jest przecież z nosem, uszami. Załóżmy, że twojemu organizmowi brakuje odpowiedniego enzymu i nie toleruje fruktozy. Ty o tym nie wiesz, a przecież pilnujesz tzw. zbilansowanej diety, więc codziennie pijesz soki, jesz świeże owoce. Nic z tych rzeczy się w twoim przewodzie pokarmowym nie rozkłada, a więc zalega, następują procesy gnilne, a niestrawione resztki na różne sposoby cię trują. Zwieracz, czyli ta naturalna tama, o której mówiłyśmy, przestaje prawidłowo funkcjonować, a zawarty w sokach żołądkowych kwas solny podrażnia struny głosowe, błonę śluzową gardła, nosa. Błona śluzowa puchnie, masz katar, kaszel, chrypę.

W problemach z metabolizmem najbardziej zdradliwe jest właśnie to, że ich objawy niekoniecznie muszą być klasyczne: palenie w przełyku, wzdęcia, bóle brzucha, biegunki albo zaparcia. Pamiętam pacjentkę, atrakcyjną kobietę po pięćdziesiątce. Była pewna, że ma kłopoty z sercem, wciąż czuła ucisk na wysokości mostka. Badania nic nie wykazały. Niby była zdrowa, ale czuła się coraz gorzej. Zapytałam, co je. Tylko ciemne pieczywo, sałatki, owoce, żadnego alkoholu, zamiast słodyczy – jogurty z owocami (dla osób nadwrażliwych najgorsze z możliwych połączeń, fruktoza plus laktoza to niezwykle intensywne procesy fermentacyjne). Miała problem z utrzymaniem właściwej wagi. Jak to możliwe, skoro jadła tak „zdrowo”? Okazało się, że ma trudności ze strawieniem niemal wszystkiego. Pacjentka doszła do siebie, jedząc białe pszenne bułki i gotowane posiłki. Skąd wzięły się jej objawy? Odruchowo myślimy, że jelita to tylko dolna część brzucha. A to nieprawda – jeden z odcinków jelita leży dokładnie pod sercem. Nagromadzone w jelitach gazy mogą uciskać narządy, nerwy kręgosłupa. Taki ucisk może też promieniować na inne części ciała. Miałam już pacjentów skarżących się na bóle pod łopatką, na zesztywniałe ramię, promieniujące drętwienie aż do ucha, dolegliwości mylone z migreną, duszności, płytki oddech, obniżone lub podwyższone ciśnienie, kołatanie serca. Robili EKG, prześwietlali kości, chodzili na USG i nic.

Dobrym przykładem jest też refluks, czyli cofanie się treści żołądka do przełyku, który wcale nie musi się objawiać zgagą. Równie dobrze może skutkować objawami podobnymi do ataku astmy. Zresztą naukowcy do tej pory próbują rozwikłać zagadkę związku między tymi dwoma dolegliwościami.

Jeżeli traktujesz organizm i zachodzące w nim procesy jako całość, znacznie łatwiej znaleźć źródło cierpienia.

Jak sprawdzić, czy rzeczywiście mam nietolerancję pokarmową? Wodorowy test oddechowy (WTO) pozwala wykluczyć lub potwierdzić nietolerancję na laktozę i fruktozę. Dostajemy do wypicia specjalny roztwór i dmuchamy w urządzenie podobne do alkomatu. Trwa to nawet ponad dwie godziny, ale wyniki są znane od razu po zakończeniu badania. Nietolerancję histaminy wykrywa się zwykle, określając poziom diaminooksydazy (DAO) we krwi. Badania w kierunku nietolerancji glutenu zleci specjalista gastroenterolog.

Załóżmy, że zdiagnozowano u mnie nietolerancję. Co teraz? Trzeba wprowadzić odpowiednią dietę, dzięki której wreszcie poczujesz się dobrze. Chodzi też o to, żeby uspokoić organizm, pozwolić mu dojść do równowagi. A do tego potrzebna jest nie tylko dieta eliminacyjna, ale też bardzo delikatna, lekkostrawna. Całkowite wyeliminowanie glutenu, histaminy, fruktozy czy laktozy uważam za mit. Można je za to ograniczyć do minimum, to bardziej realny plan. Tym bardziej że niektóre zamienniki, na przykład wiele produktów bezglutenowych, to czysta chemia. Poza tym doradzałabym, żeby uzupełniać dietę witaminami i probiotykami (pod kontrolą lekarza) oraz regularnie stosować naturalne środki na trawienie. Te same, z których korzystały już nasze mamy i babcie. Tu także dobrze się konsultować, bo preparaty ziołowe mają przeciwwskazania. Trudniej jest, kiedy u pacjenta występuje kilka nietolerancji naraz. Nie może jeść na przykład glutenu, pieczywo żytnie czy pszenne mógłby zastąpić pieczywem z mąki gryczanej, tylko że w gryce jest mnóstwo histaminy, której on też musi unikać.

Brzmi jak wyrok. Nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego pacjenta. No to teraz dobra wiadomość. Organizm jest wspaniałomyślny, potrafi się zregenerować. Nietolerancja to jego wołanie o pomoc: „Hej, hej, traktowałaś mnie źle, zobacz, do jakiego stanu mnie doprowadziłaś!”. Pamiętajmy, że nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich. Coś, co świetnie odżywia zdrowego 20-latka, może osobę po pięćdziesiątce, która ma już spowolniony metabolizm, doprowadzić do poważnego kryzysu. Z mojej praktyki wynika, że – wbrew pozorom – najłatwiejszymi pacjentami są w przypadku nietolerancji dzieci, bo to u nich objawy znikają najszybciej. Pamiętam chłopca faszerowanego przez rodziców jogurcikami, serkami i koktajlami zwiększającymi ponoć odporność. Był spuchnięty, ociężały i coraz grubszy, chociaż uprawiał kilka razy w tygodniu sport. Oczywiście, nie trawił laktozy. Wrócił do formy już po sześciu tygodniach. Matki się boją, że dziecko nie będzie mogło jeść tego samego, co koledzy, że będzie się czuło nieakceptowane, a potem okazuje się, że ta specjalna dieta to jest szpan, coś, czego inne dzieciaki im zazdroszczą. Oczywiście, nie mówię o nietolerancjach wrodzonych, które objawiają się już u noworodków lub bardzo małych dzieci i o których nie można zapominać do końca życia, bo każde zaniedbanie może doprowadzić do przewlekłych chorób autoimmunologicznych. Ale większość przypadków, z którymi miałam do czynienia w swojej praktyce, to były krótkotrwałe kryzysy. Kiedy ciało się oczyszcza, znowu staje się ufne, przestaje się bronić. Objawy mijają, polepsza się cera, poprawia nastrój, lepiej śpimy. Możemy poczuć się tak, jakbyśmy właśnie wyszli z depresji. Urozmaicajmy wtedy naszą dietę ostrożnie, powolutku, cegiełka po cegiełce.

Kiedy wiadomo, że znowu możemy wszystko jeść? Nawet jeśli możemy, to czy musimy, ryzykując powtórkę z rozrywki? Nowe nawyki żywieniowe wchodzą w krew i stają się sposobem na życie. Swoim pacjentom, nieważne z czym do mnie przychodzą, powtarzam: „Spróbujcie jeść skromnie jak chłopi w XIX wieku”. To trochę żart, ale dużo w nim prawdy. Dzisiaj wybór jest tak duży, że tracimy zdrowy rozsądek. Jemy za dużo, mieszamy wszystko ze wszystkim, przesalamy, przesładzamy, dodajemy za dużo przypraw. Do tego dochodzą wypełniacze, konserwanty. To nie przypadek, że mamy dosłownie epidemię alergii, nietolerancji i różnych innych kłopotów z przemianą materii. A przecież my naprawdę jesteśmy tym, co jemy.

Arletta Walczewski dyplomowany lekarz medycyny naturalnej (heilpraktiker). Na co dzień pracuje w Naturheilzentrum Sandmann [Centrum Medycyny Naturalnej Sandmann] w Düsseldorfie.