1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Znaczenie imion męskich

Znaczenie imion męskich

fot. iStock
fot. iStock
Imię to ważna cząstka człowieka. Niektórzy uważają je wręcz za rodzaj wróżby, błogosławieństwa. Nie bez powodu Mirosław Winczewski, autor „Leksykonu imion”, na jego podtytuł wybrał słowa „magia ukryta w każdym z nas”.

Kiedy rodzi się dziecko – a właściwie na długo przed jego przyjściem na świat, czasem nawet przed poczęciem – rodzice (a często też dziadkowie i reszta rodziny) zaczynają zastanawiać się, jakie nadać mu imię, jak ma prezentować się na zewnątrz. Nierzadko matka czuje, że jej dziecko „przynosi” określone imię, że urodzi Krzysia. A czasem kieruje się modą, fascynacją jakimś bohaterem literackim czy filmowym...

Możesz wierzyć lub nie, że imię programuje przyszłość człowieka czy determinuje jego usposobienie... Ale na pewno nieraz słyszałaś stwierdzenia w rodzaju: „wszystkie Elki są...” albo „Tadeusza nic nie rusza”. Co oznacza imię twojego partnera?

Adam – praojciec rodu ludzkiego. Bardzo konkretny, bazujący na logice, solidny i wymagający dyscypliny od innych. Obdarzony dobrym zdrowiem i znakomitą pamięcią (czyli również pamiętliwy). Często brak mu polotu, elastyczności i dyplomacji (szczególnie w kontaktach z kobietami). Bardzo wysoko ceni sobie przyjaźń
i wierność. Godny zaufania, ale mało towarzyski i komunikatywny, z trudem nawiązujący znajomości.

Andrzej – obdarzony dużą mocą. Potrafi zarządzać pieniędzmi i praktyczną stroną życia. Cechuje go duża odpowiedzialność i poczucie realizmu. Zawsze gotów wspierać innych, świetnie sprawdza się też w roli ojca. Odznacza się dużą pewnością siebie i zdecydowaniem, szczerością i lojalnością. Do życia podchodzi z optymizmem,
odwagą i otwartością. Mógłby jednak być bardziej otwarty na odmienne od własnych osądy i opinie.

Bartosz – obdarzony dużą energią, witalnością, choć często prowadzi niezdrowy tryb życia. Nerwowy, zwykle jest na „nie” i łatwo wybucha. Niechętnie przyznaje się do błędów. Nie znosi nudy – ruchliwy, trudno mu usiedzieć w miejscu. Szuka przygód, a nierzadko też przysłowiowego guza. Spełnia się w działaniu – zwykle wybiera zawody związane z pracą fizyczną albo z ryzykiem.

Jacek – w „Leksykonie imion” figuruje jako ekstrawertyk
o różnorodnych zainteresowaniach i trudnym charakterze. Inne wymienione cechy to upór i wybuchowość, a nawet apodyktyczność, prowadząca do konfliktów z otoczeniem. Bardzo towarzyski, ceni też tzw. światowe życie. Potrzebuje dużo przestrzeni i poczucia wolności, działa z rozmachem. Lubi podróże, luksus i podejmuje różne starania, by zaimponować kobietom. Jest oddanym przyjacielem. Zaleca się mu, by działał z nieco większą ostrożnością.

Łukasz
– należy do osób solidnych, pracowitych, wytrwałych i cierpliwych, chociaż niespecjalnie spragnionych wiedzy. Mimo idealistycznego podejścia do życia jest konserwatystą – podąża raczej utartymi ścieżkami, rzadko podejmuje wyzwania i porywa się na nowe rzeczy. Unika towarzystwa. Jest odbierany jako wycofany i powolny, wręcz flegmatyczny. Przechodzi przez życie małymi krokami, często też błądząc i gubiąc się w jego zawiłościach. Bywa naiwny.

Marek
– imię rzymskie (Marcus). Odznacza się inwencją twórczą i intuicją, ale ma też zmysł praktyczny i umiejętność realnej oceny sytuacji. Dobrze czuje się w grupie, potrafi też jej przewodzić. Świetnie odnajduje się w trudnych sytuacjach, zawsze znajdując trafne rozwiązania, a czasem podejmując niemałe ryzyko. Jest dobrym mężem i ojcem. Umie cieszyć się życiem – ceni sobie kontakt z naturą i smaczne jedzenie. Przywiązuje też sporą wagę do stroju.

Michał
– może mieć skłonność do zamykania się w sobie, choć chętnie spieszy z radą i pomocą, niekoniecznie jednak odwołując się do dyplomacji. Rzecz w tym, że brakuje mu pewnej elastyczności – może dlatego, że w życiu kieruje się logiką. Ma silną wolę, ale potrafi też być apodyktyczny. Bardzo uczuciowy (czasem przewrażliwiony na swoim punkcie), co nie znaczy, że okazywanie emocji zawsze przychodzi mu z łatwością.

Paweł – wyróżnia się silną wolą, pracowitością i wytrwałością, co sprzyja realizacji długoterminowych zamierzeń. Nadpobudliwy, ruchliwy (miłośnik podróży), potrafi być też uparty i zawzięty. Bardzo oddany rodzinie, również przyjaciołom, czasem próbuje uszczęśliwiać innych na siłę. Okazywanie uczuć nie jest jego najmocniejszą stroną. Jest dość nieufny wobec kobiet, a to dlatego, że obawia się odrzucenia
i zdrady.

Piotr – to, jak wiadomo, imię pierwszego apostoła. Pochodzi od greckiego słowa petros (opoka, skała). Jego główna charakterystyka to silnie rozwinięta intuicja
i instynkt opiekuńczy, a także duża wrażliwość na potrzeby innych. To idealista, gotów zmieniać świat – pomagać, ratować, uzdrawiać. Spragniony miłości, bliskości, czułości. Często chwyta się jednak zbyt wielu rzeczy, brakuje mu konsekwencji i wytrwałości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Psychologia

Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
Czy imię człowieka ma znaczenie? Jak najbardziej – wiele mówi o... planie wychowawczym rodziców! Warto się temu przyjrzeć, choćby pod kątem najczęściej wybieranych imion. 

Imię, tytuł życia

Istnieje ścisły związek między tym, jakie imię wybierają dla dziecka rodzice, a jakie podejmą wobec niego działania wychowawcze. Zwrócił na to uwagę twórca psychologii transakcyjnej Eric Berne (autor kultowej książki „W co grają ludzie?”). Jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice układają w głowie scenariusz, kim ono będzie, co osiągnie, stworzy, jakie role życiowe przyjmie na siebie itp. Imię jest symbolicznym nośnikiem idei rodziców dotyczącej nie tylko tego, na co w związku z dzieckiem liczą, ale też  sposobu, planu wychowywania.

Dziś wielu młodych rodziców w Polsce szuka dla swoich dzieci imion międzynarodowych, pozbawionych polskich znaków diakrytycznych (Ewa, Anna, Iwo, Adam, Marek). Podświadomie zakładają, że ich dziecko w przyszłości być może wcale nie będzie mieszkać w Polsce, będzie pracować w międzynarodowych koncernach. Następnie konsekwentnie posyłają do międzynarodowych przedszkoli, nagradzają za naukę języków, uczą jeździć na nartach, przyzwyczajają do zdrowego stylu życia. Imię w tym przypadku staje się niejako tytułem życia dziecka.

Rodzice dający dziecku (jako drugie) imię dziadków lub nawet pradziadków świadomie lub nieświadomie decydują się na bardzo konkretne działania wychowawcze. Chcą podkreślić ciągłość i spójność rodziny i w takim duchu wychowują dziecko. Dużo czasu poświęcają na rodzinne opowieści, odwiedzają miejsca związane z rodziną, znają drzewo genealogiczne, doskonale orientują się w historii życia swoich antenatów, doszukując się w nich podobieństwa fizycznego lub psychicznego do różnych członków rodziny. Razem z imieniem dziecko otrzymuje zobowiązanie do kontynuowania tradycji rodzinnych.

Dość często jesteśmy ofiarami stereotypów dotyczących imion. Wierzymy, że imię niesie ze sobą konkretne cechy charakteru (Ewy to ciepłe kobiety, Jacek zawsze ma ścisły umysł itp.). Wówczas wychowywanie dziecka przebiega w taki sposób, żeby podsycać rozwój cech, których spodziewamy się po imieniu. Ten związek badał i opisał Philip Erwin. Rodzice oczekują, że dziecko będzie mieć konkretne cechy charakteru, i wzmacniają takie zachowania, które mają ten stereotyp potwierdzić. Następuje zjawisko samospełniającego się proroctwa. Mama, która uważa, że wszystkie Dorotki to ciekawskie osóbki, być może za kilkanaście lat ocknie się, mając wścibską córkę. Nie zauważy jednak tego, że to ona sama tę cechę u córki konsekwentnie rozwijała.

Imię – pole łamania rodzicielskiego scenariusza

Dzieci intuicyjnie czują, że imię symbolicznie reprezentuje plany i pomysły ich rodziców. Kiedy się buntują przeciw życiu, jakie im zaplanowano, zaczynają od... odrzucenia swojego imienia. Przykład z literatury: niezapomniana Gieniusia z powieści Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”. Genowefa Pombke vel Bombke vel Zompke w rzeczywistości nazywa się Aurelia Jedwabińska. Gdy czytelnik poznaje jej zimną matkę – nauczycielkę matematyki, oraz stereotypowego, nieobecnego ojca – bez wyjaśnień rozumie, jaki plan wychowawczy skrywa w sobie to wyszukane, eleganckie imię i dlaczego kilkuletnia dziewczynka się przeciw niemu zbuntowała.

Innym przykładem jest syn głównego bohatera filmu Woody’ego Allena „Koniec z Hollywood” – Tony. Na znak całkowitego zerwania z przeszłością przyjmuje pseudonim artystyczny obrażający jego samego – każe się nazywać Świnią X…

Jeśli dziecko deklaruje, że nienawidzi imienia lub brzmienia jednej z jego form („Nie mów do mnie »Kasik«, mam na imię Katarzyna!”), to jeszcze nie bunt. Prawie 50 procent dzieci okresowo nie jest zadowolonych z wyboru imienia (podczas gdy w populacji dorosłych tylko 6 proc. deklaruje niezadowolenie), chce je zmienić lub rzeczywiście zmienia. Okres dorastania to czas mierzenia się właśnie z planami, jakie wobec dziecka mają rodzice.

Mówiąc o polu walki, jakim jest wybrane przez rodziców imię, warto jeszcze przypomnieć o badaniach Charles’a Jouberta. Pokazują, że

sympatia do swojego imienia jest jednym z mierników samooceny. Kto je lubi, akceptuje, jest zadowolony ze swojego imienia – podobny stosunek ma do siebie samego.
Jeśli zatem jest taka zależność, warto, żeby człowiek lubił swoje imię. Bez względu na to, jakie imię wybraliśmy dziecku, pomóżmy mu je polubić.

 

Chęci a możliwości

Ula i Mirek, młode małżeństwo, biedne, pozbawione wsparcia rodzin. Ich wielką radością było pojawienie się córki, dali jej na imię Andżelika. Po 12 latach oboje skończyli studia, pogodzili się z rodzicami, weszli w krąg ludzi zamożnych i wykształconych. Kiedy urodziła się druga córka, nazwali ją Zofia Feliksa. Zmieniła się moda czy może gust rodziców? Nic podobnego. Zmienił się ich status. Jak pokazują badania socjologów Stanleya Liebersona i Jürgena Gerharda, wybór imienia dla dziecka odbywa się poza gustami osobistymi i ma uwarunkowania czysto społeczne. Wybieramy imiona według nasypującego klucza:
Ludzie wykształceni chętnie nadają dzieciom imiona nawiązujące do tradycji i kultury.
W polskich warunkach często także więcej niż jedno – choć używa się jednego, bo okrzyk: „Mateuszu Janie, wyłaź z piaskownicy”, brzmiałby zabawnie. Często zapoznają dziecko z wiedzą o patronie lub o rodzinnej tradycji (U nas pierwszy syn zawsze jest Paweł, Ryszard, Maciej; u nas zawsze pierwsza wnuczka nosi imię po babci ze strony ojca itp.). W następstwie takiego wyboru dziecko będzie nagradzane za poszanowanie tradycji, będzie mu wpajana duma z domu rodzinnego, nakłaniane będzie do nauki, eleganckiego stroju z okazji uroczystości. Według tych samych badań osoby słabiej wykształcone lub żyjące w biedzie znacznie częściej nazywają swoje dzieci imionami obecnych gwiazd i idoli show-biznesu. Co za tym idzie, wierzą w sukces komercyjny zbudowany bardziej na szczęściu niż na ciężkiej pracy. Prawdopodobnie będą bardziej dzieci  rozpieszczać, przygotowując je do przyszłego, wygodnego życia. Pamele i Andżeliki nie zostały przecież tak nazwane, by wdrażać je do harówki. Jeśli będą tego chciały, czeka je trud łamania scenariusza, który wymyślili dla nich rodzice.

Imiona dwupłciowe

Justyna (prawnik): „Chciałam córki i nie wstydzę się tego. Wymyśliłam sobie, że to będzie Kamilka. Gdy urodziłam syna, przez jakiś czas nawet nazywałam go Kamilką”. Kamil jest tegorocznym maturzystą. Wybiera się na projektowanie odzieży. Jest uśmiechnięty, tryska erudycją i poczuciem humoru, z obojgiem rodziców jest w serdecznej komitywie. Justyna wychowała dziecko, tak jak planowała. Płeć niczego tu nie zmieniła. Ale to, że ma na imię Kamil, nie pozostało bez znaczenia – imię zdeterminowało zachowania rodziców. Brzmi nieprawdopodobnie, bo czy to możliwe, że w zależności od tego, jak dziecko ma na imię, będziemy je inaczej traktować, przydzielimy inne obowiązki, narzucimy różny styl kontaktów? Okazuje się, że tak! Badania (analiza wspomnień dorosłych kobiet) Ewy Stanisławiak, Dominiki Modzelewskiej i Krystyny Doroszewicz potwierdzają przykład mamy Kamila. Badaczki pokazały, że ojcowie dziewczynek, którzy oczekiwali chłopca, a urodzonym dziewczynkom dali imiona zapożyczone od imion męskich (Karolina, Kamila, Dominika, Stanisława, Kazimiera, Henryka), stosowali odmienny styl wychowania i weszli w głębszą i serdeczniejszą komitywę z córkami niż ojcowie dziewczynek o imionach klasycznie kobiecych.

Innym przykładem tego, w jak bardzo bezpośredni sposób imiona determinują styl wychowania, jest wypowiedź Karoliny (dziś 33 lata, dermatolog): „Gdy urodził się młodszy ode mnie o dwa lata Karol, staliśmy się nierozłączni i byliśmy wychowywani bez różnicowania płci. Mama często mówiła: »Niech przyjdzie któreś z was i pomoże mi nakryć do stołu«. Tata robił tam samo: »Idę umyć samochód, które mi pomoże?«. Dziś oboje umiemy wszystko. Karol, tak jak ja, też jest dermatologiem”.

Jak twoje dziecko mówi do ciebie?

Nasze dzieci też mają wizję kontaktów z rodzicami. Ich również dotyczy teoria Erica Berne’a. Już jako kilkulatki mają pomysł, jaka będzie jakość kontaktów międzypokoleniowych, i ten pomysł odzwierciedla sposób zwracania się dziecka do ciebie. Jeśli dzieci mówią do ciebie: „mamuś”, „maminko”, albo żartują: „Matko ty moja, dorób mi kanapek”, lub jeśli słyszysz: „Jesteś zdecydowanie moją ulubioną matką”, masz prawo do satysfakcji. To twój sukces. Udało się wychować szczęśliwego, akceptującego siebie człowieka.

Aby dziecko polubiło swoje imię

  • Opowiedz mu, jak je wybieraliście. Zdradź motywy. To jeden z elementów budowania tożsamości.
  • Zachęć, żeby wysłuchało innych członków rodziny. Okaże się, że prawie każdy pamięta to inaczej (najczęściej sobie przypisując autorstwo imienia).
  • Powiedz szczerze, co ci się w nim podoba. Brzmienie? Pochodzenie? Skojarzenie z kimś konkretnym?
  • Opowiedz, jakie imiona rozważałeś, jakie odrzuciłeś (ale nie używaj stereotypów w rodzaju: wszystkie Magdy, które znałam, zawsze były próżne”).
  • Niech dziecko wie, że wybór imienia był dla rodziców poważnym zadaniem.
  • Zwracaj się do dziecka różnie, w zależności od sytuacji. Niech jego imię przechodzi różne fazy. Dzieci, które pamiętają, że rodzice nazywali je ślimaczkami, promyczkami, żuczkami, bez trudu odczytują informację, że były chciane i oczekiwane.
  • Wyposaż dziecko w jak najwięcej rozmaitych historii związanych z jego narodzinami (Całą ciążę się męczyłam, jakby cię tu nazwać, i nic. A gdy wzięłam cię na ręce, od razu wiedziałam, że ty jesteś właśnie Bartosz!).
  • Jeśli wybór imienia jest przed tobą, zadbaj o to, żeby nim nie obciążyć dziecka (O, ty przecież masz na imię Napoleon...).

Jakie imiona były najbardziej popularne w 2020?

Od kilku lat na liście najczęściej wybieranych imion prym wiodą te same imiona - zmieniają się tylko ich pozycje. W 2020 roku, na liście imion żeńskich, Zuzia np. spadła z pierwszego miejsca na drugie. Jeśli chodzi o chłopców, to pierwsze miejsce nadal utrzymuje Antoni.

Top 10 imion dla dziewczynek:

  1. Julia – 3649
  2. Zuzanna – 3639
  3. Zofia – 3588
  4. Hanna – 3364
  5. Maja – 3244
  6. Lena – 2633
  7. Alicja – 2564
  8. Oliwia – 2395
  9. Maria – 2372
  10. Laura - 2049
Imiona najchętniej wybierane dla chłopców:
  1. Antoni – 4037
  2. Jan –  3823
  3. Jakub –  3614
  4. Aleksander – 3541
  5. Franciszek - 3499
  6. Szymon – 3107
  7. Filip  - 2744
  8. Mikołaj – 2587
  9. Stanisław – 2522
  10. Wojciech – 2416
Rebeka, Lotta i Soraja – to dziewczęce imiona, które pojawiają się najrzadziej. Natomiast wśród chłopców możemy spotkać m. in. Zbyszka, Tymura, czy Platona.

Źródło: dane Ministerstwa Cyfryzacji z września 2020 r.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.