1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dziurawiec - ziołowy sekret na przesilenie

Dziurawiec - ziołowy sekret na przesilenie

Żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. (Fot. iStock)
Żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Brak sił? Smutek? W marcu, gdy organizm na tyle wyjałowiony jest z pierwiastków i zmęczony zimą, że czarne myśli czepiają się nas jak paprochy ubrania, dziurawiec to trampolina dla nastroju. Warunek? Właściwe jego przyrządzenie.

Wiele osób uważa, że antydepresyjna moc dziurawca jest przesadzona. Bo piją napar z tego zioła i być może lepiej trawią, jednak nastrój cały czas im nie dopisuje. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. I żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. Jaka?

Substancje przeciwdepresyjne magazynowane są w drobniutkich zbiorniczkach na żółtych płatkach kwiatu dziurawca, które przypominają malutkie dziurki. To im właśnie roślina zawdzięcza swoją nazwę. Ich sekret kryje się w tym, że aktywizują się nie w wodzie, ale w tłuszczach lub alkoholu. Na lifting samopoczucia zadziała więc mocna nalewka z dziurawca, a jeśli ktoś woli stronić od alkoholu – czerwony syrop z tego zioła np. na oliwie.

W sieci możemy znaleźć liczne przepisy na antydepresyjny wywar z dziurawca. Niestety wywar taki nie istnieje. Pijąc herbatę z tego zioła, możemy liczyć natomiast na inne dobroczynne działania. Dziurawiec w postaci naparu reguluje doskonale pracę wątroby i dróg żółciowych oraz wspomaga leczenie wrzodów i nieżytów żołądka.

Jeśli melancholia, na jaką cierpimy, jest sezonowa i umiarkowana, terapia nalewką lub olejem z dziurawca to lepszy pomysł niż antydepresanty, w których spożyciu bijemy światowe rekordy. Nasze ziołowe lekarstwo możemy pić jedynie w pochmurną pogodę lub najwyżej przy niewielkim słońcu. Substancje aktywne rośliny wchodzą bowiem z promieniami słonecznymi nim w groźną dla skóry interakcję i może skończyć się poważnym uczuleniem. Dlatego między majem a wrześniem cudowny eliksir chowamy do szafki. Jest jeszcze jedno zastrzeżenie. Z dziurawcem nie można łączyć preparatów przeciwzakrzepowych, przeciwwirusowych i niesteroidowych leków przeciwzapalnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zioła na bezsenność

</a> Fot. iStock
Fot. iStock
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jak możemy wspomóc swój organizm i wyciszyć umysł, gdy cierpimy na zaburzenia snu? Co proponuje współczesna fitoterapia? – Oto kilka wskazówek z książki „DobraNoc” Karoliny i Macieja Szaciłło.

Autorką opisów ziół jest Julia Grat, fitoterapeutka z wieloletnim stażem.

Kozłek lekarski (Valeriana officinalis L.), inaczej waleriana

Surowcem leczniczym są kłącza i korzenie, zebrane późną jesienią w drugim roku wegetacji. Zawartość poszczególnych związków zależy m.in. od sposobu suszenia. Waleriana znajduje zastosowanie w zaburzeniach snu, stanach lękowych, nadmiernej pobudliwości, a także w zaburzeniach ze strony przewodu pokarmowego, głównie na tle nerwowym. Ekstrakty z kozłka ułatwiają zasypianie, wzmacniają sen i działają uspokajająco.

Kozłek stosowany jest pojedynczo lub wchodzi w skład preparatów złożonych, wykazuje bowiem pozytywne działanie w połączeniu z innymi ziołami o właściwościach uspokajających, np. z liśćmi melisy i szyszkami chmielu. Preparaty z kozłka lekarskiego należy stosować nie dłużej niż przez miesiąc, ponieważ mogą powodować skutki uboczne, takie jak mdłości i bóle brzucha. Nie powinny ich przyjmować kobiety w ciąży oraz karmiące piersią.

Melisa lekarska (Melissa officinalis L.)

Fot. iStock Fot. iStock

Surowcem leczniczym są liście zebrane w okresie poprzedzającym kwitnienie i wysuszone w odpowiedniej temperaturze. Substancją odpowiedzialną za uspokajające działanie melisy jest jej olejek eteryczny. Suszenie surowca w temperaturze przekraczającej 35°C, a także jego mechaniczne rozdrabnianie sprawia, że ten olejek się ulatnia, gdyż znajduje się on we włoskach gruczołowych melisy, które są delikatne i obłamują się podczas obróbki surowca (rozdrabnianie/mielenie). Dlatego gotowe herbatki z melisą często nie mają żadnej wartości terapeutycznej. Z tego względu najlepiej samemu uprawiać melisę w przydomowym ogródku lub w doniczce na parapecie, by móc korzystać ze świeżego surowca. Jeśli chcemy ją ususzyć, to obchodźmy się z liśćmi delikatnie i rozdrabniajmy je bezpośrednio przed użyciem. Melisa lekarska jest stosowana w stanach pobudzenia nerwowego, niepokoju, bezsenności oraz w związanych z nimi zaburzeniach rytmu serca i pracy przewodu pokarmowego. Za uspakajające i ułatwiające zasypianie działanie melisy są odpowiedzialne składniki olejku eterycznego. Uspakajające działanie wykazują niższe stężenia preparatów z melisy, natomiast wyższe dawki działają nasennie. Melisa w nadmiarze nie powinna być stosowana w przypadku niedoczynności tarczycy.

Chmiel zwyczajny (Humulus lupulus)

Fot. iStock Fot. iStock

Jest od wieków stosowanym surowcem o działaniu uspokajającym, w stanach zmęczenia i wyczerpania nerwowego oraz przy trudnościach w zasypianiu na tle nerwowym. W lecznictwie stosujemy owocostany chmielu i gruczoły chmielowe (lupulinę). Lupulina farmakologicznie wykazuje działanie zależne od dawki – uspokajające (0,25 g–0,5 g) lub nasenne (1 g). Szyszki chmielu można zastosować jako wsad do przygotowywania tzw. poduszki chmielowej, ułatwiającej zasypianie i utrzymanie ciągłości snu. W czasie przechowywania szyszek chmielu uwalnia się lotna substancja odpowiedzialna za efekt uspokajający. Chmiel zawiera również substancje o aktywności estrogennej i dlatego nie zaleca się go kobietom w ciąży oraz kobietom z hormonozależnymi nowotworami. Warto pamiętać, że chmiel jest jedną z nielicznych roślin posiadających właściwości tłumiące popęd płciowy u człowieka, w związku z tym przewlekle stosowany może skutkować nie tylko dobrym snem, ale i brakiem ochoty na amory.

Lawenda lekarska (Lavandula officinalis), synonim: Lavandula angustifolia (lawenda wąskolistna)

Fot. iStock Fot. iStock

Nie należy mylić lawendy lekarskiej z lawandyną, czyli hybrydą lawendy lekarskiej i lawendy szerokolistnej. W lecznictwie stosujemy kwiat lawendy w postaci naparów lub ekstraktów alkoholowych oraz olejek eteryczny. Lawenda lekarska jest stosowana od wieków jako lek uspokajający i ułatwiający zasypianie. Ze względu na jej skuteczność oraz bezpieczeństwo w stosowaniu jest ceniona przez fitoterapeutów i chętnie stosowana w stanach napięcia związanego ze stresem, jej zapach działa kojąco na układ nerwowy, dając efekt relaksu i wyciszenia. Lawendę lekarską można stosować u dzieci, ale tylko w postaci wodnych wyciągów lub w postaci aromaterapii, np. wąchanie bukiecika lawendy. Dla zapewnienia lepszego snu można umieścić w pokoju świeży bukiet z lawendy lub wsypać kwiaty lawendy do woreczka bawełnianego i umieścić go pod poduszką. Dobre efekty odprężające daje również kąpiel lawendowa (do kąpieli dodajemy 10 kropel olejku, najlepiej uprzednio rozprowadzonych w łyżce miodu lub jogurtu). Przeciwwskazaniem do stosowania lawendy jest ciąża oraz w przypadku stosowania olejku eterycznego (doustnie) zapalenie żołądka, jelit i wyrostka robaczkowego, poważne schorzenia wątroby i nerek.

Warto wiedzieć, że efekt uspokajający i nasenny ww. ziół będzie jednak w znacznej mierze zależał od zastosowanej dawki oraz jakości surowca (źle suszone zioła lub źle przechowywane mogą całkowicie być pozbawione opisanych właściwości). Małe dawki, często stosowane w preparatach złożonych, tłumią bodźce w ośrodkowym układzie nerwowym, a więc uspokajają. Z kolei duże dawki będą już działały usypiająco. Warto o tym pamiętać i zwracać uwagę na jakość surowca, a w przypadku gotowych leków ziołowych na ilość substancji czynnej w stosowanych preparatach. Nie zaleca się stosowania uspokajających preparatów ziołowych w sposób ciągły, tj. powyżej miesiąca.

Jeśli zaburzenia snu nie ustaną po zastosowaniu ziół oraz zmianie nawyków związanych z prawidłową higieną snu, powinniśmy skonsultować się z lekarzem.

Żaden preparat ziołowy nie zastąpi regularnego snu (stałe godziny snu, „niezarywanie nocy”), pełnowartościowej diety oraz codziennej dawki ruchu i kontaktu ze świeżym powietrzem i słońcem. Do problemu z zaburzeniami snu musimy podejść kompleksowo; preparaty ziołowe mają na celu doraźną pomoc, ale by poprawa nastąpiła na stałe, należy prowadzić zdrowy i higieniczny tryb życia.

Mieszanka na bezsenność według receptury Ojca Klimuszki

Zastosowanie w dolegliwościach ze strony systemu nerwowego skutkujących trudnościami w zasypianiu. Polecana wszystkim osobom funkcjonującym w warunkach stresu i pod presją otoczenia, w stanach nierównowagi emocjonalnej, w potrzebie wyciszenia i ukojenia zmysłów.

Przeciwwskazania: nadwrażliwość na którykolwiek ze składników oferowanego zestawu ziół (ze względu na zwartość dziurawca w mieszance, podczas jej stosowania należy uważać podczas ekspozycji na słońce oraz nie łączyć z lekami syntetycznymi). Nie stosować w ciąży i w okresie karmienia piersią.

Skład:

  • Liść melisy (Melisae folium)
  • Ziele marzanki (Asperulae herba)
  • Ziele nostrzyka (Meliloti herba)
  • Ziele serdecznika (Leonuri herba)
  • Korzeń kozłka (Valerianae radix)
  • Szyszka chmielu (Lupuli strobulus)
  • Ziele dziurawca (Hyperici herba)
  • Ziele bylicy (Artemisiae herba)
  • Kwiat wrzosu (Callunae flos)
  • Kwiat pierwiosnki (Primulae flos)
  • Kwiat bzu (Sambuci flos)
Sposób przygotowania naparu:

Wszystkie zioła (opakowania 50-gramowe) wysypać z torebek do dużego naczynia i dokładnie wymieszać. 1 łyżkę stołową ziół zalać 1 szklanką wrzątku, odstawić na 3 godziny. Przecedzić, lekko podgrzać, nie gotować, pić 3 razy dziennie 1/2 szklanki 20 minut przed jedzeniem, nie słodzić.

Schemat zalecanej kuracji ziołami Ojca Klimuszki:

  1. Zastosowanie pierwszego zestawu do wykończenia ziół. Przerwa 7 dni.
  2. Zastosowanie drugiego zestawu (ten sam skład). Przerwa 12 dni.
  3. Zastosowanie trzeciego zestawu (ten sam skład). Koniec kuracji.

  1. Zdrowie

Kontrowersyjna ayahuasca

 <strong>Cattleya Gosia Trojanowska</strong> przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)
Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

  1. Zdrowie

Pajączki - sygnał, że naczynia krwionośne wymagają leczenia

Warto pamiętać, że można ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. (Fot. iStock)
Warto pamiętać, że można ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Popękane naczynka na nogach i żylaki to nie tylko defekt kosmetyczny. To także sygnał, że naczynia krwionośne wymagają intensywnego leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Pękające naczynka oraz żylaki mogą być efektem wrodzonego osłabienia struktury ścian naczyń krwionośnych. W takiej sytuacji im wcześniej podejmie się działania profilaktyczne, tym większa szansa na uniknięcie problemu. Warto jednak pamiętać, że żylaki pojawiają się także u osób bez obciążeń dziedzicznych, jeśli są one narażone na tzw. czynniki ryzyka, jak praca siedząca lub stojąca, nadwaga, wzdęcia, zaparcia, a nawet noszenie ubrań uciskających w pasie. Ujawnianiu się żylaków sprzyjają również przewlekłe stany zapalne (zwłaszcza dotyczące samych żył), niepełnowartościowe odżywianie lub złe trawienie prowadzące do niedoborów witamin i minerałów, niektóre leki, a także cukrzyca i schorzenia wątroby.

W zależności od przyczyny dolegliwości trzeba dobrać odpowiednie leki homeopatyczne. Aesculus wzmacnia osłabione żyły, przeciwdziała powiększaniu się żylaków, a stosowany systematycznie może nawet obkurczyć rozszerzone naczynia, jeśli tylko ich ściana nie została zupełnie uszkodzona. Z kolei Hamamelis pomaga na żylaki, nawet jeśli występują krwawienia i zapalenie żył. Zmniejsza także zastój krwi w nogach i skłonności do obrzęków.

Osoby z tendencją do pajączków i żylaków powinny dbać o zróżnicowaną dietę, a zwłaszcza o to, by nie zabrakło w niej kaszy gryczanej, z której zresztą wytwarzane są leki wzmacniające żyły.

Dr Partap S. Chauchan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Według ajurwedy bezpośrednią przyczyną powstawania na nogach pajączków i żylaków jest zwiększone ciśnienie w dolnej połowie ciała. Otyłość, ciąża, zmiany hormonalne są najczęstszymi przyczynami wywołującymi to zjawisko. Ale powody mogą też być inne, np. długotrwałe stanie, sporty obciążające nogi, zbyt obcisłe spodnie, unikanie aktywności fizycznej oraz niewłaściwa dieta. Zauważono także, że osoby z dominującą doszą vata cierpią z powodu żylaków bardziej niż inne.

Aby przeciwdziałać powstawaniu kłopotów, należy postawić na dietę, która przyczyni się do uelastycznienia ścianek naczyń krwionośnych. Jadajmy więc jak najczęściej produkty zawierające pełne ziarna, świeże owoce (niedobory witaminy C przyspieszają pękanie naczynek krwionośnych) oraz te wysokobiałkowe (poza czerwonym mięsem). Doprawiajmy posiłki imbirem, czosnkiem, cebulą, które ułatwiają wchłanianie białka. Nieocenione okażą się też marchew i szpinak.

W profilaktyce oraz leczeniu przydatne będą ajurwedyjskie zioła brahmi. Doskonałe efekty przynosi też ruch: regularna praktyka jogi (szczególnie pozycje pługu i świecy); ćwiczenia, choćby rozciągające mięśnie nóg, wymachy, rowerek; chodzenie po schodach itp.

Dr n. med. Ocz  Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Żylaki mogą się robić zarówno na żyłach, jak i tętnicach. Trzeba też pamiętać, że pojawiają się one nie tylko tuż pod skórą, gdzie są widoczne gołym okiem, lecz także na naczyniach głęboko położonych i dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, gdy zaczynamy odczuwać ból i inne dolegliwości. Dlatego warto, by każda osoba po 55. roku życia, zwłaszcza z grupy ryzyka, wykonała tzw. USG dopplerowskie ukazujące m.in. drożność naczyń, by w razie potrzeby jak najwcześniej podjąć leczenie (niestety, stany zaawansowane wymagają interwencji chirurgicznej, która niekiedy daje powikłania).

Kolejnymi czynnikami sprzyjającymi powstawaniu żylaków są zablokowane kanały energetyczne wątroby, nerek i narządów rodnych, a także podwyższony poziom lipidów we krwi. Zauważono również, że częściej na żylaki zapadają osoby, które mają nie do końca sprawnie działający układ wegetatywny, co objawia się m.in. zimnymi stopami i dłońmi, a także cierpiące z powodu obrzęków.

Możemy jednak ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. Na co dzień powinniśmy unikać wszelkich używek oraz tłustych pokarmów, zastępując je białym gotowanym mięsem, blanszowanymi (lub gotowanymi) owocami i warzywami, prażoną z masłem ghee kaszą jaglaną. Popijajmy w dużych ilościach lekkie kompoty bez cukru. Konieczne są też ćwiczenia. Polecam zwłaszcza świecę, stanie na głowie, wymachy nóg w przyklęku, chodzenie na palcach i piętach na zmianę oraz wszystkie ćwiczenia rozciągające mięśnie i ścięgna nóg. Kobiety powinny na zmianę nosić buty na wysokich obcasach i zupełnie płaskie. Warto także co jakiś czas poddawać się moksoterapii, akupunkturze oraz mongolskiemu masażowi punktowemu momp. Te zabiegi poprawiają przepływ energii w całym organizmie i udrażniają naczynia.

  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza? Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy? Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami? Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu. Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował? Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy? Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ... To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać. A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności? Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia? Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk? Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów? Nie ma.

Po co to robimy? W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności? To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę. Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać? To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane. Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł? W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO? Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto? Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski? Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych. A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami. To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze. Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin. Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy? Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zdrowie

Zespół cieśni nadgarstka - przyczyny, objawy, leczenie

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zaliczasz się do grupy współczesnych „korposapiens” i spędzasz  wiele godzin dziennie, stukając palcami w klawiaturę? Uważaj, bo może ci grozić zespół cieśni nadgarstka. 

Zaliczasz się do grupy współczesnych „korposapiens” i spędzasz  wiele godzin dziennie, stukając palcami w klawiaturę? Uważaj, bo może ci grozić zespół cieśni nadgarstka. 

Kiedyś zespół cieśni nadgarstka rozwijał się u kobiet w wieku 50–60 lat i to na ręce dominującej (tzn. częściej używanej, a więc u praworęcznych był to prawy nadgarstek). Obecnie ze względu na pracę z komputerem dotyka on wszystkich „korposapiens” i to już w okolicach trzydziestki! Przy czym kobiety mają większe tendencje do rozwoju cieśni ze względu na wahania hormonów: w drugiej połowie cyklu i w czasie ciąży, kiedy we krwi krąży więcej progesteronu, nasze ciała mają skłonność do obrzęków.

Jak do tego dochodzi?

Kanał nadgarstka można porównać do zwężenia na autostradzie. Jest na niej spory ruch: nerwy i ścięgna to całkiem gruba wiązka komunikacyjna. Biegnie swobodnie, ale w kanale nadgarstka jest tunel i zwężenie jezdni. Kiedy choć jeden z elementów przebiegających przez ten tunel ulega pogrubieniu, reszcie przestaje być wygodnie: robi się już nie tylko ciasno, elementy zaczynają się nawzajem uciskać. Najczęściej pogrubieniu ulegają pochewki ścięgien mięśni zginaczy – czyli, ogólnie mówiąc, grubieją ścięgna. Dlaczego? Z przepracowania: nasze ścięgna w kanale nadgarstka przechodzą niezłą siłownię przez wiele godzin dziennie: prowadzenie samochodu, głaskanie psa czy wreszcie praca na klawiaturze to właśnie taka siłownia. Wszystko, co zmusza nadgarstki i palce do wykonywania powtarzalnych i wielokrotnych ruchów, prowadzi w końcu (zwykle po latach) do pogrubienia ścięgien, a w rezultacie zespołu cieśni nadgarstka.

Jakie są objawy?

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. Drętwienie początkowo dokucza w bezruchu, dlatego pojawia się głównie w nocy. Jest na tyle nieprzyjemne, że potrafi obudzić! Myślimy wtedy zazwyczaj: „Mocno spałam, leżałam na ręce, krążenie osłabło” i staramy się rozmasować zdrętwiałą dłoń. Wiele osób mówi, że pomaga strzepywanie palców – określają to „strzepywaniem bólu”. Ale takie zabiegi pomagają tylko na początku. W kolejnych stadiach ból i drętwienie pojawiają się także w ciągu dnia; z czasem dołącza do nich problem z precyzyjnym chwytem – potrafi nam nawet wypaść szklanka z ręki. Ten etap wymaga już interwencji chirurga.

Czy mnie to dotyczy? Zrób test Phallena

Jeśli drętwieją ci dwa najmniejsze place, to raczej oznacza problem z nerwem łokciowym, a drętwienie całej ręki wskazywałoby na kłopoty z kręgosłupem szyjnym lub barkiem. Jeśli chcesz sprawdzić, czy dotknął cię zespół cieśni nadgarstka, możesz zrobić bardzo prosty test Phallena: wyciągnij ramię przed siebie i zrób maksymalne dłoniowe zgięcie nadgarstków (dłoń wygnij w kierunku wnętrza i przytrzymuj drugą dłonią). Wytrzymaj tak do dwóch minut. W ten sposób zamkniesz kanał nadgarstka, czyli zwiększysz ucisk na nerw pośrodkowy. Jeżeli pojawi się ból i drętwienie, to prawdopodobnie masz zespół cieśni nadgarstka. Ponieważ jednak jeden test nigdy nie daje całkowitej pewności, najlepiej jest zrobić też USG nadgarstka, by zbadać przepływy nerwu pośrodkowego.

Jak zapobiegać? Jak leczyć?

Ulgę w cierpieniu z pewnością przyniosą odpowiednie ćwiczenia. Można je również traktować jako profilaktykę. Warto przynajmniej 2-3 razy w tygodniu wykonywać okrężne ruchy nadgarstka przez kilka minut, a poprawi się ukrwienie i zapobiegniemy powstawaniu przykurczów. Regularna gimnastyka sprawi, że nadgarstki będą w dobrej kondycji i uchroni je przed kontuzjami i przeciążeniami. Wskazane są także krótkie przerwy przy długotrwałej pracy nadgarstków, podczas których ćwiczy się ręce, szyję i barki.– Pomocne mogą okazać się także zimne okłady zmniejszające obrzęk. Zdecydowanie należy unikać ciepłych kompresów. Jeśli dopada mrowienie, pomaga zginanie i prostowanie palców – radzi dr Alina Blacha, specjalista ortopedii. Zastrzega jednak, że jeśli profilaktyczne ćwiczenia okażą się niewystarczające, konieczna jest wizyta u lekarza, który skieruje na odpowiednie badania. Ważne jest, aby nie zwlekać z decyzją o diagnostyce i leczeniu tego schorzenia, gdyż zbyt długo trwający ucisk nerwu prowadzi do nieodwracalnych zniszczeń w samym nerwie.

W zapobieganiu pojawienia się zespołu cieśni nadgarstka lub jego leczeniu pomogą także ergonomiczne akcesoria komputerowe, takie jak podkładka pod nadgarstek wypełniona żelem czy funkcjonalna klawiatura. Dzięki ergonomicznej klawiaturze ręce układać będą się w naturalnej pozycji i umożliwiać palcom bezwysiłkowe naciskanie klawiszy. Ale podstawą jest właściwa pozycja. Przy pisaniu na klawiaturze ręce powinny być zgięte pod kątem prostym w taki sposób, aby nadgarstki były ułożone równolegle do blatu biurka. Ważne, aby mieć proste plecy i nie pochylać do przodu ramion a nogi zginać w kolanach pod kątem prostym.