1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Różni, ale równi

Różni, ale równi

Nie wyśmiewajmy się z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość - mówi Wojciech Eichelberger. (Ilustracja: iStock)
Nie wyśmiewajmy się z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość - mówi Wojciech Eichelberger. (Ilustracja: iStock)
Czy kiedy jesteśmy razem, możemy się od siebie czegoś nauczyć? Czy raczej chcemy partnera zmienić, dopasować? Przymykamy oczy na jego wady czy go odrzucamy? A gdyby tak potraktować tego, kogo kochamy, jak osobę, która inaczej niż my widzi świat? Czemu to takie trudne – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Przyznałeś w jednym z wywiadów, że gdy przyszło ci zajmować się dzieckiem i domem, byłeś na granicy szaleństwa. Kobiety (w większości) od tego nie wariują...
Może nie szaleństwa, ale wyczerpania. To jednak niebezpieczny kierunek rozmowy. Możemy pokłócić się z genderem, bo jego fundamentalistyczny odłam twierdzi, że płeć jest fenomenem wyłącznie kulturowym, niezależnym od płci biologicznej, że kształtuje się przez obcowanie z tradycją, obyczajem i poddaje się indywidualnym decyzjom oraz wyborom. Więc gdyby ta koncepcja kulturowego determinizmu płci miała być całą prawdą o płci, to mężczyźni i kobiety nie mieliby się czego od siebie uczyć i nie widzieliby do tego powodu. Już dzisiaj – skądinąd uzasadnione – zakwestionowanie i zawieszenie dotychczasowych przepisów na role związane z płcią spowodowało masowe zjawisko upodabniania się płci do siebie, szczególnie wśród młodzieży. Chłopcy zachowują się tak jak kiedyś dziewczyny, a dziewczyny – tak jak chłopcy. Nie ma to jednak nic wspólnego z wyborem czy uczeniem się od siebie. To naśladownictwo, mimikra kulturowa, upodabnianie się osobników niezdolnych do obrony do tych, które to potrafią. Niedawno na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie zobaczyłem niekończącą się paradę młodych mężczyzn poruszających się jak spięte, początkujące modelki: ściśnięte do bólu pośladki, nogi spętane jakby zbyt wąską spódnicą, stawiane starannie jedna przed drugą, i torebki na długim pasku dyndające bezużytecznie na ramieniu. To nie efekt wyboru nowej społecznej płci. Ci chłopcy nieudolnie upodabniają się do kobiet, usiłując zejść z linii ognia krytyki tradycyjnej męskości.

W parku widziałam ostatnio niezwykłą scenę: gdy nagle na alejkę wybiegła mysz, kilkuletnia dziewczynka uciekła do mamy, a jej brat przyjął pozycję „atak na wroga”. Myślę, że taka „próba myszy” mogłaby wiele powiedzieć o tym, jak to jest z tymi różnicami...
To zabawne! Ale przypuszczam, że opisani wyżej chłopcy nie utrzymaliby się w roli i też uciekali przed myszą. Choć mają inną niż kobiety konfigurację hormonalną, węższą miednicę, widoczne genitalia, nieco odmienną budowę i aktywność elektryczną mózgu. A to wystarczy, by byli odmiennie zorientowani w świecie. Oczywiście, ta odmienność nie determinuje – możemy modyfikować zachowania choćby poprzez zainteresowania, aktywności zawodowe, a nawet sport. Kobieta, jeśli tylko zechce, przekroczy swój lęk przed gryzoniami i może pracować w ekipach deratyzacyjnych. Wiele kobiet skutecznie rywalizuje z mężczyznami, co podnosi im poziom testosteronu. Ale nie mówi się już o tym – bo to politycznie niepoprawne – że upodobnienie się kobiet i mężczyzn powoduje, że stają się dla siebie nieatrakcyjni. Atrakcyjność zasadza się na różnicach. I nie chodzi tylko o łóżko. Ale o odmienną propozycję istnienia w świecie i oglądania go. Mężczyzna jest ciekaw kobiety nie tylko seksualnie, lecz psychicznie i duchowo: tego, jak ona przeżywa świat, określa cele, postrzega sens istnienia. Dla mężczyzny kobieta im bardziej różna, tym bardziej fascynująca. Podobnie rzecz się ma w drugą stronę.

Chyba kobiety nie są tak ciekawe mężczyzn. Oni dla nas to często „materiał do przycięcia”.
To prawda, że mężczyźni rzadziej dążą do tego, by radykalnie zmieniać kobiety. Ale by ciekawość miała szansę zaistnieć, trzeba szacunku dla różnic, odmienności. Trzeba zaprzestać udawania, że hormonalne, anatomiczne, psychologiczne, behawioralne i duchowe różnice są wyłącznie niepożądanym przejawem kulturowych stereotypów i błędów wychowawczych. Doceńmy i szanujmy to, co nas dobrze różni, co czyni mężczyzn i kobiety komplementarnymi. Dzięki tym różnicom szukamy i potrzebujemy siebie nawzajem, tęsknimy i pragniemy. Z różnic rodzi się nowe życie, a obraz świata staje się pełniejszy i ciekawszy. Unifikacja płci grozi śmiertelną nudą i tym, że przestaniemy siebie nawzajem wspierać, doceniać i kochać.

Stereotypy płci zastąpione nakazem unifikacji zabiją miłość?
To realne niebezpieczeństwo. Ale trwa spór: czy możemy uwolnić kulturę i umysły od stereotypów, a nawet od – podejrzewanych o bycie ukrytymi stereotypami – archetypów? Czy to, że w mitach religijnych – pochodzących z każdego zakątka ziemi – występują męski bóg i jego równorzędna partnerka, kobieta bogini, jest także odzwierciedleniem stereotypu? Czy to dobrze, że bogini różni się od boga? Skoro takie pytania wchodzą w grę, to spór z ideologicznym genderem ma w istocie wymiar metafizyczny, a nie naukowy. Może dlatego Kościół się w ten spór tak gorąco zaangażował. Ja jako psychoterapeuta nie zajmuję się ideologią, lecz praktyką, tym, co jest i co z tego wynika. Widzę, że na razie kobiety i mężczyźni się różnią. Z punktu widzenia psychoterapii nieistotne jest, czy z powodów biologicznych, kulturowych, czy metafizycznych. Różnią się i dlatego mają ze sobą trudno, ale zarazem są dla siebie atrakcyjni i mogą się wiele od siebie uczyć. Uczestniczyłem niedawno w rodzinnym oglądaniu starego, ale śmiałego amerykańskiego filmu o dorastających chłopakach. Najbardziej zainteresowane filmem były dojrzewające dziewczyny. Jesteśmy siebie ciekawi także dlatego, że mamy różne potrzeby związane z płcią hormonalną i mentalną. Co nie wyklucza tego, by kobieta wychowana na wojownika walczyła na froncie. Choć homo sapiens wygrał rywalizację z neandertalczykiem, bo przestał angażować kobiety w walkę i nastąpił podział ról związanych z płcią, który pomógł stworzyć tę cywilizację, jaką znamy. Zrozumiałe, że nadszedł czas na weryfikację tych anachronicznych odwiecznych rozstrzygnięć – ale i tak trzeba nam będzie znaleźć współczesną nieopresyjną granicę „upodabniania się” – jakiś nowy Pokojowy Pakt Płci oparty na zasadzie win – win.

Dotknęłam granicy upodobniania się, gdy na okładce kobiecego pisma zobaczyłam bokserkę. Pomyślałam: „No nie, nawet tu muszę boks oglądać”.
Wbrew temu, co sugeruje ideologiczny gender, zamiana ról ani upodobnianie się nie są ratunkiem dla związków i miłości. Dla miłości najlepiej, gdy mężczyźni i kobiety uznają, że pochodzą z dwóch różnych kultur – pięknych, mądrych i fascynujących, ukształtowanych przez tysiąclecia. Wtedy jest szansa, że z szacunkiem, pokorą i zaciekawieniem badacza będą nawzajem się poznawać i uczyć. W związkach zakochanych to zainteresowanie jest oczywiste i naturalne. Trwa w nich – często wieloletni – gwałtowny i zachłanny proces wzajemnego poznawania i uczenia.

Słynny antropolog Joseph Campbell powiedział, że celem związku kobiety i mężczyzny jest to, by lepiej ogarnąć mentalnie świat i życie, a tym samym zwiększać szanse przetrwania własnego i potomstwa. Ale jednocześnie uczymy się od siebie wyspecjalizowanych, związanych z płcią kompetencji i dzięki temu stajemy się coraz bardziej autonomicznymi istotami.

A więc czego dziś możemy się od siebie nawzajem nauczyć?
Bardzo wiele. Książkę można by o tym napisać. Więc tylko przykład: mężczyźni mają większą skłonność do myślenia syntetycznego, dostrzegania rzeczy w szerszej perspektywie, pomijania drobiazgów, odłączania emocji, chłodnego oglądu sytuacji. Dzięki temu – statystycznie rzecz ujmując – są lepsi w sytuacjach awaryjnych i w rywalizacji, zwłaszcza tej wymagającej długotrwałej determinacji. A więc kobieta może się od mężczyzny nauczyć, jak rywalizować, zmagać się, znosić trudy i ból walki.

A mężczyzna od kobiety?
Też tylko przykład: kobiety są mentalnie multimodalne. Jednym spojrzeniem ogarniają złożoną rzeczywistość, która dla mężczyzny jawi się jako chaos, np. dom pełen rozbieganych dzieci i porozrzucanych sprzętów. Mężczyzna musi się tego nauczyć, bo inaczej nie stanie się autonomiczną osobą. Pilne uczenie się od siebie jest niezbędne dla ratowania miłości. Gdy zasymilujemy widzenie świata, umiejętności drugiej płci i możemy radzić sobie sami, to dopiero wtedy otwieramy nasze serca na miłość prawdziwą i bezinteresowną.

Gdy zasymilujemy cechy drugiej płci, to się do niej upodobnimy?
Ależ skąd! Każda płeć pozostaje specjalistą od tego, co jest jej specyfiką. W edukacyjnym systemie skandynawskim chłopcy uczą się robić na drutach, a dziewczynki zbijać budki dla ptaków. Ale na poziomie mentalnym, wyrosłym z genetycznego wyposażenia, to niewiele zmieni. Bo gdy mężczyzna ma do rozwiązania problem, aktywizują się tylko te fragmenty jego mózgu, które związane są z treścią zadania. Męski mózg reaguje w sposób wyspecjalizowany. Kobiecy aktywizuje się prawie cały. Nie sposób rozstrzygnąć, która strategia jest lepsza. Kobieta rozpatruje problem wszechstronnie i emocjonalnie. Mężczyzna skupia się na istocie. W zależności od sytuacji obie te metody mogą okazać się trafione.

A lęk przed myszami? Ma sens? Czy mężczyźni powinni się od kobiet go nauczyć?
Zdolności do reagowania na subtelne przejawy ewentualnego zagrożenia to specyfika kobiet. Mężczyźni nie rozumieją, że alarmowa reakcja na gryzonie, pająki insekty jest naturalnym odruchem chronienia bezbronnego potomstwa i zapasów żywności. Kobieta dostrzega potencjalne zagrożenia wcześniej i wyraźniej – i ja bym tego nie zmieniał. Tym bardziej że po tych wyjaśnieniach paniczna reakcja na mysz ma szansę przestać być obciachem. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby kobiety potrafiły nie tylko zauważyć mysz, lecz także radzić sobie z takim zagrożeniem. Tę specjalizację warto zachować. Jest komplementarna. Bo jeśli mężczyzna będzie zajmować się myszą, to przeoczy aktualne, doraźne niebezpieczeństwo, np. wroga zbliżającego się do domu. Męski aparat wzrokowy jest skonstruowany, by widzieć daleko. To oczy i mózg strażnika. Dostrzegają najmniejszy ruch, ale w perspektywie od 20 m i dalej. Po to właśnie, by ujrzeć wroga zawczasu. Kobiety zaś mają oczy i mózgi zbieraczek. Z bliska potrafią zobaczyć to, co drobne, pochowane i nieruchome – a więc praktycznie niewidoczne dla statystycznego mężczyzny. Na przykład określony jogurt albo dżem na półce w supermarkecie. Mężczyzna stoi przed tą półką i nic nie widzi. Duma męska każe mu szukać, ale szybko się poddaje i idzie zapytać panią z obsługi. Lepiej by było wykonać świadomą pracę nad własną niedoskonałością i szukać do skutku. Ale kto teraz ma czas na takie ćwiczenia?

Wszyscy mężczyźni tak mają? To niezłośliwe, kiedy stojąc przed lodówką, pytają, gdzie jest to, co leży przed ich nosem.
Mężczyźnie będzie ciężko dorównać kobiecie w zdolności do odnajdywania blisko położonych drobnych przedmiotów. Czyż to nie dowód na to, jak cudownie się uzupełniamy w dziele przetrwania gatunku? Czy to nie zasługuje na szacunek? Na szacunek dla odmienności – byśmy naprawdę mogli żyć według hasła: różni, ale równi. Nie wyśmiewajmy się więc z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość.

Jak zaciekawić się męską innością, a nie krzyczeć: „Dżem masz przed nosem!”?
Zainteresowanie musi być obustronne. Mężczyźnie nie wolno dewaluować tego, co kobiece, bo wtedy kobieta się też nim nie zaciekawi i go nie doceni. Dlatego najważniejsze – to już dzieci uczyć szacunku i ciekawości dla drugiej płci. Wówczas chłopcy przestaną upodobniać się do dziewczyn, o zgrozo, z poprzedniej epoki. By to było możliwe, trzeba zapytać, dlaczego kobiety uważają, że chłopcom należy zakazać biegania, krzyczenia, walki i strzelania, skoro chcą same to robić? Idą do armii, wchodzą na ringi, rywalizują. Czy to nie podwójna moralność? Z jednej strony zwalczanie wszystkiego, co tradycyjnie męskie w mężczyznach, a z drugiej – naśladowanie ich w tym. Czyżby za pogardą dla męskości ukrywała się kobieca niezgoda na własną biologiczną i psychologiczną odmienność, którą Freud nazywał zazdrością o penisa? Wydaje mi się też, że owa zazdrość o penisa, czyli upodobnianie się kobiet do mężczyzn, i zazdrość o pochwę, czyli upodobnianie się mężczyzn do kobiet, to kaprysy, miazmaty i wynaturzenia sytego i bezpiecznego mieszczaństwa. Nie sądzę, by np. w wymagającym środowisku wiejskim zjawiska te miały proporcjonalną częstotliwość do tej w dużych miastach. Ideologia unifikacji płci jest ciekawym pomysłem, lecz też tylko na czas pokoju. No bo kto pójdzie walczyć, a kto zostanie w domu, żeby chronić dzieci? Czy kobiety będą gotowe tracić życie w obronie swoich misiów przebywających na tacierzyńskim? Wątpię.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się