1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Masz temperament? Szybciej zajdziesz w ciążę!

Masz temperament? Szybciej zajdziesz w ciążę!

123rf.com
123rf.com
Okazuje się, że kobiecy temperament zależy od poziomu hormonów reprodukcyjnych. Sangwiniczka łatwiej zajdzie w ciążę, niż osoba o melancholijnym usposobieniu.

Temperament kobiet ma związek z poziomami hormonów reprodukcyjnych w cyklu menstruacyjnym, a tym samym z płodnością - zbadali polscy biolodzy, antropolodzy i psycholodzy z Polskiej Akademii Nauk, Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej (SWPS), Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Z ich badań wynika, że osoby aktywne, odporne na stres, o silnej psychice i dużej wytrzymałości, mają dwukrotnie więcej estradiolu niż te bardziej wrażliwe i mniej wytrzymałe.

I tak największe prawdopodobieństwo zapłodnienia badacze przypisują sangwiniczkom, bo mają też - oprócz temperamentu - najlepszy profil progesteronu, który bardziej sprzyja zagnieżdżeniu zarodka w przypadku zapłodnienia. To wyjaśnia dlaczego niektóre kobiety mają problemy z zajściem w ciążę także w formie in vitro.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Światowy Dzień Dziecka Utraconego. Rozmowa z autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu

Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, inicjatorką projektu.

O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu, darmowego e-booka, skierowanego do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich.

Skąd pomysł na instrukcję? Instrukcja Obsługi to seria darmowych poradników, której zadaniem jest rozminowywanie tematów będących tabu, a związanych z naszym codziennym życiem i zdrowiem. Skoro utraty ciąży doświadcza aż 7 na 10 kobiet, to dlaczego nie dyskutujemy o tym w przestrzeni publicznej?! Licząc mężczyzn i członków rodzin, poronienie w sumie dotyka prawie każdego z nas. Instrukcja o Poronieniu jest drugą odsłoną cyklu. W październiku 2019 roku wydaliśmy Instrukcję o Raku Piersi. Może to zabrzmi górnolotnie, ale Krótką Instrukcją chcemy zmieniać świat i to, jak ludzie ze sobą rozmawiają.

Kto tworzy wasz e-book? Poradnik powstał w modelu partycypacyjnym, głos zabrali rodzice po utracie ciąży, przedstawiciele fundacji, fantastyczni ginekolodzy, psychoterapeuci, położnicy i prawnicy. Zależało nam na tym, żeby zobaczyć perspektywę wszystkich osób zaangażowanych w temat poronienia. Zaproszenie do współpracy przy Instrukcji przyjęli m.in. krajowy konsultant ds. ginekologii i położnictwa prof. Krzysztof Czajkowski, dr Marzena Dębska, ginekolog i położnik, dr Jarosław Kaczyński, ginekolog położnik specjalizujący się w leczeniu niepłodności, dr Anna Kajdy, ordynatorka oddziału położnictwa, Marlena Haduch, położna i psycholog, Joanna Siewko, doula i organizatorka Kręgów Kobiet po Stracie, Marzena Pilarz-Herzyk, prawniczka, autorka bloga MamaPrawniczka.pl oraz fundacja Rodzić Po Ludzku.

Czyli jest to szeroko rozumiane wsparcie, zarówno medyczne, psychologiczne, jak i prawne. Dajemy rodzicom, którzy doświadczyli straty, szereg porad formalnych dotyczących tego, co zrobić żeby skorzystać z prawa do urlopu macierzyńskiego, ale też by pochować swoje dziecko oraz informujemy, w jakich okolicznościach przysługuje im zasiłek. Pokazujemy również perspektywę psychologiczną, czyli jak wspierać po stracie dziecka kobietę oraz – co równie ważne – mężczyznę. Jesteśmy bardzo wdzięczne wszystkim, którzy zgodzili się nam opowiedzieć o doświadczeniu poronienia z ich punktu widzenia.

Według statystyk, o których mówisz, utrata ciąży doświadcza 7 na 10 kobiet. To bardzo dużo. Jakie są najczęstsze przyczyny poronień? To bardzo trudne pytanie, które zadają sobie wszystkie bez wyjątku kobiety. Chciałabym, żeby to mocno wybrzmiało: za największą liczbą poronień stoi genetyka. To właśnie wady chromosomalne płodu powodują zatrzymanie ciąży. Warto to powtarzać, bo utracie ciąży towarzyszy okrutne poczucie winy niedoszłej mamy, czasem wzniecane przez niedoedukowane środowisko. To nie preferencje żywieniowe, wiara, zbyt siedzący lub zbyt stojący tryb życia decydują o przyszłości ciąży. Powtarzamy: „Dziewczyno, bardzo nam przykro. To nie jest twoja wina. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś”. Marzy mi się wykasowanie z ludzkiej świadomości określenia: „kobieta poroniła”. Zabierzmy to bezpodstawne brzemię odpowiedzialności, zacznijmy mówić „ciąża się poroniła”, to naprawdę nie jest niczyja wina.

Karolina Wierzbińska, redaktor naczelna hellozdrowie.pl, jedna z inicjatorek Krótkich Instrukcji.

Krótka Instrukcja o Poronieniu dostępna jest za darmo pod adresem krotka-instrukcja.hellozdrowie.pl – jako strona oraz jako e-book w formie PDF. Dla chętnych również w wersji papierowej, także bezpłatnej. Redaktorami publikacji są Marta Ploch i Robert Statkiewicz.

  1. Styl Życia

Niech ta jesień będzie inna! Jak nie dać się chandrze?

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo powali i osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz by móc to zmienić. A wiosną powiedzieć sobie: „Ale szybko minęła ta szarówka. Zrobiłam tyle fajnych rzeczy, że nawet nie zdążyłam załamać się pogodą”.

Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz aby móc to zmienić.

Dla większości z nas życie toczy się w dwóch światach: wiosenno-letnim, kojarzonym z radością i aktywnością oraz jesienno-zimowym, utożsamianym z brakiem energii, a nawet z melancholią. Temu podziałowi sprzyja klimat. Ale czy musimy się mu poddawać? To nie pory roku powinny decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Uświadomienie sobie tego może być pierwszym krokiem do zmian. Niech ta jesień będzie inna. Koniec z mówieniem: „Byle do wiosny”, i z obiecywaniem: „Wiosną schudnę, poszukam nowej pracy, wyjdę do ludzi”. Takie odraczanie różnych działań tylko pogarsza nasze samopoczucie. Czujemy złość, bo zaczynamy postrzegać się jako osoby słabe. Bezczynność karmi też wszystkie lęki.

Ja i jesień - mój rozwój

„Zapiszę się na angielski, francuski, zacznę nowe studia” – obiecujemy sobie. I nic z tym nie robimy. A potem zazdrościmy komuś, kto dobrze zna język albo ciągle się dokształca. Złościmy się na siebie, że kiedyś coś zaniedbałyśmy. Im większą czujemy złość, tym mniej chce nam się zacząć. Dlaczego rezygnujemy z tego, co dla nas ważne? – Naszym największym wrogiem jest wewnętrzny opór – mówi Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka. – Istotne, żeby zobaczyć, z czego on wynika. Czasem winne jest tzw. wyobrażenie poznawcze, czyli wizja tego, ile trzeba będzie poświęcić czasu i energii, aby osiągnąć cel. Tak jakby edukacja była potworem, który wtargnie do naszego świata i zdestabilizuje dotychczasowy porządek. Czasem przyczyną są stereotypy. „Nauka w tym wieku? To wariactwo. Kształcenie jest dla młodych”. Często też nie chcemy się konfrontować z własnymi emocjami, choćby ze wstydem wynikającym z poczucia, że jesteśmy kimś gorszym (a przecież podczas lekcji to się wyda).

Gdy już wiemy, czego się boimy, możemy to zwizualizować. W taki sposób często z naszymi lękami pracują terapeuci. Załóżmy, że najtrudniejszy jest wstyd. Terapeuta spytałby: „Co może się stać najgorszego podczas pierwszych zajęć nauki języka?”. Usłyszałby na przykład: „Może się okazać, że jestem najsłabsza”. Dopytałby: „Ale co konkretnie znaczy dla ciebie "najsłabsza"? Może to, że nie odezwiesz się na lekcjach? Albo że nie będziesz potrafiła prowadzić swobodnej konwersacji? Bądź jako jedyna uciekniesz z zajęć i więcej się na nich nie pojawisz?”. Kolejne pytanie dotyczy tego, jak możesz sobie z tym poradzić – na przykład umawiając się ze sobą, że niezależnie od wszystkiego wytrzymasz trzy zajęcia albo porozmawiasz z koleżanką, która biegle zna język. Po co to robić? Żeby urealnić złudzenie, że ona jest wybitna. Może się okazać, że studiowała za granicą lub w dzieciństwie była z rodzicami na placówce. Urealnienie jest pomocne w odzyskiwaniu poczucia własnej wartości. Kolejny skrypt: „Jestem za stara” – też można urealnić. Każdy z nas przecież zna ludzi, którzy zaczynają robić coś późno: po pięćdziesiątce bronią doktoratu, zaczynają naukę języka, a nawet zmieniają zawód. Przykłady takich osób mogą nas zmotywować.

Karolina Cwalina, coach, twórczyni projektu „Sexy zaczyna się w głowie”, proponuje metodę, która pozwoli nam zacząć coś nowego. – Proszę klientki, żeby wyobraziły sobie, jak się czują z tym, że nie porozumiewają się dobrze po angielsku, niemiecku lub francusku. Mówią o złości, frustracji, zazdrości, poczuciu winy. Potem proponuję, żeby wyobraziły sobie siebie, gdy już podszkolą język – jakby to wpłynęło na różne obszary ich życia? Jeśli chodzi o pracę, najczęściej opowiadają o większych możliwościach rozwoju i awansu. Życie osobiste i przyjacielskie – brak poczucia wstydu, gdy podróżujesz z przyjaciółmi, możliwość załatwienia sprawy w każdym kraju. Gdy nazwiemy profity, które uzyskamy dzięki nauce, poczujemy przyszłą satysfakcję – dzięki temu łatwiej nam będzie zapisać się na zajęcia.

Rozbrajamy też bombę: „To zajmie mi tyle czasu…”. Nauka nie polega na tym, że każdego wieczoru ślęczymy w domu nad książkami. Zaczyna się od małych kroków, które wspólnie ustalamy, na przykład: kilka słówek dziennie, raz w tygodniu film w oryginalnej wersji językowej. Co zyskujemy? Latem mamy już za sobą co najmniej pół roku pracy – i nie chodzi tylko o naukę języka, ale także o wzrost poczucia wpływu i własnej sprawczości.

Ja i jesień - moje ciało

Lato jest dla naszego ciała bezlitosne. Obnaża wszystkie jego niedoskonałości. Obnaża też w jakimś sensie nas, bo żyjemy w czasach, gdy zadbane ciało jest synonimem siły, samokontroli i sukcesu. Jeśli jest za grube, za blade, za obłe – czujemy się źle. To trochę tak, jakbyśmy mieli wypisane na czole: „Nie radzę sobie ze sobą”. W efekcie, często z powodu lęku przed opinią innych lub z obawy przed konfrontacją ze swoimi głębszymi uczuciami, zaczynamy wiosną tresować ciało i je katować: głodówka albo monodiety, intensywne ćwiczenia… Ile w tym prawdziwego kontaktu ze swoją fizycznością i rozumienia jej?

Jesienią zaś ciało schodzi na dalszy plan. Schowane pod grubym ubraniem, ukryte pod płaszczem – przestaje być dla nas priorytetem. Wcześniej musztrowane, teraz zostaje zaniedbane. Nie służy mu nadmierna ilość alkoholu i inne używki, niezdrowe jedzenie oraz nadmierna praca.

– Zapominamy też, że zła komunikacja z ciałem wpływa negatywnie na nasze samopoczucie – mówi Małgorzata Ohme. – I tak wpadamy w błędne koło, bo wiosną mamy kilka kilogramów więcej, jesteśmy nieszczęśliwe i zmęczone. Tymczasem jesień to idealny czas, żeby odzyskać kontakt z ciałem. Otoczyć je troską i czułością, a nie traktować jak surowy nauczyciel czy rodzic, który stawia mu tylko wymagania. Pierwsze pytanie mogłoby brzmieć: „Co ukrywam pod warstwą tłuszczu: lęk, złość, jakieś zranienie?”. Drugie: „Co jest dla mnie naprawdę ważne i dlaczego?”. Mimo społecznej presji nie musimy wszystkie być takie same.

Warto zwizualizować to, jak chcemy wyglądać, oraz co będziemy czuły, gdy to się uda: co zyskamy, a czego na przykład boimy się zyskać. Część kobiet podświadomie boi się być szczupła, bo wiążą to z wybuchem seksualności, otwartością na mężczyzn, a one tego nie chcą. Powodem może być lęk przed zranieniem, utratą związku lub zmianą w życiu.

Następnie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za dużo jemy. Dla wielu z nas jedzenie wiąże się z konkretnymi emocjami, choćby nudą. Latem mamy więcej bodźców, by być aktywnym. Ich brak jesienią możemy odreagowywać, pochłaniając jedzenie. Zajadać możemy też smutek, rozpacz, czasem złość i stres. Ważne, by rozpoznać własny przypadek i, gdy pojawi się dana emocja, rozładowywać ją w inny sposób: pójść na masaż, akupunkturę, spotkać się z przyjaciółmi. Albo poćwiczyć – nie musimy kompulsywnie angażować się w bieganie, chodzenie na siłownię, basen lub jogę. Tym razem (to plus) czas nikogo nie goni. Niektórzy psychoterapeuci proponują następującą technikę: rozbierz się, stań przed lustrem, dotykaj się z czułością, a w końcu zapytaj swoje ciało: „Hej, czego potrzebujesz? Jak mam o ciebie zadbać?”. Zaufaj pierwszej intuicyjnej odpowiedzi – możesz czuć wstręt na samą myśl o bieganiu, ale joga już nie będzie budzić takich emocji. Nieważne, co jest modne – czasem wystarczy zacząć od spacerów czy wyjścia w niedzielę na basen. Istotne, żeby tej jesieni przyświecała nam myśl: „Nie udaję, że mojego ciała nie ma. Codziennie przeznaczam pół godziny na to, żeby coś dla niego zrobić, nawet jeżeli ma to być tylko długa relaksująca kąpiel”.

Ja i jesień - sprawy zamiecione pod dywan

Niewniesiony pozew rozwodowy, choć minęło już tyle miesięcy, a nawet lat. Nieuregulowana kwestia alimentów, długi, brak ważnych dokumentów, wciąż odkładana wizyta u lekarza. Prawie każda z nas ma sprawę wymagającą załatwienia – czasem drobiazg, który jednak uwiera. Lato to nie zawsze dobry moment na konfrontację (a raczej doskonały moment, by unikać trudnych spraw), bo wakacje, wyjazdy, relaks… „Nic na to nie poradzę, inni też tak mają” – racjonalizujemy. Jesienią jednak stare sprawy często wracają. Możemy znów ich unikać, powtarzając: „Zajmę się tym, ale nie teraz. Wystarczy, że za oknem jest koszmarnie”. Ale możemy też spróbować zachować się dojrzale i zająć się załatwianiem tego, co wydaje się trudne. Małgorzata Ohme: – Za brakiem działań zwykle kryje się strach. To tak, jakbyśmy stały za zamkniętymi drzwiami i panicznie bały się je otworzyć, bo w pokoju, do którego nie chcemy wejść, jest bałagan. Tylko że jak unikamy wkroczenia do niego, bałagan narasta.

Im dłużej analizujemy, tym trudniej zrobić pierwszy krok. Weźmy choćby rozwód czy sprawę o alimenty. Co się kryje za niepodjęciem walki o pieniądze dla swojego dziecka? Najczęściej nasze wyparte uczucia: ból, smutek, nieumiejętność konfrontacji z byłym partnerem czy zaakceptowania tego, co się stało. Czasem lęk przed jego oceną, otwartym konfliktem, narażeniem się na zranienie. Tyle że nie robiąc nic i tak cierpimy: nasza sytuacja finansowa jest niestabilna, mamy głębokie poczucie niesprawiedliwości, frustruje nas brak wpływu na własne życie. Dobrze jest więc – choćby nawet na początku wbrew sobie – powiedzieć: „Koniec tego!”. Jak działać?

– Skoro nie potrafiłyśmy tego zrobić dla siebie, skoncentrujmy się na tym, że robimy to dla dziecka – radzi Karolina Cwalina. Oto pytania, które mogą nam pomóc znaleźć motywację: „Dlaczego dla mojego dziecka ważne są pieniądze od ojca?”; „Co zyska, jak to wpłynie na jego rozwój i poczucie własnej wartości?”; „Co ja będę czuła, gdy zagwarantuję mu bezpieczeństwo?”. Potem należy rozpisać plan działania: dziś dzwonię do koleżanki, która wygrała sprawę o alimenty, jutro znajduję prawnika, za trzy dni robię kolejną rzecz.

Tak samo jest z każdą odkładaną sprawą. Lepiej nie myśleć o niej jako całości i nie planować, że od razu załatwi się wszystko, tylko działać krok po kroku. Zrealizowanie zaległych zadań, nawet tak drobnych jak wizyta u lekarza, da nam poczucie mocy.

Ja i jesień - inni ludzie

– Jesień to jeden z tych momentów, kiedy szczególnie potrzebujemy wsparcia bliskich, bo sami mamy ograniczone zasoby energii – tłumaczy Małgorzata Ohme. – Dlatego dobrze wykorzystać ten czas na poukładanie relacji z innymi. Odcięcie tego, co minione, zbliżenie się do tych osób, na których naprawdę nam zależy, może otwarcie się na kogoś nowego?

Na co dzień rzadko przyglądamy się temu, jakie mamy związki z ludźmi: że komuś dajemy za dużo energii i nie wystarcza jej dla innej ważnej dla nas osoby lub nie mamy odwagi, żeby odezwać się do kogoś, kogo zaniedbałyśmy. W efekcie czujemy się obciążone i zmęczone. Jak oczyścić przestrzeń wokół siebie? Według mnie w relacjach międzyludzkich najbardziej magiczne słowo to „spróbujmy”. Jestem za tym, żeby walczyć o każdą relację, dopóki ma to sens i dopóki po drugiej stronie jest wola. Ale nawet jeśli jej nie będzie, my przynajmniej wiemy, że zrobiłyśmy wszystko.

Dlatego warto zadzwonić do przyjaciółki, do której nie odzywałyśmy się pół roku, albo do siostry, z którą weszłyśmy w konflikt. Przeprosić, umówić się na rozmowę, nawet jeśli druga strona początkowo okaże złość. Złość jest tylko emocją i mówi nie o nas, tylko o czyichś niezaspokojonych potrzebach. Być może nie odpowiedziałyśmy na oczekiwania kogoś innego, być może musimy zmierzyć się z czyimś rozczarowaniem. Taka jest dynamika wielu relacji. Czasem nie ma nic lepszego niż oczyszczająca rozmowa z kimś, z kim miałyśmy konflikt lub niewyjaśnione sprawy.

Inna kwestia to umiejętność kończenia niektórych znajomości – zobaczenia, z kim czuję się dobrze, a z kim źle. Człowiek ma bardzo silną potrzebę aprobaty społecznej. Chcąc być lubiani i doceniani, ulegamy iluzji, że sympatia innych gwarantuje nam sukces i powodzenie. A przez to często tracimy czas na zaspokajanie emocjonalne tych, których zaspokoić się nie da albo my tego nie potrafimy. Żeby ułatwić sobie zakończenie wyczerpującej energetycznie przyjaźni, warto odpowiedzieć na pytania: „Ile straciłam przez tę osobę?”; „Ile razy mnie zaniedbała, zapomniała o czymś dla mnie ważnym?”; „Ile razy czułam się zlekceważona, oceniana?”; „Czy chcę się czuć tak, jak czuję się przy tej osobie?”. Zrezygnowanie z jakiejś relacji bywa niełatwe, bo odpuszczamy kontrolę, przyznajemy, że nie dla każdego możemy być ważni, nie każdego obchodzimy. Im silniejsza jest ta narcystyczna część w nas, tym jest to trudniejsze, ale tylko dzięki temu oczyścimy przestrzeń wokół siebie. Karolina Cwalina proponuje: – Bardzo przydatne może być po prostu wypisanie na kartce dziesięciu osób, na których nam zależy, i ocenienie w skali od 1 do 10, ile czasu poświęcamy każdej z nich, ile ona nam oraz co mogłybyśmy zmienić ze swojej strony.

Ja i jesień - przyjemności

Małgorzata Ohme: – Nie musimy tej jesieni zrobić tych wszystkich wymienionych rzeczy i konfrontować się z każdym trudnym obszarem naszego życia. Dobrze zrobić choć jedną, by poczuć siłę i być może tym samym otworzyć drzwi kolejnym zmianom. Przy tym wszystkim nie powinniśmy zapominać o magicznym słowie: „przyjemność”. Mam wrażenie, że dualizm naszego świata polega również na dawaniu sobie zgody na przyjemności i zabawę latem oraz całkowitym pozbawianiu się tego jesienią. Od kilku lat bardzo pracuję nad tym, by tak nie robić. W moim jesiennym planie tygodnia jest miejsce na wyjścia, wyjazd, spotkania z przyjaciółmi. To moje „święte dni”. Nie zamykam się wtedy w domu, nie izoluję, choć często miałabym na to ochotę. Wiem, że jeśli odpuszczę jedno, ruszy lawina, którą trudno będzie zatrzymać. Dlatego jestem zwolenniczką przestrzegania dyscypliny przyjemności, które są tak samo ważne – o ile nie bardziej – niż obowiązki.

  1. Zdrowie

Ćwiczenia dna miednicy dla zdrowia i satysfakcji seksualnej

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
„Twoje ciało, łono, dno miednicy są realne. Należą do ciebie, a nie do lekarzy”. Rozmawiamy z francuską położną Claire Dahi, która uczy, jak dbać o najczulsze mięśnie w ciele kobiety.

Pracuje pani z kobietami w ich własnych domach. Co nosi pani w torbie?
Przede wszystkim formularze do wypełnienia, żeby poznać dobrze swoją pacjentkę. Są tam pytania dotyczące historii porodu, wydarzeń medycznych w jej życiu, chorób kobiecych w jej rodzinie, ale też kilka bezpośrednich pytań  dotyczących stanu jej krocza. Na przykład czy kiedyś w życiu zdarzyło jej się uronić kilka kropli moczu w trakcie kichania albo śmiania się. Noszę też ze sobą rękawiczki i lubrykant do badania wewnętrznego, a także plastikowy model dna miednicy.

Po co?
Żeby pokazać pacjentce, co to jest krocze. Nawet jeśli miałyśmy kilka lekcji z kobiecej anatomii w podstawówce, to jako dorosłe kobiety często nie wiemy, jak ono wygląda. Na modelu mogę pokazać, gdzie są nasze mięśnie dna miednicy, czym się różnią. Dzięki temu kobieta może sobie zwizualizować własne ciało od środka. Kiedy zobaczy mięśnie na plastikowym modelu i ich dotknie, będzie jej łatwiej je poczuć, a potem uruchomić. Moim celem nie jest nadrobienie wiedzy medycznej, utrwalenie trudnych nazw łacińskich, ale po prostu pokazanie, gdzie owe mięśnie się znajdują. Bo tam zaczynają się historie, które chcę kobiecie opowiedzieć.

Łono też ma swoje historie?
Oczywiście. Mówię kobietom, że ich wagina to malutka jaskinia, miniaturowa grota.

Brzmi lepiej niż bardzo medyczne i odstręczające polskie słowo "krocze".
No właśnie. Ale nasza mała kobieca grota to nie jakieś byle co. Prowadzą do niej piękne drzwi frontowe jak do prawdziwego zamku. Najpierw widzimy most zwodzony, a potem bronę, czyli kratę, którą opuszcza się w dół, żeby zamknąć wejście do groty. Tak naprawdę to dwa przeciwstawne mięśnie. Jak wejdziemy do środka, zobaczymy sufit: to przód naszej waginy. Ten sufit podtrzymuje nasz pęcherz moczowy na swoim miejscu. Można powiedzieć, że pęcherz jest na suficie groty. Kiedy wejdziemy głębiej i trochę wyżej, znajdziemy coś jeszcze – szyjkę macicy, która jest wejściem do naszej macicy, a także mięsień łonowo-pochwowy. Nasza grota jest też zamknięta z dołu i po bokach wielkim mięśniem, który idzie z głębi miednicy aż do naszego sromu, tworząc jednocześnie podłogę i ściany naszej waginy. Na ten wielki mięsień tak naprawdę składają się trzy mięśnie anatomicznie różne. Ale kiedy opowiadam o nim historię, to mówię, że przypomina wielki i bardzo szeroki dywan, który pokrywa zarówno podłogę, jak i dwa boki groty.

Przejdźmy teraz do ćwiczeń. Od czego zaczynamy?
Kobieta najpierw ćwiczy mięsień umiejscowiony przy wejściu do pochwy. Nie musi wiedzieć, gdzie on jest, jak się naprawdę nazywa. Naśladuje ruch, jakby podnosiła do góry zwodzony most, a ja pomagam jej to zrobić, pokazując palcem, gdzie zacząć. Potem jest zamkowa krata. Ruch odwrotny do mostu zwodzonego. „Łapiemy” mięsień z góry i ściągamy go bardzo delikatnie w dół. Najpierw „łapiemy” punkt przy wejściu do pochwy, a potem wchodzimy z nim do góry, do góry, do góry, aż do poziomu serca. Potem zajmujemy się mięśniami sufitu. Jest tam łuk ścięgnisty miednicy, który podtrzymuje cewkę moczową, a my podrywamy go do góry. Potem trzeci etap – ściany i podłoga. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Piękna, duża sala, otoczona z każdej strony mięśniami.

Trochę to zawiłe.
Tak, ale ta historia odkrywa przed kobietą architekturę małej groty. Te obrazy poruszają obszar w mózgu, który mieści się między świadomym a nieświadomym. Mogą odtraumatyzować różne problemy związane z tą sferą.

Rozumiem, że te obrazy zostaną z kobietą całe życie?
Właśnie o to mi chodzi. Położna jest z kobietą tylko na początku pracy z mięśniami dna miednicy. Towarzyszy jej, żeby sprawdzić, czy dobrze się nimi zajmuje, czy je wyczuwa, czy dobrze je kurczy. Po drugie, sprawdza, czy nie ma gdzieś uszkodzeń, małych otarć, pęknięć, naderwań tkanki mięśni, które mogły się wydarzyć podczas porodu. Trzeba to jasno powiedzieć: każda kobieta, która przeżyła poród, ma rodzaj minidraśnięć, otarć, czyli cieniutkich pęknięć w mięśniach dna miednicy. To normalne. Chociaż są różne typy naruszeń mięśni. Bywają bardzo delikatne, ale i głębokie pęknięcia, które trzeba było zszyć w szpitalu po porodzie.

Mięśnie mogą być po porodzie zwiotczałe?
Tak. Albo po prostu rozciągnięte. W czasie ciąży i porodu musiały się rozciągnąć, żeby dziecko ułożyło się w brzuchu jak w koszyku, a potem przepuścić je na świat. Po takich zmianach anatomicznych mogły nie wrócić do normy, nie ściągnąć się. Sprawdzam manualnie każdy z nich.

Teraz jest pani specjalistką od mięśni krocza. Czy kiedyś przyjmowała pani porody?
Przed przyjazdem do Polski asystowałam przy porodach w szpitalu francusko-brytyjskim Levallois-Perret w Paryżu. Kiedy mój mąż dostał pracę w Polsce i się przeprowadziliśmy, nie myślałam w ogóle, żeby uprawiać tutaj swój zawód. Nie znam polskiego. W sytuacjach codziennych, np. w supermarkecie, jeszcze mogłam się dogadać, ale nauczyć się wszystkich polskich słów medycznych?! Niemożliwe! Jednak pewnego dnia spotkałam doktora Pascala Eechouta, francuskiego ginekologa, który pracuje w Warszawie. Jak się dowiedział, że jestem położną, zaczął mnie urabiać. Powiedział, że w Polsce prawie nie ma osób, które zajmują się manualną rehabilitacją krocza. Są instruktorzy, którzy pracują z elektrostymulacją i z biofeedbackiem. „Jasne, to dobrze”, pomyślałam, ale według mnie te metody są niewystarczające. Postanowiłam wrócić do Francji i zrobić specjalizację z rehabilitacji krocza, która jest przeznaczona dla położnych i fizjoterapeutów.

Dlaczego praca z sondą jest według pani niewystarczająca?
Elektrostymulacja nie ma nic wspólnego z historią o małej grocie. Pracuje nad sufitem, końcem sufitu i dwoma mięśniami podłogi i ścian, ale całe wejście, czyli podwójne drzwi i mięsień odpowiedzialny za kurek pęcherza, czyli zwieracz cewki moczowej, są nieruszone. Inny problem związany z sondą jest bardziej fundamentalny. W tej technice kobieta nie jest autonomiczna, ponieważ nie może pracować bez maszyny, obcego ciała, tzn. sondy dopochwowej. Ja uczę kobietę ćwiczeń, które potem już samodzielnie wykonuje w domu.

A gdy minie etap nauki?
Kobieta ma wykonywać swoje ćwiczenia regularnie raz w miesiącu. Od razu po miesiączce. Kiedy przestaje krwawić, robi dziesięć ćwiczeń mięśni dna miednicy (kilka minut) przez dwa, trzy dni do końca życia. Ale to jeszcze nie koniec. Drugą ważną rzeczą jest nowe rozumienie krocza. Moja nauczycielka Dominique Trinh Dinh mówiła, że krocze nie jest bytem wyabstrahowanym. Żyje w naszym ciele, a ciało wytwarza pewne obciążenia, naciski, które nie są dla niego dobre. O tym jeszcze nie rozmawiałyśmy.

Zacznijmy.
Najprościej rzecz ujmując, równowaga w naszym ciele zależy od równowagi napięcia mięśni, które się w nim znajdują. Praca mięśnia przepony wpływa na stan naszego krocza, ponieważ  mięśnie krocza i przepony leżą równolegle i pracują zależnie od siebie w jamie brzusznej. Przepona porusza się, kiedy oddychamy, i powinna dźwigać ciśnienie, które tworzy się wtedy w klatce piersiowej.

A tego nie robi?|
Niestety, wiele kobiet oddycha, obciążając mięśnie krocza. Ten mechanizm nazywa się tłocznią brzuszną. Kiedy przepona zamiast unosić napięcie w górę, wpycha je w dół, w mięśnie krocza. Jest wiele kobiet, które po całym dniu czują ciężar w okolicach brzucha z powodu złego oddychania. Dziś już wiadomo, że kobieta, która nigdy nie urodziła dziecka, ale źle oddycha, obciążając krocze, może mieć zaburzenia funkcjonalne przepony moczowo-płciowej.

Wydawało mi się, że oddech nic nie waży?
Gdy oddychamy, nasza przepona poprzez ciśnienie, jakie wytwarza, uciska mięśnie krocza. Nawet jak to jest lekkie napięcie, krocze je dźwiga. Przez dziesięciolecia. Często stres jest czynnikiem, który powoduje, że zaczynamy źle oddychać. Inna z teorii mówi, że krocze nie zostało ewolucyjnie dostosowane do pozycji stojącej człowieka. Nie zostało stworzone, żeby nosić ciężary, ale żeby zamykać dół naszego ciała. Inaczej mówiąc: nie możemy robić ze swojego krocza paska, który spina nasz brzuch i go dźwiga. Ono jest zbyt wrażliwe. Podobne obciążenia pojawiają się, kiedy kichamy, kaszlemy, śmiejemy się, wydmuchujemy nos, głośno mówimy. Albo kiedy się poruszamy i coś dźwigamy, biegamy albo skaczemy. Musimy się nauczyć podczas tych czynności funkcjonować na odwrót.

Czyli?
Czyli wsłuchać się w swoje ciało i wychwycić to subtelne odczucie, że coś w nas „prze, naciska w dół”. A potem nauczyć się unosić to napięcie do góry.

Wyjaśnijmy w takim razie, jak dobrze oddychać?
Dobrze oddychamy, kiedy śpimy. Można to sprawdzić, na przykład patrząc na śpiące dzieci albo partnera. Kiedy nabierają powietrza, unosi im się brzuch, a jak następuje wydech, w górę idzie klatka piersiowa. Przepona powinna przechwytywać całe napięcie. Fizjologicznie, kiedy nabieramy powietrza, przepona się obniża, a mięśnie brzucha się rozluźniają, co daje efekt wypiętego brzucha. W trakcie wydechu z kolei przepona unosi się, zasysając mięśnie dna miednicy w górę, i w ten sposób ułatwia im pracę. Brzuch jest wtedy płaski.

Jak jeszcze powinnyśmy dbać o swoje krocze?
Chodzić regularnie do toalety, żeby nie dźwigać ciężaru moczu, bo on też naciska na krocze. Trzeba oddawać mocz nie rzadziej niż raz na trzy godziny. Pomijając, oczywiście, noc, bo wtedy leżymy i nie ma ciężaru, który naciskałby na krocze. Kobiety generalnie się z tym nie spieszą. Pracują, sprzątają, bawią się z dziećmi i przetrzymują mocz w pęcherzu, ile się da. Zapominają, że litr wody to aż kilogram ciężaru na dno miednicy. Druga ważna sprawa to pozycja, którą przyjmujemy w czasie wypróżniania. Mówię teraz zarówno o oddawaniu moczu, jak i stolca. Pamiętajmy, żeby nie przeć, nie robić tego na siłę. Zaparcia to nasz wróg. Bezpieczną pozycją jest pozycja, kiedy mamy kolana wyżej niż uda. To nic nie kosztuje, a w prosty sposób nas zabezpiecza. Wystarczy kupić prostą, plastikową podstawkę pod nogi.

Od czego zależy to, kiedy nasze mięśnie wrócą do normy? Od wieku, genów?
Raczej od stopnia uszkodzenia w trakcie porodu. Kiedy doszło do nacięcia krocza i kobieta odczuwała ból w tym miejscu, podświadomie nauczyła się omijać bolące mięśnie i zaczęła używać innych. Nie zacznie ich znowu używać bez użycia własnej woli. Musi się znów tego nauczyć.

Kobiety boją się, że po porodzie nie będą już miały takich samych odczuć w trakcie stosunku seksualnego.
Nawet gdy jesteśmy obolałe po nacięciu krocza, musimy pamiętać, że jak mięśnie się prężą, poruszają, następuje napływ krwi do tego miejsca i szybciej wracamy do komfortu w tej sferze.

Ale czy każda kobieta potrzebuje rehabilitacji krocza?
Wielu kobietom mięśnie wracają do normy niemal całkowicie samodzielnie, bo np. nie ucierpiały bardzo w czasie porodu i w odpowiedni sposób oddychają. Kwestie genetyczne są też ważne, czyli jeżeli twoja mama i babcia miały wysoką jakość mięśni Kegla, ty też pewnie ją masz. Są kobiety, które mają tylko drobne naruszenia, ale nie potrafią unosić napięcia do góry, obciążają krocze i mogą mieć potem problem z nieszczelnością i nietrzymaniem moczu, obniżaniem narządów. Ale nie ma zasad uniwersalnych.

Czy możemy ćwiczyć bez nauczycielki?
To bardzo trudne z wielu powodów. Przede wszystkim kobieta nie kontroluje, czy w trakcie ćwiczeń mięśni Kegla nie napina innych mięśni, np. pośladków czy ud. Robimy to automatycznie i nieświadomie i przez to zatracamy sens ćwiczenia. Wiele kobiet myśli też, że gdy ćwiczymy mięśnie, to trzeba to robić intensywnie, mocno jak w fitnessie.

A jak jest?
Odwrotnie. Im mniej wysiłku, tym lepszy rezultat. Napinanie mięśni Kegla powinno być bardzo delikatne. Trzeba nauczyć się świadomie kurczyć mięśnie, których do tej pory nie czułyśmy, czasem nawet nie miałyśmy pojęcia, że istnieją. Położna pomoże je odnaleźć. Celem jest to, żeby każdy mięsień pracował niezależnie od drugiego, żeby nie napinały się wspólnie.

Dlaczego?

Bo wtedy pracują najmocniej te mięśnie, które są rozległe. Mięśnie znajdujące się przy wejściu do pochwy są po prostu słabsze i trudniej nam je uruchomić. Metoda, której uczę, zajmuje się wszystkimi mięśniami naszej pochwy, od wejścia do samej głębi. To my jesteśmy odpowiedzialne za tę sferę, która zamyka nasze ciało. Jeżeli będziemy dobrze pracować, będzie sprężyste.

 

Autorka dziękuje za konsultację położnym: Marii Romanowskiej i Karolinie Łataś-Zagrajek (terapeutce uroginekologicznej).

 

CLAIRE DAHI,
położna i rehabilitantka mięśni dna miednicy wg francuskiej metody CMP (Connaissance & Maîtrise du Périnée); pracuje z kobietami różnych kultur i narodowości.

 

  1. Zdrowie

Trymestry ciąży — ile trwają? Czym się charakteryzują?

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Ciąża trwa 9 miesięcy - 40 tygodni podzielonych na trzy trymestry. Każdy upływający dzień jest ważny dla rozwoju dziecka oraz dla rodziców, którzy czekają, aby powitać maleństwo na świecie. Dlatego dobrze wiedzieć, czego można się spodziewać na kolejnych etapach ciąży, jak kształtuje się płód, a także jakie zmiany zachodzą w organizmie kobiety.

Rodzice, jak tylko zobaczą dwie kreski na teście ciążowym i potwierdzą ciążę u ginekologa, zaczynają wielkie przygotowania do powitania na świecie dziecka. Bez względu na to, czy oczekujesz pierwszego potomka, czy to Twoja kolejna pociecha, z zainteresowaniem śledzisz jego rozwój. Masz na to aż 40 tygodni, czyli 9 miesięcy. Zobacz, czym charakteryzują się poszczególne trymestry ciąży.

I trymestr ciąży

Pierwszy trymestr ciąży to czas wielkich zmian. Objawy ciąży mogą pojawić się już po kilku dniach. Pierwszym jest oczywiście brak miesiączki, ale wiele pań deklaruje, że ich uwagę przykuły:

  • powiększone, wrażliwe na dotyk piersi,
  • poranne nudności,
  • nadwrażliwość na niektóre zapachy, które do tej pory były neutralne,
  • częstomocz,
  • zmęczenie i senność.
Każda ciąża przebiega inaczej, dlatego nie da się stwierdzić odmiennego stanu wyłącznie na podstawie opisanych objawów. Pozytywny test ciążowy, badanie krwi oraz wizyta u ginekologa dadzą absolutną pewność, że spodziewasz się dziecka. Konsultacja lekarska wraz z USG jest ważna, ponieważ pozwala stwierdzić, czy zarodek zagnieździł się prawidłowo i oszacować termin porodu.

Jeśli tylko masz podejrzenie, że jesteś w ciąży, zrezygnuj z używek. Alkohol i papierosy są niedopuszczalne bez względu na to, w którym trymestrze ciąży jesteś. Przez cały czas powinnaś również wyjątkowo dbać o siebie — nie dźwigać, nie przemęczać się, unikać sytuacji stresogennych, zadbać o odpowiednią ilość i jakość snu, stan nawodnienia organizmu oraz zbilansowaną dietę.

II trymestr ciąży

Zaczyna się od 14. i trwa do 26. tygodnia ciąży. To czas, w którym część kobiet odczuwa znaczną poprawę samopoczucia. Zazwyczaj mdłości znikają, a duże stężenie estrogenów w organizmie pozytywnie wpływa też na Twój wygląd. Włosy gęstnieją, skóra staje się gładka. Ale uwaga! W tym okresie wiele przyszłych mam zauważa na swoim ciele i twarzy ciemniejsze plamy — przebarwienia są efektem nasilonej pigmentacji skóry i miną po porodzie. Póki co, unikaj ekspozycji na słońce i stosuj kremy z filtrem ochronnym.

Teraz Twój brzuch zacznie robić się coraz większy, a rozwijające się w nim dziecko coraz ruchliwsze. Około 20. tygodnia, czyli na półmetku ciąży ginekolog zaprosi Cię na badanie USG połówkowe, podczas którego sprawdzi m.in. czy dziecko rozwija się prawidłowo i nie ma wad genetycznych. Na tym etapie jego ciałko jest już wykształcone na tyle, że widać oczy, uszy, podniebienie, a także narządy wewnętrzne. 

III trymestr ciąży

Ostatni trymestr ciąży zaczyna się wraz z 28. tygodniem i trwa aż do porodu. To czas, w którym macica dalej się rozrasta i sięga już kilka centymetrów powyżej pępka. Wiążą się z tym kolejne dolegliwości i objawy, takie jak skurcze Braxtona-Hicksa, uznawane za skurcze ćwiczące macicę przed porodem. Ich intensywność nie powinna być dla Ciebie zbyt uciążliwa, ale jeśli masz w tym zakresie jakiekolwiek obawy — skonsultuj się z lekarzem prowadzącym, który może zasugerować przyjmowanie bezpiecznych leków rozkurczowych.

W tych tygodniach dziecko przekracza granicę 1 kg i zaczyna intensywnie rosnąć, bo pod jego skórą kumuluje się tkanka tłuszczowa. Coraz bardziej przypomina bobasa, którego już za kilka tygodni powitasz na świecie!

III trymestr ciąży to czas intensywnych przygotowań organizmu do porodu, a także domowników na powitanie nowego członka rodziny. Zacznij zastanawiać się nad wyborem szpitala i rodzajem porodu (rodzinny, w wodzie). Możesz też wybrać położną środowiskową, która jeszcze po narodzinach dziecka będzie odwiedzała Was w domu na kontrolne ważenie oraz mierzenie.

Za ciążę donoszoną uznaje się 37. tydzień. Na tym etapie dziecko jest już spore, więc w macicy ma mniej miejsca do robienia fikołków. Jego ruchy mogą nieco osłabnąć, ale nadal powinny być odczuwalne. Ty z kolei możesz mieć problemy ze zgagą, a także czuć rozpieranie w granicy spojenia łonowego. Dziecko naciska główną na kanał rodny. Zdarzają się jednak sytuacje, że maluch jest ułożony miednicowo, co stanowi jedno ze wskazań do cesarskiego cięcia.

Ostatnie tygodnie ciąży poświęć na skompletowanie wyprawki, spakowanie torby do szpitala, zgromadzenie dokumentów i aktualnych wyników badań. Lekarz pobierze posiew w kierunku paciorkowca, czyli na GBS — wyniki miej przy sobie w momencie przyjęcia na oddział. Warto również uczęszczać na zajęcia ze szkoły rodzenia, aby wiedzieć, jak odczytywać sygnały zbliżającego się porodu.

Standardowo ciąża trwa 40 tygodni, ale zdarza się, że poród zaczyna się wcześniej lub dopiero po terminie. Ginekolog może zadecydować o regularnym wykonywaniu badania KTG płodu, a w razie jakichkolwiek nieprawidłowości skieruje Cię na oddział szpitalny, gdzie będziesz miała kompleksową opiekę.