1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Podwójne standardy. Czy kobiety nadal są ofiarami różnic płacowych?

Podwójne standardy. Czy kobiety nadal są ofiarami różnic płacowych?

Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Niższa pensja, zrzucanie na kobiety mało interesujących zadań, częste przerywanie im podczas zebrania, rzadsze awanse i podwyżki - to typowy seksizm w skali mikro. Dziennikarka Jessica Bennett tłumaczy, jak go rozpoznawać i jak się mu najskuteczniej przeciwstawiać.

Na czym polega seksizm w skali mikro, o którym piszesz?
To wszystkie te zachowania, które sprawiają, że zaczynasz się zastanawiać: "Czy to już seksizm, czy może mi się tylko tak wydaje?". Otóż odpowiedź brzmi: "Nie, nie wydaje ci się". Objawia się on na przykład w takich sytuacjach, gdy ktoś ci ciągle przerywa podczas zebrania czy prezentacji, co jak się okazuje dotyka dwa razy częściej kobiety niż mężczyzn. Albo gdy twoje pomysły są przypisywane komuś innemu - w domyśle mężczyźnie - bo przecież wszyscy instynktownie wiemy, że to od mężczyzn pochodzą najlepsze pomysły... Albo gdy jesteś pytana, czy możesz przynieść wszystkim kawę lub robić notatki podczas zebrania, choć nie jesteś sekretarką ani asystentką. Statystycznie kobiety są częściej o to proszone i częściej karane, gdy odmówią. Każde z tych zdarzeń z osobna wydaje się jedynie incydentem, ale gdy zaczynają się łączyć, to już robi się większy problem.

Jak z tym walczyć?
Pierwszy krok to uświadomić sobie, że te sytuacje istnieją, zdarzają się i to nie tylko nam. Gdy już to wiesz, zacznij nazywać rzeczy po imieniu - w imieniu swoim i innych kobiet. Można przerwać przerywającemu, mówiąc na przykład coś takiego: "Przepraszam, czy Ania mogłaby skończyć swoją wypowiedź?". Albo gdy widzisz, że twoja koleżanka z pracy nie jest doceniana za swoją pracę - powiedz głośno, że to jej powinno się przypisać sukces, a nie komuś innemu.

Z drugiej strony stereotypy, jakimi pracodawcy posługują się wobec kobiet, na przykład taki, że kobiety są emocjonalne, zawsze miłe i nie podnoszą głosu - możemy paradoksalnie wykorzystać na swoją korzyść.
Osobiście nie uważam, że kobiety powinny zgadzać się na traktowanie wynikające ze stereotypów, żeby iść do przodu... Choć właśnie przypomniałam sobie badanie, z którego wynika, że kobiety, które się uśmiechają podczas pytania o podwyżkę, częściej tę podwyżkę otrzymują. I co teraz? Na pewno nie powinno się wymagać od kobiet, by się uśmiechały, zwłaszcza kiedy rozmawiają o pieniądzach, ale myślę, że gdybym ja była w takiej sytuacji, to po prostu wyszczerzyłabym zęby, by dostać kasę. I potem bym sobie obiecała, że kiedy któregoś dnia jakaś kobieta poprosi mnie o podwyżkę, to nie ulegnę temu stereotypowi.

Seksistowskie miejsce pracy to także takie, gdzie to kobiety są ofiarami różnic płacowych, bo nie ma w tej kwestii transparencji. Jak to zmienić?
Mam obsesję na punkcie danych, bo one pozwalają mi polegać nie tylko na emocjach, gdy chcę udowodnić, że coś jest nieprawdą albo niesprawiedliwością. Co do dysproporcji wynagrodzeń, to utrzymuje się ona z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. I mam na myśli zarówno rażącą dyskryminację, jak i nieuświadomione uprzedzenia.

Jakie?
Na przykład takie, że kobietom nie przystoi rozmawiać o pieniądzach. Dlatego kiedy żądają podczas negocjacji więcej, są często postrzegane jako natrętne czy agresywne i rzadziej dostają podwyżkę. Z kolei dyskryminacją jest to, że z powodu braku przejrzystości w zarobkach, która jest standardem w wielu firmach, kobiety przez długi czas w ogóle nie wiedziały, że mają niższe pensje. Dlatego uważam, że transparentna polityka płacowa jest z korzyścią dla kobiet i jeśli jej brak, to trzeba zacząć pytać, ile zarabiają nasi rówieśnicy obojga płci. Zawsze też przychodźmy na rozmowy o podwyżce ze zbiorem danych i argumentami przemawiającymi za tym, że powinniśmy zarabiać więcej.

Łatwiej rozmawiać o wyrównaniu płac z rówieśnikami niż z osobami ze starszego pokolenia? Nasi szefowie coraz częściej są właśnie w naszym wieku.
Patrzę na to jak na bitwę na wielu frontach. Musimy walczyć o zmiany strukturalne typu równe płace, ale też musimy wiedzieć, jak radzić sobie z presją kulturową, której doświadczamy każdego dnia, zwłaszcza gdy pochodzi od rówieśników na pozycjach władzy. Edukować ich, skoro jeszcze tego nie wiedzą, a teraz od nich wiele zależy.

Jak to zrobić? Jak ich przekonać, by byli po naszej stronie?
Potrzebujemy mężczyzn po naszej stronie i wielu z nich chce pomóc, tylko często nie mają do tego narzędzi albo nie wiedzą, jak to zrobić. Dlatego rozmawiajmy z nimi o swoich problemach, zwracajmy na nich uwagę, zapraszajmy ich do naszych zespołów projektowych, nie ograniczajmy się tylko do kobiecych sojuszy.

A jak zwrócić uwagę seksistom, którzy uprzykrzają nam życie każdego dnia, komentując ubiór, wysyłając po kawę i mówiąc "kotku" podczas zebrania?
Położyć im na biurku listę 16 bardzo prostych zadań mojego autorstwa, które mogą robić codziennie w miejscu pracy, by wspierać kobiety. Są na nich takie rzeczy, jak: przypisz sukces jego autorce, a nie zespołowi; przerwij przerywaczowi, który nie daje dojść koleżance do głosu, a także - jeśli chodzi o szefa: gdy szukasz kogoś do pracy, zaproś na rozmowę tyle samo kobiet co mężczyzn.

W książce "Feminist Fight Club" piszesz o tym, że każda z nas powinna mieć swój klub wsparcia. Zwłaszcza w miejscu pracy. Opowiesz o tym więcej?
Taki Fight club to twój osobisty oddział. To ludzie, którzy cię popierają, doradzają ci i stawiają cię na nogi, jeśli tego potrzebujesz. To twój bezwarunkowy profesjonalny system wsparcia i dziewczęcy gang w jednym. Inspiracją do książki był mój własny fight club, czyli grupa kobiet, z którymi regularnie się widujemy, odkąd właściwie zaczęłam pracować zawodowo, czyli od jakiejś dekady. Spotykamy się co kilka miesięcy, by podzielić się radą, pomocą i regułami gry w naszych zdominowanych przez męską perspektywę miejscach pracy. Napisałam książkę, bo chciałam podzielić się z innymi etosem kobiecej przyjaźni i solidarności oraz zestawem narzędzi potrzebnych do walki z seksizmem. I chcę tu dodać, że jedyna silniejsza rzecz od pewnej siebie kobiety to cała ich armia. Moc naprawdę tkwi w ilości.

Jakimi zasadami powinny kierować się kobiety, jeśli chcą się nawzajem wspierać?
Zawodowy sukces zawdzięczam częściowo kobietom z mojego klubu, które radziły mi, jak prosić o podwyżkę, były oparciem w trudnych momentach i zwyczajnie rozśmieszały mnie, gdy chciało mi się płakać. Dlatego to takie ważne, by znaleźć wspólnotę lub grupę ludzi podobnie myślących, którzy mogą być twoim systemem wsparcia. A jeśli nie masz takiej grupy, to ją stwórz. Spotykajcie się na kawie raz w miesiącu i pytajcie się, jak możecie sobie pomóc. Nauczyłam się, że wszyscy mamy władze, moc do zmieniania rzeczy, wpływania na nie. Ale najwięcej możemy zdziałać w grupie. Nie ma niczego równie silnego jak grupa kobiet, która zawsze stanie za tobą murem. Bo w pracy łatwo jest zwolnić jedną osobę, która sprzeciwia się niesprawiedliwości, ale trudno jest zwolnić armię takich osób.

Może trzeba po prostu postawić na kobiece firmy, kooperatywy jako alternatywę męskiego nietransparentnego korporacyjnego świata?
Myślę, że praca w świecie zarządzanym przez kobiety byłaby całkiem przyjemna, choć umówmy się, to nierzeczywiste. Świat wciąż jest zarządzany przez mężczyzn, ale przecież nie wszyscy są beznadziejni. No i pamiętajmy o tym, że uprzedzenia i stereotypy nie tylko kierują mężczyznami, ale też kobietami. Ideałem jest więc znalezienie właściwych ludzi do pracy, a nie kierowanie się kwestiami płciowymi.

Jessica Bennett, dziennikarka, w 2017 roku objęła pierwsze w historii stanowisko redaktorki ds. równouprawnienia w "New York Times". Jej książka "Feminist Fight Club" została przetłumaczona na 14 języków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz,  tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz, tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Dorosły, rodzic i dziecko to trzy stany naszego ja, którymi posługujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Wydaje ci się logiczne, że do pracy „zabierasz” ze sobą właśnie dorosłego. Niestety! Znacznie częściej jesteś w firmie rodzicem lub dzieckiem.

Twórca analizy transakcyjnej Eric Berne uważa, że każdy kontakt między ludźmi to tzw. transakcja: akcja i reakcja, bodziec i odpowiedź na niego. Transakcje przebiegają między stanami naszego Ja. Każdy dysponuje trzema stanami Ja: są to Dorosły, Rodzic i Dziecko. Podczas jednej transakcji do głosu mogą dojść wszystkie te stany, czasem kolejno, a czasem np. dwa naraz. Efekt? Podczas jednej rozmowy może się spotkać – i próbować dogadać – aż sześć „osób”…

– Jeśli chcesz, aby twój przekaz naprawdę trafił do słuchacza, musisz zdecydować, z którego poziomu i do jakiego stanu Ja słuchacza się zwrócisz; który stan Ja słuchacza i własny najlepiej się sprawdzi w danej sytuacji – mówi Katarzyna Platowska, psycholożka i socjoterapeutka. - Kiedy przeżywamy emocje i mamy z nimi problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność. Ja Dziecko wyraża też złość, lęk i domaga się szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb.

Transakcje między ludźmi można podzielić na równoległe i skrzyżowane. Z równoległymi mamy do czynienia wtedy, gdy odpowiedź na bodziec pochodzi od tego stanu Ja rozmówcy, do którego ten bodziec skierowaliśmy. Przykład: ty jako Rodzic przemawiasz do Dziecka rozmówcy; on z poziomu Dziecka odpowiada twojemu Rodzicowi. Może też być tak, że ty z poziomu Dorosłego komunikujesz coś Dorosłemu i odpowiedź uzyskujesz od Dorosłego.

Najlepiej spotkać się na tym samym poziomie, np. w komunikacji Dorosły–Dorosły albo Rodzic–Rodzic – uważa Platowska. – Wtedy kontakt daje najwięcej satysfakcji, jest najbardziej owocny. Podkreśla podobieństwa, zbliżone opinie, to, że podobnie postrzegamy sytuację. Takie transakcje dają poczucie bezpieczeństwa, potęgują identyfikację z grupą i ułatwiają współpracę.

Nieoczekiwana zmiana ról

Może się jednak zdarzyć, że przemawiasz do rozmówcy z poziomu Dorosłego do Dorosłego, a on odpowiada nam z poziomu Rodzica lub Dziecka (to chyba najczęstsza konfiguracja). Np. zwracasz jako Dorosły uwagę koleżance: „Na spotkanie przychodzimy punktualnie”, a ona odpowiada na to z poziomu Rodzica: „Pouczanie mnie to nie twoja rola”.

– Taka wymiana może zakończyć się kłótnią, robieniem sobie wyrzutów lub rywalizacją potrzeb i emocji (rywalizują Dzieci) albo opinii i wartości (rywalizują dwaj Rodzice) – przestrzega psycholożka. – W efekcie transakcja ulegnie zerwaniu. Może być kontynuowana tylko wtedy, gdy stany Ja rozmówców się „spotkają” na jednym poziomie (np. Dziecko–Dziecko) lub w układzie równoległym (np. Dziecko–Rodzic, Rodzic–Dziecko). Przemawianie do Dorosłego, kiedy osoba jest w stanie Dziecka, to rzucanie grochem o ścianę. Dorosły jest w tej chwili nieobecny. Trzeba doprowadzić do komplementarnej relacji.

Wszystkie te stany Ja bywają trochę jak nieproszeni goście: pojawiają się i przejmują kontrolę nad naszym zachowaniem, a odbywa się to poza naszą świadomością. Wiele codziennych zdarzeń w firmie może przypomnieć coś z przeszłości i wywołać automatyczną reakcję. Ten spadek, ten bagaż z przeszłości może się w każdej chwili uaktywnić. Ale jak rozpoznać, w jakim stanie Ja jesteśmy?

– Obserwuj siebie i innych. Analizuj, jaki wzorzec najczęściej powtarza się w twoim zachowaniu. Ale patrz także na zachowanie ludzi. Działają jak zwierciadło w odpowiedzi na twoje zachowanie – tłumaczy Platowska. – Jeśli ktoś się przeciw tobie nieracjonalnie buntuje, to prawdopodobnie działasz z pozycji Rodzica, a on odgrywa rolę Dziecka. A gdy to ty czujesz bunt, pewnie „włączyło się” twoje krnąbrne Dziecko itd.

Wyobraź sobie: powierzono ci kierowanie projektem. Co myślisz? Gdy przychodzi ci do głowy: „O, super, coś nowego, nie będę się nudzić” – reagujesz stanem Ja Dziecko (podobnie, gdy myślisz: „Nie dam sobie rady”). Gdy mówisz: „Muszę zobaczyć, co mnie czeka, poznać warunki, może pogadać z kimś, kto już coś takiego robił” – odzywa się Dorosły. A Rodzic powie: „Jak się nie zmobilizuję, to nic nie osiągnę”.

Rodzic najczęściej odzywa się, kiedy jesteśmy w konflikcie, w stanie niepewności – uważa Platowska. – W tym stanie zgromadzone są normy, zakazy, nakazy, reguły, przekonania i opinie. Wszystkie zostały przez nas przejęte „żywcem” w dzieciństwie od osób dla nas ważnych, np. rodziców, dziadków, w okresie, kiedy dziecko nie kwestionuje tego, co mówią dorośli, tylko to „nagrywa” i uwewnętrznia – czyli do około szóstego roku życia. W stanie Rodzic myślimy i zachowujemy się tak, jak zachowywały się ważne dla nas osoby, kiedy byliśmy dziećmi.

Rodzic - normatywny lub opiekuńczy

Stan Rodzic występuje w dwóch wariantach: opiekuńczym i normatywnym. Opiekuńczy niesie pomoc, troszczy się o innych, wspiera ich, motywuje i radzi. Kładzie rękę na ramieniu, uśmiecha się, jego głos jest ciepły, postawa otwarta. Normatywny ustanawia granice, strzeże norm, określa hierarchię wartości, nakazuje, zakazuje i ustala reguły. Marszczy brwi, używa palca wskazującego, krzyżuje ręce na piersiach i ma przenikliwy wzrok.

Negatywnym aspektem Rodzica Opiekuńczego jest Ratownik. On nie tyle pomaga, ile wciska pomoc. Nie pyta, czy jest potrzebna, czy jej chcemy. Pomaga i już. Wyręcza też w trudnych obowiązkach, zamiast udzielić wskazówki i pozwolić uczyć się na błędach. Odbiera odwagę do samodzielności, wzmacnia bierność i poczucie braku kompetencji. I czuje się niedoceniany, bo oczekuje wdzięczności, a jej nie dostaje. To plus przemęczenie często prowadzi do agresji i złości wobec otoczenia.

Negatywny aspekt Rodzica Normatywnego to Oprawca. Jego celem jest trzymanie norm dla samych norm, a nie dlatego, że są potrzebne; a także mówienie, co wolno, a czego nie wolno, bez tłumaczenia, czemu to służy. Jego komunikaty to: „Masz to zrobić i koniec”, „Zrób to, bo ja tak mówię”. Czasami są to normy niemożliwe do zastosowania. Celem Oprawcy jest krytyka, karanie, poniżenie i pomniejszenie innych.

 
– Obie postaci Rodzica są potrzebne i w swych pozytywnych aspektach przykładają się do naszego funkcjonowania między ludźmi. Aspekty negatywne, gdy poświęcimy im energię i uwagę, mogą być raniące, stresujące i prowadzić do sytuacji, w których źle się czujemy – ostrzega psycholożka.

W większości firm jest najwięcej Rodziców – tych mówiących, co i jak powinno być wykonane. Ale uwaga: wiecznie pouczający Rodzic, który zawsze wie lepiej, jest dla otoczenia niestrawny. Jeśli mamy tendencje, by występować w roli Rodzica, lepiej wybrać wariant Opiekuna, czasem przechodząc do postaci Normatywnej – by współpracownicy nie weszli nam na głowę.

Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania sie ze światem. Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonuje z pozycji Dorosłego

Dziecko - spontaniczne, przystosowane lub zbuntowane

Kiedy przeżywamy emocje i to z nimi mamy problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność, emocje i odczucia. Dziecko jest otwarte, autentyczne, pełne zaangażowania, obdarzone twórczym umysłem, wykracza poza schematy. W sposób nieskrępowany wyraża swoje emocje, potrzeby i myśli, ze światem kontaktuje się na poziomie wrażeń. Ale wyraża też złość, gniew, strach i domaga się niezwłocznego zaspokojenia swoich potrzeb. Taki stan nazywany jest Dzieckiem Spontanicznym.

– Potrafi i kocha się bawić, podczas burzy mózgów jest niezastąpione, ale nie jest dobrym partnerem w interesach, bo jest samolubne, skoncentrowane na sobie. Źle podejmuje decyzje zawodowe, bo ma skłonności do ryzyka, nie bierze odpowiedzialności i nie potrafi ocenić, jakie będą skutki. Inni często postrzegają je jako aroganckie, impulsywne – dodaje psycholożka.

Kiedy zaczynamy szukać sposobu na zaspokojenie naszych potrzeb, tak, by współdziałać z otoczeniem, brać pod uwagę potrzeby innych ludzi, stajemy się Dzieckiem Przystosowanym. To właśnie ten stan sprawia, że się nie spóźniamy do pracy, bo nie chcemy się narazić na naganę szefa. Dostosowujemy się do reguł i zasad grzecznościowych, przestrzeganych norm. To ten rodzaj stanu Dziecka pozwalający nam na funkcjonowanie w różnych warunkach, np. służbowych właśnie, i pozostanie sobą.

Kiedy jednak przesadzimy, stajemy się Dzieckiem Podporządkowanym. Jego sposobem na życie jest uleganie. Taka osoba w dzieciństwie była nagradzana za to, że się podporządkowywała. I dalej to robi. Nie będzie kwestionować poleceń szefa, nawet jeśli zobaczy w nich błąd. Nie musi rozumieć otrzymanych poleceń. I tak je wykona. Jeśli coś się nie uda, bierze winę na siebie, ale nie bierze odpowiedzialności. Jest wpływowa, powtarza opinie innych, nie zdradzając własnej. W działaniu nie kieruje się własnymi potrzebami, ale oczekiwaniami otoczenia. Ma poczucie winy i jest przesadnie skrupulatna w wypełnianiu obowiązków. Często w pracy przyjmujemy postawę Dziecka Podporządkowanego – to wszystkie szare myszki, osoby, które przepraszają, że żyją, są perfekcjoinistami i nie potrafią odmawiać, to Podporządkowane Dzieci.

Drugim negatywnym przejawem tego stanu jest Dziecko Zbuntowane. Jest zawsze na „nie” – a im bardziej się naciska, tym większy opór stawia. Trzaska drzwiami, bywa agresywne i prowokacyjne, niezadowolone, szuka zaczepki i ma problem z zaakceptowaniem autorytetów. – Taka osoba na złość mamie odmrozi sobie uszy – mówi Platowska. – Odmówi wzięcia udziału w obozie integracyjnym, choć jest ciekawa, co będzie się działo. I wbrew pozorom wcale nie jest taka niezależna – konieczny jest jej ktoś, komu będzie mogła się przeciwstawić.

Dorosły jako przewodnik

– Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania się ze światem – mówi psycholożka. – Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji, bez zakładania z góry, że coś ma być jakieś. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonujemy z pozycji Dorosłego.

Dorosły potrafi oddzielić fakty od opinii. Zadaje jasne pytania i jasno się wyraża. Jest rzeczowy i konkretny. Nastawiony na dowiadywanie się weryfikuje to, co widzi i słyszy. Zbiera dane, analizuje je i przetwarza spokojnie, na chłodno. I to nie tylko dane ze świata zewnętrznego: – Dorosły to ktoś w rodzaju przewodnika, tłumacza pomiędzy innymi formami. Łączy potrzeby Dziecka i normy Rodzica. I robi z nich użytek.

– Decyzje podjęte przez Dorosłego mają największe szanse powodzenia – uważa psycholożka. – Ale niestety nie ma idealnych Dorosłych, zawsze występuje Dorosły z domieszką Dziecka lub Rodzica. W towarzystwie tego ostatniego czujemy się najbezpieczniej. W towarzystwie pierwszego lepiej się bawimy. A najdoskonalszy, najbardziej efektywny dialog prowadzimy wtedy, kiedy kontaktuje się ze sobą dwóch Dorosłych.

Dorosły nie ma negatywnego aspektu. Jednak gdy Dorosły nie ma w sobie odrobiny Dziecka, jest sztywny, nie umie wypoczywać, przedkłada obowiązki nad przyjemności, jest rzeczowy do bólu i nie jest przyjemnie z nim przebywać. – Dorosły to platforma, z której powinniśmy wybierać „reprezentację” do kontaktów z innymi – radzi psycholożka. – Kiedy chcemy porozmawiać o normach, ale rozmówca jest np. w stanie Dziecka i odpowiada z poziomu emocji, przemawianie do Dorosłego mija się z celem. Świadomie, a więc z pozycji Dorosłego wybieram kontakt przy użyciu stanu Ja Rodzic. W ten sposób mam szansę dotrzeć do rozmówcy, bo najprawdopodobniej odpowie z poziomu Dziecka i w ten sposób stworzymy transakcję równoległą.

Dorosłemu prezentuj się jako Dorosły, komuś w stanie dziecka jako Rodzic Normatywny (kiedy trzeba je przywołać do porządku) lub Opiekuńczy (gdy trzeba dać mu poczucie bezpieczeństwa). Zbuntowanemu Dziecku lepiej odpowiedzieć jako drugie Dziecko, a następnie przenieść ciężar kontaktu na inną płaszczyznę (zacząć od rozmowy o uczuciach i przejść do rozmowy o faktach). Z Rodzicem najlepiej dogada się drugi Rodzic lub Dorosły, choć często, gdy ktoś przemawia do nas z pozycji Rodzica, „włącza się” nasze Dziecko.

  1. Styl Życia

Poznajcie pionierki polskiej informatyki, które mogą inspirować dzisiejsze "cyfrowe dziewczyny"

Jedna z polskich informatyczek przy komputerze Odra 1003 (Fot. dzięki uprzejmości Marcina Roberta Kaźmierczaka)
Jedna z polskich informatyczek przy komputerze Odra 1003 (Fot. dzięki uprzejmości Marcina Roberta Kaźmierczaka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
W latach 70. XX wieku, kiedy w Polsce komputery nazywały się jeszcze maszynami cyfrowym albo matematycznymi – to kobiety były ich pierwszymi konstruktorkami i programistkami. Karolina Wasielewska, autorka reportażu o pionierkach polskiej informatyki, opowiada, czego mogą się od nich nauczyć dzisiejsze „cyfrowe dziewczyny”.

Karolina Wasilewska (Fot. Jakub Szafrański) Karolina Wasilewska (Fot. Jakub Szafrański)

Niewiele słyszymy o kobiecych ikonach czy autorytetach w branży IT, ale przecież muszą takie istnieć. One oczywiście są i się pojawiają, choćby Sheryl Sandberg, dyrektorka operacyjna Facebooka. W Polsce bardzo dużo dziewczyn zakłada start-upy technologiczne. Często są one jedynie założycielkami, a sprawami technicznymi zajmują się ich pracownicy, ale to nie zmienia faktu, że firmy te założyły właśnie kobiety, które się na tym znają. Jednak rzeczywiście postaci kobiece w świecie IT pozostają w cieniu. Kto na przykład wie, że szefową programistów w Google jest Ewa Maciaś?! Takie nazwiska trzeba promować. Kiedyś uważałam, że mentoring nie jest aż tak istotny. Powtarzałam sobie, że jeśli chciałabym zostać programistką, to nią zostanę, bez względu na to, ilu facetów widzę wokół siebie. Ale to nie jest tak.

A co się zmieniło w pani podejściu? Perspektywa. Zastanawiam się, czy gdybym od małego widziała na przykład samych dziennikarzy mężczyzn, to czy nie odcisnęłoby to piętna na mojej decyzji o wyborze zawodu. Czy nie pomyślałabym, że jako kobieta sobie w tym zawodzie nie poradzę. A nawet jeśli sobie poradzę, to będę się rzucała w oczy i będę inaczej traktowana. Ostatnie badania w Stanach Zjednoczonych pokazały, że 48 proc. kobiet, które uznały, że branża technologiczna to kierunek studiów nie dla nich, uargumentowało to brakiem wzorców, tym, że nie miały w swoim otoczeniu kobiety, która by się tym zajmowała. Przecież 48 proc. to bardzo dużo! Dlatego mentoring ma ogromne znaczenie. Przystępując do pisana książki „Cyfrodziewczyny”, nie myślałam o niej w kontekście mentoringu. Teraz jednak wierzę, że zaznaczy obecność kobiet w branży IT. Pokaże, że przed laty była ona oczywistością. Cyfrodziewczyny awansowały i robiły w dziedzinie technologii ważne rzeczy.

Opisała pani wiele wspaniałych kobiet, matek polskiej cyfryzacji. Która z nich mogłaby zostać pani mentorką? Wydaje mi się, że w mentoringu nie chodzi o naśladownictwo, tylko o wartości. Mamy prawo podejmować inne decyzje, a mimo to uznawać za inspirujące to, że ktoś wyznaje inne wartości. Dlatego każda z bohaterek książki nadaje się do takiej roli. Ponieważ sama jestem osobą czynu, podziwiam ludzi, którzy mają odwagę realizować swoje pomysły, choć może czasem biorą na siebie za dużo niż powinni. I z tej perspektywy podoba mi się postać Hanny Oktaby, która brała udział w projekcie Loglan 82, a obecnie w Meksyku zajmuje się normami jakościowymi dla małych firm programistycznych. Raz, że musiała się przebranżowić, żeby robić to, co kocha; dwa, że pracuje na nieoczywistym gruncie, bo Meksyk to nie jest informatyczne eldorado. Ale wyrobiła sobie nazwisko i w całej Ameryce Łacińskiej jest ikoną branży IT.

Bardzo imponuje mi Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, która, w przeciwieństwie do większości bohaterek, nie zajmowała się programowaniem, tylko konstrukcją komputerów. U niej ten talent i pracowitość nałożyły się na niepokorną naturę: działała w opozycji, sprzeciwiała się systemowi, była internowana, nawet jej projekty technologiczne były ściśle powiązane z działalnością opozycyjną. Miała też odwagę stawać w obronie swoich przyjaciół i przekonań, a to nie dla każdego jest oczywiste.

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, lata 60. (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, lata 60. (Fot. archiwum prywatne)

Kolejną osobą, którą podziwiam, ale której historię niekoniecznie chciałabym powielić, jest Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard. Wyjechała do Francji i do tej pory, choć jest już po siedemdziesiątce i z poważnymi problemami zdrowotnymi, działa czynnie w informatyce i ma własną firmę. Dla tej firmy poświęciła zresztą właściwie wszystko, w pewnym momencie z milionerki stając się bezdomną. To pokazuje, jak bardzo zależało jej na tym, by robić to, co kocha.

Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard (Fot. archiwum prywatne)

Warto wspomnieć również o Jowicie Koncewicz, która  jest − z tego, co ustaliłam − pierwszą polską programistką. Dołączyła do zespołu pracującego nad językiem programowania SAKO dla pierwszego polskiego komputera już w 1956 roku. Bardzo niezależna osoba, mocno stąpająca po ziemi, mająca własne zdanie, jak sama mówi: z natury singielka, od zawsze feministka.

Jowita Koncewicz w Instytucie Maszyn Matematycznych (Fot. archiwum prywatne) Jowita Koncewicz w Instytucie Maszyn Matematycznych (Fot. archiwum prywatne)

Pod koniec XIX wieku amerykańska sufrażystka Matilda Joslyn Gage jako pierwsza zwróciła uwagę na pewne zjawisko: pomijanie dokonań i pracy kobiet naukowczyń i przypisywanie ich osiągnięć mężczyznom. Dziś nosi nazwę „efektu Matyldy”. Doświadczyły go zarówno amerykańskie, jak i polskie naukowczynie. Efekt Matyldy był zdecydowanie bardziej widoczny w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, ze względu na inną sytuację ekonomiczną po II wojnie światowej, bo to w tym czasie rozpoczyna się rozwój maszyn liczących. W Stanach podczas wojny kobiety pracowały w fabrykach amunicji czy przy pierwszych projektach informatycznych, bo mężczyźni walczyli na froncie, a potem, w latach 50., podziękowano im za wysiłek wojenny i odesłano do domu.

W tym czasie Polska była krajem na dorobku i w fazie odbudowy gospodarczej, co nie sprzyjało wyproszeniu kobiet z rynku pracy. Nikt nie zastanawiał się, czy to są zajęcia męskie czy kobiece, po prostu pewne rzeczy trzeba było zrobić. Ale też nie oszukujmy się, u nas ta informatyka była o 15 lat do tyłu w porównaniu z Zachodem, a pierwsze eksperymenty były bardziej naukowe. Znacznie później weszliśmy z informatyką w fazę przemysłową, a prawdziwy rozkwit nastąpił dopiero w latach 70. Obecność kobiet w branży IT długo uważano za coś oczywistego, a efekt Matyldy był widoczny dopiero w latach 90., kiedy rozwijający się na nowo przemysł informatyczny zaczął powielać wzorce z Zachodu.

Wydawałoby się, że w tym czasie w wolnej Polsce nie powinno być dyskryminacji ze względu na płeć. Po prostu powieliliśmy wzorzec zachodni, tyle że znacznie później. W Stanach Zjednoczonych kobiety były obecne w branży technologicznej od lat 60., choć od samego początku w tej dziedzinie było ich znacznie mniej niż w Polsce. Stanowiły wyjątek od reguły, choć takim postaciom, jak Grace Hopper czy Margaret Hamilton udało się zaistnieć w branży IT. Po drugiej fali feminizmu lat 70. przyszła prezydentura Ronalda Reagana, a wraz z nią silny konserwatywny zwrot. I u nas wydarzyło się to samo, tylko w latach 90., bo odrzuciliśmy wszystko, co kojarzyło się z komunizmem. A równouprawnienie było postrzegane jako relikt dawnych czasów. Za taki relikt uznano też osiągnięcia w dziedzinie informatyki, bo już pukała do nas zdecydowanie bardziej zaawansowana technologia z Zachodu. Skorzystaliśmy ze wzorców amerykańskiej technologii, zagraniczne firmy zaczęły otwierać u nas oddziały, narzucając wraz z nimi swoją kulturę i organizację pracy. I te nowe wzorce świetnie wpisały się w projekt nowej konserwatywnej Polski. W tej chwili również przeżywamy zwrot w stronę konserwatyzmu, tyle że to już nie idzie w parze z rozwojem branży IT. Ta jest obecnie bardziej zglobalizowana, nie ma charakteru lokalnego i narzuca wzorce większego równouprawnienia. Dziś jest to wręcz niemile widziane, że firma informatyczna nie rekrutuje kobiet czy nie ma kobiet w swoich zespołach.

Skoro w latach 90. odczuwaliśmy dotkliwy brak kobiet w branży IT, to dziś brakuje nam wzorców i inspiracji dla młodych informatyczek. Mam nadzieję, że właśnie moje bohaterki będą się pojawiały w takim kontekście jako wzorce, z których czerpać będą przyszłe programistki. Zresztą to już się dzieje. Podczas spotkania online na moim blogu Girls Gone Tech z bohaterką książki, jedna z widzek zwróciła się do niej z pytaniem, czy mogłaby się umówić na podobne spotkanie z jej uczniami. Jeśli chodzi o pozytywny mentoring, fajny kierunek wyznacza też Fundacja Edukacyjna „Perspektywy”, która wprowadziła podwieczorki technologiczne dla dziewczyn. Możliwości jest oczywiście dużo więcej, chodzi o to, żeby pokazać młodzieży, że w IT pracują i mężczyźni, i kobiety, a stanowiska są bardzo różne.

Karolina Wasielewska, dziennikarka radiowa i autorka bloga o kobietach w branży technologicznej Girls Gone Tech.pl oraz reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”.

  1. Psychologia

Pracoholizm - kiedy sukces niszczy

Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
"Kiedy twoje życie prywatne jest zagrożone, to znak, że w pracy cię doceniają. Kiedy legnie w gruzach – pora na awans" – to kluczowe zdanie z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Film był komedią, rzeczywistość nie jest już taka wesoła.

Mobbing, wypalenie zawodowe, szef despota, toksyczne relacje w firmie – brzmi jak grypa w sezonie jesienno-zimowym albo żywność GMO. Jesteśmy nad wyraz zapracowanym narodem. W pracy spędzamy ponad 40 godz. tygodniowo. Shawn Achor, wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, ostrzega: „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości”.

No właśnie, pracujemy w imię sukcesu. Ale sukces to nie tylko awans, wypłata z dużą ilością zer, służbowy laptop i samochód czy złota karta kredytowa, ale także trudne wybory… Również ten – nieuświadomiony i najważniejszy – czy tkwić w roli ofiary krwiożerczego kapitalizmu, czy zmierzyć się z własnym cieniem.

Brudne pieniądze

42-letnia Mirka trafiła do mnie, niemal siłą przyprowadzona przez matkę. Od trzech lat cierpi na depresję. Zaraz po studiach założyła z kolegą agencję reklamową. Przez pierwsze lata pracowała po kilkanaście godzin na dobę. W międzyczasie miała romans z żonatym mężczyzną, zaszła w ciążę i urodziła synka. Mężczyzna wrócił do żony. Rodzice Mirki zajęli się dzieckiem. – Obiecałam im, że do czterdziestki zarobię tyle, że potem nie będę musiała pracować – opowiada. I obietnicę spełniła. Dziś ma pieniądze, ale choroba nie pozwala jej cieszyć się życiem. Kiedy bierze antydepresanty, wraca do pracy. Odstawia leki i po dwóch tygodniach zalega w łóżku.

Mirka ucieka od życia: do pracy albo w chorobę. Za każdym razem jest to ucieczka od siebie, a jej sukces, choć jest cudownym wytłumaczeniem zaniedbywania dziecka (samotna matka musi zarobić na rodzinę), jakoś szczęścia nie daje. – Wie pani, praca w reklamie to nie zawsze czysta gra – przyznaje. – Te pieniądze wcale mnie nie cieszą. Czasami wstydzę się sposobu, w jaki doszłam do tego wszystkiego, co mam.

Mirka realizuje życiowe mity, którymi nasiąkamy od najmłodszych lat. Choćby takie: „Uczciwą pracą jeszcze nikt się w tym świecie nie dorobił”, „Praca to ciężki obowiązek” czy „Odpoczniesz na emeryturze”.

Pracoholik na wagę złota

Pracoholik to nie to samo co entuzjasta pracy – pisze w miesięczniku „Benefit” Joanna Rubin. – Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego – ostrzega autorka. Pasjonat pracy z radością angażuje się w swoje obowiązki, ale pielęgnuje także inne sfery życia i nie zapomina o odpoczynku. Wiedzą o tym doskonale pracodawcy, którzy chętnie zatrudniają pracoholików, ale równie łatwo się ich pozbywają, kiedy ci np. zaczynają chorować. A pracoholizm to choroba – uzależnienie, takie samo jak alkoholizm czy kompulsywne objadanie się. Kluczem do sukcesu nie jest praca po 10 godzin na dobę, pełna dyspozycyjność czy rezygnacja z urlopu, tylko rozsądek i równowaga, ale… zanim je osiągniemy, bywa, że korporacyjną epidemię, czyli mobbing, wypalenie, toksyczne relacje – będziemy pewnie musieli zaliczyć.

Korporozwodnicy

Rozwody z korporacją bywają spektakularne. Pewnie znasz „szczęśliwców”, którzy porzucili firmę i uciekli w Bieszczady hodować kozy albo zamienili kancelarię prawniczą na rękodzieło. Zwykle prędzej czy później okazuje się, że korpo porzucili, a problem pozostał.

Agnieszka zrezygnowała z etatu i zaczęła pracować w domu. Przez miesiąc odpoczywała od pracy w firmie, a oszczędności powoli topniały. Po dwóch kolejnych z lęku przed niewypłacalnością rzuciła się w wir obowiązków zawodowych. – Były dni, kiedy nie wychodziłam z łóżka, nie miałam czasu zjeść ani się umyć, tylko ślęczałam nad komputerem – opowiada. Kiedy trafiła na ostry dyżur z silnym bólem brzucha, zdała sobie sprawę, że „na swoim” pracuje ciężej i więcej.

Dominika była zatrudniona w firmie szkoleniowej. – Znudziły mi się tzw. dupogodziny, postanowiłam założyć swoją firmę. Jestem dobrym szkoleniowcem, mam bazę stałych klientów – opowiada. Dziś pracuje kilka dni w miesiącu, głównie na wyjazdach. Ale nie umie zagospodarować czasu wolnego: albo pracuje, albo leży na kanapie przed telewizorem. – Kiedyś było lepiej, przynajmniej byłam wśród ludzi – wyznaje.

Zrozumieć problem

Przekonanie, że musisz pracować ponad siły, bo masz kredyt do spłacenia, a dziś wszyscy tak ciężko pracują, albo strach, że w dobie kryzysu nie znajdziesz innej pracy – to jedna wielka iluzja. Mobbing, toksyczne relacje czy wypalenie zawodowe to zjawiska, które oczywiście istnieją, jednak być może są dobrym, społecznie aprobowanym usprawiedliwieniem, przykrywką twoich głębszych, bardziej bolesnych problemów. Ucieczka w pracę to często ucieczka od niesatysfakcjonującego związku czy lęku przed samotnością. Pracoholizm bywa sposobem kontrolowania życia.

Nie szukaj winnego na zewnątrz, po prostu przyjrzyj się sobie. Usiądź spokojnie na kanapie albo idź na długi spacer i zastanów się, czym dla ciebie jest sukces. Czy chodzi o pieniądze, a może o podziw albo uznanie? Zastanów się, jakie są twoje mocne, ale też słabe strony. Odkryj swój rytm, zacznij od spraw podstawowych. Kiedy jesteś najbardziej wydajna: rano czy wieczorem? Jak lubisz odpoczywać, co cię najbardziej męczy, ile godzin snu potrzebujesz, czy lubisz współpracować, a może wolisz samodzielną pracę? Ile potrzebujesz pieniędzy, żeby żyć wygodnie? Wyobraź sobie siebie za 5, 10 lat. Jak wyglądać będzie wtedy twoje życie? To nie praca cię niszczy, to ty niszczysz samą siebie. Chcesz to zmienić?

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety nie chcą być liderkami? Pytamy Wojciecha Eichebergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Sheryl Sandberg, dyrektorka ds. operacyjnych Facebooka, pyta, co mamy powiedzieć córkom, żeby chciały nimi być? Podpowiada trzy strategie. Siadaj przy stole, nie na brzegu krzesła za plecami mężczyzn. Bądź w partnerskim związku i „nie odchodź, zanim nie dojdziesz”, czyli nie rezygnuj z ambicji, bo chcesz mieć dziecko. Proste, czemu więc tego nie robimy? – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Dlaczego nie stajemy się podobne do naszych ojców i robimy to, co nasze matki, choć mamy prawo być ambitne, chcieć władzy i kasy”, pyta Susan Pinker w książce „Paradoks płci”. I odpowiada: ilość kobiet liderek nie wzrasta, bo kobiety nie chcą nimi być i mają do tego prawo.

Układ przyczyn, dla których kobiety nie pchają się na szczyt, jest złożony. Podstawowe w tej mozaice powodów wydaje się to, że emancypujące się kobiety startują w dyscyplinie wymyślonej i kontrolowanej przez mężczyzn. Są zmuszone działać w świecie, którego reguł nie współtworzyły, którego kultura i struktura od zarania nacechowane są męskim sposobem rozumienia świata. Dotyczy to nie tylko reguł rządzących biznesem, lecz także sacrum, gdzie mężczyźni okazują się twórcami i zarządcami wszystkich religijnych doktryn. Podobnie jest z historią napisaną przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn. Większość organizacji społecznych, politycznych, międzynarodowych ma strukturę wyrażającą męskiego ducha odgraniczenia, hierarchii, ekspansji, agresji, potęgi, konkurencji i wyłączności. W urbanistyce miast i przestrzeni publicznej dominują przejawy męskiej potrzeby porządku, kątów prostych, wyrazistych podziałów, przejrzystości, sztywności, kontroli i wysokości.

Bo męskie jest wysokie, twarde, szybkie, określone. Większość naszego świata ma zapach męskiej siłowni, pola bitwy albo gangsterskiego filmu: spaliny, przemoc, pot, krew, sperma i pieniądze. To nie jest świat kobiet. Kobiety instynktownie przeczuwają, że nie sposób grać na męskim boisku w męską grę i pozostać sobą.

Pinker pisze, że idąc za męskim rozumieniem sukcesu, kobieta traci swoją duchowość.
Zaangażowanie w męski świat kobietę zmienia, czyni bardziej męską: podnosi poziom testosteronu, zaburza miesiączkowanie, zmienia styl zachowań seksualnych (gotowość na szybki seks bez zobowiązań), zmniejsza nasilenie potrzeb macierzyńskich i rodzinnych (łatwiej zostawić pod cudzą opieką czepiające się spodni – już nie spódnicy – dziecko). Przyznaje się do tego Sheryl Sandberg. Korporacyjna kobieta upodabnia się do mężczyzny: spodnie, marynarka, krawat, krótkie włosy, wąskie biodra. Na męskim boisku obowiązuje męskie ciało i męski kostium. Sukces też jest zdefiniowany po męsku: władza, znaczenie, bogactwo, dominacja. Gdyby kobiety tworzyły ten system, to byłby on inny. Psychologowie zaobserwowali istotne różnice między zachowaniem chłopców i dziewczynek podczas zabaw. Wybrano dzieci w wieku od półtora do dwóch i pół roku, aby wykluczyć wpływ wychowania, kultury, i okazało się, że bawiące się na plaży dziewczynki spontanicznie tworzą z piasku struktury poziome, otwarte, mozaikowe, amorficzne. Natomiast chłopcy starają się budować wzwyż, tworząc struktury sztywne, geometryczne, odgraniczone. Dziewczynki zwracały uwagę na przedmioty miękkie, kruche, lekkie i organiczne (tkaniny, sznurki, rośliny, muszelki), a chłopcy – na sztywne, twarde, ciężkie, ostre (patyki, kamienie, deseczki, metal). Tak więc wiele wskazuje na to, że wprawdzie obie płcie mają wspólny egzystencjalny fundament, ale są nastawione i uwrażliwione na różne aspekty tego świata i w odmienny sposób tworzą i wpływają na otoczenie. Te różne wrażliwości przejawiają się we wszystkim, co nas otacza, i we wszystkim, co nam się przydarza, pozostając w nieustannym procesie poszukiwania równowagi. Ich harmonijna współobecność decyduje nie tylko o architekturze przyrody, lecz także o jakości i przydatności dzieł ludzkich – zawiera się we wszystkich arcydziełach i cudach świata.

Dzisiaj kobieta nieukierunkowana na tzw. sukces uznawana jest za zakompleksioną, wymagającą pomocy. Aktywistki chciałyby obudzić jej ambicje, zdolności do walki i rywalizacji.
Nie ma nic złego w tym, że kobieta jest zdolna do asertywności, walki i rywalizacji. To konieczny etap procesu wychodzenia z kompleksu ofiary. Niech na tym etapie dziewczynki, które w dążeniu do sukcesu, w przebojowości i zainteresowaniach upodabniają się do chłopców, będą wyróżniane i nagradzane. Każdy człowiek bez względu na płeć powinien te przydatne możliwości posiadać. Groźne jest pojmowanie emancypacji jako upodabniania się do mężczyzn, bo w ten sposób kobiety nieświadomie wzmacniają patriarchalny system. Jeśli ten proces zakończyłby się sukcesem, to zapanowałby femipatriarchat – męski system zarządzany przez zmaskulinizowane kobiety, a podtrzymywany przez sfeminizowanych mężczyzn. To, co się dzieje z kobietami, nie jest emancypacją, jest zakamuflowaną rekrutacją najemniczek do armii rządzonej przez mężczyzn, którzy nie mają zamiaru władzy oddać ani się nią dzielić. Kontrolują ten proces rekrutacji, podejmując propagandowe pseudoreformy, które mają sprawić wrażenie, że dopuszczają kobiety do rządzenia, lecz ich celem jest tylko zachęcenie najemniczek do ustawiania się w kolejkach do biur werbunkowych. Mężczyźni mają zdecydowaną większość we wszystkich gremiach ustawodawczych, politycznych, zarządczych, religijnych, finansowych. Oni rządzą światem.

Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma kobiet, bo co to jest trzy, dziesięć procent.
Oglądałem wstrząsający amerykański film „Chciwość”. Pokazuje, jak funkcjonują instytucje finansowe i w jaki sposób doprowadzają same siebie i swoich klientów do upadku. Wśród głównych bohaterów jest tylko jedna kobieta, najemniczka, która chcąc grać na męskim boisku, musi grać najbardziej nikczemnie i stylizować się na tzw. zimną sukę. Służy wiernie, lecz płaci wielką cenę – na koniec dnia wymiksowana z podziału łupów zostaje kozłem ofiarnym rzuconym akcjonariuszom na pożarcie. Pouczająca historia.

Nowa fala feminizmu – jak się zdaje – zrodziła się z takich obserwacji. Dlatego proponuje kobietom rozwijanie ich prawdziwych potrzeb i przyrodzonego potencjału. Mądry feminizm nie polega już na tym, by upodabniać kobiety do mężczyzn i zajmować miejsce w ich świecie, lecz zachęca do budowania niezależnego, komplementarnego świata, który wymusi na patriarchacie poszukiwanie równowagi i doprowadzi do radykalnej zmiany. Aby do tego doprowadzić, niezbędny jest parytet 50 na 50, czyli wprowadzanie do gremiów rządzących równoważnej liczby kobiet – by miały realny wpływ na podejmowane decyzje. Gdy w tych gremiach będzie połowa kobiet, to szybko nastąpią zmiany w strukturze i kulturze organizacji tak dopasowujące to środowisko do potrzeb kobiet, że nie będą już musiały przeistaczać się w zimne suki, by w nim przetrwać. Mam nadzieję, że gdy to nastąpi, świat zacznie wracać do równowagi i harmonii.

Feministki domagają się parytetu. Złości je Pinker, która mówi, że kobiety z wyboru nie chcą iść w górę.
Może dlatego, że kobiety raczej nie tworzą struktur pionowych i hierarchicznych, źle się w nich czują. Preferują struktury poziome, zawierające, a nie wykluczające. Ale wygląda na to, że na tym etapie przemian awangarda kobiet musi poświęcić swoją kobiecość, by przebić szklane bariery zewnętrzne i wewnętrzne i dokonać desantu na męskie gremia decyzyjne. Ta prawdziwie wallenrodowska misja może się udać tylko wtedy, gdy w tajemnicy ochronią w sobie jakiś podstawowy zestaw kobiecych cech i poczucie solidarności z resztą przedstawicielek swojej płci, którym torują drogę. Na razie ta sprawa nie wygląda najlepiej. Na przykład w sejmie kobiety grają w męskiej orkiestrze, nie potrafią się dogadać, solidarnie, ponad ugrupowaniami głosować za lub przeciw jakiejś ustawie. Bardziej się czują członkiniami męskich partii niż kobietami. Jakby nie wiedziały, że wszystkie partyjne ideologie – może poza tą zielonych – są emanacją męskiego oglądu świata.

Czyli dalsza prokobieca zmiana świata jest nierealna?
Jest nadzieja, że kolejne pokolenie kobiet, czyli córki Wallenrodek, będzie potrafiło myśleć inaczej i pozwoli sobie na większą niezależność, będzie je stać na odwagę w artykułowaniu kobiecych potrzeb i kobiecego systemu wartości. Może kobiety będą już mogły realnie wpływać na to, co się dzieje na świecie. To ważne, bo mężczyźni są z natury antydemokratyczni, dążą do zwiększania kontroli, centralizacji władzy. Nie lubią konfederacji i dogadywania się ponad granicami. W głębi duszy są więc antyeuropejscy. Bo UE jest konceptem poziomym, kobiecym kręgiem, amorficzną strukturą wykreowaną przez dziewczynkę na plaży. To zostawia mężczyznom za mało okazji i przestrzeni na budowanie w górę, na falliczne pomniki ich władzy. Można powiedzieć, że kobiety – jeśli nie zostały wcześniej zdeprawowane przez męskie ideologie – są naturalnymi strażniczkami demokracji, która jest zagrożona przez męskie gry, wojny i ambicje.

To, co mówisz, jest w sprzeczności z tym, co zwykle piszemy, że mężczyźni tracą męskość przez wzrost niezależności kobiet.
Samotne matki często psychicznie kastrują synów. Ale właśnie dlatego spora część tych synów przez resztę życia chce udowodnić sobie i światu, że są prawdziwymi mężczyznami. Wtedy ostentacyjnie wyrzekają się dziedzictwa matki. Kreują się na supersamców alfa i pną się – za wszelką cenę – do władzy. Są organicznie antykobiecy, bo doświadczenie z kastrującą matką sprawia, że boją się kobiet. Tak rodzą się domowi, rodzinni, mafijni, firmowi, partyjni i polityczni tyrani. Mężczyźni, którzy walcząc o swoją utraconą męskość, wyzbywają się serca, wrażliwości i sumienia, wykreowują groźną karykaturę męskości. Wśród rządzących światem było i jest wielu takich. Ale są też mężczyźni, którzy posłusznie spełniają życzenie kastrującej matki, nigdy nie dorastają i zostają z nią na zawsze – stając się jej utrapieniem i karą.

Na szczęście jest wielu mężczyzn, którzy nie należą do żadnej z tych kategorii. Oni rozumieją, cenią demokrację, są mądrymi liderami, potrafią współpracować z ludźmi obu płci, są zorientowani na wykonywanie zadań i osiąganie celów, a nie na eksponowanie męskiego ego, chcą i potrafią znaleźć czas na rodzinę i korzystać z życia. Aby ten gatunek wytrwał na pozycjach władzy i wpływu, musi ulec zmianie dominujący system wartości. Bo ci mężczyźni nie chcą i nie potrafią iść na moralne kompromisy po to, aby utrzymać władzę. Dochodząc do pewnego poziomu władzy, mężczyźni stają się więźniami systemu, który tworzą. W pogoni za władzą nie wahają się odrzucić lojalności, miłości, współczucia, honoru, sumienia, a nawet zwykłej przyzwoitości. To psychopatia – choroba duszy. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozprzestrzenia się z ogromną szybkością. Od czasu „Pulp Fiction” chorzy na duszę stali się ikoną popkultury i wzorcem osobowym. Wynikające z wczesnych, wielokrotnych doświadczeń upokorzenia nadmierne ambicje tych ludzi są bombą zegarową, która może wysadzić świat.

Co więc nasz świat może uratować?
Jedyna nadzieja w tym, że kobiety – po raz pierwszy w historii – tworzyć będą alternatywny świat, który zmusi świat męski do negocjacji i poszukiwania równowagi. Żeby to się stało, ich zbiorowa podświadomość musi przełamać niepojmowalnie głęboką i tragiczną traumę stosów czarownic. Wtedy dopiero przestaną się bać być różne od mężczyzn i w pełni rozwijać swój potencjał. Wschód nowego feminizmu wskazuje, że ten proces trwa i się nasila. Gdy wolne kobiety zaczną znacząco wpływać na kształt społecznej tkanki, inaczej wychowywać synów i córki, z innej pozycji – ani z wrogiej, ani z poddańczej – wchodzić w związki z mężczyznami i zajmować 50 proc. miejsc tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje, to wtedy świat zacznie się zmieniać w dobrym kierunku.

Jak kobiety mają to zrobić?!
Uruchamiając tysiące drobnych i większych akcji oraz działań. Tworząc stowarzyszenia, grupy, inicjatywy podejmowane w konkretnych życiowych sprawach. Z czasem pojawią się lokalne liderki wyłonione przez kobiety. A potem – jeśli liderki będą chciały – niech kobiety pomogą im trafić wyżej, niech je wspierają i na nie głosują. A one muszą się zdobyć na odruchy kobiecej solidarności i głosować na rzecz praw i wartości kobiet, a to znaczy wyzwolić się z męskiego myślenia ideologicznego i partyjnego. Może trzeba będzie na jakiś czas reaktywować pomysł stworzenia Partii Kobiet. Niech kobiety nabiorą odwagi tworzenia świata na kształt wielobarwnej, organicznej, przekształcającej się mozaiki, jak dziewczynki bawiące się na plaży. I już.  

Wojciech Eichelberger
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek,  współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Styl Życia

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego (fot. archiwum prywatne)
Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego (fot. archiwum prywatne)
Doświadczenie zawodowe zwykle zbiera się latami, czasem jednak krótki, ale bardzo intensywny okres jest w stanie nauczyć nas najwięcej. Marta Kucharska, lekarka pracująca na pierwszej linii frontu – w oddziale zakaźnym we Wrocławiu – opowiada nam o stresie, zmęczeniu, koktajlu rozmaitych emocji, ale i bezcennych wnioskach, jakie wyciągnęła z pandemii.

Od wielu lat pracujesz na oddziale zakaźnym. Co zmieniło się w twojej pracy od czasu wybuchu pandemii? 
Bardzo wiele, właściwie od początku marca pracujemy na ciągle zmieniających się warunkach. Pracuję w szpitalu jednoimiennym, przeznaczonym dla pacjentów z podejrzeniem lub z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2. Musieliśmy przeorganizować cały szpital, stworzyć warunki do izolacji i leczenia coraz większej liczby pacjentów, stworzyć w miarę sprawdzające się „szablony” postępowania, których celem jest minimalizowanie ryzyka błędów.

Mówisz "musieliśmy", kogo masz na myśli? 
Praca w czasie pandemii to praca zespołowa. Nie jestem dyrektorem, ordynatorem ani wyżej postawionym urzędnikiem, jestem natomiast lekarzem praktykiem, który stoi na pierwszej bądź drugiej „linii frontu”, stąd często pierwszym, który zauważa, że coś nie działa, który zgłasza określone problemy przełożonym bądź razem z zespołem proponuje rozwiązania. A liczba problemów podczas pandemii jest naprawdę bardzo duża. Rozwiązanie jednych prowadzi do kolejnych, bywa że jeszcze trudniejszych do rozwiązania, wymagających współpracy różnych placówek, instytucji, ośrodków. Dlatego w radzeniu sobie z pandemią tak istotna jest elastyczność oraz – co raz jeszcze podkreślę – gra zespołowa. Ważne jest, by każdy w ramach własnego podwórka starał się działać najlepiej jak może i patrzył perspektywicznie.

Co jest do tego potrzebne? 
Zaangażowanie, umiejętność zachowania spokoju, pokora – to tylko niektóre słowa klucze pozwalające po prostu dobrze wykonywać swoją pracę w szpitalu.

A co jest najtrudniejsze? 
Trudno jest mierzyć się z absurdami, które zdarzają się wszędzie, ale w medycynie mogą skutkować utratą czyjegoś zdrowia bądź życia. Trudno stawiać czoła ignorancji, uważam, że to jedna z najgorszych cech, jaka może dotknąć medyka. Trudno jest być bezradnym, mieć do czynienia z sytuacjami, w których medycyna dochodzi do granic swoich możliwości. Tyle możemy zrobić, dalej się nie da, a pacjent bądź rodzina ciągle patrzą na nas, jakbyśmy mieli jeszcze pochowane rozwiązania awaryjne. Trudno jest leczyć pacjenta, o którym wiemy, że niedługo umrze i jest z tym niepogodzony albo niepogodzona jest z tym jego rodzina. Trudno jest przekazywać informacje, że rokowania są poważne. Albo po prostu czuć się głupim, że się nie wie, a trzeba działać natychmiast. Bo medycyna to jedna wielka lekcja pokory. Choćbyśmy nie wiem ile książek i artykułów przeczytali, ile szkoleń odbyli i umiejętności wytrenowali – to tak rozległa dziedzina, że jeden umysł jej nie posiądzie. I każdego dnia możliwa jest bolesna weryfikacja tego, czego nie wiemy. Teraz dochodzą do tego inne aspekty: praca w niewygodnym kombinezonie i ze świadomością, ile osób wśród personelu medycznego się zakaża. Niepewność co do przebiegu choroby u pacjentów. Myśli, czy czegoś nie przeoczyłam, czy pacjenci są naprawdę tak zaopiekowani, jak myślę. A potem powrót do domu, do dwóch, trzech najbliższych osób, bo z większą liczbą spotkać się nie mogę.

Jak się czujesz? Masz czas to zaobserwować, wyrazić? 
Z tym czasem jest niestety kłopot. Po tym wszystkim marzy mi się wyjazd choć na kilka tygodni, na odludzie, z daleka od silnych emocji. W naturę, w góry, do lasu, gdzie mogłabym się wysypiać, czytać książki i pisać. Ale to potem. Jak zapewne się domyślasz, lekarze, ale też medycy w szerokim rozumieniu tego słowa, i bez epidemii mają zwyczaj brać pracę do domu. Czasem trudne, wręcz niemożliwe jest pozostawić ją na progu szpitala. Czyjś stan dramatycznie się pogorszył, ktoś umarł, ktoś nas obraził albo wyzwał od konowałów. Teraz na chwilę takie głosy ucichły, mamy swoje pięć minut – bycia bohaterami, za cenę narażania zdrowia i życia, ale obawiam się, że to wróci. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy narastającą negatywną postawę wobec personelu medycznego – jako społeczeństwo staliśmy się roszczeniowi, wymagający wobec innych (bo niekoniecznie wobec siebie) i przekonani o własnej racji, bo na przykład ktoś coś przeczytał w Internecie. Łatwo nam przychodzą krytykowanie, ocenianie i anonimowy hejt. Ostatnio chodzą mi po głowie dwa, znane jeszcze ze szkoły podstawowej czy średniej, wiersze. Jeden to „List do ludożerców” Tadeusza Różewicza, drugi – „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. Myślę, że warto do nich wrócić.

Jak się wraca do domu po takiej burzy emocji? 
Po całym koktajlu różnych skrajnych stanów, jakich doświadczamy w szpitalu, od sukcesu po poczucie klęski, od satysfakcji po skrajne niezadowolenie, od radości po smutek – trudno wrócić do domu i nie zabrać ze sobą jakiegoś tobołka. Szczególnie po nocnych dyżurach, po dobie pracy, gdy obrywa zarówno psychika, jak i ciało. Niestety, ofiarami na- szych fatalnych tobołków są często najbliżsi, którzy muszą wysłuchać, co mamy do powiedzenia, a potem zmierzyć się z naszą drażliwością, przemęczeniem, skłonnością do konfliktowania się o byle co. Jako medycy mamy też takie myślenie: „Nie pracujesz w tym zawodzie, to nie wiesz, co to znaczy”, i jest to po części prawda. Czujemy się niezrozumiani, a czasem zwyczajnie niedowartościowani, sfrustrowani, sfrajerowani. „Jak to, tyle zrobiłem dla tego pacjenta, a teraz jego rodzina chce sądzić szpital?”; „Jak to, tak ciężko pracowałem, a teraz w domu zarzucają mi, że nie mam sił dla najbliższych?”.

Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne) Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)

A podczas pandemii?
Podczas pandemii jest jeszcze gorzej. Nie dość, że pracujemy z czymś zupełnie nowym, nieznanym i na nowych, dynamicznie zmieniających się warunkach, nie dość, że jesteśmy stawiani przed coraz innymi sytuacjami, do których jeszcze nikt nie stworzył scenariusza, nie dość, że „to coś” stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia również nas samych i naszych bliskich – to jesteśmy jeszcze bombardowani całą masą informacji. Stąd przez pierwsze tygodnie czułam, jakbym w ogóle nie wychodziła z pracy. Miałam koszmary, choć normalnie rzadko śnię. Dlatego też miesiąc temu, gdy zaproponowałeś mi rozmowę, odmówiłam. Był to czas dużego stresu, silnej mobilizacji, przygotowania, skupiania się na celu, a nie na własnych emocjach. Faktycznie, jak do walki. Uznałam, że myślenie o sobie w tamtym momencie może mi tylko zaszkodzić. Analizowanie strachów i lęków wtedy mogłoby tylko utrudnić mi wykonywanie zadania. Teraz ja, moi koledzy i koleżanki nadal jesteśmy zmobilizowani, traktujemy całą tę sytuację zadaniowo, ale już jestem w stanie zaobserwować różne stany i emocje. Niestety, nie są one często przyjemne.

Jak radzicie sobie z takim obciążeniem psychicznym? Jak ty sobie radzisz? A może nie radzisz? 
To trudne pytanie. Sama czasem nie wiem, czy sobie radzę. Oczywiście, że się boję, oczywiście, że się złoszczę. Choć lęk jest teraz nieco inny niż na początku. Początkowo, kiedy jeszcze wszystko było w teorii, bałam się o siebie i swoich bliskich. Wiele rzeczy trzeba było przeorganizować. Teraz o siebie boję się mniej, choć może to i źle. Rodzinę przekonałam do konieczności izolacji na tyle, na ile to możliwe. Moje kontakty osobiste ograniczają się do tych wynikających z pracy w szpitalu i dwóch, trzech najbliższych osób. Z resztą kontaktuję się telefonicznie, o ile jeszcze mam na to siłę. Boję się za to sytuacji, w których nie będę wiedziała, co zrobić, a że realia mocno się pozmieniały, jest to wielce prawdopodobne. Zamiast pacjentów „typowo zakaźnych” mamy ich teraz całe spektrum: pacjentów onkologicznych, hematologicznych, kardiologicznych, u których dodatkowo doszło do zakażenia koronawirusem, a obecne warunki utrudniają standardowe postępowanie medyczne. Dlatego bardzo cieszę się, że mam taki zgrany, zaangażowany i chętny do pomocy zespół.

Dlaczego wybrałaś taką specjalizację? Co cię zafascynowało?
Choroby zakaźne są stosunkowo niszową specjalizacją. Mnie spodobały się już w pierwszych latach studiów, co do których wcale nie byłam przekonana. Jestem humanistką, chciałam pisać, podróżować. Ale patrząc z perspektywy lat, cieszę się, że wybrałam tę specjalizację. W pracy na oddziale chorób zakaźnych znajduję i liczne motywy humanistyczne, i te związane z podróżowaniem. Kiedyś chciałabym wyjechać na misję. Ponadto tu mogę stanąć po stronie słabszych, mających mniej szczęścia, wobec których skierowane jest ostrze nietolerancji. Jako zakaźnik mam całą gamę pacjentów, o nierzadko bardzo zawikłanych życiorysach. Takie zderzenia wiele uczą i pokazują, kto jest kim naprawdę. Bywa, że prawdziwe pokłady chęci pomocy i współczucia znajdujemy u tych, których w ogóle o to nie podejrzewaliśmy. I odwrotnie. Ktoś ma pięknie uładzony życiorys, a robi na oddziale piekło i nie sięga w swym myśleniu dalej niż czubek własnego nosa. To są też bardzo cenne lekcje. Lekcje tolerancji, lekcje tego, że nie mnie kogoś oceniać. Mierzi mnie powierzchowne przypinanie łatek, od których aż roi się w mediach społecznościowych. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć: „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”.

Co dodaje ci siły?
W domu siłę dają mi cisza, przyroda, obecność bliskich. W pracy: poczucie, że gdy pomagam komuś w chorobie, to jednak robię coś ważnego. Szacunek do życia. Współczucie wobec słabszych. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do swojej zalesionej bazy na Pogórzu Kaczawskim, gdzie będę mogła włóczyć się po lasach i łąkach, a wieczory spędzać przy ognisku w towarzystwie bliskich i przyjaciół. Regeneruje mnie pisanie, ale do tego potrzebuję nieco więcej czasu i wolnej głowy, niż mam teraz.

Praca w specjalnym kombinezonie - jak bardzo jest to uciążliwe, obciążające dla skóry?
Uciążliwe, choć nie jest to największy problem w czasie pandemii. Wiemy, że tak trzeba, cieszymy się, że mamy środki ochrony osobistej. W końcu zapadalność na koronawirusa w środowisku medyków jest szczególnie wysoka. Natomiast, oczywiście, kombinezon pracy nie ułatwia. Inaczej wygląda badanie fizykalne pacjenta „w warunkach normalnych”, a inaczej, gdy bada się go przez podwójne rękawiczki, osłuchuje przez warstwy jakiegoś sztucznego materiału, bada w czasem zaparowanej przyłbicy albo zbiera wywiad, niewyraźnie mówiąc przez maskę. Skóra się poci, łatwo o wypryski, a gdy zdejmuje się ochraniacze butów, które są po kolana, pełne są skroplonej pary. Tyle że chyba teraz nikt nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, mamy nadzieję, że jeszcze będzie czas odpocząć i wynagrodzić ciału ten dyskomfort.

A co najbardziej uspokaja chorych?
Że można coś zrobić z tym, co jest. Że można jakoś sytuację opanować, zastosować metody, które są w stanie jeżeli już niekoniecznie całkowicie wyleczyć, to zatrzymać postęp choroby, sprawić, że pacjent będzie w stanie z nią długie lata funkcjonować. W każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji istotne jest wsparcie, współczucie, faktyczna chęć pomocy. Jako lekarz wielokrotnie mam szansę je okazać: profesjonalnym podejściem do pacjenta, polegającym nie tylko na wdrożeniu leków, ale i wytłumaczeniu, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, określeniu celów, zarysowaniu kolejnych kroków w postępowaniu diagnostyczno-terapeutycznym. To działa. Coraz więcej pacjentów oczekuje partnerskiego podejścia do leczenia swojej choroby, choć są też ci, którzy już na pierwszej wizycie oznajmiają: „Nic nie chcę wiedzieć, proszę robić, co uważacie”. Pacjentów też trzeba rozpoznać i przekonać do choćby umiarkowanej współpracy.

Co myślisz o przyszłości?
Chyba nie za wiele o niej myślę. Zdaję sobie sprawę, że jest tyle różnych zmiennych, że nie ma co tracić czasu na przesadne planowanie. Chciałabym, by ta pandemia jak najszybciej się skończyła i odbiła się na nas jak najmniejszą krzywdą i cierpieniem. Chciałabym po tym wszystkim móc zwolnić, bo na dłuższą metę żyć tak jak teraz nie można. Wrócić trochę do siebie, do bliskich i pisania. Przyszłość, podobnie jak teraźniejszość, zależy od nas. Od postawy każdego z nas. Jeżeli będziemy pracować nad własnym podwórkiem i starać się wnieść w świat coś dobrego, nie będzie źle.

Marta Kucharska, lekarz, doktor nauk medycznych, specjalista chorób zakaźnych. Od dziewięciu lat pracuje w Oddziale Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu. Asystentka w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii. Z pasji prozaik, poetka. Autorka trzech zbiorów opowiadań ("Kino objazdowe", "Saudade", "Irga karmiona przez lawinę" oraz tomu wierszy "Abisynia".