1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Śmierć - jaka jest wizja buddyjska?

Śmierć - jaka jest wizja buddyjska?

123rf.com
123rf.com
W naszej kulturze śmierć to temat ponury i bolesny. Co będzie potem? Nikt nie wie. Wizja buddyjska napawa większym optymizmem. Może warto ją poznać?

Jedno z jej najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to lęk, jaki budził się w sercu o szarej godzinie – między dniem a zmierzchem. Wtedy pojawiała się myśl o śmierci i związane z nią przerażenie. Uczucie bardzo silne i przenikające na wskroś myśli i ciało. Bała się zasnąć, bo zapadnięcie w sen groziło nieobudzeniem się. To było nie do zniesienia. Szukała pomocy u rodziców – dostawała zapewnienia, że nie umrze, że jest młodziutka, zdrowa i bezpieczna, że całe życie przed nią. To pomagało tylko na moment, czasem na parę dni, czasem na miesiąc. Ale któregoś kolejnego dnia o zmierzchu – wracało. Aż do tego magicznego popołudnia, kiedy to o zachodzie słońca spacerowała z Babcią nadrzeczną promenadą. „Babciu, boję się, że umrę – powiedziała i oczekiwała całego repertuaru zapewnień, że tak się nie stanie, jaki przyniósłby jej chwilowe wytchnienie w zmaganiach z lękiem. Tymczasem wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego: Babcia spojrzała uważnie na nią, na zachodzące po drugiej stronie rzeki słońce i powiedziała: „Pewnie, że umrzesz, ze słoneczkiem żyć nie będziesz, każdy kiedyś umrze. Ale wiesz, kiedy już się nażyjesz, to nie będzie takie straszne, to tak, jakbyś zmęczona zabawą, pływaniem i bieganiem z innymi dziećmi chciała się położyć i odpocząć”. I wtedy lęk poszedł sobie nie wiadomo dokąd. Szara godzina przestała otulać strachem. Po prostu sprawy zostały nazwane po imieniu i nikt nie zaprzeczał rzeczywistości, mówiąc „nie umrzesz”. Paradoksalnie „tak, umrzesz” wyzwoliło ją z lęku przed umieraniem.

I ja, idąc w ślady Babci, mówię: „Tak, umrzesz”, bo taka jest kolej rzeczy. Ale zanim umrzesz, będziesz żyła. Jak? To zależy od ciebie. Co ciekawe, cenną inspiracją do bardziej świadomego życia może stać się właśnie myśl o śmierci.

Kultura, w jakiej żyjemy

Trudno jest traktować ten temat bez lęku. Zwłaszcza jeśli jest się członkiem kultury usuwającej odchodzących na tę drugą stronę, poza nawias normalnego życia – do szpitali, hospicjów, zakładów pogrzebowych. Trudno też wyobrazić sobie, że jak starożytni Egipcjanie, z radością „wstąpimy na barkę słońca”, bo wszystkie kosmiczne metafory straciły na wartości od czasu lotów międzyplanetarnych i nieustannej penetracji przestrzeni teleskopami najnowszych generacji. Ciągle jednak wewnętrzna intuicyjna niezgoda na całkowity koniec egzystencji w momencie śmierci fizycznego ciała popycha do szukania odpowiedzi adekwatnych do współczesnej świadomości człowieka.

Lama Ole Nydahl, który od 40 lat pracuje na rzecz przeniesienia nauk buddyzmu tybetańskiego na Zachód, przedstawia buddyjską wizję śmierci w książce „O śmierci i odrodzeniu, czyli jak umrzeć bez lęku”. To oparte na liczącej dwa i pół tysiąca lat tradycji, skrojone na miarę potrzeb współczesnego odbiorcy podejście do procesu umierania. W 1968 roku Ole i jego żona Hannah po raz pierwszy spotkali się z buddyzmem podczas swego miodowego miesiąca w Katmandu. Poznali wówczas Lobpyna Tseczu Rinpocze, jednego z największych nauczycieli buddyjskich w Himalajach, a rok później spotkali XVI Karmapę i stali się jego najbliższymi zachodnimi uczniami. Karmapa jest najwyższym lamą w liczącej 11 wieków buddyjskiej szkole Karma Kagyu, która naucza buddyzmu Diamentowej Drogi (sanskr. Wadżrajana). Na prośbę XVI Karmapy zaczęli przenosić nauki buddyjskie do Europy.

Śmierć jest przemianą

Lama Ole Nydahl w swojej pracy skupia się na istocie nauk, możliwościach ich praktycznego wykorzystania przez współczesnego człowieka Zachodu. Promuje zdrowy rozsądek w podejściu do praktyk umożliwiających rozwój oparty na podążaniu ścieżką szczęścia. Wszak dwa i pół tysiąca lat temu Budda powiedział: „Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą”. Szczęście nie chadza jednak w parze z lękiem. A najbardziej boimy się tego, co nieznane. Dlatego tak bardzo w dzisiejszych czasach boimy się śmierci, że wypieramy ją ze świadomości i z życia.

Z buddyjskiej perspektywy śmierć jest przemianą. Proces ten szczegółowo przedstawia Tybetańska Księga Umarłych, zawierająca niezwykłą psychologiczną wiedzę zgromadzoną przez największych mistrzów buddyzmu.

Buddyzm Diamentowej Drogi dużą wagę przywiązuje do procesów związanych z umieraniem, gdyż podczas nich pojawia się szczególna możliwość osiągnięcia oświecenia. By jednak moment śmierci był dla nas trampoliną pomagającą, jak pisze Ole Nydahl, „w skoku w wyzwalającą wszystko przestrzeń”, musimy zacząć nad tym pracować stosunkowo wcześnie – czyli nie później niż teraz. „Chodzi o to, byśmy obserwowali umysł, poznawali go, pogłębiali swoje zaufanie do niego i jak najprędzej zaczęli rozwijać pożyteczne nawyki. W tym kontekście buddyjska wiedza jest co prawda wielką pomocą i pozwala nam się dobrze zorientować w tym, co się naprawdę w nas i wokół nas dzieje, ale dopiero regularna medytacja i utrzymywanie poglądu w codziennym życiu rozpuszczają niechciane nawyki i redukują wpływ przeszkadzających uczuć, takich jak głupota, gniew, zazdrość, przywiązanie, chciwość i duma”.

Inspiracja do życia

Takie podejście pozwala ze śmierci uczynić prawdziwą inspirację do życia, zamiast unikania i wypierania tego tematu ze świadomości. Życie w sensowny sposób, przynoszący pożytek sobie i innym, oraz wprowadzenie nawyku regularnego medytowania zaprocentują w momencie śmierci, ale też już za życia pomogą utrzymać większą równowagę emocjonalną i nieustraszoność. Dodatkową pomocą, w którą możemy się „zaopatrzyć” zawczasu, jest udział w kursie Poła (tyb. świadome umieranie); uczy on medytacji świadomego umierania, którą można w obliczu śmierci zastosować dla siebie, a także dla innych, kiedy przyjdzie ich czas. To praktyka, która jest w pewien sposób „znakiem rozpoznawczym” Lamy Ole Nydahla. On sam mówi o niej, że każdy z nas ma bilet wstępu na naukę świadomego umierania, gdyż skoro się urodziliśmy, to z pewnością umrzemy, jednak do wzięcia udziału w tym pożytecznym ćwiczeniu potrzebujemy określonych przygotowań. Ole Nydahl otrzymał przekaz nauki świadomego umierania od wykwalifikowanych lamów tybetańskich i jest obecnie najważniejszym nauczycielem tej praktyki w zachodnim świecie. Chociaż dla osób po raz pierwszy stykających się z tą praktyką najbardziej spektakularne wydają się widoczne „zewnętrzne” znaki powodzenia – na czubku głowy mogą pojawić się plamka krwi, niewielka rysa lub ropna krostka – to tak naprawdę doświadczenia „wewnętrzne” w trakcie pięciodniowego kursu, kiedy to medytuje się trzykrotnie po trzy godziny w czasie całego dnia, trwale przekształcają umysł, wzbudzając w nim uczucie większej pewności i stabilności. W medytacji Poła uczymy się przenosić świadomość w stan najwyższej błogości. Lama Ole Nydahl nauczył tej praktyki ponad

80 tysięcy osób. Kursy odbywają się na całym świecie. Podczas nich Ole Nydahl dokładnie wyjaśnia, co dzieje się z nami podczas śmierci.

Koniec i początek

Tę wiedzę przekazuje również w swojej książce „O śmierci i odrodzeniu”, która w jasny i zwięzły sposób i z zachowaniem zachodniej terminologii przedstawia informacje o postrzeganym z buddyjskiej perspektywy cyklu ludzkiego życia, drogach prowadzących do odnalezienia trwałego szczęścia, o nieuchronności przemijania i śmierci będącej częścią życia oraz sposobach świadomego przygotowania się do niej. Wyczerpujące wyjaśnienia dotyczą nie tylko momentu śmierci, ale też występujących po niej stanów pośrednich i odrodzenia.

W części o wewnętrznych przeżyciach umierającego opisane są procesy zachodzące w systemie energetycznym ciała oraz związane z nim odczucia pojawiające się w miarę postępowania procesu. „Uwolnienie się świadomości od ciała jest straszne tylko dla osób niewyćwiczonych, ponieważ jest dla nich czymś nieznanym. Jeżeli nie jesteśmy przygotowani na nadejście śmierci, możemy doświadczyć silnego lęku. Ludzie, którzy za życia myśleli o innych i dlatego oczekują zasadniczo czegoś dobrego albo słyszeli nauki o śmierci czy też medytowali, mogą wtedy – rozpoznając wszystko ponownie – utrzymać spokój umysłu”. Kiedy ustaje wymiana ze światem zewnętrznym – serce nie pracuje, ustaje oddech, nie można stwierdzić aktywności pnia mózgu i w związku z tym lekarze orzekają, że nastąpiła śmierć, świadomość umierającego wciąż jeszcze pracuje. Z buddyjskiego punktu widzenia śmierć następuje dopiero wtedy, gdy ośrodek serca staje się zimny – w 20–30 minut po stwierdzeniu śmierci fizycznej. W tym czasie kolejno zachodzą procesy opisane jako pojawianie się – wyzwolenie od gniewu, narastanie – wyzwolenie od przywiązania, i osiąganie – wyzwolenie od otępienia. Potem ustają wszelkie doświadczenia i pozostaje tylko świadomość.

Znajomość przebiegu opisanych szczegółowo w książce procesów pozwala zachować spokój, pewność i zaufanie, kiedy towarzyszymy w tym doświadczeniu innej osobie, a później podczas własnej śmierci. Przebieg umierania opisany także z punktu widzenia rodziny i opiekunów osoby umierającej pozwala, by wszyscy uczestniczący w takim wydarzeniu mogli zachować równowagę i wynieść z niego jak największy pożytek. Dlatego, chociaż uczenie się umierania wydawać się może bardzo ekscentrycznym pomysłem, warto zapoznać się z wyjaśnieniami i wziąć z nich dla siebie to, co akurat nam samym wydaje się praktyczne i przydatne. Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger na temat książki Lamy Ole Nydahla powiedział: „Śmierć się kiepsko sprzedaje. Jest czymś, o czym staramy się wszyscy zapomnieć, bo gdybyśmy na co dzień o tym pamiętali, zapewne bylibyśmy kiepskimi konsumentami. Część naszej energii podążyłaby w inną stronę niż do galerii handlowej. Odświeżyłem sobie dzięki lekturze tej książki, jak niechętnie pamiętamy o tym, że śmierć to właściwie, oprócz porodu, najważniejsze doświadczenie w naszym życiu”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Trzy rodzaje lenistwa – co o naszym „niechceniu” mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön?

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Lenistwo jest cechą typową dla ludzi. Niestety, blokuje energię czuwania i podważa pewność siebie oraz siłę. Są trzy rodzaje lenistwa  – nastawienie na wygodę, utrata nadziei i „nic mnie to nie obchodzi”. Wszystkie trzy przyczyniają się do utknięcia w wyniszczających nawykowych schematach postępowania. Jednakże analizowanie ich z wnikliwością niweluje ich moc.

W ogrodzie łagodnej czystości. Niech cię bombardują orzechy kokosowe przebudzenia. Chögyam Trungpa Rinpocze
Pierwszy rodzaj lenistwa – nastawienie na komfort – wynika z dążenia do unikania wszelkich niedogodności. Chcemy odpocząć i mieć święty spokój. Ale ciągłe uspokajanie się, lulanie staje się nawykiem, a my popadamy w znużenie i zniechęcenie. Jeśli pada deszcz, jedziemy pół przecznicy, byle tylko nie zmoknąć. Gdy zaczynają się upały, od razu włączamy klimatyzację. Gdy boimy się przeziębienia, od razu włączamy ogrzewanie. W ten sposób tracimy kontakt z esencją życia.

Zawierzamy szybkim zmianom na lepsze i uzależniamy się od natychmiastowych efektów.

Ten szczególny rodzaj lenistwa sprawia, że stajemy się agresywni. Każda niedogodność wywołuje w nas oburzenie. Wybuchamy, kiedy zepsuje się samochód, kiedy nie ma wody lub prądu, kiedy musimy siedzieć na twardym. Nastawienie na wygodę tłumi naszą wrażliwość na zapachy, widoki i dźwięki. Sprawia też, że ciągle jesteśmy niezadowoleni. Jednak z jakiegoś powodu w głębi serca od zawsze wiemy, że same przyjemności nie są drogą do trwałego szczęścia.

Drugim rodzajem lenistwa jest utrata nadziei. Ogarnia nas poczucie beznadziei, pojawia się myśl: „o, ja biedny”. Czujemy się tacy poszkodowani, że do niczego się nie nadajemy. Siedzimy przed telewizorem, jemy, pijemy i palimy, bezmyślnie oglądając kolejne programy. Nie możemy zmusić się do zrobienia niczego, co pozwoli przyjrzeć się, dlaczego straciliśmy ducha. Nawet jeśli zdołamy podnieść się i otworzymy okno, robimy to bez przekonania. Wykonujemy zewnętrzny gest przebicia się przez lenistwo, ale pozostaje w nas poczucie beznadziei. Te gesty podkręcenia lub przebijania się są jednak przejawem utraty nadziei. Wciąż mówimy do siebie: „Jestem do niczego. Nie ma dla mnie żadnej nadziei. Nigdy mi się to nie uda”. Więc tak naprawdę nie odpuszczamy. Zapo­mnieliśmy, jak sobie pomóc. Brakuje nam wiedzy na temat tego, co przyniesie nam prawdziwą ulgę.

Trzeci rodzaj lenistwa, „nic mnie to nie obchodzi”, jest charakterystyczny dla poczucia żalu. Pokazujemy światu środkowy palec. Ten stan jest podobny do utraty nadziei, ale znacznie trudniejszy. Utrata nadziei ma w sobie pewien rodzaj miękkości i wrażliwości, natomiast „nic mnie to nie obchodzi” jest agresywne i prowokujące. „Świat jest popieprzony. Nie daje mi tego, na co zasługuję, więc po co się przejmować?” Idziemy do baru i pijemy cały dzień, a jeśli ktoś odezwie się do nas, reagujemy z agresją. Albo zasuwamy zasłony, kładziemy się do łóżka i naciągamy koc na głowę. Jeśli ktoś próbuje nas rozweselić, niech Bóg ma go w swojej opiece! Grzęźniemy w poczuciu niedocenienia i się poddajemy. Nie szukamy drogi wyjścia. Chcemy tylko siedzieć i pogrążać się w mroku. Używamy lenistwa jako sposobu na zemstę. Taki rodzaj lenistwa może łatwo przekształcić się w obezwładniającą depresję.

W takich przypadkach korzystamy z trzech nawykowych metod. Nazywam je trzema jałowymi strategiami – atakowania, pobłażania i ignorowania.

Szczególną popularnością cieszy się jałowa strategia atakowania. Kiedy uświadomimy sobie własne lenistwo, zaczynamy siebie potępiać. Krytykujemy i zawstydzamy siebie za to, że się pocieszamy, że użalamy się nad sobą czy nie wstajemy z łóżka. Pogrążamy się w poczuciu niegodziwości i winy.

Równie powszechna jest jałowa strategia pobłażania. Usprawiedliwiamy swoje lenistwo, a nawet pochwalamy je. „Taki po prostu jestem. Nie zasługuję na dyskomfort i niedogodności. Mam mnóstwo powodów, żeby się denerwować albo spać całą dobę”. Mogą nas nękać poczucie zwątpienia w siebie i wrażenie nieadekwatności, ale przekonujemy samych siebie do tego, żeby zaakceptować nasze zachowanie.

Strategia ignorowania jest dość skuteczna, przynajmniej przez jakiś czas. Dezintegrujemy się, odlatujemy, popadamy w odrętwienie. Robimy wszystko, co możliwe, aby zdystansować się od nagiej prawdy o naszych przyzwyczajeniach. Działamy na automatycznym pilocie i po prostu unikamy zbyt uważnego przyjrzenia się temu, co robimy.

Praktyki treningu umysłu wojownika to czwarta opcja oświeconej strategii. Jest to metoda polegająca na doświadczaniu w pełni tego, czemu się opieramy – bez wchodzenia w żadną z trzech jałowych strategii. Zaczynamy wnikliwie przyglądać się każdemu z trzech rodzajów lenistwa. Dzięki treningowi bodhiczitty uczymy się nie tłumić oporu poprzez kontakt z fundamentalną miękkością i bezzasadnością naszego istnienia, zanim stwardnieje. Robimy to z wyraźną intencją, żeby nasze lgnięcie do ego zmniejszało się, a nasza mądrość i współczucie wzrastały.

Ważne jest, aby zdawać sobie sprawę, że zazwyczaj nie chcemy zajmować się lenistwem ani żadnym innym nawykiem. Chcemy pobłażać, ignorować lub potępiać. Chcemy dalej korzystać z trzech jałowych strategii, ponieważ kojarzą się nam z poczuciem ulgi. Chcemy nadal uciekać w pocieszanie się, w opowiadanie sobie bez końca, że straciliśmy nadzieję, lub w rozmyślanie nad fatalizmem postawy „nic mnie to nie obchodzi”.

W pewnym momencie możemy jednakże poczuć zainteresowanie i zacząć zadawać pytania typu: „Dlaczego cierpię? Dlaczego nie ma żadnej poprawy? Dlaczego moje niezadowolenie i nuda narastają z roku na rok?”.

Właśnie wtedy możemy przypomnieć sobie nasze szkolenie. Właśnie wtedy możemy poczuć, że jesteśmy gotowi do eksperymentowania ze współczującą postawą wojownika. Właśnie wtedy zaczyna mieć sens wskazówka, żeby pozostać z miękkością i nie twardnieć.

Dlatego zaczynamy przyglądać się naszemu lenistwu i bezpośrednio doświadczać jego istoty. Poznajemy nasz strach przed dyskomfortem, nasz wstyd, nasze pretensje, naszą nudę i zaczynamy rozumieć, że inni czują to samo. Zwracamy uwagę na historie, które sobie opowiadamy, i zauważamy, że powodują napięcie w naszym ciele. Kontynuując praktykę, zaczynamy rozumieć, że już nie musimy wierzyć w te historie. Praktykujemy tonglen, medytacje w pozycji siedzącej oraz inne praktyki bodhiczitty, żeby otworzyć się na niewinność energii emocjonalnej. Zaczynamy odczuwać pewien rodzaj czułości, zdając sobie sprawę z tego, że każdy daje się złapać tak jak my i że każdy z nas może być wolny.

Lenistwo nie jest ani szczególnie przerażające, ani wspaniałe. Ale ma tę podstawową cechę życia, która zasługuje na to, by doświadczyć jej taką, jaka jest. Być może w lenistwie znajdziemy pewną irytującą, wibrującą właściwość. Możemy odczuwać ją jako nudną i przytłaczającą lub wrażliwą i otwartą. Cokolwiek odkryjemy, zgłębiając to dalej, nie znajdziemy nic, czego moglibyśmy się trzymać, nic solidnego… tylko bezzasadną energię czuwania.

Proces doświadczania lenistwa bezpośrednio i pozawerbalnie jest transformujący. Uwalnia ogromną energię, która na ogół jest blokowana przez nawyk uciekania. Kiedy bowiem przestajemy opierać się lenistwu, nasza tożsamość osoby leniwej zaczyna się całkowicie rozpadać. Bez nakładanych przez ego klapek na oczach nabieramy nowej perspektywy, poszerzamy pole widzenia. W  ten sposób lenistwo  – lub jakikolwiek inny demon  – wprowadza nas w życie pełne współczucia.

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Psychologia

Doświadczaj chwili obecnej - nauki Pemy Chodron

Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. - pisze w książce "Twoje wspaniałe życie" Pema Chodron, buddyjska mniszka.

Kiedy nauczam o pustce lub otwartej świadomości i chcę, żeby uczestnicy od razu weszli w pewien rodzaj bezpośredniego doświadczenia, proszę wszystkich, aby wstali razem ze mną. Wszyscy jednocześnie robimy wdech i podnosimy ręce nad głowę. Następnie wszyscy razem robimy wydech, opuszczamy ręce i klepiemy się w uda. Robiłam to już z sześciuset osobami jednocześnie. Było bardzo głośno. Ćwiczenie to stwarza okazję do przeżycia chwili otwartości, wolnej od etykiet i znaczeń. Po klepnięciu po prostu rozluźniamy umysł na tyle, na ile możemy. Cokolwiek stanie się potem, jest w porządku. Niektórzy ludzie doświadczają pustki w szeroko otwartej przestrzeni. Niektórzy zaczynają mówić do siebie. Niektórzy stają się smutni, poirytowani lub senni. Niektórzy myślą: „Nie rozumiem tego”. Ale cokolwiek się stanie, nie ma problemu. Nie musi to być jakieś szczególne przeżycie. Najważniejsze jest, aby ludzie byli otwarci, mieli swobodne nastawienie pozwalające na to, żeby wydarzyło się cokolwiek, bez odrzucania czy wartościowania. Głośne uderzenie stwarza okazję do powstania luki w naszym procesie koncepcyjnym, ale jeśli nie doświadczymy tej luki, nie ma się czym martwić. Głębia praktyki polega na tym, aby pozwolić, by rzeczy się działy.

Doświadcz pustki

Jeśli postrzegasz pustkę jako coś, co warto rozwijać – lub w czym nawet warto się zakochać – zawsze możesz znaleźć sposób, aby połączyć się z nią w życiu codziennym. Jednym z prostych sposobów na praktykowanie pustki, jest po prostu zatrzymanie się. Możesz to zrobić, kiedy tylko zechcesz. Jest to bardzo proste. Zwolnij i od razu się zatrzymaj. Rozejrzyj się i skontaktuj się z obecną chwilą. W ten sposób przerwiesz strumień pomysłów i mentalnej paplaniny, które nakładają się na twoje doświadczenie. Pozwala to dotknąć ponadczasowości chwili obecnej – tego, co Trungpa Rinpocze tak umiejętnie nazwał „teraźniejszością”. Gdy jesteśmy zapracowani i każde kolejne opóźnienie jest niebywale irytujące, możemy wykorzystać takie sytuacje na praktykowanie zatrzymywania się. Na przykład, musisz iść na pocztę w przerwie na lunch. Stoisz w długiej kolejce, która w ogóle nie przesuwa się do przodu. Zamiast po prostu stać tam i kipieć z gniewu, możesz zrezygnować z tej mentalnej paplaniny, zrelaksować się i wejść w obecną chwilę. Wtedy poczta i obecni tam ludzie mogą stać się fascynującym doświadczeniem. Możesz naprawdę zobaczyć to, co jest przed twoimi oczami i usłyszeć to, co wpada do twoich uszu. To tak, jakby drzwi percepcji zostały dokładnie oczyszczone.
Przed chwilą dałeś się złapać, dygocząc z nerwów albo umierając z nudów, a teraz twoje doświadczenie przekształca się w coś barwnego i niespodziewanie cudownego. Jesteś wolny od konceptów takich, jak „biedny ja” czy „nie mam na to czasu” i zamiast tego, cieszysz się chwilą obecną. Słyszałam, że w przeszłości w Tybecie jedynym sposobem, w jaki kobiety mogły osiągnąć oświecenie, było praktykowanie w przerwach między licznymi obowiązkami. Były one jednak tak oddane przebudzeniu, że nauczyły się rozpoznawać i doceniać możliwości, które pojawiały się na ich drodze. Każda chwila „pomiędzy” – czekanie na kogoś, przechodzenie z jednego miejsca do drugiego, dojenie krowy – stawała się bezcenną okazją. Zamiast myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło lub planować to, co wydarzy się później, cieszyły się przestrzenią, w której mogły zatrzymać wypełniony pojęciami umysł i nawiązać kontakt z teraźniejszością.

Pustka w codziennym życiu

Mamy wiele podobnych okazji w naszym własnym życiu. Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. Można połączyć się z chwilą obecną, gdy tracimy orientację, gdy czujemy się wytrąceni z równowagi. Są to sytuacje, kiedy nie wiadomo, co robić i jakie będą skutki naszych działań. Często zdarza się to wtedy, gdy masz problemy z podjęciem ważnej decyzji. Nie wiesz, czy przyjąć ofertę pracy, gdzie się przeprowadzić, z którego lekarza porady skorzystać. Chcesz pomóc komuś w potrzebie, ale nie wiesz jak. Nie jesteś pewien, czy nadszedł czas, aby zaryzykować, czy masz grać ostrożnie. A może jest to tylko nieistotna wątpliwość, typu jak się ubrać lub jakie danie wybrać z menu. W tych wszystkich przypadkach chciałbyś dojść do konkretnego wniosku, ale nie ma sposobu na dotarcie do czegoś określonego. W związku z tym czujesz się bezbronny i bezzasadny. Ale jeśli skupisz się i pozostaniesz obecny w tych sytuacjach, możesz znaleźć sposobność, by zetknąć się z mądrością chwili obecnej – z otwartą, nieprzewidywalną właściwością tego, czym rzeczy zawsze są.
Kiedyś byłam na wykładzie Khenchena Thrangu Rinpocze, opata Gampo Abbey. Kiedy skończył mówić, jeden z mnichów uderzył w gong dając sygnał, że wykład się zakończył. Chociaż taki jest zwyczaj w Gampo Abbey, Thrangu Rinpocze uważał, że gong oznacza początek sesji medytacyjnej. Przez następne półtorej godziny siedział więc na swojej poduszce, całkowicie rozluźniony, od czasu do czasu poruszając się lekko. My, słuchacze, nie byliśmy do końca pewni, co się dzieje, więc też siedzieliśmy tam cały czas, w stanie niewiedzy. Czy czekał, aż skończymy, czy też my czekaliśmy na niego? Każdy z nas musiał mieć własny sposób znalezienia się w tej sytuacji – od odprężenia się w bezzasadności do chęci wykrzykiwania – ale obserwowanie swobody Thrangu Rinpoczego dało mi poczucie głębokiej wdzięczności za to, jaki spokój można poczuć w kontakcie z chwilą obecną – z pustką w codziennym życiu.

Pytania bez odpowiedzi

W tradycji zen nauczyciele wykorzystują koany, czyli pytania, na które nie ma odpowiedzi – w każdym razie odpowiedzi nie są możliwe w przypadku utrwalonego umysłu i dualistycznego myślenia. Być może najbardziej znanym koanem zen jest: „Jak brzmi klaskanie jedną ręką?”. Może to wyglądać na wysoce ezoteryczną praktykę, ale jeśli jesteśmy w harmonii z tym, jakie w rzeczywistości są sprawy tego świata – wolne od nadanych znaczeń i niemożliwe do sprecyzowania – zauważymy, że życie nieustannie podsuwa nam koany. Dla większości z nas takie niejednoznaczne sytuacje należą do zjawisk negatywnych i mamy tendencję do uciekania od nich. Ale dla duchowych praktyków koany mogą stanowić sposób, dzięki któremu budzimy się i uświadamiamy sobie pełny potencjał naszych serc i umysłów. Zamiast od razu próbować odpowiedzieć na otwarte pytania, jakie stawia przed nami życie, możemy, choćby na chwilę, poeksperymentować z odnalezieniem spokoju w uczuciu ambiwalencji. Ale nawet wtedy, gdy życie nie daje nam możliwości doświadczenia bezzasadności i bezbronności, wciąż możemy znaleźć sposoby na nawiązanie kontaktu z codzienną pustką – nawiązanie kontaktu z chwilą obecną.

Kadry nowych znaczeń

Jedną z praktyk, którą szczególnie lubię, jest robienie mentalnych zdjęć. Możesz zacząć od zamknięcia oczu. Następnie obróć głowę w dowolnym kierunku – w górę, w dół, na boki. Nie ma znaczenia, w którą stronę. Chodzi o to, żebyś nie miał pewności co zobaczysz, gdy otworzysz oczy. Następnie szybko otwórz oczy i zobacz, co jest przed tobą. Prawie natychmiast powrócisz do etykietowania wszystkiego, ale postaraj się obserwować ten moment, zanim zaczniesz etykietować. Spokojnie i z otwartością spróbuj zrobić mentalne zdjęcie momentu, który nie ma przypisanego znaczenia. Możesz to robić przez cały dzień, gdziekolwiek jesteś. Niekoniecznie musisz najpierw zamykać oczy, ale to może pomóc ci w opanowaniu tej praktyki. Jeśli jesteś fotografem lub artystą w innej dziedzinie sztuki, ten rodzaj aktywności może wydawać się naturalny, ale spróbuj wykorzystać to jako praktykowanie pustki – sposób na połączenie się z chwilą obecną. Możesz również wykonywać tę praktykę, posługując się innymi zmysłami. Na przykład, nagle uświadomisz sobie dźwięki, które słyszysz i spróbujesz zauważyć ten moment, zanim je zidentyfikujesz i zdecydujesz, czy ci się podobają, czy nie. Praktyka robienia zdjęć daje nam wgląd w umysł osoby medytującej, która zdobyła doświadczenie w widzeniu rzeczy takich, jakie są. Taka osoba doświadcza uczucia ciągłego zaskoczenia. Jesteś zaskoczony, że rzeczy nie są takie, jak myślałeś, że są – albo, że są takie, jak myślałeś, że są. To jest świeże, niekonwencjonalne spojrzenie artysty, który medytuje. Trungpa Rinpocze, który nauczył nas praktyki robienia zdjęć, był pasjonatem sztuki. Fotografie jego autorstwa są bardzo interesujące. Na jednym z nich widać ostatnie dwie litery wielkiego napisu na stacji benzynowej. Potem jest ogromna przestrzeń, a w przeciwległym rogu zdjęcia znajdują się dwie pierwsze litery innego szyldu. To wszystko stanowi piękny, ponadczasowy moment.

Świeżość chwili

Wszystkie sposoby praktykowania codziennej pustki polegają na połączeniu się ze świeżością każdej chwili. Dla małych dzieci ta świeżość jest znacznie bardziej dostępna. Ale jest ona dostępna również dla dorosłych. Czasami ta świeżość jest nam narzucana, jak przy nagłym szoku. Innym razem musimy ją celowo uaktywniać. Ale niezależnie od tego, jak się tam dostaniemy, chodzi o to, aby doceniać te chwile jako przebłyski większej prawdy, która kryje się za naszym nawykowym etykietowaniem. Jeśli nadal będziemy szukać i korzystać z tych możliwości, nasz układ nerwowy zwiększy swoją zdolność do utrzymywania niepewności, niejednoznaczności i braku bezpieczeństwa. Jeśli nadal będziemy wychodzić z naszej strefy komfortu i zwiększać naszą tolerancję dla takich uczuć, nasze życie ulegnie zmianie. Zamiast czuć się tak, jakbyśmy musieli nosić zbroję aby nas chroniła w codziennym życiu, będziemy się czuć, jakbyśmy oglądali film. Jednym z ważnych efektów takiej praktyki jest to, że czujemy się tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia.

Fragment książki Pemy Chodron "Twoje wspaniałe życie", którą kupicie w naszym sklepie internetowym. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

  1. Psychologia

Życie po stracie dziecka

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Mówi się, że śmierć dziecka jest wbrew naturze, że to dzieci powinny chować swoich rodziców, a nie odwrotnie. Pewnie dlatego brak jest rytuałów żałobnych, które pozwoliłyby przetrwać tę najokrutniejszą z możliwych stratę.

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu… Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień, a potem jeszcze jeden i następny.

Podobno pomaga pisanie, przelewanie na papier tych wszystkich myśli, emocji, opisów wydarzeń, których nie sposób objąć rozumem ani pomieścić w ciele. Justyna Wincenty, autorka „Kołysanki z huraganem” (Wyd. Fundacja Instytut Reportażu) tydzień po nagłej śmierci Tadka, swojego niespełna trzymiesięcznego synka, zaczęła pisać dziennik. Notowała błahe wydarzenia, rozmowy z mężem i starszą córeczką, lęki dopadające ją nagle jak zły pies czający się za rogiem ulicy, niechciane myśli, koszmarne sny, które nie pozwalały zmrużyć oka do rana. Opisywała postępy w terapii, spotkania z psychiatrą i innymi rodzicami w żałobie. Pisanie pomagało utrzymać w ryzach rozpacz i lęk, ale… „Przed żałobą nigdzie się nie schowasz, donikąd nie uciekniesz, zażąda od ciebie daniny rozpaczy prędzej czy później. Musisz ją poznać, zrozumieć, ulec jej” – przyznaje w książce.

Nic nie czuję

Strata bliskiej osoby dotyka każdej komórki twojego ciała, wyzwala całą gamę emocji, również takich, których istnienia nie podejrzewaliśmy. Żal, smutek, gniew, poczucie winy – idą ramię w ramię z doznaniami z ciała: zimno na przemian z uczuciem roztapiania się z gorąca, drżenie rozchodzące się od małego palca u stopy aż po czubek głowy, a zaraz potem zamrożenie wywołujące przerażenie, że zamienisz się w głaz i nie będziesz w stanie się ruszyć. Trudności z nabraniem powietrza, a kiedy już uda ci się wziąć oddech, masz wrażenie, że nie możesz go zatrzymać i powietrze napełnia twoje ciało jak balonik, który za chwilę pęknie. Ale najgorszy jest początek, pierwsze dni po stracie, kiedy nie czujesz nic.

„Nie jestem w stanie rozmawiać – brakuje łez, słów, emocji” – wyznaje Justyna Wincenty. Nie czujesz bicia swojego serca, kładziesz dłoń na klatce piersiowej i nie czujesz ani dotyku, ani ciepła skóry. Nie wiesz, czy cię to dziwi, czy przeraża, a może śmieszy? Podchodzisz do lustra i widzisz swoją twarz i szeroko otwarte oczy, a w nich pustka, jak studnia bez dna. Nigdy nie zapomnisz tego dnia, kiedy po raz pierwszy uda ci się zapłakać, potem łzy będą towarzyszyć ci często, bardzo często. A od czasu do czasu pojawi się szloch, taki głęboki, z dna miednicy, który przyprawia o zawrót głowy, wymioty. Nie sposób go powstrzymać, ale przynosi największą ulgę.

Razem z odblokowaniem łez i czucia pojawia się niepamięć „Nie mogę sobie przypomnieć, jak płakał” – czytamy w ,,Kołysance”. Głos zapomina się jako pierwszy, w przeciwieństwie do zapachu, który jeszcze przez miesiące będziesz pamiętać, a czasami – gdy pojawi się lęk, że jakoś trudno jest ci go odtworzyć – w panice będziesz biec do dziecięcego pokoju i wąchać kocyk, koszulkę czy ukochaną maskotkę. Niepamięć, także tego, co wydarzyło się tuż przed i tuż po śmierci dziecka mija powoli; wracają pojedyncze wspomnienia, dalekie obrazy, które w miarę przybliżania się i nabierania ostrości, będą uruchamiać – pojawiające się falami – emocje. Złość na tych wszystkich, którzy mogli coś zrobić, żeby uratować życie dziecka, wściekłość na partnera lub partnerkę, lekarza i wreszcie na siebie. O to, że nie przewidziałaś, nie zapobiegłaś, nie odczytałaś znaków (pierwszy syn babci autorki książki, Tadeusz, zmarł nagle w trzecim miesiącu życia – to samo imię, podobny wiek). Poczucie winy czai się za rogiem. A wina zawsze wymaga kary. Czy wystarczającą karą może być ciągnąca się tygodniami bezsenność, a właściwie całkowity zanik potrzeby snu, kiedy najsilniejsze leki pomagają jedynie na chwilę? A może będzie nią totalne odrealnienie, życie pomiędzy dwoma światami: jawą i snem albo odczucie zimna tak dotkliwe, że prawie zamieniasz się w kostkę lodu? Albo ten wszechogarniający lęk, że za chwilę pojawi się coś bardzo złego, a ty boisz się, że kolejnego „złego” już nie przeżyjesz, nie dasz rady…

Nikt mnie nie rozumie

Obok ciebie, pogrążeni w rozpaczy lub współczuciu są inni ludzie, na przykład twój partner czy partnerka. Nawet jeśli potraficie się wspierać w tych najtrudniejszych chwilach, to śmierć i żałobę po stracie dziecka każde z was przeżywa inaczej.

Jaś, trzytygodniowy synek Majki umierał przez tydzień. Urodził się przedwcześnie, w szóstym miesiącu ciąży, miał wiele wad rozwojowych, lekarze nie dawali mu szans. Obydwoje z mężem czuwali nad nim przez ten cały czas. – Michał w pewnej chwili zapytał lekarza, czy nie można mu pomóc, żeby dłużej się nie męczył – opowiada Majka. – Długo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Kiedy zrozumiałam, uderzyłam męża w twarz, kazałam mu się wynosić. Jaś zmarł następnego dnia, w moich ramionach. Potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć i zaakceptować, że dla Michała to było za trudne.

Mężczyźni w naszej kulturze wychowywani są według scenariusza „chłopaki nie płaczą”. Ich pierwsza reakcja tuż po śmierci dziecka bywa silniejsza niż reakcja matki, ale tuż po pogrzebie chcą jak najszybciej wrócić do tzw. normalności: do pracy, kolegów, swoich pasji. Często pragną też mieć od razu kolejne dziecko. Potrzebują jakiejś zmiany: chcą wyjechać w podróż, zmienić pracę, miejsce zamieszkania, kupić nowy samochód. Kobieta jest przede wszystkim w nieczuciu, a potem czuciu ponad miarę, kiedy nic innego się nie liczy. Badania mówią, że po śmierci dziecka w małżeństwie może pojawić się poważny kryzys, bywa, że dochodzi do zdrady, nawet rozwodu. Szok jako pierwsza reakcja na wieść o śmierci izoluje osobę go doznającą przed odczuwaniem czy nawet uświadamianiem sobie bólu innych osób. To naturalne, że uznajesz swój sposób przeżywania za jedynie słuszny. To odpowiedni moment, żeby poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz: terapeutę czy grupę wsparcia rodziców po stracie dziecka.

Poczucie bycia niezrozumianym potęguje cierpienie, czasami nasila złość, innym razem budzi rozczarowanie czy niechęć. Nagle pusto się robi wokół ciebie, przyjaciele przestają dzwonić, a ci, co pozostają, często nie potrafią cię wesprzeć tak, jak tego potrzebujesz. Justyna Wincenty pisze wprost, że jeśli nie przeżyło się śmierci dziecka, trudno używać słów „rozumiem” czy „wiem, co czujesz” – „to tak jakby wiedzieć, co się czuje, gdy tramwaj odetnie komuś nogę, jednocześnie mając dwie własne”. Czasami ktoś zapyta cię, jak ci pomóc. Może po prostu wystarczy być obok, bez słów, w milczeniu. Zaakceptuj, że to się będzie zmieniać. Jednego dnia będziesz potrzebować wysłuchania, innego – pocieszenia. Czasami radość sprawi ci obecność w domu przyjaciółki i obserwowanie jej małego synka. Innym razem z płaczem wybiegniesz z parku, widząc matkę karmiącą na ławce niemowlę…

„Żałoba przychodzi falami – niby jest zwyczajnie, ale coś pod spodem się czai – potem nadchodzi kolejna fala uderzeniowa, ciężka i straszna, zmiatająca z pokładu okruchy normalności, które udało się stworzyć” – próbuje opisać ból autorka „Kołysanki” . Spróbuj sobie po prostu odpuścić, na tyle, na ile się da. Nie zwracaj uwagi na to, co mówią inni: co powinnaś, jak powinieneś. Daj się pokierować procesowi żałoby.

Czasami siebie nie rozumiem

Mózg, który ma za zadanie jak najdłużej podtrzymać życie, chroni nas przed przeżyciami trudnymi do pomieszczenia, na przykład w takich momentach jak strata dziecka. Włączają się wówczas mechanizmy obronne – ratują przed myślami i wspomnieniami, którym nie jesteśmy gotowi stawić czoła. Jednym z takich mechanizmów jest dysocjacja, którą ludzie opisują jako stan, w którym na jawie czują się tak jak we śnie; są emocjonalnie odrętwiali; mają problemy z koncentracją; trafiają do różnych miejsc, ale nie wiedzą, jak się tam znaleźli; mają wrażenie, że są oderwani od rzeczywistości. Czasami pojawia się magiczne myślenie, którego konsekwencją jest na przykład niemożność rozstania się z rzeczami zmarłego dziecka, wynikająca z przeczucia, że dziecko wróci. Granica pomiędzy poczuciem kontroli swojego życia a poczuciem zagubienia jest bardzo cienka. Nie bój się, to nie są oznaki szaleństwa, ta odrealniona jazda właśnie chroni cię przed chorobą psychiczną. Ale kiedy czujesz, że ten proces się nasila, poproś o pomoc.

Irena, której siedmioletnia córeczka zmarła na białaczkę, przez wiele miesięcy, absolutnie nieświadomie, trafiała pod szkołę dziewczynki. – Nagle o tej godzinie, kiedy zwykle ją odbierałam, urywał mi się sen, kiedy odzyskiwałam świadomość, stałam przed szkolnym budynkiem – opowiada.

Psychiatra rozpoznał u niej PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, podobnie jak u autorki przywoływanej książki. Irena nie była w stanie nie chodzić pod szkołę dziecka, Justyna nie była w stanie mówić o tym, co się wydarzyło w dniu śmierci synka, reagowała paniką na sygnał karetki. Terapeutka zastosowała metodę przedłużonej ekspozycji – podczas cotygodniowych spotkań nagrywała opowieść Justyny o tym dniu z poleceniem, by każdego dnia pomiędzy sesjami odsłuchiwała ją i szacowała na skali od 0 do 100 poziom stresu, który odczuwa w trakcie. Najbardziej stresujące momenty opowieści były omawiane na terapii. Celem miało być zrozumienie, że opowieść sama w sobie nie jest groźna, tak jak sygnał karetki czy zapach szpitala.

„Umysł nie jest w stanie poradzić sobie ze wstrząsającym przeżyciem, którego człowiek był świadkiem. Ono co chwila odtwarza się w głowie jak zapętlony film – moje dziecko umiera mi na rękach” – wspomina Justyna Wincenty. To wszystko kiedyś minie. Potrzeba czasu, wsparcia, profesjonalnej pomocy, leków…

Dlaczego to tak boli i kiedy się wreszcie skończy?

Wszyscy chcielibyśmy kontrolować czas cierpienia – dokładnie wiedzieć, kiedy poczujemy się lepiej, kiedy to wszystko minie. Ale próby określenia limitu czasowego dla procesu opłakiwania straty dziecka są całkowicie pozbawione sensu. Można starać się określać, od czego to zależy: od wieku dziecka, stanu twojego zdrowia, wsparcia, jakie dostajesz, tego, czy dziecko chorowało, czy może śmierć przyszła nagle – ale to pozorne ruchy, które niczego nie zmienią, nie przyspieszą, nie ułatwią. Wyniki badań wskazują, że domykanie żałoby po stracie dziecka może trwać latami. Tego bólu nie sposób przeżyć w przyspieszonym tempie, nie można go też uniknąć. Są rodzice, którzy w smutku pogrążają się do końca życia, czasami nieświadomie porzucając emocjonalnie pozostałe dzieci.

„Kiedy umarł Tadek, otworzyło się wieczne źródło bólu. Będzie biło do końca życia” – to kolejny poruszający fragment książki, bo kiedy umiera dziecko, rodzice odczuwają również utratę części siebie: swoich niespełnionych marzeń, które lokowali w dziecku, planów na przyszłość, marzeń i aspiracji. W obliczu śmierci ich własna nieśmiertelność staje pod znakiem zapytania.

Nadejdzie dzień, w którym poczujesz, że boli trochę mniej, a kiedy boli, już wiesz, jak sobie z tym poradzić. „Wymyślam ćwiczenie. Wdech, mówię w głowie: mi. Wydech, mówię w głowie: łość. Wdech – mi. Wydech – łość. Powtarzam to bardzo długo, dopóki nie zasnę” – pisze autorka „Kołysanki”. Zaczynasz ufać naturalnemu procesowi przeżywania straty.

Doktor Lisa M. Shulman, autorka książki ,,Mózg w żałobie”, twierdzi, że leczenie traumy straty polega na przekształcaniu traumatycznych wspomnień we wspomnienia o mniejszym ładunku emocjonalnym. „Z neurologicznego punktu widzenia traumatyczne wspomnienia tworzą własne szlaki bodźców nerwowych: pewne bodźce wyzwalające aktywują szlaki związane z niepokojem, walką czy ucieczką. Wyzdrowienie wynika z neuroplastyczności mózgu, czyli utworzenia nowych szlaków dla bodźców nerwowych” – wyjaśnia.  Przyjmujesz wszystkie emocje, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i zalewają cię tak mocno, że z trudem łapiesz równowagę. Dzięki temu, że od nich nie uciekasz, ból powoli jest coraz mniejszy. A potem pewnego dnia uśmiechasz się, kiedy niespodziewanie znajdujesz w jakimś rzadko odwiedzanym miejscu w mieszkaniu jego skarpetkę i nie przepłakujesz z tego powodu nocy. Już nie starasz się obsesyjnie ustalić wszystkich szczegółów dotyczących jego śmierci, bo śmierć po prostu istnieje, jest elementem życia. Domknięcie procesu żałoby oznacza, że akceptujesz fakt, że być może nigdy się do końca nie pogodzisz ze stratą, że jeszcze nieraz zatęsknisz, zaszlochasz, poczujesz złość, dlaczego to spotkało właśnie ciebie… ale nie umrzesz już od tego.

  1. Psychologia

Tajniki ludzkiego umysłu – co o jego naturze mówi buddyzm?

Wiedza na temat natury umysłu i praktyka medytacji przekładają się na jakość życia i poczucie szczęścia. (Fot. iStock)
Wiedza na temat natury umysłu i praktyka medytacji przekładają się na jakość życia i poczucie szczęścia. (Fot. iStock)
Buddyzm nie jest religią. Nie jest też filozofią ani psychologią. Najtrafniej byłoby go nazwać nauką o umyśle. Dlatego jeśli chcesz zgłębić wiedzę o buddyzmie, powinnaś zacząć od zgłębienia natury ludzkiego umysłu.

Według Karola Ślęczka, filozofa i czołowego polskiego nauczyciela Buddyzmu Diamentowej Drogi, nasz umysł jest pusty, wolny od wszystkiego, co mogłoby go ograniczać. A jednak ma pewną słabość. – Działa jak ludzkie oko, widzi na zewnątrz, ale nie widzi samego siebie – tłumaczy nauczycielka medytacji Kasia Biała. – Dlatego tworzy dualizm ja–ty. Coś nam się podoba – odczuwamy pożądanie. Coś inne nie – pojawia się awersja, gniew, nienawiść... Chcielibyśmy wyłożyć świat piękną skórą, żeby zawsze było miękko, bezpiecznie. Nie da się. Ale możemy sprawić sobie skórzane buty, które będą się sprawdzać w różnych warunkach. Zyskać niezależność od warunków zewnętrznych, które przecież nieustannie się zmieniają. Nieoświecony umysł pogrążony jest w niewiedzy, trzeba oszlifować go, dokopać się do jego właściwości.

Celem buddyzmu jest rozpoznanie przeżywającego – tego, który patrzy przez nasze oczy, słyszy przez nasze uszy. Przestajemy koncentrować się na falach, które przychodzą i odchodzą, stajemy się świadomi głębi oceanu. Kiedy to się stanie, doświadczamy radości w każdej chwili – mówi nauczycielka buddyjska Paulina Czaja.

Karma

Umysł jest jak doskonała gleba – mówi Karol Ślęczek. – Jeśli zasiejemy w niej kwiaty – wyrosną kwiaty, jeśli chwasty – chwasty. To my decydujemy, jakie nasiona tam wkładamy. Wytwarzając pozytywne przyczyny, uzyskujemy pozytywne skutki. To najprostszy sposób na wolność. Gdyby nie istniało prawo karmy, praca z umysłem nie miałaby sensu.

Ślęczek podkreśla, że prawo przyczyny i skutku działa zawsze, niezależnie od tego, czy w nie wierzymy, czy nie. Po prostu czasem odległość między zdarzeniami jest tak duża, że nie dostrzegamy tych zależności. Lama Ole Nydahl, Duńczyk, który w znacznym stopniu przyczynił się do przeniesienia buddyzmu na Zachód, zauważa, że nauczyciele lubią objaśniać karmę na przykładzie innych. Mówią „przydarzyło ci się to, bo...”, ale kiedy sami mają podobne doświadczenia, uznają to za zwykły wypadek... Bogaci i piękni chętnie zgadzają się z naukami Buddy; biedni, brzydcy i chorzy – niekoniecznie. Kiedy skarżyli się Buddzie, zwykł odpowiadać: „Nie każde lekarstwo może być słodkie”.

Paulina Czaja tłumaczy obrazowo, czym różni się dobra karma od złej. W pierwszym przypadku idziemy przez pole diamentów i cieszymy nimi oczy. W drugim – idziemy przez pole diamentów i nie widzimy ich, nie doceniamy sytuacji, w jakiej jesteśmy. – Pamiętam, jak lama Ole spytał kiedyś kobietę, która przeżyła dwie wojny światowe, jak to możliwe, że po tak trudnych doświadczeniach udało jej się zachować radość i otwartość na to, co przynosi życie. Odpowiedziała, że cokolwiek jej się przydarzało, myślała, że dokładnie tego sobie życzyła – opowiada.

Iluzja

„Budda” oznacza doskonały stan umysłu – całkowicie rozwinięty i oczyszczony – z tzw. przeszkadzających uczuć i fałszywych koncepcji. Jedną z nich jest wiara, że „ja” jest prawdziwe. – Dziesięć lat temu mieliśmy inne ciała. Inaczej czuliśmy, inaczej myśleliśmy – zauważa Paulina Czaja. – Wszystko powstaje i przemija w umyśle. Nie ma sensu zajmować się „ja”. Dużo ważniejsze jest przyjrzeć się oceanowi, temu, kto tego doświadcza. Drugą fałszywą koncepcją jest to, że świat zewnętrzny jest prawdziwy. – Świat zewnętrzny to rodzaj snu – twierdzi Karol Ślęczek. – Wszyscy śnimy zbiorowy sen, mówimy „to jest świat”, a on za chwilę się zmienia. Nie jest czymś stałym, jest procesem – to od nas zależy, jak będziemy go przeżywać. Jesteśmy wolni, w każdej chwili możemy dokonać nowego wyboru. Jedyną przyczyną naszego cierpienia jest iluzja, że „ja” i świat istnieją naprawdę.

Z tej iluzji, dualizmu wynikają inne ograniczenia: pożądanie i niechęć (chcemy albo nie chcemy czegoś na zewnątrz), zazdrość i duma (czujemy się gorsi albo lepsi od innych). Kiedy postrzegamy świat przez pryzmat tych emocji, trudno nam być szczęśliwymi. Dlatego tak ważne jest, żeby odkryć prawdziwą naturę umysłu.

To daje totalną wolność – rozumiemy, że sami decydujemy o naszym życiu – zapewnia Paulina Czaja. Jednocześnie zachęca, by nie wierzyć ślepo w żadne nauki. Wszystko sprawdzić. Bo cały rozwój oparty jest na trzech filarach: informacja, medytacja i działanie.

Medytacja to podstawowe narzędzie treningu umysłu. Daje wgląd, doświadczenie. Pozwala zweryfikować każdy pogląd. Przeszkadzające uczucia zostają przekształcone. Rozwijamy naturalne właściwości umysłu: nieustraszoną mądrość, spontaniczną radość, aktywne współczucie. A kiedy przestajemy wszystko przeżywać osobiście, zaczynamy działać z innego poziomu. Chcemy być pomocni. – Lama Ole mówi, że kiedy myślisz o sobie, masz same problemy, kiedy o innych – ciekawą pracę do zrobienia – podsumowuje Paulina Czaja.

Cytowani nauczyciele reprezentują Buddyzm Diamentowej Drogi. Ich wypowiedzi pochodzą ze spotkań, które odbyły się w ramach Festiwalu Kultury Buddyjskiej „Przestrzeń Umysłu” (2014). Medytację buddyjską można praktykować w ośrodkach Buddyzmu Diamentowej Drogi, działających w większości polskich miast.

Karol Ślęczek, absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jest uczniem Lamy Ole Nydahla. Z buddyzmem Diamentowej Drogi związany od 1978 roku. Od 1988 roku wykłada filozofię buddyjską na uniwersytetach oraz ośrodkach buddyjskich na całym świecie.

Paulina Czaja jest absolwentką E-Commerce Development w Londynie. Jest uczennicą Lamy Ole Nydahla. Z Buddyzmem Diamentowej Drogi związana od 1993 roku. Od 2005 roku wykłada podstawy buddyzmu. Brała aktywny udział w rozwoju ośrodków w Londynie, Buenos Aires i Gdańsku.