1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak utrzymać wakacyjną energię i nie popaść w "holiday blues"?

Jak utrzymać wakacyjną energię i nie popaść w "holiday blues"?

By naładowane po wakacjach
By naładowane po wakacjach "baterie" służyły nam jak najdłużej trzeba nimi dobrze zarządzać. (iStock)
Koniec – urlopu, wakacji, lata. Nie każdemu łatwo się z tym pogodzić. Pojawia się stres, czasem nawet pourlopowa depresja. Buntujemy się, że ktoś zabrał kawałek naszego prywatnego nieba. A przecież ono wciąż jest, tyle że teraz przybrało trochę inne kolory. Pora je docenić.

Niektórzy czują tę nostalgię już w sierpniu, inni dopiero pod koniec września, kiedy kalendarz nieodwołalnie pokazuje jesienną równonoc, zapowiada „w tył zwrot” – w stronę mroku. Co bardziej wrażliwi wzruszają się, opróżniając walizkę po urlopie albo piorąc letnie ubrania. Przypominają – jakbyśmy mogli zapomnieć! – że już wracać czas. Do pracy, do codzienności. I jak tu się nie buntować, nie użalać nad sobą, nie posmutnieć?

Holiday blues

Piszę ten tekst w środku upalnego sycylijskiego lata, w drugim co do wielkości mieście na wyspie. W dzielnicy, w której koguty przez cały dzień pieją jak oszalałe... Przyjechałam tu na kilka miesięcy i już wiem, że ciężko będzie wracać. Miałam ochotę na pomarańcze – te czerwone, zwane zresztą sycylijskimi. Ale z jakichś powodów nie mogłam ich dostać. Wreszcie spytałam sprzedawcę, o co chodzi. Spojrzał na mnie jak na cudzoziemkę: „Signora, to nie pora! Nasze pomarańcze zbiera się zimą”. Umysł zawiesił się. A potem przyjął rzecz do wiadomości. A nawet przytaknął: co za pomysł, żeby uganiać się za pomarańczami latem!

Włosi mają dużą świadomość cykli. I – nie da się ukryć – wartościują je. Lato (i wiosnę, w każdym razie najcieplejsze miesiące) nazywają po prostu bella stagione (piękna pora). Wakacje to dla nich rzecz święta. Cierpią, kiedy dobiegają końca. Postanowiłam więc sprawdzić, co mówią i piszą na ten temat. Jak się ratują.

Nie da się ukryć – dramatyzują nieco. Koniec wakacji to dla nich koniec relaksu, zabawy, beztroski, czasu dla siebie i dla partnera. Koniec przygody, przebywania w innym, lepszym świecie. Wracają sztywny rytm i rutyna. Zamknięta przestrzeń biura i być może niewdzięczne zadania... Do tego terminy, pośpiech. Korki. Prawdziwy szok! Nic dziwnego, że lista możliwych objawów jest długa: nerwowość, zmęczenie, ociężałość, uczucie przytłoczenia, niepokój, brak koncentracji, zaburzenia snu, brak apetytu... Włoscy psychologowie nazywają to „syndromem powrotu” albo „syndromem powakacyjnym”. Amerykanie używają terminu „holiday blues”, u nas mówi się nawet o „depresji pourlopowej”.

Endorfiny i winogrona

Na szczęście lista remediów proponowanych przez Włochów jest jeszcze dłuższa:
  • przebywaj jak najwięcej na słońcu (w naszej strefie klimatycznej – przynajmniej na świeżym powietrzu);
  • jedz owoce i warzywa;
  • otaczaj się życzliwymi ludźmi;
  • pozwalaj sobie na przyjemności – kto powiedział, że są zarezerwowane tylko na czas wakacji?
  • oddawaj się aktywności fizycznej – zapewni ci przypływ endorfin, czyli dobre samopoczucie. Wykorzystaj jak najlepiej weekendy – na odpoczynek, zabawę, może wycieczkę?
  • bądź dla siebie łagodna – wracaj do codziennych obowiązków stopniowo, nie narzucaj sobie zbyt frenetycznych rytmów (zwykle potrzeba około tygodnia, by dostosować się na nowo do warunków pracy).
Ustal priorytety, zaplanuj przerwy. Jeśli możesz delegować niektóre zadania na innych, zrób to. Po jakimś czasie podejmij jednak nowe wyzwania – to ważne, żeby wciąż wytyczać sobie cele.

A wspomnienia? Czy warto zaprzątać sobie nimi głowę, czy lepiej skupić się na słynnym „tu i teraz”? Właściwie kto zabroni ci myśleć o przyjemnych rzeczach? Są przecież, po doświadczeniu, które stało się twoim udziałem, częścią ciebie... Dlatego…

  • czuj wdzięczność, że odpoczęłaś, że byłaś tam, gdzie byłaś. I że masz do czego wracać...
  • może uda ci się włączyć jakieś elementy urlopu do codziennego życia? Może podczas podróży zainspirował cię jakiś przepis i zechcesz przetestować go w swojej kuchni? Albo – czemu nie – udekorować biurko zdjęciami z urlopu?
  • tak naprawdę – wbrew zaleceniom nauczycieli od „tu i teraz” – możesz nawet zacząć planować kolejne wakacje... Da ci to energię i motywację do podejmowania codziennych wyzwań.
Wiadomo – są jeszcze kwestie związane ze zdrowiem, z zarządzaniem własną energią. Warto zadbać o regularny sen i posiłki, ale też nie wprowadzać z dnia na dzień surowego reżimu – to może być zbyt bolesne. Jeśli na przykład po szaleństwach wakacji planujesz mały (albo duży) detoks, poczekaj z nim chwilę, żeby zaoszczędzić ciału szoku. Nie szarżuj. Na regulację rytmów dobowych Włosi polecają czerwone winogrona.

Powinność i pomarańcze

To, jak czujemy się po powrocie z wakacji, zależy w dużej mierze od tego, co zastajemy na miejscu. Czy jesteśmy zadowoleni z naszego życia. Oddalenie się od miejsca stałego zamieszkania to szansa na spojrzenie na swoje życie z nowej perspektywy. Wyłapanie tego, co być może kwalifikuje się do poprawki. Niektóre odkrycia mogą zbić cię z tropu. Potraktuj je jako szansę na rozwój. Daj sobie chwilę na refleksję, na oddech. A potem zdecyduj, czego chcesz naprawdę...

À propos rozwoju – taka myśl dr Annalisy Di Giacomo na temat powinności i przyjemności, które psycholożka z Agrigento traktuje jako dwie strony tego samego medalu. „Powinność i przyjemność powinny koegzystować w harmonii i jeśli w naszym umyśle zakorzeniło się przekonanie, że jedna może przeważyć nad drugą, zaczynamy działać wbrew naszemu rozwojowi i dobremu samopoczuciu” – twierdzi Sycylijka. Z drugiej strony... Żyjemy w społeczeństwie, które cierpi na wiele dolegliwości i niewygód. I na każdą istnieje co najmniej jedno remedium. Brakuje ci słońca? Weź witaminę D, doświetl się. Jesteś smutna? Obejrzyj komedię! Otóż czasem też można nie robić nic. Dać sobie prawo do smutku, dostrzec jego piękno. Zaakceptować. W ślad za tym przyjdzie akceptacja życia, w którym wszystko polega na zmienności, na cyklach.

Mamy skłonność do sztywnych podziałów: coś jest dobre, a coś złe, coś przyjemne, a coś wręcz przeciwnie. Tak zwana codzienność nie jest szczególnie wysoko punktowana na tej skali. A przecież – nie oszukujmy się! – przedłużane w nieskończoność wakacje też musiałyby spowszednieć. Może więc warto odczarować ten mit codzienności, do której przyczepił się epitet „szara”. Tak naprawdę możesz ją pomalować na dowolny kolor... Na przykład pomarańczowy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak kierować swoją energią, żeby uwolnić się od stresu i wewnętrznych konfliktów?

Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (fot. Getty Images)
Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Cel – nie dać się stresom. Strategia – chronić własną energię. Przede wszystkim przed... nami samymi. Bo nic nas tak nie osłabia jak wewnętrzny chaos i konflikty. Spójność, harmonia i świadomość siebie to nasze najważniejsze zasoby – tłumaczy coach Lidia Czarkowska.

Jakie wewnętrzne zasoby mogą nam pomóc radzić sobie ze stresem? Rozumiem, że rozmawiamy o stresie jako o czymś, co nas podkopuje, drenuje z energii? Bo może być też stres stymulujący, konstruktywny.

Chodzi mi o wewnętrzne zasoby, które nas wzmacniają, sprawiają, że tak zwana rzeczywistość nas nie przerasta. To ważne pytanie, choć nieczęsto je sobie zadajemy. Co nam daje energię, a co nas jej pozbawia? W tym sensie najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. Bo nic tak nas nie osłabia jak chaos i wewnętrzne konflikty. Ważne jest też nasze osobiste nastawienie do tego, co nas spotyka. Często przytaczam takie dwa zdania: doświadczenie to suma popełnionych błędów. Oraz: doświadczenie to nie jest to, co nas spotyka w życiu, tylko to, jak reagujemy na te wydarzenia i co zrobimy z tym, co nas spotyka. Takie podejście to wielki potencjał obronny przed stresem i załamaniem. Można powiedzieć, że same wydarzenia zewnętrzne to są tak zwane fakty. Na doświadczenie składają się jednak również nasze reakcje i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Dlatego jeden człowiek, gdy straci pracę, może wpaść w depresję, a inny uzna, że to świetna okazja, by coś w życiu zmienić i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Choć mam świadomość, że taka zmiana sposobu myślenia jest możliwa, wiem, że nie jest to szybka droga. A kto powiedział, że ma być?

Nie chciałaby pani, żeby były takie sposoby radzenia sobie ze sobą jak nowoczesne pigułki przeciwbólowe? Szybko, skutecznie i już z uśmiechem kręcimy się na karuzeli Nie ma szybkich rozwiązań dających trwałe efekty, choć są rozwiązania proste. Na przykład jedna z zasad Huny mówi, że wszystko, czemu dajemy energię – rośnie. Tak jakbyśmy pielęgnowali ogród. Te rośliny, których doglądamy, mają się dobrze. Te, które zostawiamy samym sobie, obumierają. Takim doglądaniem jest nasza uwaga, bo za nią podąża energia. Jeśli chcemy wyhodować szczęście, powinniśmy się koncentrować na tym, co w naszym życiu dobre, a nie na tym, co nam się nie udało. A to oznacza m.in. nie rozpamiętywać złych chwil, nie snuć czarnych scenariuszy, nie nurzać się zbyt długo w trudnych emocjach. To jeden ze skuteczniejszych sposobów zmiany myślenia.

Który wymaga dyscypliny i dużej samoświadomości. Dlatego od tego zaczęłam. Samoświadomość pozwala panować nad życiem. Bez niej jesteśmy bezbronni, zależni od okoliczności. To podstawowy zasób, który należy pielęgnować. Sposobów jest mnóstwo. Na przykład coaching dysponuje konkretnymi narzędziami ułatwiającymi samopoznanie. Dzięki nim jesteśmy w stanie ustalić, na czym polega nasz obecny wewnętrzny chaos, na jakim poziomie są konflikty, niespójności. Jeśli to wiemy, możemy z tym pracować. Jeden z modeli pokazuje na przykład, że nasze działanie jest zawsze wypadkową trzech czynników: tego, co myślimy na dany temat, jakie mamy w związku z tym emocje i czego chcemy. Komponent wolicjonalny, czyli wola, umiejscowiony jest w brzuchu, komponent emocjonalny, czyli uczucia – w sercu, a komponent poznawczy, czyli nasze przekonania i myśli – w głowie. Gdy głowa, serce i brzuch mówią jednym głosem, kiedy wszystkie te trzy sfery są spójne, działamy zgodnie ze sobą, nie wytracamy energii. Do tego należy dążyć. Problem w tym, że rzadko kiedy tak się dzieje.

Większość ścieżek rozwojowych mówi to samo: należy dążyć do tego, by nasze ciało, serce i umysł były zjednoczone. Bo kiedy tak się dzieje, możemy spełniać swoje marzenia, działamy zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coaching też to zaleca. To, o czym mówię, to klasyczny psychologiczny model postawy. Pięknie opisuje nasz wewnętrzny świat i walki, jakie w nim toczymy. Bo co się dzieje na przykład, kiedy w jakiejś sprawie nasz umysł i serce nie są w zgodzie? Częsta sytuacja: wiem, na poziomie głowy, że palenie mi szkodzi, ale tak bardzo to lubię, że nie umiem sobie odmówić. Albo nie mam ochoty przestać. W efekcie – palę, ale próbuję ciągle rzucić palenie albo mam poczucie winy, miotam się. W każdym przypadku kosztuje mnie to sporo energii.

Może być też tak, że chcę czegoś i nie chcę jednocześnie. Na przykład zjeść czekoladkę i nie zjeść czekoladki. Pójść gdzieś i nie iść. Niespójność może występować na wszystkich poziomach, nie tylko pomiędzy poszczególnymi elementami, ale też w obrębie każdego z nich. To, co pani mówi, oznacza, że musimy popytać siebie bardziej szczegółowo o motywację, zajrzeć głębiej. Jedną z przyczyn wewnętrznych konfliktów jest niespójność celów. Mamy ich zwykle wiele w życiu, w dodatku nie zawsze są one uświadomione. Niektóre stawiamy sobie sami, inne przejmujemy, na przykład od rodziców, albo narzuca nam je kultura. W dodatku to się zmienia w czasie. Często panuje tu niezłe zamieszanie. Warto co pewien czas robić z tym porządek. Wypisać sobie te cele, uporządkować, zhierarchizować. Niektóre okazują się nieaktualne, a inne wzajemnie się blokują. Typowym objawem takiej sytuacji jest to, że czegoś chcemy i jakoś nam się to nie udaje. Na przykład planujemy, że od przyszłego roku zaczniemy płatne studia, ale jakoś nie możemy odłożyć na nie pieniędzy. Mamy cel, ale działania wcale nas do niego nie przybliżają, wręcz przeciwnie. To znaczy, że nasz faktyczny, głęboki cel jest inny niż ten zadeklarowany, podejmujemy decyzję na głębszym poziomie, choć czasem nawet tego sobie nie uświadamiamy.

Dla mnie ważnym momentem było uświadomienie sobie, że czasem podejmuję decyzję, choć wydaje mi się, że tego nie robię, tylko „tak wyszło” albo „tak trzeba”. Coaching zgadza się tu z Biblią: po owocach nas poznacie. Wynik pokazuje, jaka ostateczna decyzja zapadła, nawet jeśli jej sobie nie uświadamiamy. Jeśli nie pojechałam na wakacje, „bo jakoś tak wyszło”, to po prostu znaczy, że gdzieś w sobie podjęłam taką decyzję, że nie jadę. Rozumiem jednak, skąd się bierze przekonanie, że to nie była decyzja. Kiedy mówimy: „podjęłam decyzję”, to znaczy potocznie, że pojawiła się w mojej głowie jakaś myśl na ten temat.  Ale to iluzja. Ostateczna decyzja zapada wtedy, gdy za czymś podąży nasza energia. A emocje mają najwyższą energię, więc to one decydują. I tu wracamy do naszego trójkąta: brzuch – serce – rozum. Jeśli nie ma spójności, decyzja mentalna może mieć się nijak do ostatecznego wyniku. Albo może się dziać coś, choć pozornie nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo nie zaistniała na poziomie myśli.

Co jeszcze może powodować brak wewnętrznej harmonii? Często zdarzają się nam konflikty na poziomie przekonań i ról. By to zrozumieć, proponuję ćwiczenie, które jest wersją używanego w coachingu koła jakości życia. Rysuję sobie kwiatek ze środkiem i płatkami. Płatków jest tyle, ile ról, jakie odgrywam w życiu. Np. jestem mamą, żoną, wykładowcą, autorem publikacji, trenerem, coachem, córką, przyjaciółką itd. A środek to jest moje ja, czyli to, kim jestem jako człowiek. Kiedy już to wszystko mam, mogę się przyjrzeć, ile czasu i energii wydatkuję na bycie w poszczególnych rolach. I czy mi to odpowiada. Może któraś rola za bardzo dominuje i to mi nie pasuje. Sprawdzam, czy są w tym rysunku jakieś słabe miejsca, role, które chciałabym wzmocnić. Oczywiście, może być tak, że z którejś z nich świadomie rezygnuję w danym momencie. Ale bywa, że nie panuję nad tym, i taki deficyt mnie na dłuższą metę osłabia, bo czuję się niespełniona. W ostatecznym rozrachunku energetycznym ważne jest określenie, ile czasu, energii i uwagi zabiera każda z ról, a ile daje.

Jak to ocenić? Generalnie jest tak, że rola nas karmi, gdy jest spójna z nami. Na przykład jeśli bawię się beztrosko z moimi dziećmi, czerpię z tego siły. Jeśli spędzam z dziećmi czas, ale w głębi duszy tego nie lubię, tylko to robię, bo czuję, że powinnam, zabiera mi to energię. To subiektywna sprawa. Trzeba to sobie uświadomić, bo zawsze są jakieś możliwości, by dopasować tę rolę do siebie. Wówczas nie tracimy energii. Jeśli jest odwrotnie, drenujemy się z energii i osłabiamy. Tracimy radość życia. Walka z samym sobą nas zjada.

Tylko że do tego trzeba wiedzieć, kim się jest. Po to jest w tym ćwiczeniu środek kwiatka. Kim jestem? Gdybym spytała o to panią, co by pani odpowiedziała?

Hm... sobą. Super. A co to dla pani znaczy?

Że się nie boję. No i jest w tym jakaś radość, wolność. Co panią wyróżnia spośród innych ludzi, którzy też są sobą?

Trudno mi to nazwać, byłoby mi to łatwiej pokazać. Świetnie. Powiem pani, co zobaczyłam w tym ruchu. Kreatywność i lekkość. Coś jeszcze?

Chyba wystarczy. Rozumiem, że w ten sposób można to odkryć? Tak. Choć dla wielu ludzi takie ćwiczenie jest trudne, bo mają kiepski dostęp do siebie. Np. definiują siebie tylko poprzez role. Skończyłam takie a takie studia, nie pracuję, mam tyle a tyle lat, jestem kobietą. Trzeba długo pracować, by pomóc im oddzielić siebie od ról. Czasem ludziom pomagają etykietki, symbole, określenia o charakterze porównawczym, np. jestem wcieloną dobrocią. Poszukują nazwy na swoją tożsamość.

Mnie przychodzi na myśl motyl. Świetnie. A więc pani jest motylem, który pełni funkcje dziennikarki, matki, żony itp. Jak to się ma do siebie? Każda rola ma swoje ramy, które określają, co się w niej mieści, a co nie. Rola społeczna to jest pakiet oczekiwań przypisanych do konkretnej pozycji w strukturze społecznej. Poza tym są jeszcze oczekiwania konkretnych osób. Na przykład jestem żoną i to ma konkretne społeczne i kulturowe ramy, ale oprócz tego są jeszcze oczekiwania mojego męża, moje własne, moich teściów itp. Dlatego na styku ja – rola dochodzić może do wewnętrznych konfliktów, które, jak już mówiłyśmy, są energetycznie kosztowne. Możliwy jest konflikt pomiędzy osobą a rolą, pomiędzy rolami, konflikt w roli – istnieje nieskończenie wiele odmian tej sytuacji. Choćby na poziomie wartości: ktoś jest katolikiem i ginekologiem, który dokonuje aborcji. Albo w ramach samej roli, np. menedżer średniego szczebla, od którego zwierzchnicy oczekują, że będzie uległy wobec nich, ale nieugięty wobec podwładnych.

Przeżywałam spory konflikt między moją osobowością a rolą matki. Dużo mnie to kosztowało, wpadłam niemal w depresję, nie mogąc sprostać wymaganiom. Wcale mnie to nie dziwi: tu motyl, a tu odpowiedzialność, przyziemność, dbanie o innych... podczas takiej analizy zadałybyśmy sobie pytanie: jak napisać dla pani rolę mamy. Jak kreatywnie stworzyć ją na nowo, by mogła pani ją odegrać z radością. Chodzi o to, by nasze role przedefiniować, a nie z nimi walczyć. Wojna zawsze nas osłabia. Jeśli to, co robię, zmusza mnie do udawania kogoś, kim nie jestem – więdnę, słabnę. Jeśli moja dusza emanuje poprzez to, co robię – rozkwitam. Do takiej spójności dążymy. To w sumie proste.

dr Lidia D. Czarkowska: psycholog, socjolog, antropolog; konsultant, trener, coach, mentor i superwizor. Od ponad 20 lat wspiera rozwój ludzkiego potencjału. Założycielka i dyrektor w latach 2010-2018 Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego, Twórca i kierownik trzech kierunków studiów podyplomowych: Coaching profesjonalny, Coaching menedżerski oraz Mentoring, adiunkt w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Leona Koźmińskiego. Mama czwórki dzieci. Miłośniczka gór, tanga i kotów.

  1. Zdrowie

Życiowy potencjał w medycynie wschodniej - skąd możemy czerpać energię?

Fot. iStock
Fot. iStock
W ujęciu Tradycyjnej Medycyny Chińskiej potencjał, jakim będziemy dysponować przez całe życie jest określony już w chwili narodzin. Chińczycy nazywają go energią przedurodzeniową. Składa się na nią potencjał naszych rodziców, naszych przodków, a więc to, co dzisiejsza nauka dostrzegła w genach. I na to nie mamy wpływu.

W ujęciu tradycyjnej medycyny chińskiej potencjał, jakim będziemy dysponować przez całe życie jest określony już w chwili narodzin. Chińczycy nazywają go energią przedurodzeniową. Składa się na nią potencjał naszych rodziców, naszych przodków, a więc to, co dzisiejsza nauka dostrzegła w genach. I na to nie mamy wpływu.

Z każdym dniem i godziną każdemu z nas ubywa tej energii – dlatego się starzejemy.

Ale na tempo utraty życiowego potencjału mają wpływ: energia czerpana z pożywienia, z powietrza i z umysłu. Dzięki temu możemy i powinniśmy świadomie oddziaływać na stan naszej energii życiowej – wspomagać fizyczne i psychiczne zdrowie, i w ten sposób opóźnić proces starzenia.

Energia z pokarmu

Energię chi, bo tak się ją określa, możemy czerpać z właściwego dla naszych indywidualnych  potrzeb pokarmu. Nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich ludzi, ale podstawą pożywienia każdego dbającego o swoje zdrowie człowieka powinny być wszystkie jadalne nasiona (mają dużo własnej chi i są w łańcuchu pokarmowym oddalone od ludzkiego DNA). Należą do nich przede wszystkim zboża, wszelkiego rodzaju kasze, ale również nasiona roślin strączkowych, np. groch, fasola oraz takie przysmaki, jak orzechy, migdały, pestki słonecznika, dyni itp. Pokarmy sprzyjające zdrowiu to również warzywa i owoce spożywane w różnych wersjach, zarówno surowe, jak i na ciepło. W piramidzie zdrowia ostatnie miejsce zajmują pokarmy zwierzęce, a wśród nich pokarmy ssaków będących genowo najbliżej białka ludzkiego (należy do nich wieprzowina), potem białko mięsa ptaków i ryb.

Energię do życia czerpiemy też z powietrza, dlatego tak duże znaczenie mają ćwiczenia oddechowe oraz jakość powietrza, którym napełniamy nasze płuca. Aktywność fizyczna sprzyja czerpaniu tej energii wraz z tlenem transportowanym przez pęcherzyki płucne do krwi.

Energia generowana przez umysł

Najpotężniejszą porcją energii można zasilić się (ale i, niestety, osłabić) poprzez sterowanie własnym umysłem. Jeśli w życiu przeważają mądrość, przyjacielskość, współczucie, sprawiedliwość i uczciwe zamiary nasz umysł zdolny jest zrekompensować nawet niedomagania ciała. Zdolny jest też dać radość życia i poczucie sensu w każdej zastanej chwili. To czyni człowieka nieustraszonym.

Strach natomiast jest najbardziej destrukcyjną emocją dla nerek, od których, według tradycyjnej medycyny chińskiej, zależy energia chi. Współczesnemu człowiekowi, bardziej niż kiedyś, towarzyszy strach przed starością i przemijaniem. W dawnych czasach starość była atutem, mówiło się np. z szacunkiem „zacny staruszek”. W niektórych kulturach tylko starzec mógł być uznany za mędrca. W kulturze zachodniej zewsząd podsycany kult młodości czyni człowieka nieodpornym na najbardziej naturalne ze wszystkich naturalnych zjawisk – przemijanie.

Jeśli mamy dobrej jakości energię życiową, nie boimy się przemijania i przyjmujemy spokojnie to, co lata niosą.
Tymczasem słyszy się dokoła, że młodość może nam przedłużyć lek od ginekologa, skalpel chirurga czy zabieg u kosmetyczki. Wszystko to sprawia, że przestajemy być świadomi możliwości własnego organizmu, a naturalne procesy, jakie w nim zachodzą jawią się jako choroba, która wymaga leczenia. Jednym z przykładów może być okres menopauzy. Lansowane hormony, zwane eliksirem ryzyka, nie są jedynym środkiem do łagodzenia objawów menopauzy i na pewno nie są  eliksirem zdrowia. Oprócz działania onkogennego (ryzyko choroby nowotworowej) obciążają wątrobę, która musi sobie poradzić z ich metabolizmem. Ponieważ wątroba jest też odpowiedzialna za poziom niektórych czynników krzepnięcia, pojawia się możliwość wystąpienia choroby zakrzepowej. W medycynie Wschodu i Zachodu niejednakowo respektuje się powiązania narządowe warunkujące homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną wszystkich układów ciała ludzkiego.

Ojciec medycyny, Hipokrates podkreślał, że naczelną zasadą leczenia jest „po pierwsze nie szkodzić”. A więc, jeśli działanie lekarza ma spowodować szkody większe niż sama choroba, należy przyjąć inną strategię. Przecież takie objawy jak gorączka czy ból często ostrzegają przed tym, co zaczyna się dziać w chorym organizmie. Mogą więc stać się jego sprzymierzeńcem poprzez szybką mobilizację układu odpornościowego (w podwyższonej temperaturze na przykład intensywnie produkowane są przeciwciała, a mniej intensywne jest namnażanie się bakterii, wirusów i innych patogenów). Oczywiście medycyna Zachodu w sytuacjach załamania się układu odpornościowego, urazach, nieodwracalnych lub wrodzonych defektach zdrowia przejmuje dowodzenie i jej zasługi są niekwestionowane. Jednak w wielu  przypadkach przewlekłych schorzeń sama nie zdaje egzaminu i powinna czerpać z mądrości medycyny Wschodu.

Dr n. med. Wiesława Stopińska: lekarka rodzinna i pediatra; dyplomowana akupunkturzystka. Propaguje i stosuje w praktyce lekarskiej naturalne metody diagnozowania i leczenia obok metod akademickich. Autorka książki "Medycyna. Między wschodem a zachodem".

  1. Styl Życia

Kreatywni po wakacjach. Jak wrócić do pracy z uśmiechem?

Powrót do pracy po urlopie bywa trudny. Nawet jeśli lubimy to, co robimy, to siedzenie wiele godzin przed komputerem jest monotonne i może frustrować. (Fot. Getty Images)
Powrót do pracy po urlopie bywa trudny. Nawet jeśli lubimy to, co robimy, to siedzenie wiele godzin przed komputerem jest monotonne i może frustrować. (Fot. Getty Images)
Czy pierwszy dzień w pracy po urlopie musi oznaczać powrót do rutyny? Wcale nie! Trenerka rozwoju osobistego Dagmara Gmitrzak radzi, żeby nie wkręcać się w tryb narzekania, a wypoczęty umysł wykorzystać do twórczego myślenia.

Czy pierwszy dzień w pracy po urlopie musi oznaczać powrót do rutyny? Wcale nie! Trenerka rozwoju osobistego Dagmara Gmitrzak radzi, żeby nie wkręcać się w tryb narzekania, a wypoczęty umysł wykorzystać do twórczego myślenia.

Powrót do codzienności po urlopie bywa trudny. Nawet jeśli lubimy to, co robimy, to siedzenie wiele godzin przed komputerem jest monotonne i może frustrować. Co zrobić, żeby ten etap przejść łatwiej? Wszelka przerwa, zwłaszcza jeśli różni się od codzienności, daje możliwość zdystansowania się do rzeczywistości pracowej, więc urlop – poza oczywistą korzyścią zregenerowania się – niesie możliwość szerszego oglądu sytuacji po powrocie, ponieważ mamy niższy poziom hormonów stresu: kortyzolu i adrenaliny, a to wzmacnia kreatywne myślenie. Dla wielu osób powrót do pracy może nawet wiązać się z przyjemnymi emocjami, bo spotykają się z niewidzianymi przez jakiś czas kolegami, mogą wymienić wspomnienia wakacyjne. Należy pamiętać, że niechęć do pójścia do pracy nie musi wynikać z samego jej charakteru – bo w gruncie rzeczy wielu z nas lubi to, co robi – ale ze stresu, który przekłada się na jej negatywne postrzeganie. Zestresowani widzimy całą rzeczywistość w szarych tonacjach, więc i pracę. Urlop pozwala nam „zabarwić” ten filtr – po powrocie jesteśmy naładowani energią słońca, wiatru, wody i przyrody, mocniej czujemy swoją sprawczość.

Odwróciła pani moje myślenie... Faktycznie, powrót z urlopu może przynieść nie żal, a nowe otwarcie. Tak, zwłaszcza że jest to też szansa na poprawienie relacji społecznych, bo wszyscy jesteśmy wypoczęci, lepiej nastawieni do siebie. Nikomu nie chce się psuć sobie nastroju i stanu psychofizycznego wdawaniem się w kłótnie czy rywalizację. W efekcie koniec wakacji może okazać się dobrym momentem dla zespołów, żeby twórczo zastanowić się nad kolejnym rokiem. W tym kontekście warto również podkreślić, żeby samemu nie wchodzić w tryb narzekania, żalu za wakacjami, tylko cieszyć się z możliwości odpoczynku i rozpocząć nowy sezon w dobrym nastroju. Taka uważność pozwala dłużej zachować energię z urlopu. A przecież zależy tylko od nas!

Zatem wracamy do pracy wypoczęci, po udanym urlopie, co wyzwala większą kreatywność. Jak ją wykorzystać do wprowadzenia zmian w pracy? To oczywiście w pewien sposób zależy od tego, co robimy i na ile kreatywność jest na naszym stanowisku potrzebna. Ale w większości przypadków, jeśli spojrzymy „z góry” na naszą pracę, to zauważymy, że pewne rzeczy możemy wykonywać inaczej. I zanim wpadniemy w wir czytania zaległych maili, warto spokojnie się nad tym zastanowić.

W jaki sposób? Może warto wykorzystać ćwiczenie „dlaczego tworzysz” z pani książki „Obudź swoją kreatywność” i zadać takie pytanie w odniesieniu do swojej pracy, czyli: dlaczego robię to, co robię? Tak, dobrze jest przypomnieć sobie, co nas inspiruje, co sprawia, że chce nam się rano wstać. A jeśli przestaliśmy już czuć te wartości na co dzień, warto zastanowić się, jak znowu poczuć pasję sprzed lat. Życie jest dynamiczne, wzloty i upadki są naturalne, także w pracy, więc i momenty zniechęcenia czy nawet chwilowego wypalenia są nieuniknione. Czasem wystarczy zadać pytanie skierowane do umysłu kreatywnego, bo jeśli wchodzimy w przestrzeń intuicyjną, pojawiają się inspiracje: spotykamy kogoś, trafiamy na odpowiednie zdanie w książce, dochodzi do pewnych na pozór przypadkowych zdarzeń. Nie ma w tym żadnej magii, Jung nazwał to synchronicznością. Mnie samej wielokrotnie to się zdarzyło.

Jak najlepiej upewnić się, czy to, co podpowiada nam wyobraźnia, jest dla nas dobre? Warto skupić się na reakcji ciała na ten obraz. Jak na przykład reaguje ciało na myśl, że zaktywizuję teraz kontakty społeczne? Czy czuję lekkość, ekscytację, pozytywne poruszenie w sercu i brzuchu? To oznacza, że warto iść za tą inspiracją i sprawdzić, dokąd nas zaprowadzi. Odczucie niechęci, skurcz ciała mogą oznaczać, że potrzebuję teraz pobyć więcej z samym sobą. Dobrze zadać sobie kolejne pytania, aby mieć jasność, co będzie dla mnie najkorzystniejsze.

A jeśli nie chcę robić życiowej rewolucji, ale jednak wciąż się rozwijać, to jak znaleźć coś ciekawego w tym, co robię? Najlepiej wrócić do pytania o to, co ma dla mnie największy sens. To jest pytanie o pewien rodzaj misyjności. Wyjaśnię to na przykładzie zawodu dziennikarza. Przecież dziennikarz to messenger, czyli ktoś, kto pośredniczy w przepływie prawdziwych informacji. I jeśli okaże się, że tam, gdzie pracuje, nie jest w stanie wypełniać swojej misji, to może jednak trzeba zrobić rewolucję życiową i poszukać nowego miejsca.

Warto też przywołać teorię inteligencji wielorakich Howarda Gardnera, zgodnie z którą ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, jakie rodzaje inteligencji mamy najbardziej rozwinięte. Bo na przykład osoba o rozwiniętej inteligencji interpersonalnej nie będzie szczęśliwa w introwertycznym czy stechnokratyzowanym środowisku. Nie będzie mogła korzystać ze swojego daru nawiązywania kontaktów z ludźmi.

Nie zawsze jednak jesteśmy gotowi na radykalną zmianę, może więc, mimo znużenia pracą, dobrze ją utrzymać i szukać realizacji „po godzinach”? Oczywiście, czasami po prostu nie możemy sobie pozwolić na zmianę pracy, mimo że przeważa w niej rutyna. Wtedy pasja, w której odnajdujemy sens, tym bardziej będzie nam dawała napęd do życia. Mam klientkę, która po godzinach szyje piękne misie. Dzieci je uwielbiają. Nie robi z tego biznesu, ale czerpie satysfakcję, która napędza ją do działania. Dziś mamy wiele możliwości realizowania pasji niezależnie od wieku. I warto z tego korzystać, bo w ten sposób możemy uzyskać dostęp do nieużywanego na co dzień aspektu siebie i odmłodzić się mentalnie.

Wyobrażam sobie, że może to nawet okazać się korzystne dla tej nużącej nas pracy, bo dotarcie do niewykorzystywanych zasobów kreatywności pozwoli inaczej podejść do zadań zawodowych... Jak najbardziej. Ale może zdarzyć się i tak, że pasja wyzwoli w nas taką kreatywność, że jednak postanowimy zmienić zawód, na co wcześniej nie byliśmy w stanie się porwać. To nie dzieje się od razu, czasami po roku czy dwóch ktoś podejmuje decyzję i robi skok w nieznane. Ja to nazywam „skokiem jaguara”, który robi coś mimo odczuwania lęku. To właśnie jest odwaga! Albo – tak jak przywołany przeze mnie w książce tzw. człowiek renesansu – możemy się nauczyć łączyć pasje i umiejętności, żeby wykorzystać je w różnych zawodach.

Koncepcja człowieka renesansu to ciekawe rozwiązanie na nasze czasy, bo przecież dziś nie możemy się przywiązywać do zawodu na całe życie. Dokładnie tak. Bycie człowiekiem renesansu oznacza wiele pasji i wiele uzdolnień. Ryzyko, jakie widzę przed osobami o takich cechach, to brak wzorców, przez co one same biorą swoją wewnętrzną różnorodność za wadę, a i przez innych postrzegane są często jako nieodpowiedzialne, niezdecydowane. Ale bycie człowiekiem renesansu jest bardzo cenne, bo stwarza wiele scenariuszy. Niektórzy wykonują jeden rodzaj pracy zimą, inny latem. Ja z kolei pracuję naprzemiennie, na przykład przez jakiś czas piszę, co jest bardziej introwertyczne, a potem organizuję warsztaty i mam intensywny kontakt z ludźmi. Takie osoby muszą opracować własny model pracy. Czasami z pomocą eksperta albo przez lekturę książek o tej tematyce. Akurat w „Obudź swoją kreatywność” dużo o tym piszę.

Może warto wykorzystać na to właśnie moment powrotu z wakacji, kiedy mamy bardziej  otwarty umysł? I to będzie przejaw naszej kreatywności, która wcale nie polega na strzelaniu setką pomysłów na sekundę, lecz jest umiejętnością umysłu, w którą każdy z nas jest wyposażony. Jeśli tylko stworzymy dla niej odpowiednie wewnętrzne warunki, czyli brak rozproszenia uwagi i otwartość na inspirację, możemy się niepostrzeżenie znaleźć w stanie przepływu, zwanym flow. A wtedy nagle wpadamy na twórcze rozwiązania jakiegoś problemu albo czujemy chęć do zrobienia czegoś kreatywnego. Po prostu.

Dagmara Gmitrzak, trenerka rozwoju osobistego, terapeutka, autorka książek, m.in. "Obudź swoją kreatywność. Jak aktywować twórczy potencjał umysłu". 

  1. Styl Życia

Potrzebujemy pozytywnych wiadomości

Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój. Potrzebujemy więcej pozytywnego przekazu. (Fot. iStock)
Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój. Potrzebujemy więcej pozytywnego przekazu. (Fot. iStock)
Za dużo złych informacji zwiększa poziom stresu, dekoncentruje, obniża kreatywność. Masz dość przygnębiających newsów? Dzięki aplikacji Asystent Google, możesz na żądanie otrzymać garść dobrych informacji.

Za dużo złych informacji zwiększa poziom stresu, dekoncentruje, obniża kreatywność. Masz dość przygnębiających newsów? Dzięki aplikacji Asystent Google możesz na żądanie otrzymać garść dobrych informacji.

Każdego roku przyswajamy średnio dziesięć tysięcy informacji -  w większości opisują negatywne wydarzenia. W 2013 roku na łamach “Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, ukazał się raport amerykańskich naukowców. Celem badania było sprawdzenie, w jaki sposób reagujemy na negatywne newsy. Okazało się, że oglądanie, a często wyłącznie czytanie, dramatycznych informacji, wywoływało takie same reakcje w organizmie, jakie zaobserwować można u uczestników traumatycznych zdarzeń: poziom stresu był tym większy, im więcej negatywnych newsów otrzymywali respondenci.

Do podobnych wniosków doszła grupa naukowców z Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, która w 2017 roku opublikowała wyniki raportu na temat negatywnego wpływu “konsumowania newsów”. Odczuwanie niepokoju, lęk, zmęczenie i problemy ze snem, to tylko niektóre z najczęściej wymienianych objawów, które pojawiały się u osób regularnie sprawdzających wiadomości z kraju i ze świata.

Rolf Dobelli, autor książki “Sztuka jasnego myślenia", analizując badania z dziedziny psychologii i neurologii, podsumował, że czytanie wiadomości jest dla nas po prostu szkodliwe. Nie tylko wywołuje agresję i zwiększa poziom stresu, ale także obniża pamięć, dekoncentruje i pozbawia umiejętności kreatywnego myślenia. Dobelli wskazał największe zagrożenia płynące z nieustannego przeglądania newsów i chęci “bycia na bieżąco”: konsumowanie informacji jest nie tylko niezdrowe dla naszego organizmu, ale także nie uczy nas niczego wartościowego o życiu i nie stara się objaśniać otaczającego nas świata.

Dziennikarstwo rozwiązań: pisać mniej, ale lepiej

Wyniki największego na świecie badania konsumpcji wiadomości w Internecie “Digital News Report” z 2019 roku, potwierdzają wnioski, do których wcześniej doszli już naukowcy. Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój, ponad połowa wskazuje, że media nie dbają o to, by czytelnicy rozumieli szerszy kontekst opisywanych wydarzeń, a jedna trzecia zauważa, że newsów jest po prostu zbyt dużo.

Pośród informacyjnego szumu coraz trudniej znaleźć wiadomości, które nie potęgują poczucia bezsilności, ale poszerzają horyzonty i motywują odbiorców do kreatywnego myślenia. Odpowiedzią na problemy związane ze współczesnymi mediami może być cieszące się coraz większym zainteresowaniem tzw. dziennikarstwo rozwiązań.

David Boardman, dziekan na wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Filadelfii wspólnie z Davidem Bornstainem z “The New York Times”, kilka lat temu założyli The Solution Journalism Network, niezależną organizację promującą idee dziennikarstwa rozwiązań, zakorzenionego w tradycyjnym dziennikarstwie śledczym. W wywiadzie dla radia TOK FM David Boardman zauważył, że ludzie na całym świecie tracą zaufanie do mediów, co z kolei przyczynia się do zwiększonego poczucia bezradności. Coraz więcej osób rezygnuje z poszukiwania informacji, zamiast tego wolą oglądać seriale na Netflix. Dziennikarstwo rozwiązań nie zostawia odbiorców z poczuciem bezradności, pokazując, że opisywany problem już gdzieś się pojawił i został skutecznie rozwiązany. Ponadto wzmacnia obywatelskie inicjatywy i zachęca ludzi do angażowania się w ważne dla społeczności wydarzenia.

Ideę dziennikarstwa rozwiązań wykorzystuje serwis Outriders, nowa inicjatywa na mapie polskich mediów. “W Outriders zajmujemy się światem, bo coraz trudniej nam go zrozumieć. Ale czy chcemy, czy nie, ma on wpływ na sytuację w Polsce. Jesteśmy idealistami, wierzącymi w obiektywne i rzetelne dziennikarstwo.” W ten sposób w 2017 roku, poprzez platformę crowfundingową Wspieram.to, twórcy zachęcali do finansowego wsparcia projektu. W krótkim czasie udało się zebrać ponad 100 proc. sumy potrzebnej do rozpoczęcia działalności Outriders, dzięki czemu dziennikarze związani z serwisem mogą dziś tworzyć pogłębione i jakościowe artykuły, opisujące ważne wydarzenia ze świata. O czym można przeczytać w cotygodniowym briefie przygotowanym przez redakcję? Między innymi o pszczołach, które chronią przed konfliktami ludzi ze słoniami, o chińskiej inicjatywie przeciwko marnotrawieniu żywności, prywatnych firmach kompostujących odpady w Nowym Jorku czy o rdzennych ludach i niszczeniu ich środowiska naturalnego.

“Powiedz mi coś dobrego”

W maju 2020 roku polski zespół Outriders nawiązał współpracę z firmą Google, w ramach inicjatywy, która ma na celu popularyzowanie dziennikarstwa rozwiązań. Asystent Google, aplikacja, która działa jak wirtualny pomocnik, to zalążek sztucznej inteligencji oraz bardzo pomocna funkcja w smartfonie. Wyszukuje informacje w Internecie, może zrobić za nas zakupy, zarezerwować bilet do kina, a nawet zaśpiewać piosenkę. Polska jest trzecim krajem, po Stanach Zjednoczonych i Francji, która może korzystać z nowej funkcji Asystenta. Wystarczy po uruchomieniu aplikacji powiedzieć “Ok Google, powiedz mi coś dobrego”, aby usłyszeć polskie streszczenie pozytywnych newsów publikowanych przez światowe media, opracowane przez zespół Outriders.

Pozytywnymi newsami związanymi z odpowiedzialną konsumpcją i życiem less waste dzieli się również blogerka Paulina Górska. Cotygodniowa akcja na Instagramie #dobryczwartek to podsumowanie najważniejszych, wyłącznie dobrych, wiadomości związanych z ekologią. Na Instagramowym koncie @eko.paulinagorska można przeczytać o studentkach, które opracowały biodegradowalne testy ciążowe, amerykańskim startupie, który wymyślił metodę mającą powstrzymać degradację koralowców czy o pływających ogrodach dla kaczek w parku Wilsona w Poznaniu.

Może następnym razem zamiast przeglądania negatywnych newsów z kraju i świata, poproś Asystenta Google, aby powiedział ci coś dobrego?

  1. Psychologia

Tęsknota mnie zżera. Dlaczego tęsknimy?

Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Zdrowe przeżywanie tęsknoty za ukochaną czy ukochanym wymaga sporej dojrzałości. Tęskniąc, lawirujemy pomiędzy dwiema „niekompatybilnymi” emocjami: doświadczaniem braku i poczuciem więzi. Sztuką jest odnalezienie równowagi. Czy tęsknota oznacza miłość? Czy zawsze tęsknimy za tymi, których kochamy?

Czym jest tęsknota? Trudno jednoznacznie określić. Tęsknić wcale nie jest łatwo. To wręcz ambitne zadanie. By przeżywać tęsknotę za ukochanym czy ukochaną, trzeba umieć tolerować w sobie całą gamę emocji: poczucie opuszczenia, ubytku, osamotnienia, frustracji, braku, a jednocześnie więzi, przywiązania, wspólnoty i miłości. Trzeba umieć być blisko, ale też dopuszczać świadomość, że ukochana osoba jest odrębnym, wolnym człowiekiem, i pozwalać jej na oddalanie się.

A czy tęsknota oznacza miłość? Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. Dla niektórych to tak trudne połączenie, że w ogóle nie są w stanie przeżywać tęsknoty.

Pierwsze rozstanie

Dlaczego różnie przeżywamy tęsknotę za ukochanym? Ponieważ każdy z nas inaczej przeszedł we wczesnym dzieciństwie separację od matki. Czym jest tęsknota w tak młodym wieku? Otóż małe dziecko nie odróżnia siebie od matki, czuje, że „mama i ja to jedno”. Kiedy ma mniej więcej sześć miesięcy, zaczyna spostrzegać: „to, co zapewnia mi komfort i przetrwanie, to nie jestem ja”. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że matka jest odrębną istotą, niemożliwą do skontrolowania. To, że do szczęścia, bezpieczeństwa i przetrwania potrzebuje czegoś zewnętrznego, budzi jego frustrację.

Umiejętność przyszłego tolerowania rozdzielenia, braku i tęsknoty za ukochaną osobą zależy w dużej mierze od tego, jak rozegrała się ta pierwsza, kluczowa separacja: czy moment ten przebiegł łagodnie, był dla dziecka do zniesienia, czy zerwanie symbiozy było gwałtowne i budzące poczucie zagrożenia. Jeśli mama oddalała się od dziecka, by zająć się innymi sprawami, ale wciąż była w zasięgu wzroku czy słuchu i reagowała na wołanie, a znikając na jakiś czas, dbała, by maluch pozostawał pod troskliwą opieką, wówczas dziecko powoli uczyło się tolerować świadomość oddzielenia. Jeśli jednak mama znikała i wołana nie przychodziła (zdarzają się rodziny, w których się uważa, że płacz dziecka należy „przetrzymać”) lub zostawiała je zbyt długo same, pod opieką rożnych opiekunek, dziecko przeżywało wstrząs. Gdy proces separacji nie przebiega łagodnie, maleństwo doświadcza rozstania z matką jak utratę kawałka siebie, wręcz fizyczne uszkodzenie.

Kolejny ważny etap to powrót mamy. Opuszczone dziecko jest wściekłe na nią i jej chwilową niedostępność, ponieważ rozstanie budzi w nim bardzo gwałtowne uczucia – przecież oddalił się od niego komfort! I kiedy mama wraca, maluch nie umie poukładać sobie w głowie: „to jest dobra mama, ta, która wróciła”; wciąż czuje: „to jest zła mama, ta, która odeszła”. I reaguje na matkę agresją, np. odpychając ją od siebie albo gryząc pierś. W takim momencie rolą mamy jest zrozumienie złości dziecka i mądre jej tolerowanie. Jeśli jednak mama sama zaczyna odpowiadać złością, wyrabia w dziecku negatywne mechanizmy. Maluch czuje wtedy, że jego wściekłość i frustracja nie są przyjmowane, że niszczą relację. Tymczasem tylko harmonijne „spotkanie” tych trzech etapów: spostrzeżenia odrębności, łagodnej separacji i poczucia bezpieczeństwa także w wyrażaniu negatywnych emocji, pozwala w duszy maleńkiego człowieka zbudować umiejętność przeżywania tęsknoty za ukochaną osobą i oddzielania się od obiektu miłości.

Druga lekcja

Kiedy dziecko ma około roku, przeżywa jeszcze jeden moment oddalania się od mamy: zaczyna chodzić, szybko rośnie i jeszcze szybciej się uczy. Odkrywa mnóstwo nowych rzeczy. Odkrycie własnej sprawności powoduje, że dziecko czuje się wszechmogące i balansuje na granicy czegoś, co w psychologii nazywamy manią – bardzo podniesionym nastrojem. Maluch nabiera poczucia niezależności od mamy, chwilami wręcz mama jest mu w ogóle niepotrzebna.

Bardzo ważne jest to, jak matka znosi tę swoją chwilową „bezużyteczność” i jak przyjmuje dziecko z powrotem, kiedy maluch demonstruje, że nie radzi sobie sam. Niedojrzała emocjonalnie mama będzie obrażona i odepchnie dziecko: „teraz to ja ciebie nie chcę, radź sobie sam”, albo będzie triumfowała: „a widzisz, nie trzeba było od mamusi odchodzić”. Dojrzała natomiast cieszy się z rosnącej samodzielności dziecka i pozwala mu czuć się doskonale, także kiedy się oddala. Rozumie, w jak drażliwym położeniu jest dziecko, które do niej wraca; zdaje sobie sprawę z tego, że może się czuć przerażone czy bezradne. Powinna je przytulić, pocałować i powiedzieć: „chodź, skarbie, mamusia cię kocha”. Tym bardziej że ten moment jest kolejnym etapem w rozwoju, determinującym, jak w dorosłym życiu będziemy przyjmować tęsknotę.

Trzy ataki

Osoba, której rozwój na opisanych wyżej etapach nie przebiegł harmonijnie, będzie miała w dorosłym życiu problem, by w zdrowy sposób oddzielać się od partnera i radzić sobie z tęsknotą za ukochanym. Ktoś, kto nie rozumie, czym jest tęsknoty nie toleruje, musi jakoś ją stłumić, wyprzeć lub uciec przed nią. Może mieć poczucie, że to uczucie jest nie do zniesienia, bo jest kojarzone z katastrofą, utratą części siebie, miłości, a nawet kompletnym zawaleniem się świata. A skoro uczucie to nie jest oswojone, trzeba je jakoś zaatakować. Wyróżniamy trzy reakcje: zaatakowanie więzi, zaatakowanie znikającej osoby albo zaatakowanie siebie jako kogoś, kto tęsknotę za ukochaną osobą czuje.

Atak na więź może z zewnątrz wyglądać jak świetna zabawa, ponieważ mamy do dyspozycji tzw. obronę maniakalną – ucieczkę w dobry nastrój. Nie chcąc doświadczać uczucia straty, uznajemy, że więź nie jest dla nas niczym wartościowym, a czasowa utrata ukochanej osoby nie jest żadnym brakiem. To nawet dobrze, że ktoś się oddala, wyjeżdża, wreszcie poczujemy się znów wolni i niezależni. Bliscy dziwią się, że choć zostaliśmy opuszczeni, mamy nawet lepszy humor, oddajemy się wielu aktywnościom i świetnie się bawimy. Dochodzimy do wniosku, że więź jest w sumie czymś negatywnym, czymś, co nas nie wzbogacało, ale ograniczało. Takie osoby z reguły twierdzą, że tęsknota za ukochanym czy ukochaną jest oznaką słabości albo emocjonalnego uzależnienia.

Atak na partnera wbrew pozorom nie polega na zrobieniu mu awantury, że znowu wyjeżdża, nieodbieraniu jego telefonów czy nieodpisywaniu na SMS-y. Wyrażenie negatywnych emocji to dobry znak: wskazuje, że wiemy, co nas wścieka, że nam go brakuje i że to właśnie budzi nasz gniew. Problem rodzi się, gdy kierujemy tę niezgodę na tęsknotę do środka: atakujemy partnera w swoim sercu. Każdy z nas buduje sobie własny obraz ukochanej osoby. I żeby nie tęsknić, trzeba go zniszczyć. Na czym to polega? Gdy żona planuje wyjazd, już sama zapowiedź takiej separacji sprawia, że zaczyna się mężowi wydawać brzydsza, głupsza, mniej interesująca. I o to chodzi: jeżeli umniejszy wartość żony, to nie będzie tęsknić, bo jak tu tęsknić za kimś, kogo nisko się ceni? Niestety, istnieje ryzyko, że ta dewaluacja przestanie być chwilowa. Żona za jakiś czas wróci, ale jej wartość już niekoniecznie wzrośnie.

Trzecia strategia walki z tęsknotą za ukochaną osobą – atak na siebie – to odtworzenie wczesnodziecięcych uczuć, echo dziecięcych przeżyć. Separacja wywołuje w nas uczucie utraty kawałka siebie. Ogarnia nas wewnętrzna pustka, stan rozbicia – ale nie rozumiemy dlaczego, nie umiemy tego uczucia powiązać z brakiem, czyimś zniknięciem. Zaczynamy napadać na siebie: skoro jestem opuszczany, to jestem nic niewart, nie spełniam oczekiwań. W najskrajniejszym przypadku tracimy motywację, by wstać rano z łóżka. W wersji łagodniejszej myślimy: znowu nawaliłem, nie sprawdzam się w związkach. Rozłąka powoduje, że nie radzimy sobie w pracy, jesteśmy słabsi w rywalizacji i nawalamy z wypełnianiem obowiązków. Bardzo ważnym krokiem ku zdrowieniu będzie odkrycie, uświadomienie sobie, że to właśnie tęsknota z ukochaną osobą i jej czasowy brak sprawiają, że gorzej radzimy sobie z codziennością.

Siła napędowa

Czy tęsknota oznacza miłość do drugiej połówki? Nie, nie tylko do niej. Nie tylko nieobecny partner może być źródłem tęsknoty. Tęsknimy za rodzicami, którzy odeszli lub mieszkają daleko, rodzinnymi stronami, spokojem, pewnymi wartościami, dzieciństwem, miłością, jakąś ideą, stanem jedności z ukochaną osobą, roztopieniem się w niej, czasem czujemy tęsknotę niesprecyzowaną, której źródło trudno wskazać. Dla dorosłego człowieka tęsknota może być motorem wielu działań. Jednych ta tęsknota wyprawia na duchową ścieżkę, innych wysyła w podróż dookoła świata, jeszcze innych na drogę niesienia pomocy potrzebującym; niektórych pcha w coraz to nowe ramiona. Bez względu na rodzaj tęsknoty warto poszukać jej początku. Bez obaw – kiedy go znajdziemy i zrealizujemy naszą tęsknotę, nie stracimy siły napędowej. Doświadczymy raczej uspokojenia, poczujemy się pewniej, kompletniej, bardziej adekwatnie.

Przykład? Ktoś z powodu przeszłych traum odrzucił swoich rodziców, zerwał z nimi kontakty. Jednak tęsknota za wpojonymi wartościami i bezwarunkową miłością może powodować, że mimo separacji osoba ta realizuje jakieś plany rodziców lub przejęła cechy odrzuconego rodzica. I kiedy to zrozumie, przepracuje, poczuje się pewniej. Zrozumienie i akceptacja tęsknoty da jej dużą dawkę energii, uwolni ze starych więzów, pomoże wejść na nową ścieżkę, da poczucie, że coś odzyskała. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym łagodniej i spokojniej przeżywamy tęsknotę.

Jak wytropić, za czym tęsknimy? Jak odkryć, czym jest tęsknota, którą odczuwamy? Czasem trzeba poszukać pomocy terapeuty, ale często, choć my tego nie widzimy, potrafią to zauważyć bliskie nam osoby.

To, że za czymś tęsknimy, nie znaczy, że nasze życie jest nieudane. Czasem pojawia się tęsknota za poprzednimi partnerami, za przeszłymi przeżyciami albo sytuacjami i wtedy zaczynamy się zastanawiać: „skoro tęsknię, to znaczy, że nie jestem szczęśliwy?”. Owszem, momenty tęsknoty mogą oznaczać, że czegoś nam brakuje. Ale ten brak nie wyklucza szczęścia. Jeśli nie będziemy dewaluować tego, co mamy, i negatywnie myśleć, np. „mój partner jest nie taki” czy „znowu nie uda mi się wyjechać na wymarzone wakacje”, tęsknota nam nie zaszkodzi. Trzeba tylko zrozumieć, że możemy szczęśliwie żyć, nie mając wszystkiego.

Tomasz Tuszewski psycholog, psychoterapeuta. Zajmuje się głównie klasyczną, długoterminową psychoterapią indywidualną, choć prowadzi także terapie grupowe.