1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W świecie schizofrenika

W świecie schizofrenika

fot. 123rf
fot. 123rf
Dziś rozpoczyna się Międzynarodowy Tydzień Świadomości Schizofrenii. Powszechnie uważa się, że osoby z tym zaburzeniem mają rozszczepioną osobowość. W rzeczywistości jednak chodzi o rozłam pomiędzy emocjami a myśleniem. Z psychologiem klinicznym, dr Magdaleną Nowicką rozmawia Magdalena Rybak.

Jaką mamy powszechną wiedzę na temat schizofrenii? Niewielką. Nadal pokutuje biblijne wyobrażenie, że schizofrenik to groźny szaleniec opętany przez ducha albo złe moce. A to są ludzie wylęknieni i wycofani, potrzebujący pomocy. Zarówno farmakologicznej, psychologicznej, jak i społecznej. Co do pierwszej kwestii – dysponujemy coraz skuteczniejszymi sposobami leczenia. Co do drugiej – wzrasta rozpoznawalność tej choroby i chęć sięgania po pomoc. Ale w przestrzeni społecznej brakuje powszechnej świadomości, czym jest ta choroba. To szczególnie ważne w obecnych czasach, gdy żyjemy w dużym stresie i liczba czynników stresogennych wciąż wzrasta. Bo to właśnie przyczynia się do tego, że ludzie coraz częściej chorują na schizofrenię.

Stres ma wpływ na uaktywnienie się tej choroby? Prawdopodobnie tak. Schizofrenia jest uwarunkowana genetycznie aż w 81 proc. Prawdopodobieństwo zachorowania, gdy nasi dziadkowie, rodzice lub rodzeństwo chorowali, jest bardzo duże. Ale czynnik środowiskowy też ma znaczenie – wpływa na to, czy choroba się ujawni. Nie każdy, kto jest obciążony genetycznie, musi na schizofrenię zachorować, a jeżeli zachoruje, nie musi mieć nawrotów. Choroba ujawnia się zwykle w trudnych momentach rozwojowych, gdy nasila się stres związany z rozwojem osobowości, tożsamości, wejściem w dorosłe życie. Impulsem do tego są często trudne, traumatyczne wydarzenia. Kiedyś popularna była teoria schizofrenogennej matki, która swoją nadopiekuńczością „dusi” dziecko, albo odwrotnie – jest skrajnie zimna, oschła i krytyczna. Teraz od tej teorii się odchodzi, ale pacjenci często opowiadają o skrajnym zaniedbaniu podstawowych potrzeb emocjonalnych, a nawet fizjologicznych, zwłaszcza w okresie dzieciństwa.

Czy schizofrenia staje się chorobą naszych czasów? To za dużo powiedziane. Wskaźniki dotyczące liczby zachorowań mówią o tym, że choruje na nią 1 proc. populacji. Natomiast jeżeli posłużymy się wskaźnikiem, ile procent osób zachorowało i zachoruje w przyszłości, to można powiedzieć, że będzie to dotyczyło 5% populacji.

Nie zmienia się też nasz poziom wiedzy... Niestety. Przez to osoby cierpiące na schizofrenię doświadczają zaniedbania ze strony społeczeństwa w związku z mitami, które na temat tej choroby krążą.

Na przykład że schizofrenicy są niebezpieczni. Właśnie. Tymczasem oni są co najwyżej zagrożeniem dla siebie samych. Badania mówią, że procent schizofreników, którzy biorą udział w jakichś przestępstwach, jest naprawdę znikomy – to ułamki procenta. Problem w tym, że wszystkie sprawy, w których chory psychicznie popełnia przestępstwo, są nagłaśniane. A to, że zazwyczaj nie jest to schizofrenik, tylko ktoś z podwójną lub wieloraką osobowością, umyka w natłoku informacji. Poza tym choroba psychiczna wcale nie musi decydować o większym prawdopodobieństwie popełnienia przestępstwa. Społecznie jest to traktowane jako wytłumaczenie dla aktu agresji, ale każdy z nas może zostać doprowadzony do takiego stanu psychicznego, w którym popełnia przestępstwo. I najrzadziej jest to schizofrenik. Bo on się boi i ucieka.

Schizofrenia to nie jest rozdwojenie osobowości? Absolutnie nie! Schizofrenia mieści w sobie pojęcie rozdwojenia, ale nie osobowości, tylko jaźni. Bardzo często nie ma adekwatnego połączenia pomiędzy tym, co schizofrenik widzi i myśli, a tym, jak czuje i w jaki sposób te emocje przekazuje. Schizofrenia powoduje rozdwojenie pomiędzy tym, jaka jest rzeczywistość, a jak chory ją odbiera.

Czy schizofrenicy mogą funkcjonować „normalnie”? Jak najbardziej. Zresztą ćwiczenie „normalnego” życia to ważny element programów terapeutycznych. Dlatego to ważne, żeby stawiać przed nimi takie zadania, jak przed zdrowymi ludźmi – powinni chodzić do pracy i załatwiać sprawy urzędowe. Schizofrenia nakłada pewne ograniczenia związane z funkcjonowaniem poznawczym, ale występują one tylko wraz z nasileniem objawów. Obecnie leki są na tyle efektywne, że pozwalają pracować, jeździć samochodem, zakładać rodziny i wychowywać dzieci. I dzieciom w takich rodzinach niczego nie brakuje.

Jakie są ograniczenia? Ta choroba zaburza krytycyzm. W przypadku nasilenia objawów traci się umiejętność racjonalnego myślenia, a w związku z tym wołania o pomoc. To rodzina pierwsza wie, że z chorym dzieje się coś złego. Dlatego potrzebna jest intensywna współpraca rodziny pacjenta z lekarzem i ważna jest psychoedukacja – dana osoba musi nauczyć się, co przy nasileniu objawów jest chorobą, a co nie, i jak wpływa to na funkcjonowanie chorego. I w końcu dlatego w leczeniu proponowane są nie tylko grupy terapeutyczne dla chorych, ale też dla rodzin. Uczą się tam o objawach i nawrotach. Przebieg schizofrenii jest tak różny, jak różni są pacjenci. Chory i jego rodzina muszą poznać jego sposób reagowania i radzenia sobie z tymi objawami.

To wymaga uważnej obserwacji i samoświadomości… …która jest w schizofrenii bardzo zaburzona. To trudne, ale możliwe. Samoświadomości wymaga też radzenie sobie z objawami. Bywają takie, które są bardzo oporne na leczenie farmakologiczne, np. głosy, czyli omamy słuchowe, mimo farmakoterapii mogą nie ustępować przez całe życie. Trzeba wyćwiczyć proste sposoby wyciszania tego głosu i radzenia sobie zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy w tłocznym autobusie on zaczyna do mnie mówić, a ja mam potrzebę odpowiadania.

Jakie są inne objawy oprócz głosów? Są ich dwie zasadnicze grupy – pozytywne i negatywne. Pozytywne nazywają się tak, bo jest to nowa jakość w procesach poznawczych. Mogą to być omamy słuchowe – kiedy pacjent słyszy głosy lub dźwięki, dotykowe – kiedy czuje jakieś doznania na swoim ciele, wzrokowe – kiedy widzi rzeczy, których nie ma. Drugi rodzaj objawów pozytywnych to urojenia, czyli niezgodne z prawdą przekonania na temat świata i innych ludzi. Najczęstszą formą są urojenia prześladowcze, kiedy pacjent uważa, że jest śledzony, oraz urojenia ksobne, kiedy się świat interpretuje w odniesieniu do siebie, np. mówią o mnie w telewizji. Z kolei do objawów negatywnych zaliczamy obniżony nastrój, brak motywacji do działania, smutek, lęk, depresję. O tych objawach w ogóle się nie mówi. Postrzegamy schizofreników jako ludzi widzących rzeczy, których nie ma, i gadających głupoty. Badacze długo uważali, że schizofrenicy doświadczają emocji mało intensywnych, a skoro są płytkie, to nie przeżywają oni odrzucenia. Teraz już wiemy, że mają mniejszą intensywność mimiki i ekspresji i nie potrafią tych emocji wyrazić. Ale doświadczają ich prawdopodobnie intensywniej niż ludzie zdrowi, zwłaszcza w reakcji na bodźce negatywne.

Czyli nie są to osoby upośledzone umysłowo? Ależ skąd! Pod względem intelektualnym niczego im nie brakuje. Co więcej: ta choroba koreluje z wysokim poziomem twórczości i wrażliwości. Osoby cierpiące na schizofrenię często pięknie rysują, mają zdolności matematyczne i językowe. Nie wiadomo, czy chorują osoby twórcze, czy też po zachorowaniu zmienia się sposób i forma ekspresji.

A czy są obszary zawodowe, które są dla tych osób niedostępne? Tak. U schizofreników występują deficyty w zakresie poznania społecznego, co oznacza, że mają trudność z wnioskowaniem, co ktoś może sobie w danej sytuacji pomyśleć, albo z założeniem, co się za chwilę może stać, oraz z wnioskowaniem na temat intencji innych ludzi. Ten deficyt istnieje na pewnym poziomie przed uaktywnieniem się choroby i pogłębia się po zachorowaniu. W związku z tym trudno byłoby osobie dotkniętej schizofrenią funkcjonować w zawodzie, który wymaga umiejętności interpersonalnych, budowania relacji z klientami czy kierowania zespołem. Natomiast osoby te bardzo dobrze mogą funkcjonować w ramach zawodów, które nie wymagają intensywnej współpracy z innymi  ludźmi. Znam panią fryzjerkę, panią krawcową, panią sklepową…

Czy schizofrenia częściej dotyka kobiet? Chorują i mężczyźni, i kobiety, z lekką przewagą mężczyzn. W przypadku mężczyzn i kobiet pierwszy epizod przypada zwykle na wiek 18–25 rok życia. U kobiet obserwuje się także drugi szczyt zachorowań przypadający na wiek 45–50 lat, w związku ze zmianami hormonalnymi. Trzeba tylko pamiętać o tym, że schizofrenia nie jest chorobą, która wybucha nagle. Chory na początku przechodzi przez fazę objawów, które przepowiadają chorobę – podejrzliwość w zachowaniu, obniżenie nastroju, gorsze funkcjonowanie poznawcze, gorsze funkcjonowanie uwagi, pamięci. Tacy pacjenci bywają leczeni latami na depresję.

Kto najczęściej choruje? Mieszkańcy dużych miast. Być może jest tam większa rozpoznawalność choroby warunkowana większą dostępnością specjalistów, ale z pewnością specyfika funkcjonowania w dużym mieście wpływa na cięższy przebieg choroby. Są też teorie, które mówią o czynnikach ryzyka innych niż geny, np. o zachorowaniu matki na grypę w pierwszych dwóch trymestrach ciąży. Faktycznie wiele osób leczących się na schizofrenię rodzi się w okresie zimowym, a wtedy pierwszy trymestr ciąży przypada na okresy większej podatności na infekcje. Wirus grypy wpływa na to, jak się rozwija ośrodkowy układ nerwowy dziecka, a mózgi schizofreników charakteryzują deficyty funkcjonalne i strukturalne.

Chorować na schizofrenię może nasza pani sprzedawczyni w sklepie osiedlowym… Albo nasz sąsiad. Ale nie mówią o tym z lęku przed odrzuceniem. Dlatego tak ważne jest edukowanie społeczeństwa na temat chorób psychicznych: schizofrenii, choroby afektywnej dwubiegunowej, ale też depresji.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zespół Münchhausena. Dlaczego pozorujemy objawy chorobowe?

Zespół Münchhausena to zaburzenie, w którym osoba świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy chorobowe, aby wymusić proces diagnostyczny oraz terapeutyczny. (Fot. Getty Images)
Zespół Münchhausena to zaburzenie, w którym osoba świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy chorobowe, aby wymusić proces diagnostyczny oraz terapeutyczny. (Fot. Getty Images)
To częsty motyw w literaturze i filmach: ktoś pozoruje objawy chorobowe u siebie lub bliskiego, żeby trafić pod opiekę lekarza. Jak mówi psychiatra Anna Rebeka Szczegielniak, zespół Münchhausena i jego zastępcza postać w praktyce są jednak trudne do zdiagnozowania.

Słyszałem o rodzicach, którzy zafałszowują wyniki badań swoich dzieci, dodając krew do moczu. Pewien rodzic oddawał do badania plwocinę pozyskaną od chorych na mukowiscydozę. Jaka jest przyczyna takich zachowań?
Tak jak w przypadku większości zaburzeń psychicznych, nie możemy mówić o jednej konkretnej i pewnej przyczynie, której bezpośrednim wynikiem będą podobne zachowania. Z opisu przypadków wnioskuję, że może chodzić o zastępczy zespół Münchhausena, który jest jednak bardzo rzadko brany pod uwagę w codziennej pracy psychiatry. Wymaga on bowiem najpierw wykluczenia obecności innego zaburzenia czy choroby psychicznej. Zwykle jego występowanie jest efektem nakładających się czynników genetycznych, predyspozycji psychologicznych związanych m.in. z trudnością formowania zdrowej relacji z dzieckiem oraz społecznych, które mogą być skutkiem dorastania w środowisku, gdzie jedynie choroba czy uraz gwarantowały zainteresowanie, okazywanie ciepłych uczuć i otoczenie opieką. Na rozwój patologii bardzo mocno wpływa też stres, szczególnie ten przewlekły, związany z problemami rodzinnymi czy ekonomicznymi. Ponadto wcześniejsze doświadczenia poważnej choroby czy śmierci rodzica lub opiekuna, a także traumatyczne wydarzenia, w tym wykorzystywanie fizyczne, psychiczne lub seksualne. Takie osoby mogą mieć za sobą doświadczenia zaniedbania ze strony własnych opiekunów w dzieciństwie.

Czym zatem charakteryzuje się sam zespół Münchhausena? Przypomnijmy, że jego nazwę zawdzięczamy XVII-wiecznemu baronowi von Münchhausenowi, który zasłynął z opowiadania niestworzonych historii ze swoim udziałem.
Najprościej mówiąc, jest to zaburzenie, w którym osoba w pełni świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy schorzeń somatycznych lub psychicznych w celu wymuszenia procesu diagnostycznego oraz terapeutycznego, przyjmując rolę chorego. Zespół ten zalicza się do grupy zaburzeń pozorowanych, nie ma on nic wspólnego z tzw. symulacją, czyli udawaniem choroby. Ważne jest, by ustalić, co na tym działaniu zyskuje rzekomy chory. To jedno z podstawowych pytań, które sobie zadajemy, kiedy czujemy, że pacjenci nie są z nami do końca szczerzy. Jednak w przypadku zespołu Münchhausena trudno się doszukać w sposób oczywisty jakichkolwiek korzyści: finansowych (odszkodowanie), prawnych (chęć uniknięcia odpowiedzialności za czyny), związanych na przykład z uzależnieniem od pewnych substancji leczniczych i chęcią uzyskania do nich dostępu.

Diagnostyka tego syndromu oparta jest więc przede wszystkim na obserwacji pacjenta. To, na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że objawy są zwykle przesadzone, niespójne, wywiad wydaje się niekonsekwentny, a przebieg choroby – nielogiczny. Pogorszenia stanu zdrowia i nawroty dolegliwości są nieprzewidywalne, a stan psychiczny pacjenta poprawia się wraz z pogorszeniem stanu fizycznego. Na dodatek pacjent sprawia wrażenia zadowolonego z pogłębionej diagnostyki, kolejnych badań, a nawet skomplikowanego leczenia farmakologicznego czy zabiegowego. Ważnym elementem jest zebranie informacji na temat przebiegu wcześniejszego leczenia. Osoby z tym schorzeniem najczęściej nie chcą, by personel medyczny kontaktował się z członkami rodziny czy pracownikami ochrony zdrowia wcześniej opiekującymi się pacjentem. Poza tym, jak już wspominałam, w tym wypadku rozpoznanie jest rozpoznaniem z wykluczenia – lekarze muszą wyeliminować wszelkie możliwe choroby fizyczne i psychiczne, zanim będzie można rozważyć zdiagnozowanie zespołu Münchhausena.

Kiedy obsesja na punkcie własnego zdrowia powinna zacząć nas niepokoić?
To pytanie dotyka znacznie szerszego zagadnienia i właściwie trzeba by się zastanowić, co możemy uznać za normę naszego funkcjonowania i gdzie należy wyznaczać jej granicę. Z grubsza możemy założyć, że nie każda patologia stanu psychicznego wymaga interwencji oraz leczenia, część z nich może być elementem procesów wynikających z fizjologii. Trzeba zwrócić uwagę na to, czy dana rzecz zaburza nasze codzienne funkcjonowanie, skutkuje trudnościami w przystosowaniu się i dziwacznością zachowania, czy powoduje cierpienie u danej osoby lub dyskomfort jego bliskich, no i czy wszystko wskazuje na to, że pacjent utracił nad swoją przypadłością kontrolę. Jeśli tak, warto wybrać się do specjalisty.

Czy zgłaszanie się z prośbą o usunięcie fragmentu żołądka, by schudnąć, jest objawem choroby?
Może, ale wcale nie musi. Moje doświadczenie z pacjentami nakazuje przede wszystkim upewnić się, czy wiedzą oni wystarczająco dużo na temat schorzenia, jego diagnostyki oraz dostępnych metod terapii. Pacjenci lubią chodzić na skróty, zaleceń związanych z utrzymaniem higieny snu czy aktywności fizycznej nie będą traktować tak samo jak przepisania tabletki czy zabiegu. Należy być wyczulonym na możliwe objawy zaburzeń psychicznych, ale nie doszukujmy się ich tam, gdzie ich nie ma. Zaskakujące prośby czy pytania często da się szybko wytłumaczyć podczas zwykłej rozmowy z pacjentem.

Czym zespół Münchhausena różni się od znanej nam i trochę wyśmiewanej hipochondrii?
Zarówno zespół Münchhausena, jak i hipochondria to zaburzenia, które związane są z doszukiwaniem się nieistniejącej choroby. Ale to właściwie jedyny punkt wspólny. Zaburzenia hipochondryczne to zaburzenia nerwicowe, występujące pod postacią fizyczną − oznacza to, że pacjent jest przekonany o tym, że poważnie choruje, często zupełnie prawidłowe odczucia i reakcje ciała postrzega jako poważne i utrzymujące się objawy. Towarzyszy temu zwykle silny lęk, niepokój, często zaburzenia depresyjne. Hipochondrycy umawiają się na liczne wizyty lekarskie, poddają się badaniom, jednocześnie mając utrzymujące się poczucie postępującej choroby. Tymczasem w przypadku zespołu Münchhausena mamy świadomość, że z naszym zdrowiem fizycznym wszystko jest w porządku, ale chcemy zdobyć czyjeś zainteresowanie.

A czym różni się od niego zastępczy zespół Münchhausena, o którym mówiliśmy na początku?
Podstawowa różnica polega na tym, czyje zdrowie i życie jest zagrożone poprzez wywoływanie objawów i poddawanie różnym procedurom medycznym, mniej lub bardziej inwazyjnym, a kto jest właściwym sprawcą. W przypadku zastępczego zespołu Münchhausena nie jest to jedna i ta sama osoba. W tym wypadku opiekun wywołuje objawy choroby u osoby będącej pod jego opieką w sposób świadomy i zaplanowany, w celu otrzymania opieki medycznej oraz sprawowania kontroli nad chorym. Zastępczy zespół Münchhausena jest nie tylko zaburzeniem psychicznym, lecz również formą znęcania się. Doniesienia medialne i naukowe, ale też filmy czy literatura popularna pokazują, że opisywane sytuacje przede wszystkim dotyczą kobiet, matek, gdzie ofiarami zostają ich dzieci, ale nie łączyłabym płci jako bezpośredniego czynnika rozwoju takiego zachowania – to raczej wynik ról społecznych, przez wieki to właśnie kobiety były odpowiedzialne za wychowanie dzieci i opiekę nad nimi. Osoba, u której wywoływane są objawy, jest jedynie narzędziem do osiągnięcia założonego celu, i może być nim właściwie każdy wymagający opieki i troski, również osoby starsze czy żyjące z niepełnosprawnością.

Ale co właściwie zyskują rodzice, gdy ich dzieci są leczone lub trafiają do szpitala? Jakie są ich ukryte potrzeby?
W literaturze naukowej najczęściej podkreśla się potrzebę zwrócenia uwagi, utrzymania zainteresowania, zdobycia współczucia i wsparcia. Nie tylko ze strony personelu medycznego, ale również bliższej i dalszej części rodziny, lokalnej społeczności. Stanowi to dla nich pewnego rodzaju nagrodę. U niektórych osób wynika to z chęci poczucia władzy, nie tylko nad ofiarą, ale także osobami, które uznawane są za mądrzejsze. To poprawia samoocenę i sprawia przyjemność. Choroba dziecka może być również narzędziem do odreagowania czy rozwiązania problemów osobistych, jak na przykład rozpad związku czy utrata pracy, oraz utrzymania poczucia kontroli nad biegiem wydarzeń.

Czy wśród rodziców wywołujących u swoich dzieci objawy chorobowe możemy zaobserwować jakieś wspólne zaburzenie osobowości?
Dotychczas opublikowane badania naukowe wskazują na silne powiązanie zaburzeń pozorowanych z występowaniem zaburzeń osobowości należącymi do wiązki B: osobowości z pogranicza, narcystyczne, histrioniczne, a także antyspołeczne – nie należą one do najszerzej rozpowszechnionych, ale jeżeli już je zdiagnozujemy, musimy się przygotować, że są najtrudniejsze do leczenia. Istotnymi cechami u tych osób, często odizolowanych społecznie, będzie niska samoocena, chwiejność emocjonalna, trudności z kontrolowaniem gniewu oraz skłonności do manipulacji.

Kiedy troska o dobro bliskich powinna zacząć niepokoić? Gdzie leży granica pomiędzy zaniepokojeniem a wywoływaniem lęku, napięcia, poczucia winy, a w końcu objawów somatycznych? Mam tu na myśli sytuację, gdy obarczając kogoś własnymi obawami o jego samopoczucie czy bezpieczeństwo, sprawiamy, że zaczyna sam je odczuwać.
Lęk o stan zdrowia bliskich leży w naszej naturze, jest ważny, ponieważ pozwala nam reagować szybko i skutecznie na pierwsze sygnały, że coś dzieje się źle. Ewolucyjnie daje nam też większe szanse przetrwania. Oczywiście nadmierny lęk, wykraczający poza ogólnie przyjęte normy i zaburzający codzienne funkcjonowanie indywidualne oraz w grupie, powinien zachęcić do szukania pomocy u specjalisty. Może być on bowiem związany z wcześniej już występującymi zaburzeniami depresyjnymi czy nerwicowymi. Emocje, którymi się dzielimy z bliskimi, szczególnie jeśli wzmacniają u nich poczucie braku oparcia w sobie i strachu, będą działały negatywnie, w skrajnych wypadkach powodując właśnie wchodzenie w rolę pacjenta.

Anna Rebeka Szczegielniak, lekarka rezydentka na Oddziale Psychiatrii Klinicznej Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego w Tarnowskich Górach oraz doktorantka w Klinice Rehabilitacji Psychiatrycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Przewodnicząca Sekcji Kształcenia Specjalizacyjnego Oddziału Śląskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Research Working Group, European Federation of Psychiatric Trainees.

  1. Zdrowie

Schizofrenia - jak się objawia? Jakie są przyczyny?

Schizofrenia to trudna i przebiegła choroba. Do tego nadal stygmatyzuje i wywołuje społeczny lęk. (Ilustracja: iStock)
Schizofrenia to trudna i przebiegła choroba. Do tego nadal stygmatyzuje i wywołuje społeczny lęk. (Ilustracja: iStock)
Schizofrenia to trudna i przebiegła choroba. Do tego nadal stygmatyzuje i wywołuje społeczny lęk. Chory rzadko sam może rozpoznać jej objawy, bo stany, których doświadcza – zarówno te o charakterze olśnień, jak i zwidów – wydają mu się jak najbardziej normalne. Psychiatra Katarzyna Zięba-Mazurek wyjaśnia, że najważniejsze to jak najwcześniej rozpocząć leczenie.

Schizofrenia pochodzi od greckich słów schizein – rozszczepić i phren – umysł. Czym tak naprawdę jest ta choroba?
To niejednorodne zaburzenie psychiczne, często i słusznie mówi się o grupie schizofrenii. Najprościej można powiedzieć, że to przewlekła choroba, w której występują dwie grupy objawów: pozytywne, czyli wytwórcze, i negatywne. Objawy wytwórcze to te, które są naddatkiem niewystępującym u osób zdrowych, należą do nich halucynacje, najczęściej słuchowe, oraz urojenia, czyli fałszywe sądy, interpretacje rzeczywistości. Urojenia często mają charakter prześladowczy, chory może się czuć obserwowany, śledzony, nękany czy kierowany z zewnątrz, na przykład jest przekonany, że mówią o nim w telewizji. Może mieć poczucie, że osoby z jego otoczenia są zmienione, podstawione, że otoczenie zna jego myśli i zamiary. Występujące halucynacje, czyli omamy, najczęściej są słuchowe, w postaci na przykład głosów komentujących zachowania chorego lub wydających mu polecenia, co jest o tyle niebezpieczne, że chory może targnąć się na swoje życie lub, znacznie rzadziej, być agresywny wobec otoczenia. Objawy negatywne schizofrenii to cały obszar, w którym dochodzi do zubożenia w dotychczasowym funkcjonowaniu psychicznym i społecznym: spowolnienie psychoruchowe, ograniczenie zainteresowań, brak chęci czy woli do działania, zobojętnienie uczuciowe, obniżona zdolność do komunikowania się z otoczeniem. Chory staje się coraz bardziej wycofany.

Kto jest najbardziej zagrożony zachorowaniem na schizofrenię?
Skłonność do zachorowania jest uwarunkowana genetycznie, podejrzewa się wiele genów. Ale nie jest to takie jednoznaczne. Wśród bliźniąt jednojajowych ryzyko zachorowania wynosi 48 proc., a nie 100, mimo że genetycznie są identyczne. Ogromny wpływ na ujawnienie się choroby mają czynniki epigenetyczne, czyli wpływające na ujawnienie się genu – to mogą być warunki wewnątrzmaciczne płodu, infekcje matki, przebieg porodu, warunki, w jakich kształtuje się układ nerwowy, zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym, a potem na przykład kontakt z narkotykami. Marihuana jest dość niewinnym narkotykiem, o słabym potencjale uzależniającym, ale bywa czynnikiem, który uaktywnia schizofrenię. Choroba najczęściej rozpoczyna się u ludzi młodych, między 20. a 30. rokiem życia, u mężczyzn statystycznie wcześniej niż u kobiet. Istnieje przekonanie, że schizofrenię powoduje jakieś wydarzenie, trauma, ale czasem jest to tylko ten ostatni, spustowy czynnik.

Czy można rozpoznać u samego siebie pierwsze objawy choroby?
Przez prawie 30 lat pracy nie zdarzyło mi się spotkać chorego, który sam u siebie rozpoznałby schizofrenię. Już prędzej osoby z zaburzeniami nerwicowymi, zwłaszcza zespołem natręctw, są przekonane, że tracą rozum. Dlatego o bliskich powinniśmy się zacząć niepokoić wtedy, gdy stają się inni niż dotąd, wypowiadają odbiegające od rzeczywistości treści, czasem robią się nadmiernie religijni, mają skłonność do pustego filozofowania, przestają dbać o siebie, wypadają z dotychczasowych ról społecznych. W wielu krajach, jak Wielka Brytania, istnieją zespoły wczesnej interwencji w schizofrenii i ich rola jest ogromnie ważna, ponieważ im wcześniej wdrożymy leczenie, tym większa szansa na pozytywny jego przebieg. Nieleczona schizofrenia jest toksyczna, uszkadza układ nerwowy.

Na czym polega brak krytycyzmu wobec choroby? Na braku krytycyzmu, po prostu. Przecież chorzy naprawdę słyszą te głosy, ale urojeniowa interpretacja rzeczywistości wydaje się im właściwa. Poza tym ich myślenie jest rozkojarzone, tak jakby napływały do głowy różne, niepowiązane ze sobą myśli, zamiast logicznych ciągów. Z drugiej strony chorym na schizofrenię łatwiej uzyskać wgląd, czyli mniej lub bardziej krytyczny osąd sytuacji, niż chorym z zaburzeniami urojeniowymi, zwanymi paranoją. Na przykład pytają, czy to możliwe, że te głosy w głowie to z choroby. Pewna pacjentka mówiła mi, że z jednej strony wie, że wcale o niej w telewizji nie mówią, ale i tak woli przełączyć serwis informacyjny na film.

"Czasem myślę, że używanie określenia "schizofreniczny" w debacie publicznej powinno być zabronione. Oczywiście, że to krzywdzące, słyszę to od chorych. Oprócz chorych są jeszcze ich rodziny, przyjaciele, osoby im życzliwe, ich wszystkich to rani i znieważa"
Jak leczyć osobę, która jest przekonana o swoim zdrowiu?
Właśnie z powodu tej towarzyszącej temu schorzeniu ambiwalencji czasami udaje się przekonać chorych do leczenia. Niekiedy robią to na zasadzie: „ja wiem swoje, ty swoje, niech ci będzie, pójdę się leczyć, choć to bez sensu”. Często jednak, zwłaszcza pierwsze hospitalizacje, odbywają się wbrew woli chorego. Ale w tej chwili jest to obwarowane przepisami Ustawy o ochronie zdrowia psychicznego. W skrócie, w trybie nagłym może być leczona osoba niebezpieczna dla siebie lub otoczenia, w tzw. trybie wnioskowym sprawa opiera się o sąd, który wyznacza swojego biegłego. Chory bez postawionej diagnozy może być na obserwacji w szpitalu do 10 dni.

Co mówią dane? Ile osób choruje w Polsce i na świecie? Ile z tych osób wraca do zdrowia?
Choruje około 1 procenta populacji. Powrót do zdrowia jest w tym wypadku pojęciem względnym. Różnie podają statystyki i zależy, jakie kryteria przyjmują, ale u 30 do 50 procent przebieg ma charakter pozytywny, z jednym do kilku nawrotów i z okresami częściowej lub pełnej remisji, czyli cofnięcia się objawów. Chorzy wracają wtedy do nauki, pracy, zainteresowań.

Co jest najskuteczniejszym lekarstwem?
Na razie najskuteczniejsze jest leczenie farmakologiczne klozapiną. Niestety, to nie jest lek dla każdego – wymaga regularnego monitorowania, m.in. układu białokrwinkowego, stopniowego wprowadzania i odstawiania. Jego stosowanie niesie ryzyko wielu ciężkich powikłań, ale jeśli chory jest monitorowany, to może ten lek zażywać latami. Pracowałam 12 lat temu w Londynie i tam funkcjonował cały system monitorowania, u nas dopiero teraz zaczyna się mówić o sprawdzaniu poziomu klozapiny we krwi. Na szczęście wchodzą nowe, lepiej tolerowane leki, na przykład w formie podawanych raz na kilka tygodni zastrzyków domięśniowych, które są lepiej tolerowane i skuteczniejsze, także dlatego, że chory nie pomija dawek. U nas na razie żeby stosować wiele z nich, trzeba najpierw udowodnić, że chory nie chce się regularnie leczyć lekami doustnymi. W Wielkiej Brytanii działają od wielu lat zespoły zajmujące się w warunkach domowych chorymi. Odwiedzają, podają leki, zachęcają do angażowania się poza środowiskiem domowym. A u nas, no cóż, psychiatria to straszliwie niedofinansowana gałąź medycyny. Bo kogo obchodzi ten elektorat?

Czy można w jakiś sposób zabezpieczyć się przed zachorowaniem? To trudny temat. Od lat istnieją próby wypracowania profilaktyki u osób wysokiego ryzyka i najlepiej byłoby je regularnie monitorować lub nawet podawać profilaktycznie małe dawki leków. Ale przecież to stygmatyzuje, wywołuje lęk. Zdarzyło mi się może dwa, trzy razy, że objawy u chorego były bardzo łagodne, ale ponieważ istniało obciążenie rodzinne, zdecydowałam się włączyć leczenie bez pełnoobjawowej choroby. To wymaga zrozumienia, zgody i zaufania ze strony pacjenta.

"O swoich bliskich powinniśmy się zacząć niepokoić wtedy, gdy stają się inni niż dotąd"
Co pani zdaniem może pomóc najbliższym osoby, która zachorowała? Jak dbając o nią, zadbać również o siebie?
Osoby z najbliższego otoczenia potrzebują przede wszystkim wyjaśnienia, czym jest choroba, że może też przebiegać łagodnie, że jeden nieskuteczny lek nie oznacza, że następny też nie będzie skutkował. Ale najtrudniejsze, przynajmniej dla mnie, jest przekonanie rodziny, że wczesne włączenie leczenia, nawet wbrew woli, zwiększa szanse chorego. To jest bardzo trudne dla bliskich, kojarzy im się z „Lotem nad kukułczym gniazdem”, opresją. Zdarza się, że trzeba członków rodziny przekonywać, że też mają prawo do dobrego życia, że mają prawo zatroszczyć się o siebie. Przez wiele lat jeździłam na wizyty do chorego, który zachowywał się w sposób bardzo przykry dla otoczenia i traumatyzujący dla obecnych w domu dzieci. Namawiałam rodzinę, by rozważyli dom pomocy społecznej. Kiedy w końcu podjęli tę decyzję, okazało się, że chory wyraźnie jest tam w lepszej kondycji niż w domu: ma kolegów, chodzi na terapię zajęciową, jeździ na wycieczki… Nie bardzo interesował się odwiedzinami rodziny.

Psychiatra Antoni Kępiński nazywał schizofrenię chorobą królewską ze względu na bogactwo objawów. Pisał, że pozwala ujrzeć wszystkie cechy naszej natury, ale często w katastroficznych rozmiarach. Wśród znanych osób cierpiących na schizofrenię wymienia się m.in. Wojaczka, Nietzschego, Kanta, Hegela, Muncha, van Gogha. Niekiedy choroba bywa początkiem głębszego zrozumienia siebie, odkrycia talentów, spotkania
z prawdziwą naturą rzeczy.
Chorzy mają często poczucie „olśnienia”, zrozumienia, szerszego odbioru rzeczywistości, ale na ile ich postrzeganie wniosło coś cennego – mogą ocenić dopiero po ustąpieniu objawów. Czasem nawet w trakcie choroby powstają książki, wiersze, a chory jest tak utalentowany i twórczy jak Jerzy Krzysztoń, autor „Obłędu”. Znane są też liczne przykłady twórczości plastycznej tylko w okresie trwania objawów psychotycznych. Może też być tak, że chorzy znajdują sobie swoją dziedzinę, najczęściej z kręgu filozofii lub innej nauki teoretycznej, i funkcjonują w tym obszarze znacznie lepiej niż w codzienności, gdzie trzeba robić zakupy, płacić rachunki. Taką osobą był John Nash, noblista w dziedzinie matematyki, bohater filmu „Piękny umysł”. Ale najczęściej rzeczywistość jest inna – chorzy zapadają się w siebie i nie mają potrzeby ekspresji swoich przeżyć poprzez sztukę. Rozmawiałam niedawno z koleżanką, która prowadzi terapię zajęciową dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Powiedziała mi, że angażowanie chorych na schizofrenię w pracę twórczą jest dużo trudniejsze niż osób z upośledzeniami umysłowymi, mimo że mają większe możliwości intelektualne. Nie traćmy jednak nadziei, powstają nowe leki, które otwierają chorego na kontakt emocjonalny z otoczeniem.

Czasem gdy chcemy kogoś obrazić, mówimy o schizofrenicznym zachowaniu, postawie, myśleniu – na ile jest to krzywdzące wobec chorych?
Tak, to określenie zrobiło się modne, zwłaszcza we wzajemnym atakowaniu się w polityce. Niekiedy myślę, że używanie słowa „schizofreniczny” w debacie publicznej powinno być prawnie zabronione. Oczywiście, że to krzywdzące, słyszę to od chorych. Oprócz chorych są jeszcze ich rodziny, przyjaciele, osoby im życzliwe, ich wszystkich to rani i znieważa.

  1. Psychologia

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Wiele osób myśli, że odkrywanie swojej drogi zawodowej odbywa się zaraz po szkole, kiedy zaczynamy życie zawodowe. Nic bardziej mylnego. Odkrywanie własnej drogi to proces, który powinniśmy przechodzić od nowa co kilka lat.

Świat zmienia się błyskawicznie. Jedne zawody znikają, inne powstają. Pojawiają się nowe możliwości i nowe okoliczności w których powinniśmy zadać sobie pytanie o to jakie aktualnie są moje wartości, moje talentu i jak w oparciu o nie prowadzić swoją dalszą drogę.

Wiele osób po latach doświadczenia zawodowego w ogóle nie wierzy, że zmiana kierunku jest możliwa. Wolą tkwić w czymś, co nie jest ich pasją, a potem dziwią się, skąd pojawia się u nich wypalenie zawodowe.

Bez względu na to jaki masz staż zawodowy zawsze możesz na nowo odkryć swoje talenty, aspiracje, wartości i w oparciu o to zbudować nowy pomysł na siebie. Nie tylko możesz - powiedziałabym nawet, że musisz. To nasza odpowiedzialność wobec nas samych, aby pracować z pasją, bo życie mamy tylko jedno - mówi Elżbieta Krokosz, autorka książki „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepiej”.

Poniżej publikujemy fragment tej książki, w którym jedna z uczestniczek autorskiego programy Elżbiety Krokosz opowiada o radykalnej zmianie, jakiej dokonała dzięki niemu w swoim życiu - zmieniła miejsce zamieszkania i odnalazła się w zupełnie nowym zawodzie.

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Nic tak nie wspiera naszej odwagi do działania, jak przykład kogoś, kto dokonał tego, o czym my myślimy. I dlatego zaprosiłam tutaj do wywiadu osobę, która jest zdecydowanie przykładem tego, że obranie własnej ścieżki jest możliwe. Co więcej — możliwe jest kompletne przebranżowienie, zaczęcie na nowo po 12 latach pracy w innym zawodzie i osiągnięcie poczucia, że jest się w dobrym miejscu, we właściwej rzece. Przeczytaj, proszę, mój wywiad z Anią — szczerze wierzę, że jej historia może być dla ciebie dowodem, że i tobie starczy odwagi, aby dokonywać zmian, na jakie się zdecydowałeś. Ania realizowała kurs „Odkryj, co chcesz robić w życiu, i zbuduj swój plan”. W dużej mierze wykorzystuje on ćwiczenia, którymi podzieliłam się z tobą w tej książce. Możesz więc mieć pewność, że to, czego nauczyłeś się o sobie, o swojej drodze, czytając tę książkę, możesz całkowicie zastosować w swoim życiu, podobnie jak Ania.

Ela: Witaj, Aniu. Cieszę się, że zgodziłaś się na ten wywiad. Jesteś świetnym, żywym przykładem tego, że swoje życie można zmieniać, ot po prostu, na spokojnie. Mam wrażenie, że na ten temat krążą niepotrzebne legendy i mity.

Ania: To ja dziękuję za zaproszenie.

Ela: Zarówno ja, jak i moi czytelnicy chcielibyśmy poznać twoją historię trochę lepiej. Czy mogłabyś opowiedzieć nam trochę o sobie?

Ania: Prywatnie jestem mamą dwóch chłopców, żoną, a zawodowo przez 12 lat pracowałam w bankowości, zaczynając od recepcji. Potem byłam wsparciem doradcy klienta premium, a następnie trafiłam nagle na stanowisko analityka kredytowego, po jakimś czasie miałam przerwę związaną z urodzeniem dzieci. Praca jako analityk kredytowy nie do końca mi odpowiadała, a po twoim kursie jestem na zupełnie innym poziomie — praca daje mi satysfakcję. Obecnie pracuję jako specjalista ds. HR w firmie szkoleniowo-rekrutacyjnej.

Ela: Chciałabym zwrócić uwagę, że twój przykład jest bardzo ciekawy. Po 12 latach pracy w bankowości zmieniłaś swoje życie o 180 stopni. Zmieniłaś firmę i branżę. Zmieniłaś całkowicie zawód. Powiedz mi, proszę, ile miałaś lat doświadczenia w pracy w dziale HR?

Ania: W branży HR — zero.

Ela: Dokładnie! Zero. A ja non stop spotykam się z tym, że ludzie uważają, że jak pracują w jednej branży 10 czy 15 lat, to już nie ma dla nich szansy na zmianę. Kiedy przyszedł moment, że powiedziałaś sobie: „dość”?

Ania: Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że cała ta sytuacja się po prostu nawarstwiała. Awans na analityka kredytowego, posadzenie mnie za biurko na 8 godzin, bez kontaktu z ludźmi zaczęło powodować dyskomfort. Po urodzeniu dzieci, po dłuższej przerwie i powrocie do pracy, nie mogłam wejść z powrotem w system korporacji, kiedy byłam przerzucana między jednym zespołem a drugim. Czułam się niedoceniana. A punktem kulminacyjnym były moje problemy zdrowotne. Miałam problemy z kręgosłupem, z biodrem, w pewnym momencie nie byłam w stanie chodzić. Myślę, że fakt, że nie byłam doceniana, wpłynął też negatywnie na mój stan zdrowia.

Ela: Chciałabym podkreślić, że to nie jest tak, że pewnego dnia ot tak stwierdzamy, że coś nam się nie podoba, tylko to jest proces. Tkwimy przez jakiś czas w danej sytuacji, która wydaje nam się później nieodpowiednia. Potrzebujemy czasu na zmianę. U ciebie było podobnie, nie stwierdziłaś po miesiącu, że tu nie pasujesz, bo nie masz kontaktu z ludźmi, tylko dopiero kiedy nałożyły się na siebie dodatkowe czynniki, złożyło się to wszystko na ostateczną decyzję.

Ania: Chciałabym podkreślić, że my naprawdę tkwimy w jakiejś sytuacji, mimo iż podświadomie wiemy, że nie do końca nam to pasuje. Dlaczego ja tkwiłam w tej sytuacji? Czułam, że moja praca jest stabilna, że jest umowa na czas nieokreślony, że może nie daje mi pełnej satysfakcji, ale dzięki niej moja rodzina może normalnie funkcjonować. Podejrzewam, że gdyby nie ta choroba, tkwiłabym w tej pracy do tej pory. Jestem o tym przekonana.

Ela: Podejrzewam, że tę satysfakcję życiową czerpałaś z rodziny, z innych aspektów, a zawodowo, gdzieś w głębi duszy się uspokajałaś, że przynajmniej jest praca, bezpieczeństwo, ta umowa. Gdyby jeszcze cię doceniali, prawdopodobnie nadal robiłabyś to, co może nie daje ci radości, ale jest bezpieczne, prawda?

Ania: Nawet większość dziewczyn z grupy z twojego programu potwierdzała to, że mocno w czymś tkwiły, dopóki się coś nie wydarzyło. My naprawdę lubimy bezpieczeństwo i stabilizację. I ja też tak to sobie tłumaczyłam, że może nie czuję się dobrze jako analityk, ale jest satysfakcja finansowa. Że może jeszcze się rozwinę, a jeśli nie, to przynajmniej jest to bezpieczeństwo.

Ela: Twoja historia przypomina mi moją, którą często wspominam. Ja sama, będąc w Irlandii, tkwiłam w nieodpowiednim miejscu
— dwa lata trwało, zanim zmieniłam swoją sytuację. Opowiedz mi, proszę, co było dalej. Wyjechałaś z Warszawy?

Ania: Tak. Po rozmowie z moim mężem, oboje doszliśmy do wniosku, że ta sytuacja to nie tylko aspekt zawodowy, ale także prywatny. Wpływało to negatywnie na naszą relację. Mąż kazał mi się zastanowić, jak długo jeszcze będziemy tkwić w takiej sytuacji, skoro źle to wpływa na nasze życie rodzinne, są kłótnie, pretensje —jak długo będziemy to wytrzymywać? Na szczęście miałam w nim wielkie wsparcie, był osobą, która mi to uświadomiła, która pociągnęła całą decyzję... i stało się. Postanowiliśmy, że się przeprowadzimy. I w tamtym momencie poczułam, że cały świat nam sprzyja. Wszelkie kroki, które musieliśmy podjąć — sprzedaż mieszkania, znalezienie nowego, miejsce w przedszkolu — wszystko udało się załatwić ekspresowo. Plusy i minusy, to nie jest bajka, lecz życiu.

Ela: Aniu, z perspektywy czasu, co po waszej przeprowadzce do Trójmiasta było super, a czego się nie spodziewałaś? Co okazało się trudne?

Ania: Na pewno super było znalezienie swojego miejsca. Wszystko nam się tam podobało i fakt, że w końcu mieliśmy czas na odbudowanie relacji rodzinnej, był bardzo na plus. Dzieci miały wakacje, a my czas, żeby z nimi pobyć. Natomiast ciężkie było nasze zderzenie z rzeczywistością, jeśli chodzi o rynek pracy. Ogólnie mówiąc, praca za najniższą krajową, umowy śmieciowe albo po prostu problem ze znalezieniem odpowiedniej pracy, która dawałaby satysfakcję, pieniądze i czas dla rodziny. Gdy zaczęłam jeździć na rozmowy kwalifikacyjne, zaczęły się także problemy. Brak pozytywnych odpowiedzi, kiedy to, po tylu latach doświadczenia, nie powinnam mieć w ogóle problemu ze znalezieniem zatrudnienia. Niestety rzeczywistość okazała się dość ciężka. Co ciekawe, mogę powiedzieć, że każda z tych rozmów coś mi uświadomiła. Coś, czego w głębi duszy nie chcę, coś, na co powinnam zwrócić uwagę. Ale tak to właśnie w życiu się zdarza, że ono samo czasem pokazuje i podpowiada, co jest dla nas dobre. Nie chciałam się godzić po raz kolejny na pracę, która nie będzie mi przynosić satysfakcji albo nie pozwoli odebrać dzieci z przedszkola.

Ela: Aniu, muszę cię jeszcze zapytać o kwestię finansową. Pewnie każdy z nas zastanawia się, jakie miałaś zaplecze finansowe
(i czy w ogóle), skoro i ty, i twój mąż mogliście sobie pozwolić, żeby nie pracować przez pewien czas, a jednocześnie mieć za co żyć.

Ania: Tak, to prawda. Mieliśmy mieszkanie na kredyt, które udało nam się sprzedać i wziąć kolejne na kredyt, tylko w tym momencie wzięliśmy je z „górką”, tzn. mieliśmy zapas pieniędzy, z których mogliśmy żyć. W tamtym momencie także, z powodu mojego stanu zdrowia, kiedy tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze, co mi jest, miałam przyznane pieniądze z ZUS-u i pieniądze na świadczenie rehabilitacyjne.

Ela: Dziękuję ci, że o tym mówisz. Oczywiście nie chcę ci zaglądać do portfela, ale z doświadczenia wiem, że jeśli jesteśmy w sytuacji, w której nie mamy za co żyć, to ostatnie, o czym myślimy, to to, co chcemy robić w życiu. Bardzo często powtarzam, że jeśli masz naprawdę wszystkiego dość i chcesz trzasnąć drzwiami w swojej obecnej pracy, to wytrzymaj jeszcze trochę i zbuduj sobie poduszkę finansową. Poduszkę, która pozwoli ci coś zmienić i nie myśleć tak bardzo o finansach. Która da ci przestrzeń i możliwość poszukania odpowiedniej pracy. Inaczej, zamiast mieć otwarty umysł, znowu będzie-my się tylko martwić finansami i zgadzać na coś, co wewnętrznie jest dla nas nie do zaakceptowania.

Ania: Gdybym nie miała tej poduszki finansowej, to pewnie znowu zgodziłabym się na pracę poniżej moich oczekiwań. Zgodziłabym się na nią, wiedząc, że to nie jest „to”, i tylko po to, żeby mieć za co żyć i za trzy miesiące znowu poszukać innej. Tylko niestety ten czas byłby bardzo dla mnie ciężki, znowu wymagałby wyrzeczeń. Zaufanie do intuicji i działanie kluczem do sukcesu.

Ela: Przejdźmy do twojej obecnej pracy, bo to także jest bardzo ciekawy moment. Powiedz mi, kiedy zaczęłaś pracę z kursem „Odkryj, co chcesz robić w życiu”? Wiem, że wykonałaś pracę nad sobą, poznałaś swoje talenty, wartości... ale w którym momencie to się wydarzyło?

Ania: Kurs pojawił się, kiedy mieszkaliśmy już w Trójmieście, a kiedy byłam już po kilku rozmowach kwalifikacyjnych, po których nie pojawiły się odpowiedzi. W tamtym momencie podłamałam się już trochę psychicznie, wydawało mi się, że to będzie takie proste, że przecież zmiana pracy z moim doświadczeniem będzie łatwa. Dotarło do mnie, że muszę coś zmienić, skoro nadal nie mogę znaleźć pracy. Któregoś dnia wyświetliła mi się twoja reklama na Facebooku. Poczułam po prostu, że to jest znak. Znakiem było nowe mieszkanie, Gdynia i właśnie ten kurs. Po prostu poczułam, że muszę go zrobić. Mąż dowiedział się później, że go kupiłam, był nastawiony sceptycznie do niego, a ja po prostu wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Skoro próbowałam sama, jeździłam na rozmowy i nadal coś się nie udawało, potrzebowałam coś zmienić.

Ela: Co dla ciebie było najistotniejsze w tym kursie? Co najbardziej ci pomogło?

Ania: Po tych wszystkich wydarzeniach, które mnie podłamały —odbudowanie pewności siebie, poznanie siebie lepiej i taki... wewnętrzny spokój.

Ela: A z czego to wynikało? Ta pewność siebie, spokój, przecież to właściwie nie jest kurs o pewności siebie. Czy możesz uściślić, z czego to u ciebie wynikało?

Ania: Bardzo ważny był dla mnie moduł o talentach, był dla mnie zaskoczeniem. Dowiedziałam się o sobie czegoś nowego. Tego, że talentem nie są tylko jakieś zdolności, np. te finansowe czy techniczne, tylko tak zwane „kompetencje miękkie”. Stwierdziłam, że całkowicie porzucam swoje dotychczasowe spojrzenie na siebie, bo mam zupełnie inne atuty. Na kursie odkryłam, że potrafię słuchać, że mam umiejętność szukania rozwiązań, łatwość nawiązywania kontaktów, a do tej pory w ogóle tego nie zauważałam! Dobry plan to dopiero początek,.

Ela: Aniu, chciałabym cię teraz zapytać o bardzo cenną rzecz. Powiedz mi, proszę, jak u ciebie wyglądał moment zaplanowania zmiany. Moment, kiedy już przerobiłaś pewne rzeczy i podjęłaś decyzję, że teraz czas na kolejny krok, co się wtedy wydarzyło?

Ania: To był bardzo ciężki moment. Pamiętam, że kiedyś, w którymś podcaście wspominałaś, że to planowanie jest najcięższe, i po-myślałam wtedy: Planowanie? Ale jak to? Przecież tak ciężko jest mi wydobyć z siebie te talenty! I faktycznie na planowaniu się zatrzymałam. Dałam sobie czas, potrzebowałam odpocząć od tego wszystkiego, bo takie „grzebanie” w sobie jest męczące, pozytywne, ale jednak męczące. Wiedziałam, że teraz nic nie wymyślę i potrzebuję odetchnąć. Zrobiłam sobie trzy tygodnie przerwy i wróciłam do tego wszystkie-go, zaczęłam działać. Zaczęłam chodzić na różne warsztaty, zaczęłam dostrzegać to, co zawsze mnie fascynowało, jak np. budowanie relacji, komunikowanie się ludzi w zespole, ale zupełnie nie patrzyłam na to jak na misję, którą miałam. Podświadomie poszukiwałam czegoś, co mi pokaże jakąś drogę. I tak właśnie było.

Ela: Chciałabym to jeszcze raz podkreślić, bo jest to szalenie istotne. Czasami coś nas blokuje przed działaniem, ale to nie szkodzi, bo na poziomie podświadomości my wiemy, o co nam chodzi, wiemy, co powinniśmy robić. Intuicyjnie idziemy w dobrym kierunku, by wszystko dobrze się potoczyło.

Ania: Wszystkim, którzy działają, a gdzieś się zatrzymali, chciałabym powiedzieć, żeby się nie poddawali. Nawet jeśli czasem nam się wydaje, że coś jest nieistotne, nieodpowiednie, zaskakujące — zaufajcie intuicji, bo w rezultacie gdzieś na końcu okazuje się, że to wszystko podpowiada nam, co robić.

Ela: Zazwyczaj są dwie strategie. Jedna, w której niektórzy mają tę łatwość, że po odkryciu swoich talentów po prostu potrafią zbudować plan. Zakładają, że po pięciu latach osiągną to czy tamto i wydaje nam się, że to jedyna droga. A jest przecież druga, którą ty poszłaś całkiem nieświadomie, że: Dobrze, może nie mam planu na całe pięć lat, ale wiem, co chcę zrobić jutro, intuicyjnie wiem, w jakie działania chcę zacząć wchodzić. Naprawdę polecam mimo wszystko nie zatrzymywać się, tylko zacząć po prostu działać w zgodzie z tym, co ci intuicja podpowiada. Aniu, powiedz nam w takim razie, gdzie te działania cię zaprowadziły?

Ania: To było bardzo ciekawe wydarzenie, ponieważ zupełnie bez jakiegokolwiek konkretnego zamiaru wzięłam udział w warsztatach grupowych, na których zgłosiłam się do przeprowadzenia sesji ze mną. Miałam wskazać obszar, z którym będę pracować, i wtedy po prostu powiedziałam, że ja się nie nadaję do bankowości, i zaczęły się pytania takie jak: Ale czego dokładnie nie chcesz robić w banku? Każda z tamtych osób miała zupełnie inne wyobrażenia na ten temat, a ja tak bardzo skupiłam się na swoich i na tym, że nie chcę pracować w sprzedaży w banku, że nie dostrzegałam tych innych dróg. Ten właśnie moment sprawił, że w mojej głowie w końcu zakiełkował jakiś pomysł, że może będę prowadzić blog, pisać o finansach i pomagać innym. Zaczęłam zmierzać w stronę, która bardziej mi odpowiada, zaczęłam rozumieć, że finanse to nie jestem „ja”, to nie jest „moje”, a bardzo mi zależało na pracy z zarządzaniem talentami. I cudownie na horyzoncie pojawił się staż. Tutaj zaczyna się moja historia. Gdybym nie pojawiła się wtedy na tych warsztatach, to pewnie nawet nie wiedziałabym, że taki pracodawca się pojawi.

Ela: Czyli wszystko jest po coś. A powiedz mi, czy ten staż był bezpłatny?

Ania: Niestety był bezpłatny, przez półtora miesiąca, a po tym czasie dostałam pensję o wysokości ledwo powyżej najniższej krajowej.

Ela: Chciałam tutaj podkreślić i pokazać, że twoja sytuacja była prawdziwa. To nie było tak, że z jednego superpłatnego kwiatka skoczyłaś na drugi, tylko był okres, że pracowałaś za darmo. Powiedz w takim razie, dlaczego się na to zgodziłaś?

Ania: Kiedy zaczęłam się przyglądać tej firmie, poczytałam wpisy na Facebooku, przeczytałam artykuły na blogu, ja w to po prostu wsiąkłam. Poczułam, że to jest „to”, co chcę robić. Te wartości, które zobaczyłam, były tak spójne ze mną, że po prostu nie wyobrażałam sobie pracować w innym miejscu.

Ela: Czyli zadziały się dwie sprawy: poczułaś, że to jest to, co chciałabyś robić, że to jest odpowiednie miejsce, i druga rzecz: poczułaś, że te wartości są spójne z tobą, tym, co dla ciebie jest ważne.

Ania: Nawet bardziej ta druga rzecz, że przychodząc na rozmowę, nie wiedziałam, co dokładnie chcę robić w tej firmie, tylko po prostu czułam bardzo mocno, że to, co oni robią, jest bardzo ze mną zgodne. Ich wartości i moje są ze sobą bardzo spójne. To było
dla mnie zaskoczeniem, że pierwszy raz w życiu na rozmowie kwalifikacyjnej przyznałam, że nie wiem, co chcę robić, ale wiem, że to właśnie w tej firmie chcę się rozwijać.

Ela: Jak przekonałaś do siebie tę firmę, kiedy nie miałaś właściwie żadnego doświadczenia związanego z HR?

Ania: Przedstawię tę odpowiedź z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia pracodawcy. Według mnie na pewno ujęłam ich faktem, że wspomniałam o wartościach, które bardzo mi odpowiadały, następnie sama już zaczęłam działać w podobnym obszarze, bo udało mi się zrobić kilka webinarów o podobnej tematyce i wpisałam to w CV. Natomiast kiedy zapytałam o to samo pracodawcę, na potrzebę tego podcastu, to uwaga, usłyszałam, że podobał im się mój entuzjazm i uśmiech, po drugie duża pokora, którą się wykazałam, kiedy zdecydowałam się na bezpłatny staż i zaangażowanie 8 – 9 godzin dziennie. Kolejną rzeczą, która była bardzo ważna, było to, że przejęłam inicjatywę. Musisz wiedzieć, że mnie tak bardzo zależało na pracy w tej konkretnej firmie, że sama wysłałam do nich maila z zapytaniem, a trzy dni później z przypomnieniem. Kiedy nie dostałam odpowiedzi, zadzwoniłam, żeby się przypomnieć, i usłyszałam, że właściwie to dobrze, że dzwonię, bo oni nie zdążyli jeszcze przejrzeć kandydatur, ale mogę przyjechać na rozmowę, na której usłyszałam: Okej, bierzemy Panią.

Ela: Chciałabym zwrócić innym uwagę na jedną ważną rzecz. Ten pracodawca wybrał ciebie, bo widział ten twój entuzjazm, tę determinację i chęć, bo wiedziałaś, czego chcesz. A gdybyś tego nie wiedziała, na pewno twoja determinacja byłaby mniejsza. Naprawdę ważne jest, żeby odkryć to, co chce się robić w życiu, bo to niesamowicie zwiększa szanse na osiągnięcie swojego celu.
Często jestem pytana o to, jak zwiększyć swoje szanse w przypadku, kiedy nie ma się doświadczenia. twój przykład jest odpowiedzią. Ta determinacja, chęć i entuzjazm sprawiają, że pracodawca przymknie oko na jakieś braki, bo wie, że ty szybciej je nadrobisz. To jedna rzecz, a druga — nie możemy pominąć pracy, którą wykonałaś, żeby zwiększyć perspektywę swoich szans w tej firmie. Może nie miałaś doświadczenia, ale już poszłaś trzy kroki do przodu, zaczęłaś prowadzić webinary i budować swoją pozycję w obszarze kompetencji miękkich.

Ania: Bardzo długo patrzyłam na swoje doświadczenie przez pryzmat umiejętności specjalistycznych, a nie brałam pod uwagę np. kompetencji miękkich, które można wykorzystać w dowolnej dziedzinie. Takich jak np. elastyczność.

Ela: Ważna jest też ta pokora, o której wspomniałaś, bo wchodząc trochę w buty pracodawcy, trzeba się postawić w sytuacji, kiedy to on musi zainwestować w pracownika i na pewno zrobi to o wiele chętniej w przypadku osoby, która wykazuje chęć i zaangażowanie. Chciałabym się też ciebie zapytać, z jakimi lękami i sabotażystami miałaś do czynienia?

Ania: Jeśli chodzi o samą zmianę pracy, to pojawił się we mnie taki wewnętrzny lęk o to, czy sobie poradzę w pracy bez doświadczenia, oraz drugi taki ważny — kwestia finansowa. Bałam się, czy w ogóle damy radę wyżywić rodzinę, patrząc na to, że nasza poduszka finansowa powoli się kończyła. Na szczęście mój mąż bardzo mnie wspierał i ustaliliśmy, że warto jeszcze wytrzymać, że warto podjąć te wyrzeczenia na rzecz nowej pracy. Jednak cały czas musiałam sobie uświadamiać, że te wyrzeczenia to tylko na jakiś czas, że będzie lepiej.

Ela: Drugie pytanie z tych powoli kończących nasz wywiad to: jak się teraz czujesz? Co się w twoim życiu zmieniło? Gdzie jesteś teraz?

Ania: Jestem teraz osobą, która ma bardzo dużo satysfakcji. Dużo satysfakcji z pracy, satysfakcji z tego, że mam czas dla rodziny. Mam teraz bardzo duży wewnętrzny spokój, cieszę się, że to, co robię, jest tym, co lubię robić, że pomagam ludziom, czego wcześniej mi brakowało. Ważne jest też to, że umiem ładować energię. W poprzedniej pracy byłam wiecznie zagoniona, wiecznie zmęczona. Aktualnie jest spokojniej, cały tydzień wygląda spokojniej. Codziennie się rozwijam, codziennie rozwijam swoje kompetencje i w końcu zaczęłam żyć w zgodzie ze sobą.

Ela: Bardzo się cieszę, bardzo miło mi to słyszeć. Aniu, jeszcze na sam koniec, co byś poradziła osobom, które szukają swojej drogi?

Ania: Na pewno, żeby zaufać innym, bo ja zaufałam tobie, mogę śmiało polecić twój kurs, który mi dużo dał. Żeby dzielić się wątpliwościami z innymi, bo jeśli gdzieś utkniemy, jeśli z czymś nie będziemy mogli sobie poradzić, to może ta rozmowa z innymi osobami nas uwolni albo ktoś nam pomoże. Moja rada jest też taka, żeby nie odpuszczać i słuchać intuicji. Jeśli czujemy wewnętrznie, że potrzebujemy odpoczynku — to odpocząć, ale później zacząć działać. Nawet jeśli nie czujemy, że idziemy w dobrym kierunku, to ostatecznie działanie zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy dojść, tylko jeszcze może o tym nie wiemy.

Ela: Zgadza się, nawet kiedyś Steve Jobs powiedział: Nie możesz połączyć kropek, patrząc do przodu; możesz je połączyć, patrząc wstecz. Musisz więc uwierzyć, że kropki w jakiś sposób się połączą w twojej przyszłości. I coś w tym faktycznie jest.
Aniu, ogromnie ci dziękuję za podzielenie się swoją historią.

Elżbieta Krokosz, Dyrektor Zarządzająca Talent Development Institute. Master Coach, Trener, Ekspert w obszarze przywództwa oraz rozwoju potencjału ludzi, Mówca TEDx, autorka książki pt. „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepszej” oraz podcastów: „O rozwoju ludzi profesjonalnie” i „TDI – School of Coaching”. Prekursorka self coachingu oraz autorka programu Self Coaching Program, w którym pomaga zostać najlepszym coachem dla samego siebie.

  1. Psychologia

Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
Istnieje subtelna różnica pomiędzy byciem samym a czuciem się samotnym i ważne jest, byś umiał odróżnić jedno od drugiego. Bycie samym to przebywanie w pojedynkę – takie doświadczenie może odświeżać i wzmacniać, a dla niektórych osób ma wartość terapeutyczną. Może jednak przerodzić się w poczucie samotności. Przebywanie w pojedynkę staje się wówczas nie do zniesienia i pragniemy nawiązać kontakt z innymi, ale przychodzi nam to z trudem – wyjaśnia Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Każdemu z nas zdarza się być zarówno samym, jak i samotnym. Można jednak doświadczać samotności również w towarzystwie. Pamiętasz sytuację, kiedy byłeś otoczony ludźmi, ale jakoś nie mogłeś znaleźć z nimi wspólnego języka? Takie momenty mogą wiązać się z poczuciem samotności, niekiedy potwornie bolesnym. Niestety, są także bardzo powszechne, doświadczają ich miliony osób. Statystyki wskazują, że niemal w każdej chwili prawie połowa Amerykanów czuje się samotna, przy czym poczucie to jest bardziej dotkliwe dla osób młodszych niż dla starszych.

Samotność w epoce mediów społecznościowych może doprowadzić do przekonania, że więcej znaczy lepiej – obserwowania niezliczonych osób na Instagramie albo przewijania w prawo każdego zdjęcia na Tinderze. Jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Część osób odczuwa samotność mimo posiadania 5, 15 czy nawet 50 głębokich więzi. Inne skwapliwie korzystają z każdej okazji do znalezienia towarzystwa i w rezultacie spędzają czas z nielubianymi osobami, co tylko nasila u nich poczucie przygnębienia i samotności.

Zdarza się, że uczucie samotności wynika z czynników innych niż brak przyjaciół czy wysokiej jakości relacji. Niekiedy trudno jest określić wyraźny, oczywisty powód. Do odczuwania przez dorosłego samotności może się jednak przyczynić wiele kwestii związanych nie z jego kręgami społecznymi, a z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, niedostępnymi rodzicami lub traumą w relacji. Takie czynniki najlepiej jest odkrywać i przepracowywać podczas terapii z odpowiednio wykwalifikowanymi specjalistami.

Nie jesteś sam w swojej samotności - badania

Osamotnienie najtrafniej można opisać jako uczucie pojawiające się, kiedy chciałbyś mieć towarzystwo, ale nie jesteś w stanie go zdobyć – na przykład kiedy chcesz spotkać się z przyjaciółmi w piątkowy wieczór, ale wszyscy mają już jakieś plany. Samotne oglądanie Netflixa może być przykre, ale szybko mija.

Samotność różni się od osamotnienia, ponieważ ma charakter przewlekły – utrzymuje się przez cały czas.

Przewlekła samotność to dość powszechne zjawisko. Wyniki badań wskazują, że:

  • Niemal połowa dorosłych w USA skarży się na samotność lub wykluczenie.
  • Najbardziej samotne wydaje się pokolenie Z, urodzone w latach 1997–2013.
  • Na drugim miejscu plasuje się pokolenie Y, urodzone w latach 1981–1996.
  • Starsze pokolenia doświadczają samotności w mniejszym stopniu.

Zmaganie się z samotnością – wskazówki

Zapewne udało ci się już określić, w jakich sytuacjach jesteś sam, a wolałbyś nie być. Kolejny, trudniejszy krok to zaradzenie samotności. Wiadomo, że w przypadku niektórych osób przyczyny tego uczucia leżą głębiej niż w sieci społecznej, a zmierzenie się z głębokim podłożem samotności, wynikającym z traumy lub wczesnego dzieciństwa, może wymagać dłuższego czasu i pomocy specjalisty.

Zapewne zastanawiasz się, jak możesz samodzielnie poradzić sobie z uczuciem samotności w swej wyprawie w poszukiwaniu dobrych, znaczących przyjaźni. Poniżej znajdziesz propozycje sposobów, które pozwolą ci zwalczyć lub złagodzić to uczucie.

  1. Praktykuj samowspółczucie.

Pierwszy krok do pokonania samotności to spojrzenie w głąb siebie i przypomnienie sobie, że nawet w chwilach cierpienia nie jesteś sam. Przypomnij sobie statystyki. Postaraj się nie zadręczać i nie snuć negatywnej narracji na temat przyczyny swoich uczuć. Spróbuj zwrócić uwagę na coś, co się układa. Może ci się wydawać, że nie ma takiej rzeczy, ale to nieprawda. Zawsze da się znaleźć coś takiego. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczą dwa drobiazgi. Może dziś rano obudziłeś się punktualnie, zanim zadzwonił budzik. Może dojazd do pracy był mniej koszmarny niż zwykle albo nie ma szefa, więc będziesz mógł wyjść nieco wcześniej. Może po drodze do domu zobaczyłeś uroczego psa i uśmiechnąłeś się na jego widok. Dostrzeganie małych rzeczy, które dają nam radość, pomaga być dla siebie dobrym. Ja na przykład w trudnych sytuacjach – na przykład po tym, jak osoba, z którą miałam zjeść w piątek kolację, odwoła plany, bo umówiła się z kimś innym, albo po kłótni z kolegą z pracy – staram się skupiać na pozytywach, choćby najmniejszych, które dostrzegłam przed negatywnym doświadczeniem. Na słonecznej pogodzie, ulubionej przekąsce albo pozytywnej rozmowie. Zauważam i zapamiętuję takie rzeczy, a później przypominam sobie, jakie uczucia we mnie wywołały. Pomaga mi to łagodzić uczucia negatywne wynikające z odwołanych planów lub kłótni.

  1. Bądź obecny.

To największe wyzwanie dla wszystkich, zwłaszcza w przypadku złego samopoczucia. Kiedy czujemy się przygnębieni, wolelibyśmy zrobić wszystko, byle NIE być tu i teraz.

Wyćwiczenie umiejętności skupiania się na chwili obecnej pozwoli ci jednak lepiej się dostroić do innych ludzi i otaczającego świata. W osiągnięciu tego celu mogą ci pomóc medytacja i codzienna praktyka uważności. Postaraj się codziennie wykonywać ćwiczenie oddechowe lub chodzić w sposób uważny. Niektórym osobom koncentrację na teraźniejszości ułatwia powtarzanie mantr. Moje ulubione to: „Nic nie jest stałe”, „Ani dobre, ani złe”, „Jestem tu i teraz” i „Nie ma dwóch takich samych chwil”.

  1. Choć raz dziennie zrób coś ludzkiego.

Pewna bardzo mądra osoba, godząca naukę, pracę i rodzinę, powiedziała mi kiedyś, że kluczem do ograniczenia ryzyka izolacji społecznej jest „zrobienie czegoś ludzkiego przynajmniej raz dziennie”. Oznaczało to dla niej opuszczenie osobistej przestrzeni. Siedzenie w swojej bańce może być łatwiejsze, ale nasila uczucie samotności. Upewnij się, że chociaż raz dziennie wyjdziesz gdzieś, by dać sobie okazję do osobistych kontaktów w innej fizycznej przestrzeni – choćby robiąc zakupy lub tankując auto.

  1. Zgadzaj się na wszystko (lub chociaż na tyle, na ile dasz radę).

Stare powiedzenie głosi, że jeśli nigdy nie przyjmujesz zaproszeń, to w końcu przestajesz je otrzymywać. Niestety, to prawda. Jeśli będziesz odrzucać okazję za okazją, mogą się one więcej nie powtórzyć. Przyjmowanie zaproszeń może być trudne, jeśli czujesz się samotny lub przygnębiony i instynktownie masz ochotę zagrzebać się w łóżku z Netflixem. Walcz z tym! Tak właśnie zrobiła moja przyjaciółka Ashley, która nie czuła się gotowa wrócić do częstych wyjść na miasto po kilkumiesięcznym pobycie u rodziców, gdzie dochodziła do siebie po poważnej operacji. Mogła wziąć na wstrzymanie i odrzucać zaproszenia – tak byłoby łatwiej. Zaczęła jednak czuć się samotna, a nie chciała pozwolić, by to uczucie i jej rekonwalescencja spowodowały jeszcze większe zaległości. Mimo zmęczenia i braku wprawy zaczęła przyjmować zaproszenia na lunche, mecze tenisa, koncerty i tak dalej. Stanowiło to dla niej wyzwanie, tym większe, że była z natury introwertyczką, ale znalazła w ten sposób chłopaka i troje przyjaciół, poszerzyła także swą sieć społeczną. Trzeba przyznać, że jej nowa mantra, „Po prostu powiedz »tak«”, zadziałała! W dodatku Ashley upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu – jest teraz znacznie mniej introwertyczna niż wcześniej!

  1. Zaplanuj czas.

Harmonogram daje poczucie zorganizowania, a niekiedy również celu. Większą część dnia pochłaniają nam plany zawodowe, ale czas wolny jest równie istotny. Jego planowanie nie musi być uciążliwe, a da ci okazję do uważności, zrobienia co dzień czegoś ludzkiego i kontaktów towarzyskich. Zamiast leniwie zastanawiać się, jak spędzić najbliższą niedzielę, i ryzykować, że za dużo czasu przesiedzisz w internecie lub przed telewizorem, postaraj się zaplanować wyjście do muzeum lub do kina. Znajdź czas, by przyrządzić ulubione danie i przygotować wstępnie lunche na cały tydzień. Gwarantuję, że poczujesz się dzięki temu bardziej produktywny, pewny i, przy odrobinie szczęścia, skuteczny.

  1. Ogranicz siedzenie przed ekranem.

Każdemu zdarza się zatracić w wędrówkach po internecie, a większość z nas spędza zbyt wiele czasu przed ekranem. Dane zebrane przez grupę Nielsen zajmującą się badaniami rynku wskazują, że dorośli Amerykanie spędzają ponad jedenaście godzin dziennie przed urządzeniami multimedialnymi. Sam ten fakt wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób ma trudności z nawiązywaniem osobistych kontaktów. Jeśli podobnie jak wiele innych osób zmagasz się z uzależnieniem od elektroniki, możesz złagodzić doskwierającą ci samotność, spędzając mniej czasu przed ekranem. Im krócej będziesz przed nim siedzieć, tym więcej dasz sobie okazji do interakcji z innymi osobami i otoczeniem.

  1. Świadomie wykorzystuj czas przed ekranem.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne ograniczenie czasu spędzanego przed ekranem i wykorzystywanie go w sposób uważniejszy i bardziej świadomy. Jak wspomniałam powyżej, każdemu zdarza się utkwić w błędnym kole bezcelowego surfowania po sieci. Podobnie jak w przypadku uważnego chodzenia, aby świadomie wykorzystywać czas przed ekranem, należy określić jego cel. Zanim ponownie sięgniesz po urządzenie elektroniczne, zadaj sobie poniższe pytania: Co zamierzam osiągnąć za pomocą swojej następnej wizyty w internecie? Czy mógłbym wykorzystać ten czas, aby odnowić z kimś kontakt? Jak wiele czasu poświęcę na przewijanie i klikanie „Lubię to”? Czy mógłbym lub powinienem robić w tym czasie co innego? Czy czułbym się lepiej, gdybym robił to, zamiast błądzić po sieci?

  1. Spraw sobie zwierzaka lub pobaw się z cudzym.

Takie rozwiązanie nie jest odpowiednie dla każdego, ale posiadanie zwierzęcia poprawia nastrój i łagodzi uczucie samotności. Wyniki badań wskazują, że osoby mieszkające samotnie, ale posiadające zwierzę, ogólnie lepiej sobie radzą. Kontakt ze zwierzęciem nie jest w stanie całkowicie zastąpić wsparcia społecznego otrzymywanego podczas interakcji międzyludzkich, jednak z badań wynika, że posiadanie zwierzaka jest pomocne i może w wielu przypadkach zapewniać wsparcie emocjonalne. Wielu właścicieli zwierząt zyskuje dzięki swoim pupilom okazję do kontaktów i sposób na złagodzenie samotności. Posiadanie zwierzęcia oznacza chodzenie do sklepu zoologicznego, do weterynarza, a w przypadku psa – na spacery. Z moich doświadczeń jako właścicielki psa wynika, że samo wyprowadzanie go dostarcza wielu okazji do łatwego, spontanicznego nawiązania rozmowy. Zwierzak pomaga przełamać lody. Nawet jeśli sam nie możesz mieć psa, masz szansę odczuć związane z nim korzyści, pilnując czworonoga sąsiadów, odwiedzając kafejkę przyjazną zwierzętom czy pracując jako wolontariusz w schronisku.

  1. Porozmawiaj z kimś.

Zastanów się nad zwierzeniem się ze swoich uczuć bliskiej osobie. Okazanie w ten sposób wrażliwości może pogłębić waszą więź. Jeśli powiesz, co czujesz, komuś, kto się o ciebie troszczy, możesz też otrzymać od niego wsparcie społeczne i emocjonalne. Wiele lat temu pracowałam z Jonem, młodym człowiekiem, który przeprowadził się do Nowego Jorku po ukończeniu studiów i miał w pracy bardzo napięty grafik. Spędzał w niej tyle czasu, że pozostawało mu bardzo niewiele wolnego. Jon nie potrzebował bardzo intensywnych kontaktów towarzyskich – lubił od czasu do czasu pobyć sam, ale z czasem zbyt częste osamotnienie zmieniło się w samotność. Jon zdobył się na odwagę i opowiedział kilkorgu bliskich przyjaciół ze studiów o swoich problemach. Ku jego zaskoczeniu pospieszyli z pomocą. Zaczęli dbać o to, by częściej esemesować do Jona, odwiedzać go i wciągnąć go do swoich nowojorskich sieci znajomych. Dzięki swoim zwierzeniom mój pacjent nie tylko poczuł się lepiej – odwaga, jaką wykazał, ujawniając swą wrażliwość, pozwoliła mu nawiązać głębsze, bardziej znaczące przyjaźnie.

  1. Zacznij marzyć.

Takie zalecenie może się niektórym wydać nierozsądne, zwłaszcza w chwilach gorszego samopoczucia, ale wyobrażanie sobie, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, pomaga. Udowodniono, że śnienie na jawie i fantazjowanie poprawia nastrój. Marzenia mogą mieć bardzo oczyszczające działanie i dawać chwilę wytchnienia w trudnych sytuacjach. Kiedy marzymy lub wizualizujemy, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, mózg przez cały dzień wykonuje drobne ćwiczenia z wizualizacji, sprawiając, że wprowadzamy mikrozmiany pomagające w dążeniu do wymarzonego celu. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak byś się czuł, gdybyś przyjął tamto zaproszenie albo poszedł na happy hour z kolegami z pracy? Czy fantazjując o tym, z kim chciałbyś mieć częstszy kontakt, łatwiej zdobyłbyś się na telefon do tej osoby lub odpisanie jej następnym razem, kiedy pierwsza się odezwie?

  1. Pozbądź się negatywnych myśli.

Zanim dowiesz się więcej o negatywnych myślach, musisz uświadomić sobie istnienie pętli przyczynowo-skutkowej pomiędzy myślami, uczuciami i zachowaniami. Terapia poznawczo-behawioralna opiera się na założeniu, że da się wprowadzić zmiany na każdym z tych poziomów: myśli, uczuć i zachowania. Jeśli doskwiera ci samotność, możliwe, że doświadczasz nieświadomych negatywnych myśli, które uznany psycholog i ekspert w dziedzinie szczęścia, dr Elisha Goldstein, określa skrótem NUTs od angielskiej nazwy Negative Unconscious Thoughts.

Negatywne myśli, kryjące się pod powierzchnią naszej świadomości, to między innymi głęboko zakorzenione przekonania. Te powiązane z uczuciem samotności to na przykład: „Nie zasługuję na przyjaciół”, „Kto w ogóle chciałby się ze mną przyjaźnić?” czy „Zawsze będę czuć się sam”. Takie nieświadome negatywne myśli wywołują negatywne uczucia, takie jak przygnębienie, i nasilają zachowania izolujące. Jak można zmienić tę negatywną pętlę przyczynowo-skutkową? Należy zacząć od odwrócenia początkowych negatywnych myśli lub ich przeformułowania w pozytywne. Na przykład negatywną myśl „Kto chciałby się ze mną przyjaźnić?” można przeformułować na „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Zastanów się, jaki wpływ na twoje uczucia i zachowania mogłaby wywrzeć myśl „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Taka automatyczna pozytywna myśl mogłaby wywoływać pozytywne uczucia i pozytywne zachowania.

Pomocne może być na początek nazywanie negatywnych myśli. Nazywając negatywne myśli, nie tylko stajesz się ich świadomy, ale także robisz pierwszy krok do pozbycia się ich. To ważna umiejętność – dopóki nie zrozumiesz swoich negatywnych myśli, nie będziesz w stanie ich zwalczyć ani przeformułować. Kiedy nabierzesz wprawy w przeformułowywaniu myśli, będziesz mógł wyjść ze strefy komfortu w nowe obszary dające sposobność do zawarcia przyjaźni.

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.

  1. Psychologia

Żadnych obowiązków! – Katarzyna Miller o sztuce nicnierobienia

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm.

„Chyba najmilej wspominam taki czas – opowiada Jagoda – gdy któregoś lata przyjechała do mnie na dłużej moja siostra. Cud zaczynał się od świtu. Wstawałyśmy wcześnie i siadałyśmy z kawą na tarasie z widokiem na Wisłę okutane w koce. Było mokro i chłodno. Słodko pachniało świeżością. Nad rzeką unosiły się mgły. Leżałyśmy na leżakach, nic nie mówiąc. Robiło się coraz cieplej. I kiedy już odrzuciłyśmy koce, zaczynałyśmy rozmawiać o tym, co dzisiaj chcemy robić. I żadnych obowiązków. To było najprawdziwsze szczęście…” – Jagoda, opowiadając to, promienieje.

Poleciałam parę lat temu na Sri Lankę. Z Lidką. Podróż była długa i uciążliwa. Po dobiciu na miejsce od razu walnęłyśmy się do łóżek. Przespałyśmy cały pierwszy dzień i nic nie wskazywało na to, że mamy ochotę wstawać. Późnym wieczorem zaczęło mnie męczyć coś na kształt poczucia winy pomieszanego z poczuciem obowiązku i odezwałam się: „Lidziu, a może powinnyśmy choć na chwilę wyjść na plażę, przywitać się z oceanem, w końcu dla tej wody tu przyleciałyśmy głównie”. Na co Lidka, najspokojniej, przewracając się na drugi bok: „A co ty myślisz, że jutro tam tej plaży już nie będzie?”. Uff, kompletnie uspokojona i rozbawiona geniuszem L. kolejny raz pogratulowałam sobie towarzyszki wakacji. Żadnych obowiązków. To nam się naprawdę zawsze udaje.

Zbyszek wspomina, jak bosko się złaził w górach z kumplem. Docierali do jakiegoś punktu widokowego, stali, patrzyli, czasem mruknęli do siebie: „O jak tu, k… pięknie”, i szli dalej. „Ale wypocząłem, na długo starczyło – mówi. – Będziemy powtarzać”.

Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Dla higieny psychicznej i fizycznej. A w naszym wewnętrznym wyposażeniu, które większości z nas zostało po wychowaniu rodzicielskim, słychać nakazy: „Nie gap się tak bezmyślnie!”, „Nie leń się, robota się sama nie zrobi!” itd. Ten przykry, popędzający głos Wewnętrznego Rodzica smaga nas jak batem, używając w wielkiej ilości wyrażeń typu: musisz, powinnaś, nie wolno ci, tak trzeba!

Większość z nas lubi swoje obowiązki, docenia ich wartość dla dobrostanu życia, ich motywacyjną moc. Wiemy też, że samo nicnierobienie jest nudne na dłuższą metę, że nasze działania nas określają, kształtują, czynią potrzebnymi. Ale nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm. Pozornie prospołeczne, prozadaniowe te nałogi są po prostu nieludzkie. Odrywają człowieka od otoczenia, najbliższych, przyrody, przeżywania życia. A najbardziej od siebie samego. Są strasznym przykładem, dawanym jakże często za wzór. I istnieje zarówno pracoholizm biznesmena, jak i gospodyni domowej.

A tymczasem jak snu i słońca potrzebujemy czasem, żeby nam coś ugotowali albo żebyśmy sobie coś sami upichcili w menażce na ogniu. Potrzebujemy płodozmianu. Spływ kajakowy funduje zajęcia, które są tak inne niż nasze codzienne, że aż są samą frajdą.

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku…

Nabądźmy mądrości bacy. Zapytany przez dziennikarza: „Baco, a co wy tak najczęściej robicie?” – odpowiedział: „Ano, siedzę i myślę”. „A jak nie macie czasu?” – drążył dziennikarz. „A, wtedy ino siedzę”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się