1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Człowiek Granat. Czy wiesz jak postępować z cholerykiem?

Człowiek Granat. Czy wiesz jak postępować z cholerykiem?

Choleryk potrafi zepsuć najlepszą atmosferę w zespole w kilka sekund. Niestety, większość z nas nie wie jak reagować na ataki choleryka, więc dajemy się takim ludziom terroryzować. (fot. iStock)
Choleryk potrafi zepsuć najlepszą atmosferę w zespole w kilka sekund. Niestety, większość z nas nie wie jak reagować na ataki choleryka, więc dajemy się takim ludziom terroryzować. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Krzyczy, wpada w histerię, obrzuca wyzwiskami, atakuje. Nikt chyba nie życzy sobie bliższych kontaktów z ludźmi wybuchowymi, zwłaszcza w pracy. Ale właśnie tutaj trudno choleryka uniknąć.

To może być twój współpracownik, koleżanka z biura, klient albo nawet szef. Jest niczym granat z odbezpieczoną zawleczką – nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Awantur, które urządza, potoku słów, którym atakuje, nie można zaliczyć do dyskusji merytorycznych, a już na pewno nie do inspirujących.

Typy wybuchowe czynią wiele zła w zespołach, ponieważ nie tylko psują atmosferę oraz harmonię w relacjach, ale też wprowadzają chaos utrudniający sprawne wykonywanie zadań. Kogoś takiego można po prostu się bać, a już na pewno czuć się przez niego nieszanowanym.  Wrażliwcy są wręcz sparaliżowani agresją „Granata” - choleryka, zwłaszcza jeśli stoi on wyżej w hierarchii. W miejscu pracy, niestety, czasem jesteśmy na niego skazani. Co zrobić, żeby się przed nim ochronić i czy jest jakiś sposób, żeby go skutecznie rozbroić?

Choleryk na co dzień: co powoduje wybuch?

Najpierw warto awanturnika zrozumieć, uświadomić sobie, że on się tak zachowuje, ponieważ chce zdobyć uznanie. Naprawdę. Kiedy go nie otrzymuje, wybucha. Przy czym jego reakcja nie jest uzależniona od zachowania innych. Niewiele trzeba, żeby wyciągnąć zawleczkę „Granata”, on stale jest gotowy do eksplozji. To może być czyjś ton głosu, wyraz twarzy, coś, co zostało powiedziane bądź nie, lub jakiś aspekt samej sytuacji. Jemu tylko się wydaje, że jest ignorowany bądź źle traktowany. Wybuch jest jak żądanie natychmiastowej uwagi. Dlaczego wybrał sobie taki dziwny sposób na jej okazanie? Bo jest psychicznie słaby, ma niską samoocenę. Utrata równowagi emocjonalnej jest strategią obronną przeciwko poczuciu, że jest się nieważnym. Jeśli otoczenie toleruje takie zachowanie, może stać się ono pierwszą linią obrony. Zaledwie sekundę po eksplozji wybuch zamienia się w reakcję łańcuchową – słyszymy agresywne, często obraźliwe krzyki.

Utrata kontroli w obliczu świadków jest bardzo upokarzająca. Cholerycy nienawidzą siebie za swoje zachowanie już w jego trakcie, po zakończeniu i zawsze, kiedy się boją, że może się powtórzyć. Często opuszczają miejsce wybuchu w momencie, w którym zdają sobie sprawę, co zrobili, w nadziei, że czas uleczy rany, a świadkowie zapomną, co się wydarzyło. Niestety, to raczej się nie zdarza. Bo choleryk żyje w niewoli swoich wybuchów.

Jak reagować na choleryka?

Najczęstsze reakcje na wybuch choleryka są dwie: odpowiedź wybuchem lub wycofanie się i pałanie do niego negatywnymi uczuciami z bezpiecznego dystansu. Obydwie oparte są na odrazie i strachu. Czasem takich ludzi wręcz się nienawidzi za ich agresywne wybuchy. Dolewanie emocjonalnej oliwy do już silnego ognia nie pomaga. Zamiast żywić niechęć, lepiej takiej impulsywnej osobie wybaczyć moment szaleństwa. To, czego nie udaje nam się przebaczyć, przeżywamy, skazując siebie samych na trudne emocje. Aby przerwać ten cykl, trzeba przestać obwiniać go za to, za co sam się obwinia. Ale czy jest możliwe wybaczenie czegoś prawie niewybaczalnego? Tak, jest na to sposób.

Kiedy zalewa cię to bolesne uczucie, nie przestawaj oddychać i z każdym oddechem je uwalniaj. Jeśli stracisz panowanie nad sobą, zacznij wyobrażać sobie kolor niebieski lub zielony. Kiedy męczy cię ta nienawiść, napisz gniewny list, w którym dasz upust swoim frustracjom i spal go. Naucz się patrzeć na choleryka bez strachu. Wyobraź sobie szefa, który właśnie wpada w szał jako złoszczącego się dwuletniego chłopca. Można też oczami wyobraźni zobaczyć, jak rzucamy w furiata kremówką w samym środku eksplozji.

Choleryk nie kontroluje swoich zachowań, a jego wybuchy idą jak fale uderzeniowe po „nitkach” relacji. (fot. iStock) Choleryk nie kontroluje swoich zachowań, a jego wybuchy idą jak fale uderzeniowe po „nitkach” relacji. (fot. iStock)

Po nitce do zawleczki… czyli naucz się radzić sobie z cholerykiem

Jeśli jesteś skazana na bliższe i długoterminowe kontakty z cholerykiem, przystąp do bardziej strategicznego rozbrojenia delikwenta. Twoim celem jest przejęcie kontroli nad sytuacją, kiedy on zaczyna ją tracić. Pamiętaj, że powstrzymanie „Granata” od eksplozji, kiedy zatyczka została już wyciągnięta, jest niemożliwe. On tylko sam może się zatrzymać, a ty możesz mu stworzyć odpowiednie do tego warunki.

Krok 1: Zdobądź jego uwagę

Wypowiedz jego imię lub użyj formy grzecznościowej, podnosząc nieco głos. Jeśli to nie pomoże, pomachaj wolno rękami przed sobą. Zwiększaj siłę głosu, aż zostaniesz usłyszana. Zadbaj, aby nie wziął cię za agresora – twój ton i język powinny być przyjacielskie.

Krok 2: Celuj prosto w serce

Okaż autentyczną troskę, starając się dowiedzieć, co jest przyczyną eksplozji. Słuchaj uważnie. Tylko pierwsze zdania choleryka są cenne, bo mają coś wspólnego z prawdą o nim. Potem choleryk znowu się rozpędza, odchodzi od meritum i zaczyna wykrzykiwać generalizacje. Oto przykład: „Nikogo nie obchodzi, jak długo nad tym pracowałem! Nikt nie dba o to, jak ja się czuję! Taki jest dzisiejszy świat. Wszyscy wszystko olewają! W rządzie to samo. Niszczą środowisko. Kryminał. Dokładnie jak mój ojciec, który…”. Omówienie problemów świata, rządu i środowiska lepiej sobie darować, ale wróć do początku i koniecznie powiedz: „Bartku, obchodzi mnie, jak długo nad tym pracowałeś”. Odwołuj się do pierwszych obłąkańczych stwierdzeń. Możesz też użyć pewnych ogólników, które przerwą serię krzyków. „Nie chcę, żebyś tak się czuł. Nikt nie powinien tak się czuć”. Jeśli w ten sposób do niego trafisz, szybko się uspokoi.

Krok 3: Zredukuj intensywność

Jeśli zauważysz, że choleryk choć trochę otrząsnął się ze złości i zamrugał oczami, żeby sprawdzić, jakie skutki wywołała jego dotychczasowa eksplozja, to sygnał, że trafiłaś w sedno. Wtedy możesz zacząć redukować siłę i intensywność swojego głosu. Tym sposobem sprowadzisz go ze szczytu eksplozji do normalnego poziomu komunikacji.

Krok 4: Zrób przerwę

Nie ma sensu roztrząsanie przyczyny eksplozji, kiedy we krwi choleryka krąży jeszcze adrenalina. Teraz nadszedł moment na zrobienie przerwy i poczekanie, aż temperatura się obniży. Może to być 10 minut, godzina, dzień lub tydzień. Jest to konieczne dla sensownego dalszego ciągu procesu rozbrajania. Powiedz: „Bartku, zróbmy sobie przerwę. Potem będziemy mogli do tego wrócić i rozwiązać problem”.

Krok 5: Znajdź zawleczkę i nie wyciągaj jej

Zawleczkę należy znaleźć w innych okolicznościach niż czas i miejsce eksplozji. Wtedy, kiedy jest spokojnie i obydwoje znajdujecie się w strefie współpracy. Żeby trafić do zawleczki, trzeba zwyczajnie porozmawiać. Jeśli stopień zażyłości relacji na to pozwala, zapytaj „Granata”, nie owijając w bawełnę, o powód jego złości, kiedy zwykle wybucha albo dlaczego stało się to ostatnim razem. Dobrym sposobem jest jasne przedstawienie intencji na początku rozmowy. Można powiedzieć: „Chciałabym zmniejszyć częstotliwość naszych konfliktów”. Następnie używaj pytań wyjaśniających, by poznać konkrety. „Co w poniedziałek sprawiło, że wpadłeś w złość?”. Załóżmy, że odpowie: „Bo mnie nie słuchali”. Nie próbuj wówczas przekonywać go, że było inaczej, tylko ciągnij rozmowę: „Skąd o tym wiesz?”. Odpowiedź może brzmieć: „Bo się kręcili”. Ty dociekaj dalej. „Gdyby siedzieli spokojnie, czułbyś się słuchany?”. W tej rozmowie nie bierz niczego za pewnik i bądź konkretna. Szukaj wskazówek, co możesz zrobić, kiedy emocje ponownie wymkną się cholerykowi spod kontroli. Pewien wybuchowy szef na pytanie swojej pracownicy: „Jak mogę ci pomóc, kiedy tracisz nad sobą panowanie?”, odrzekł: „Po prostu wyjdź i mnie zignoruj, i rób to, co musisz zrobić”. Z dużym prawdopodobieństwem może się okazać, że to nie ty wyciągasz zawleczkę. Jeśli okaże się, że to ktoś inny z biura, rozwiązaniem może stać się szkolenie z budowania zespołu, komunikacji interpersonalnej i rozwiązywania konfliktów. Jeśli przyczyna eksplozji choleryka tkwi w jego domu, samo uświadomienie sobie tego faktu powinno mu pomóc być spokojniejszym w pracy.

Bez względu na powody wybuchów, jeśli zainwestujesz trochę czasu w aktywne słuchanie furiata i będziesz wspierać go w komunikowaniu o tym, co czuje, masz szansę osiągnąć sukces. Powoli zredukujesz wpływ negatywnego działania awanturnika i może będziesz jedną z niewielu osób, przy której „Granat” nie wybucha.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rehabilitacja złośnicy, czyli jak wykorzystać energię gniewu w dobrym celu

Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Nie znosimy jej – u innych i u siebie. Nie pozwalamy sobie na nią, w obawie przed osądem, utratą sympatii. A ona i tak przychodzi, zakrada się tylnymi drzwiami. Niektórych odwiedza nawet znacznie częściej niż innych… Pora zobaczyć w złości nie tyle niechcianego gościa, co ważnego sojusznika.

Tak naprawdę trudno przeżyć choćby jeden dzień, żeby się z nią nie spotkać. Przyjmuje różne formy: szału, furii, wściekłości. Gniewu, obrazy. Złośliwości, ironii, sarkazmu. Rozdrażnienia, irytacji. Czasem nazywamy ją stresem. I złościmy się – że w ogóle istnieje. Bo właściwie po co nam ona? Zwłaszcza że – wiadomo – jest zagrożeniem dla zdrowia. No dobrze, nie zawsze, nie każda. Nie chodzi o krótkie napady gniewu, które nawiedzają nas od czasu do czasu... Raczej o częste ataki wściekłości. Ale też o utrzymujący się przez dłuższy czas stan intensywnego rozdrażnienia – twierdzi w książce „Życie bez złości” Ron Potter-Efron. Amerykanin stawia sprawę jasno: codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. Są też tacy, którzy przyjmują tego rodzaju zaproszeń zdecydowanie za wiele, wciąż się za nimi rozglądają. To złościoholicy. Mają lepki umysł – taki, do którego wszystko się przykleja. Który szuka wrogów, tworzy problemy – byle tylko mieć o co walczyć. Jeśli znasz jakiegoś złościoholika, wiesz, o czym mowa. Taka osoba – jeśli nie znajdzie zaproszenia do złoszczenia się – spreparuje je sama. A potem podpisze jakimkolwiek nazwiskiem i wyśle do siebie.

Skutki tłumienia złości

Zwykle jednak nie lubimy złości. Szczególnie kobiety chciałyby trzymać się od niej z daleka. Bo walący pięścią w stół mężczyzna to wojownik – na taką postawę jest przyzwolenie społeczne. A kobieta? Unosząc się gniewem, może zyskać etykietkę „zołzy”,  „jędzy”, „histeryczki” albo „sfrustrowanej starej panny”. Może się okazać, że jest mało wiarygodna (bo niezrównoważona). Mało kobieca („herod-baba”). Że straci czyjeś wsparcie (i będzie przykro). Albo że się myli (i będzie wstyd).

Czasem po prostu nie rozumiemy złości, nie umiemy jej obsługiwać. Wolimy nie dopuszczać jej do głosu, żeby nie stracić panowania nad sobą. A potem tracimy je w najmniej spodziewanym momencie... Utrata panowania to już niekoniecznie złość w czystej postaci. To wściekłość – jej „brzydka kuzynka”, dzika i destrukcyjna – twierdzi William Gray DeFoore w książce „Złość. Opanuj ją, uzdrawiaj nią, powstrzymaj ją, zanim cię zadręczy na śmierć”. Składnikami wściekłości są – poza złością – zadawniony, stłamszony ból i strach. Prawdziwa mieszanka wybuchowa... DeFoore porównuje uczucia do warzyw – są dobre (a nawet zdrowe, odżywcze), dopóki pozostają świeże. Ale jeśli przeleżą zbyt długo w zapomnieniu, psują się i stają się szkodliwe, wręcz trujące.

Tymczasem od najmłodszych lat uczymy się tłumić uczucia, ze złością na czele. Rodzice (którzy zwykle sami sobie z nią nie radzą) karzą nas za jej okazywanie. Rezultat? Napady wściekłości. Przeróżne zachowania kompulsywne i nałogowe. Dolegliwości. DeFoore nie pozostawia złudzeń: „Eksplozja może wydarzyć się wewnątrz was, a to zwykle oznacza depresję, nienawiść do samego siebie, poważną chorobę serca albo wszystko razem”. Jak walczyć ze złością? No właśnie nie walczyć! Dziś wiemy już, że to podejście się nie sprawdza. Bo na czym właściwie polega walka? Na tym, że zaprzeczasz, wypierasz. Wzmacniasz, wynaturzasz... Może więc czas spojrzeć na złość nieco życzliwiej? Zrozumieć ją i uznać?

Zrozumieć złość

Złość pełni w naszym życiu niesłychanie istotną funkcję – służy naszej ochronie. To dzięki niej poznajemy, że coś jest nie tak: nasze bezpieczeństwo zostało zachwiane, granice naruszone... Coś nam zagraża. Drugim ważnym sygnalizatorem jest strach. Nie przypadkiem często zjawiają się w duecie: strach ostrzega, złość pobudza do działania. Uwalnia w naszym ciele adrenalinę, mobilizuje do obrony lub ucieczki. Dzięki niej mamy siłę, by chronić siebie i bliskich. Również kiedy już dotknie nas coś trudnego – strata czy krzywda – złość jest zdrowa, wskazana. Potrzebna. To ważne, żeby w takich sytuacjach poczuć ją i wyrazić.

Rzecz w tym, że nierzadko dajemy się porwać złości, kiedy ryzyko zagrożenia fizycznego jest minimalne. Albo żadne. Jak zauważa Potter-Efron, czasem przypomina ona zepsuty znak ostrzegawczy na przejeździe kolejowym – dzwoni i świeci cały czas, nawet gdy nie przejeżdża żaden pociąg: „Złość jest sygnałem, nie rozwiązaniem. Zapamiętaj: złość nie pomoże ci pozbyć się problemów. Ona tylko informuje cię o tym, że problem istnieje”.

Jeśli często ją odczuwasz, do czegoś ci służy. Sprawdź, czego tak zażarcie bronisz, o co walczysz? A może chodzi tu o poczucie władzy i kontroli? O odrzucanie odpowiedzialności? Unikanie innych uczuć? Zdaniem Pottera-Efrona dla niektórych osób złość jest jedynym bezpiecznym uczuciem, ukrywającym inne. Może też przysłaniać pragnienie bliskości. Taka osoba zabezpiecza się, stwarzając dystans. Niby odpycha innych, a tak naprawdę szuka z nimi kontaktu – zastępuje intymność intensywnością. Pewnie zauważyłaś też, że złość potrafi być przyjemna... Ten nagły skok adrenaliny, fala energii, która zalewa ciało. Siła uczuć. Siła fizyczna. Czujesz, że żyjesz! Autor „Życia bez złości” mówi wręcz: „Gniew jest sprawdzonym uczuciem. Jeśli chcesz odlecieć, zawsze możesz na niego liczyć”.

Każdy ma jakąś ulubioną strategię, jeśli chodzi o zarządzanie złością – mniej lub bardziej skuteczną. Jedni są bardziej agresywni, inni pasywni. Pierwsi nie przebierają w słowach, drudzy raczej dąsają się, obrażają. Karzą innych swoim milczeniem, niedostępnością. „Złość jest najczęściej gorąca” – przyznaje Potter-Efron – „Ale nie w tym przypadku. Cisza to złość zimna, lodowata. Z łatwością może się przerodzić w urazę lub nienawiść”. Na szczęście są jeszcze inne sposoby. Możesz się złościć i być (w miarę) uprzejma. Czyż nie tak działa asertywność?

  1. Psychologia

Kreacja rzeczywistości, czyli jak pomóc marzeniom się spełniać?

W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.

  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia

Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.

  1. Psychologia

Osobowość bierno-agresywna – jak rozpoznać ten typ

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata  frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji.

Pewnie każdemu z nas zdarzyło się spotkać osobę, która wciąż sprawia wrażenie jakby sama nie wiedziała czego chce. Jednego dnia o czymś z nami rozmawia, twierdząc że to dla niej arcyważne, kolejnego – kiedy wracamy do tematu – zachowuje się jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było. Czujemy się zdezorientowani, mamy wrażenie, że ktoś próbuje zrobić z nas „wariata”. Taka osoba w pierwszym momencie zapala się do każdego działania, zgadza się niemal na wszystko, przytakuje i przyklaskuje naszym pomysłom, a po kilku godzinach czy dniach sabotuje wszelkie wcześniejsze ustalenia – nie przychodzi na umówione spotkanie, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na maile. Można powiedzieć, że stawia bierny opór. W towarzystwie takiej osoby czujemy się przygnębieni, niepewni, spięci, bo nigdy nie wiemy czego się spodziewać.

Jest wielce prawdopodobne, że mamy do czynienia z kimś o zaburzeniu osobowości, które w psychologii nazywane jest osobowością bierno-agresywną. Charakterystyczne jest dla niej wyrażanie negatywnych emocji w sposób zawoalowany, nie wprost, a w tzw. „białych rękawiczkach”! .

Osobowość bierno-agresywną można rozpoznać na podstawie kilku charakterystycznych zachowań, należą do nich między innymi: prokrastynacja (odwlekanie realizacji zadań); niedotrzymywanie danego słowa/zobowiązań; niska efektywność podejmowanych działań; nieuzasadnione przeciwstawianie się poleceniom (choćby przełożonych); zaprzeczanie słuszności ogólnie przyjętych zasad; silna potrzeba niezależności; niechęć do jakiejkolwiek kontroli; absolutne odrzucanie autorytetów, bezpodstawne ich podważanie, szydzenie i kwestionowanie ich kompetencji; krytykowanie i lekceważenie osób o wyższym statusie; kłótliwość, wygłaszanie prowokacyjnych tez czy uszczypliwych uwag pod adresem innych osób; tendencja do obwiniania innych ludzi za własne niepowodzenia; częste skarżenie się na swój los; brak dystansu do siebie; zawiść wobec tych, którym lepiej się wiedzie.

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata (często ten bagaż powstaje na bardzo wczesnym etapie życia) frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. Tak objawia się poczucie krzywdy, niesprawiedliwego traktowania, w końcu bycia niezrozumianym i niedocenianym. Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest jednak zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji. Obawia się, że stawianie jawnego oporu spotka się z gniewem, krytyką, a w konsekwencji odrzuceniem przez otoczenie. Dlatego jedną z form komunikacji ze „złym” światem, innymi ludźmi jest sabotowanie ich (absolutnie uzasadnionych) oczekiwań – wycofywanie się z aktywności, wcześniejszych ustaleń lub ich celowe opóźnianie. Osoba taka zawsze jednak ma gotowe wytłumaczenie, uzasadnienie dla swoich zachowań, np. zaniedbywanie obowiązków tłumaczy ich nadmiarem czy złym samopoczuciem. Często przeprasza za własne zaniedbania, jednak moment po przeproszeniu czuje już złość i wkrótce powtarza nieprzyjemne dla innych zachowanie.

Skąd ta agresja?

Jest wiele teorii opisujących genezę tego zaburzenia osobowości. Nurt psychologii psychodynamicznej źródła upatruje w wewnętrznym konflikcie między posłuszeństwem a buntem w relacji z rodzicami, opiekunami. Skutkiem tej ambiwalencji są trudne emocje gniewu, napięcia, smutku. Z jednej strony dzieci chcą zadowolić, spełnić oczekiwania, a przez to być lubiane, akceptowane i doceniane. Z drugiej strony wymagania i obowiązki wywołują w nich poczucie zagrożenia dla własnej autonomii, czują się traktowane instrumentalnie, wykorzystywane.

W podejściu poznawczym istnieje przekonanie, że umiejętność wywoływania frustracji w innych wymaga solidnych umiejętności poznawczych. Oznacza to, że osoby z tym zaburzeniem doskonale rozumieją potrzeby innych i dążą do tego, by ich… nie zaspokajać. Według jeszcze innej koncepcji zakłada się, że ludzie o osobowości bierno-agresywnej nieustannie odczuwają ból i cierpienie z powodu przekonania, że są ofiarami pozbawionymi możliwości spełnienia swoich marzeń i celów – czują się oszukane i wykorzystane przez tych, którzy – według nich – mają nad nimi kontrolę. Są pewne, że na świecie istnieje duża niesprawiedliwość, i to nieprzyjemne poczucie nasila się szczególnie wtedy, gdy obserwują sukcesy i radość u innych. Ich zazdrość jest tak silna, że zaczynają konsekwentnie podejmować działania, które mają na celu przywrócenie legendarnej sprawiedliwości.

Trudna droga do siebie

Niestety, podobnie jak w przypadku innych zaburzeń osobowości, osoby bierno-agresywne rzadko zgłaszają się na leczenie z własnej woli. Najczęściej dzieje się tak dopiero w sytuacji ekstremalnie kryzysowej, np. gdy zostają zwolnienie z pracy czy też gdy ich związek wisi „na włosku”, bo partner już dłużej nie jest w stanie znosić ich zachowania. Jednak nawet w takim momencie psychoterapia jest traktowana przez nich jako kara, przymus, a psychoterapeuta staje się kolejnym autorytetem do zanegowania, ośmieszenia, deprecjonowania. Dlatego najważniejszym zadaniem fachowca jest przełamanie oporu osoby bierno-agresywnej i skłonienie jej do podjęcia współpracy. Zwykle udaje się tego dokonać w atmosferze zaufania, gdy pacjent czuje aprobatę, zrozumienie swojego rozmówcy. Istotne jest także, by miał poczucie jakiejkolwiek kontroli nad procesem leczenia.

  1. Psychologia

Razem wobec rozwodu – rozmowa z współtwórczynią Akademii Dobrego Rozstania

Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między mamą i tatą – mówi Agata Jarzyna, psychoterapeutka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wymyślił ADR!
Pracuję w Komitecie Ochrony Praw Dziecka, który od 40 lat pomaga dzieciom oraz rodzicom w sytuacji kryzysu, jakim jest rozwód, i widzę, że rzeczywiście brakowało dobrych praktyk, procedur, wytycznych, jak robić to skutecznie. Skrzyknęliśmy się więc dwa lata temu – to była inicjatywa oddolna ośmiu organizacji pozarządowych z komitetem jako liderem – żeby rozmawiać o tym, jak wspierać ludzi w rozstaniach. Efektem tych naszych debat była decyzja, żeby stworzyć poradnik, taki elementarz dla rodziców w procesie rozstania, który byłby zbiorem dobrych praktyk około­rozwodowych zebranych w całość.

Poradnik właśnie powstał.
To są tak naprawdę standardy pomocy dziecku w sytuacji rozstania rodziców, którymi powinny się kierować wszystkie podmioty, w tym sądy, policja. Do poradnika włączyliśmy także bajkę terapeutyczną, która ma pokazać emocje i potrzeby dzieci. Je też trzeba przygotować do rozstania.

Wasza pomoc jest jednak skierowana głównie do rodziców?
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. Bo czym jest rozwód? Trzęsieniem ziemi. Ludziom wali się świat, pojawia się mnóstwo emocji, z którymi nie wiadomo co robić, a jeszcze trzeba podejmować trudne decyzje. Rodzice się w tym gubią, nie wiedzą, od czego zacząć.

No właśnie, od czego trzeba zacząć?
Od zadbania o siebie. Mam wrażenie, że społeczny dyskurs dotyczący rozwodów to straszenie rodziców, że poprzez rozstanie wyrządzają dziecku krzywdę. A to nie buduje dobrej atmosfery wokół rozstań. I nie jest prawdziwe. Bo dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między rodzicami. Dlatego naszym celem jest wzmacnianie rodziców i poprzez nich – dziecka.
Rozwodzący się na ogół zaczynają od znalezienia pełnomocnika i sformułowania pozwu. Zanim to zrobimy, proponowałabym skonsultowanie się z partnerem i wspólne stworzenie koncepcji pozwu, w którym zawarty byłby plan opieki nad dziećmi. Nie będzie trzeba rozmawiać już o tym na sali sądowej. Pamiętajmy, że żaden sąd nie zrobi tego lepiej niż my sami.

Poradnik to niejedyna forma pomocy, jaką oferujecie.
Chcemy także zmienić system prawny, żeby procedury były bardziej przyjazne dziecku i rodzicom, żeby procesy nie trwały w nieskończoność, żeby wpuścić na sale rozpraw także perspektywę psycho­edukacyjną, psychoterapeutyczną. Chodzi o to, żeby rozwiązania prawne „widziały” rozwiązania psychologiczne. Chcemy włączyć w ten dialog rodziców. W czasie pandemii napisaliśmy projekt, na który dostaliśmy norweski grant i działamy.

Czyli?
Rozwijamy Akademię Dobrego Rozstania, edukujemy rodziców, jak mogą zadbać o swoje potrzeby, jak przygotować do rozwodu dziecko. Bo rozstanie można przejść destruktywnie, ale też można z niego wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Nie chodzi o to, żeby myśleć: „hurra, będzie dobrze”, tylko żeby uświadomić ludziom, że rozwód ma swoją dynamikę, że to trudny proces, dlatego trzeba sięgać po wsparcie. Tworzymy warsztaty dla każdego z rodziców, na których partnerzy mogą zobaczyć perspektywę drugiej strony. Przygotujemy też przestrzeń dla dzieci i nastolatków (bajki terapeutyczne i prezentacje). Będą strefa relaksu z ciekawymi propozycjami do czytania i oglądania, rozmowy z twórcami kultury dla dzieci i młodzieży, filmoterapia. I część samopomocowa, czyli miejsce, gdzie rodzice mogą się dzielić swoim doświadczeniem.

Nie boicie się zarzutów, że afirmujecie rozwody, zamiast ratować pary?
Kiedy jest szansa, żeby uratować związek, to oczywiście przekierowujemy partnerów do terapeuty. Nie propagujemy rozwodów, tylko pomagamy przez nie przejść w pokojowy, nieniszczący sposób. Bo ludzi nikt nie nauczył rozwiązywania konfliktów, dostępu do swoich emocji. Zostawieni sami sobie potrafią uruchomić potężną destrukcję. W ADR mogą znaleźć pomoc, to interaktywna przestrzeń, która ma scalać środowiska pomocowe w jednym miejscu. Ale to oczywiście nie jest tak, że rozwiążemy tu wszystkie problemy rozwodzących się.

Na czym najbardziej wam zależy?
Nasze cele zawarliśmy w manifeście Akademii Dobrego Rozstania. Mówiąc w skrócie, chcemy powiedzieć rozstającej się osobie: „Nie jesteś sama, jesteśmy z tobą, służymy wsparciem”. Chcemy, by efektem naszych działań była zmiana narracji społecznej o rozstaniu, uwolnienie ludzi od poczucia winy i wstydu. Najbardziej zależy nam na zmianie świadomości, czym jest konflikt, rozwód i jak sobie pomóc. Marzą nam się dyskurs specjalistów i wzajemne uczenie się od siebie.

W tym kontekście dużo mówi tytuł waszej konferencji „Razem wobec rozstania”.
Tak, to konferencja dialogu, organizujemy ją 15–16 czerwca tego roku. Bo nie chodzi o to, żeby ktoś wyświetlił prezentację, tylko żeby to był żywy dyskurs specjalistów. A jego efektem ma być badanie jakościowe dobra dziecka w rozstaniu.

Ambitne cele.
Ale to nie wszystko. Przygotowujemy także kampanię społeczną pokazującą perspektywę dziecka i rodziców w rozstaniu. Będą także szkolenia dla biegłych sądowych, pracowników i wolontariuszy naszych oddziałów, komitetów terenowych. Tworzymy sieć Kancelarii Przyjaznych Dziecku, popierających rozwiązania pokojowe, mediacje. Sędziowie otrzymają poradnik edukacyjny, jak kierować rodzinę po pomoc. Zamierzamy też przeprowadzić szkolenia dla pedagogów, bo to kolejna grupa specjalistów, która jest najbliżej dziecka i rodziców, więc może szybko zareagować, ale jednocześnie która nie powinna dać się wciągnąć w konflikt. Bo żeby pomóc mocno skonfliktowanym ludziom, trzeba zachować neutralność.

Co zrobić, żeby dobrze się rozstać?
Jak już powiedziałam, najpierw trzeba zadbać o siebie, o swoją kondycję psychofizyczną, co czasem wymaga wsparcia z zewnątrz. I jednocześnie robić wszystko w kierunku współ­działania i współpracy z partnerem. Czyli dogadać się w sprawie opieki nad dziećmi, zapewnić im kontakt z obojgiem rodziców, nie rywalizować o ich względy. Nie wolno tracić z oczu perspektywy dzieci, ich potrzeb, które niekoniecznie są takie jak nasze. Kolejny warunek to wzięcie odpowiedzialności za siebie, ale też – uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na partnera. I nawet jeśli blokuje rozstanie, utrudnia dogadanie się, to nie ma co z nim walczyć – nie zmienimy go. Możemy działać w obrębie tego, na co mamy wpływ.

Opowiem anegdotę: pewien pan idzie do psychiatry i zalany łzami opowiada, jaka ta żona okropna. A psychiatra na to: „Tu obok jest punkt z tatuażami, proszę się tam udać”. „Ale po co?” – pyta skonsternowany pan. Psychiatra odpowiada: „Żeby wytatuowali panu na czole: »Nie mam wpływu na żonę«”. Ludzie skupiają się na partnerze, punktują, jaki on jest zły, a nie na sobie i dzieciach. Dobre rozstanie to konkretna praca, którą trzeba wykonać dla siebie i dziecka.

Możliwe jest dobre rozstanie z kimś, kto nas skrzywdził?
Już samo zakończenie takiego związku przynosi ulgę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba zająć się swoim poczuciem krzywdy, rozczarowania, wyjść z roli ofiary, ale także z narcystycznej postawy: „jak śmiałeś mi to zrobić!”. To oczywiście jest trudne, bolesne, ale konieczne, żeby iść dalej.

A jeżeli to ja zawiniłam? Powinnam chyba zrobić więcej dla dobrego rozstania?
Myślę, że dynamika pary, to, jak ona wcześniej funkcjonowała, przekłada się na rozstanie. I jeżeli w tym związku był wzajemny szacunek, kultura, to w czasie rozstania też tak będzie. Ważne, żeby sobie uświadomić, że dalej musimy współpracować, bo mamy wspólne dzieci, że trzeba rozdzielić relacje małżeńskie od relacji z dziećmi.

Na warsztatach robimy ćwiczenie: na kredkę (nasza relacja) nawijamy wstążkę (dzieci). Co się dzieje, gdy kredka pęka? Wstążka dalej ją oplata.

Każdy z partnerów może być w tej dolinie rozstania na innym etapie. Nie dbali o związek i teraz wszystkie te zaniedbania wybuchają ze zdwojoną siłą. Ale nawet jeśli nasza relacja bezpowrotnie pękła, to oplata nas wstążka. W trakcie mediacji ludzie próbują rozliczać się wzajemnie z tego pęknięcia. Ona mówi: „Zajmowałam się domem, a ty mnie zostawiłeś”. On: „Odszedłem, bo byłaś skupiona na swoich potrzebach”. Kiedy już wyleją żale, pojawia się refleksja: „Jednak byliśmy dla siebie ważni, mamy przecież wspaniałe dzieci, więc mimo wszystko się szanujmy. Nie udało nam się w związku, to może uda nam się w rodzicielstwie”. Ale warunkiem jest właśnie dobre rozstanie.

Agata Jarzyna, psychoterapeutka, wiceprzewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania sfinansowanej z funduszy norweskich, z dotacji Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy.