1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Twoje poczucie wartości - potencjał jest w tobie!

Twoje poczucie wartości - potencjał jest w tobie!

Zdrowa pewność siebie to taka, na którą nie zwracamy uwagi, jest czymś oczywistym i naturalnym. (Fot. iStock)
Zdrowa pewność siebie to taka, na którą nie zwracamy uwagi, jest czymś oczywistym i naturalnym. (Fot. iStock)
Problem bierze się nie z niskiego, ale zbyt wysokiego poczucia własnej wartości – mówi coach Artur Król. – Przyjmując, że inni wyłapią każde nasze potknięcie, zakładamy, że jesteśmy kimś bardzo ważnym. A przecież inni ludzie mają wystarczająco dużo własnych spraw na głowie i absurdem jest sądzić, że są w stanie śledzić każdy nasz ruch.

 

Czy pewności siebie można się nauczyć? Jak najbardziej, jest to możliwe. Nie zawsze będzie to szybki proces. Czasami wystarczy drobna rzecz i ktoś odblokowuje się, ponieważ pozbywa się najgorszego ograniczenia, a czasami wymaga to tygodni, miesięcy pracy nad sobą, wykonywania konkretnych ćwiczeń, ale też dostrzegania zmian kawałek po kawałku. Najważniejsze jest jednak to, aby uświadomić sobie, że każdy pewność siebie ma już w sobie, tyle że w niektórych sytuacjach jest ona łatwo dostępna, a w innych nie. Na przykład kiedy rano robimy sobie śniadanie, nie zastanawiamy się nad tym, czy możemy wykonać daną czynność, czy nie, po prostu to robimy. Każdy z nas ma obszary, w których czuje się pewnie, swobodnie. Nie trzeba zatem posiąść jakiejś nowej umiejętności, tylko się nauczyć, jak zastosować wrodzoną pewność siebie w sytuacjach, w których dotychczas jej nie wykorzystywaliśmy, jak przenieść ją do innych obszarów. Nie ma takiego ograniczenia, że ktoś nigdy nie będzie pewny siebie, bo się taki nie urodził.

Co różni zdrową pewność siebie od arogancji? Zdrowa pewność siebie to taka, na którą nie zwracamy uwagi, jest czymś oczywistym i naturalnym. Nie musimy jej w żaden sposób aktywować, nakręcać się przed jakąś sytuacją, przekonywać: „tak, dasz radę!”, „uda ci się!”, bo jeśli robimy to w sztuczny sposób, to znaczy, że nie jesteśmy jeszcze do końca pewni siebie. Pewność siebie po prostu się pojawia, a my nawet nie zdajemy sobie z niej sprawy, najwyżej możemy stwierdzić: „O, kiedyś bym się tak nie zachował. Nie miałbym wtedy na to odwagi”. Tymczasem wyuczona pewność siebie występuje u osób, które nieustannie muszą przekonywać siebie i innych, jakie są przebojowe. W dużej mierze opiera się to na euforii, co ma swoje zalety, ale też wady. Największą z nich jest to, że euforię trzeba co jakiś czas wywoływać od nowa. Ponadto taka pewność siebie jest nienaturalna i może odstraszać. W zdrowym podejściu nie jesteśmy wyjątkową osobą, na którą inni zwracają specjalną uwagę, jesteśmy po prostu człowiekiem. Nie mamy potrzeby bycia kimś nietypowym, akceptujemy siebie: „OK, mam swoje zalety, mam też wady”. Arogancja przejawia się w myśleniu typu: „Ponieważ tyle osiągnąłem w życiu, to jestem lepszy od innych, mogę patrzeć na nich z góry”, a w przypadku ekstremalnym, czyli narcyzmie: „to nie są dla mnie ludzie”.

Jak zatem przenieść pewność siebie do obszarów, w których nam jej brakuje? Bardzo często przeceniamy swój wpływ na wydarzenia i uznajemy, że sytuacja zależy wyłącznie od nas, podczas gdy w rzeczywistości mamy na nią tylko częściowy wpływ. Takie błędne przekonanie może prowadzić do kłopotów z poczuciem pewności siebie, bo brak pełnej kontroli nad osiągnięciem celu, jaki sobie stawiamy, może wywołać wątpliwości i niepewność. Dlatego pierwszym krokiem powinna być zmiana swoich celów – na takie, które faktycznie zależą w stu procentach od nas.

Na przykład ktoś chce awansować w pracy – osiągnięcie tego celu nie jest całkowicie zależne od niego, ponieważ o jego pozycji w hierarchii firmy decydują inni ludzie. Ma na to duży wpływ, bezdyskusyjnie, ale zawsze może okazać się, że szef po prostu go nie lubi, ktoś inny nagle zrealizuje kontrakt stulecia i dostanie awans zamiast niego lub zaistnieje inny czynnik zewnętrzny. Natomiast jeśli ta osoba postawi sobie za cel zrobienie wszystkiego, co możliwe, żeby dostać awans („pójdę na kurs, aby podnieść swoje kwalifikacje zawodowe, będę dzwonił do dodatkowych dwóch klientów w ciągu dnia”) – to wyznacza sobie cel zależny od siebie. Gdy czujemy, że na coś mamy wpływ, nie za bardzo jest miejsce na brak pewności siebie.

Jak może nad sobą popracować osoba, która jest śmiała, gdy przebywa wśród bliskich, ale czuje się niepewnie podczas np. prezentacji firmowych? Znowu trzeba zacząć od postawienia właściwego celu. Wszyscy chcemy dobrze wypaść podczas prezentacji, ale możemy być świetnymi mówcami, a tuż przed nami albo tuż po nas wystąpi ktoś, kto nas całkowicie zdeklasuje, albo myśli słuchaczy będą skupione na czymś innym, jakichś prywatnych sprawach czy problemach. Dlatego, aby mieć pełną kontrolę nad realizacją postanowienia, lepiej postawić sobie za cel, żeby przeprowadzić swoją prezentację od początku do końca albo żeby wejść z grupą w interakcję w wyznaczonym momencie.

W wypadku tego rodzaju wystąpień pojawiają się dwa główne rodzaje lęków. Pierwszy to atak paniki pt.: „jestem na scenie, wszyscy się na mnie patrzą, a ja nie wiem, co powiedzieć” – i w takim wypadku bardzo się przydaje wcześniej przygotowany plan, konspekt, na który możemy zerknąć i z tej pustki wrócić na przewidziany tor. W przypadku przemówienia najistotniejszą rzeczą, którą niestety mało osób robi, jest po prostu jego przećwiczenie, i to najlepiej w tempie jeden do jednego, tak żeby nauczyć mózg, jak ma w danej sytuacji reagować.

Drugi rodzaj lęku to obawa przed byciem w centrum zainteresowania, przed tym, że wszystkie oczy są skierowane na nas – tutaj przydaje się trening skupiania uwagi na zewnątrz. Przejmowanie się tym, co pomyślą o nas inni, bierze się z tego, że za bardzo wchodzimy do wewnątrz – nie widzimy siedzącej w sali publiczności, tylko wyobrażamy sobie, co o nas myślą poszczególne osoby. Prostym ćwiczeniem, które można wykonywać, np. w drodze do pracy w autobusie, jest kilkukrotne szybkie przenoszenie uwagi na zewnątrz – „o, ten znak jest czerwony”, „o, ten samochód jest nieprawidłowo zaparkowany” itp.

Wychowanie ma duży wpływ na naszą pewność siebie? Badania potwierdziły znaczącą rolę jednego czynnika, a mianowicie sposobu chwalenia. Okazuje się, że niedobrze jest chwalić dziecko za wyniki, lepiej za wysiłek. Udowodniła to amerykańska psycholog Carol Dweck. Podczas eksperymentu dała uczniom szkoły podstawowej do rozwiązania zadanie matematyczne.

Po jego wykonaniu połowa dzieci została pochwalona za wysiłek, a druga połowa – za inteligencję. Potem dzieci dostały możliwość wyboru kolejnego zadania, łatwiejszego lub trudniejszego. Jak się okazało, dzieci chwalone za inteligencję wybrały zadania łatwiejsze (obawiały się utraty wysokiej samooceny), a dzieci chwalone za wysiłek wybierały zadania trudniejsze (nie miały nic do stracenia, mogły liczyć na pochwałę za wysiłek niezależnie od wyniku). Chociaż badanie to dotyczyło dzieci, taki sam schemat zachowań obserwujemy u ludzi dorosłych. Również u nich najczęstszą przyczyną obaw jest nie to, że wypadną źle, ale że wypadną gorzej, niżby chcieli.

Niektórzy jako dzieci są pewni siebie, a jako dorośli nagle tę pewność tracą. Z czego to wynika? W domu rodzinnym jesteśmy osadzeni w systemie, który może być mniej lub bardziej chaotyczny, ale w większości przypadków obowiązują jasno określone zasady, których trzeba przestrzegać. Gdy wychodzimy w świat, wkraczamy w inne środowisko i znajdujemy się w miejscu, w którym obowiązują inne zasady, często nam nieznane. Niekiedy od razu je podchwycamy, czasami mamy szczęście i trafiamy na kogoś w rodzaju mentora, kto nas wprowadza w nowe środowisko. Ale jeżeli nie wiemy, jak w danej sytuacji się zachować, zmniejsza to naszą pewność siebie.

W jakich obszarach najczęściej się to przejawia? Ludzie, którzy się do mnie zgłaszają, zwykle mają problemy z pewnością siebie podczas kontaktów interpersonalnych, czasami dotyczy to tylko kontaktów z płcią przeciwną, a czasami ogólnie z innymi ludźmi. Narzekają też na małomówność – to nie do końca brak pewności siebie, raczej brak świadomości, w jaki sposób należy prowadzić niezobowiązującą rozmowę, czyli na czym polega typowy small talk. Przychodzą też osoby, które nadmiernie przejmują się reakcją otoczenia, boją się opinii innych na swój temat, przez co się jeszcze bardziej stresują. Co zaskakujące, rzadko zgłaszają się ludzie, którzy mają niskie poczucie wartości.

Raz miałem do czynienia z klientką, której naprawdę doskwierał ten problem. Gdy w czasie sesji terapeutycznej poczęstowałem ją napojem – do wyboru miała kawę, herbatę i wodę – była w stanie zaakceptować tylko wodę, ponieważ uważała, że kawa czy herbata to luksus, na który nie zasłużyła. Paradoksalnie taka osoba nie przejmuje się tym, co inni o niej pomyślą, bo jest przekonana, że w ogóle nie poświęcą jej swojej uwagi.

Brak pewności siebie nie musi wiązać się z poczuciem niskiej wartości? Powszechnie uważa się, że oba te czynniki są wręcz nierozerwalnie ze sobą związane. Tymczasem problem właśnie bierze się nie z niskiego, ale zbyt wysokiego poczucia własnej wartości. Osoby, które obawiają się tego, co inni o nich pomyślą, zakładają, że inni zwrócą na nie uwagę, że wręcz usytuują je w centrum, a więc przyjmują, że są kimś ważnym. I w tym momencie jakikolwiek błąd czy porażka urastają w ich głowach do rangi katastrofy. A przecież inni ludzie mają wystarczająco dużo własnych spraw na głowie i absurdem jest sądzić, że są w stanie śledzić każdy nasz ruch, wyłapywać każde potknięcie. Często też dochodzi do tego przekonanie, że ocena drugiej osoby będzie długotrwała, czyli że jeżeli coś nam się nie powiodło, to negatywna opinia będzie się już za nami ciągnęła przez miesiące czy lata. Niepotrzebnie staramy się być idealni, badania psychologiczne pokazują, że ludzie nieidealni są bardziej lubiani, cenieni, chętniej też nawiązuje się z nimi współpracę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czym jest wolność w pracy i jak radzić sobie z jej ograniczaniem?

Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
- Kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych” - mówi socjolożka Agnieszka Gawkowska w rozmowie o wolności w pracy i sposobach radzenia sobie z jej ograniczaniem.

Czy ograniczenie wolności musi być czymś złym? Pewna ilość norm w pracy nam przecież służy.
Owszem. W latach 90. nie było dokładnie wiadomo, co w pracy można, a czego nie, według jakich wytycznych mamy pracować, do kiedy działamy na własną rękę, a z jaką sprawą trzeba iść do szefa. Jeśli ktoś podjął złą decyzję, nie było rozmowy o przekroczeniu kompetencji, bo nikt nie wiedział, jakie są. Wtedy przełożony był wszechmogący: tylko on ustalał, co jest dobre, a co złe i odpowiednio za to wynagradzał lub karał. Pracownik nie wiedział, w jakich granicach się poruszać.

Ale to się zmieniło: pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy.

Ale często nie możemy. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90.
To prawda. W dodatku kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych”. A do tego obecni pracodawcy mają nowe narzędzia kontroli, więc teraz mogą ograniczać naszą wolność w bardziej wyrafinowany sposób.

Jakie to narzędzia?
Do nakładania kar, na które pozwala kodeks pracy, doszedł mobbing emocjonalny i psychologiczny, a także odmowa niektórych świadczeń. Zamiast ufać, że pracownicy jak najlepiej wypełnią swoje obowiązki, szefowie montują w służbowych samochodach GPS, zakładają podsłuchy na służbowe telefony, kontrolują skrzynki mailowe i przeglądane w internecie strony, a w biurach korzystają z systemu monitoringu. Ograniczaniem wolności, często ostatnio stosowanym, jest też niewypłacanie wynagrodzeń na czas lub wcale, wymuszanie pracy po godzinach, obowiązkowe delegowanie na wyjazdy integracyjne czy dyskryminacja kobiet – przed podpisaniem umowy o pracę żąda się zaświadczenia, że nie jest w ciąży lub deklaracji, że jej nie planuje. To niezgodne z prawem, ale jednak się zdarza i to wcale nie tak rzadko.

Co robić, kiedy pracodawca żąda ode mnie takiej deklaracji? Walczyć czy uciekać jak najdalej?
Trzeba mieć świadomość, że to nie tylko ograniczenie wolności, ale wręcz gwałt na niej. I lepiej przemyśleć, czy warto podjąć pracę w takiej firmie, bo to kiepsko wróży. Mamy prawo podejrzewać, że jeśli zajdziemy w ciążę, pracodawca nie zwolni nas wprawdzie w czasie jej trwania czy podczas urlopu macierzyńskiego – bo chroni nas prawo – ale najprawdopodobniej zaraz po jego zakończeniu. Jest to też sygnał braku zaufania i zapowiedź, że w przyszłości szef również zechce na wszystko wpływać i nie pozwoli na swobodny rozwój zawodowy.

W małych zespołach kontrola nie jest z reguły tak duża. Ludzie są zazwyczaj zgrani, skuteczni w działaniach i nie trzeba im cały czas patrzeć na ręce.
Ale zdarza się, że szef ma złe doświadczenia z pracy z poprzednim zespołem albo po prostu ma taki charakter i – mimo zgranego zespołu – wpada na pomysł instalowania narzędzi kontroli. Pracownicy nie mają na to większego wpływu.

A nie zasłużyliśmy na to? W czasie pracy bywamy dość niesubordynowani i beztroscy – serfujemy po internecie, dzwonimy do znajomych i rodziny…
To prawda, ale warto pamiętać, że im bardziej się nas kontroluje, tym bardziej szukamy sposobu, by się tej kontroli przeciwstawić – niekoniecznie racjonalnie. W Polsce można to trochę tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi. Poza tym kontrola powoduje, że bunt i niechęć do pracodawcy narastają. Fajny, zgrany zespół zrozumie, dlaczego są wprowadzane ograniczenia, ale jeśli ekipa jest liczna, pracująca do tej pory w innych warunkach, zacznie się buntować. W efekcie szef wraca do punktu wyjścia: choć firma jest pełna ludzi, nie ma chętnych do pracy, nie ma się na kim oprzeć. Powinien wtedy postawić sobie pytanie: „Czy rzeczywiście chcę mieć pod sobą rzeszę bezwolnych robotów?”. Szef musi pamiętać, że kiedy robot się zużyje, trzeba będzie włożyć sporo pieniędzy w jego serwisowanie lub wymianę części. A jak nastąpi awaria kilku robotów naraz, będzie jeszcze większy kłopot, bo inne roboty zrobią tylko tyle, ile muszą, nic więcej.

Z jednej strony jesteśmy bardziej kontrolowani z drugiej dostajemy polecenia, których wykonanie albo sposób ich realizacji nie zgadza się z naszym systemem wartości. Chcemy powiedzieć „nie”, lecz boimy się utraty pracy.
Zawsze możemy powiedzieć „nie”. Ale nie wystarczy: „nie, bo nie” – musimy zaproponować inne rozwiązanie. Sposób wykonania zadania nie jest dla pracodawcy tak ważny, jak efekty. Jeśli przedstawimy mu własną koncepcję, powinien się zgodzić. Bo szefom w gruncie rzeczy też zależy na tym, by pracownicy mieli o firmie dobre zdanie. Tym bardziej, że w dobie internetu czarny PR rozchodzi się błyskawicznie.

A jeśli szef despota w żaden sposób nie jest otwarty na dyskusję? Zdarzają się przecież i tacy…
Wówczas są dwa wyjścia: albo mimo to ryzykujemy rozmowę, albo godzimy się z sytuacją – ale już świadomie. Bo chociaż firma jest nie najlepiej zarządzana, to sama praca może być dla nas interesująca, dobrze płatna, rozwijająca... Najważniejsze, żeby mieć punkt odniesienia, dokładnie rozumieć, co tu robimy i dlaczego się na to godzimy.

Jeśli z powodu szefa cierpi cały zespół, może warto wyznaczyć rzecznika praw pracownika?
Świetny pomysł. Najlepiej, gdyby to była osoba, która ma z szefem dobry kontakt i mocną pozycję w firmie. Niech idzie w naszym imieniu z kilkoma gotowymi rozwiązaniami, żeby szef miał z czego wybierać. W ten sposób unikamy roszczeniowej postawy i sprawiamy wrażenie solidnych pracowników, którzy przemyśleli problem i dobro firmy naprawdę leży im na sercu.

A jeśli w rażący sposób ograniczana jest w zespole tylko nasza wolność? Czy wtedy też warto pokusić się o rozmowę z szefem?
Jak najbardziej. I również wszystko z góry przemyśleć, przygotować. Przede wszystkim wyciszyć emocje, żeby się nie rozpłakać, bo to może wzbudzić różne reakcje, włącznie z oskarżeniem o próbę manipulacji. Mówiąc o problemie, trzeba przenieść ciężar z tego, jak ja się z tym czuję, na to, jak się to przekłada na efektywność mojej pracy. Możemy wcześniej spisać sobie argumenty na kartce, żeby podczas rozmowy nie pogubić się czy nie odpłynąć w dygresjach. Tylko obustronny szacunek pozwoli nam na budowanie wolności w taki sposób, aby nie godziła w niczyje uczucia i interesy.

Kto może nam pomóc w walce o zachowanie wolności i godności w miejscu pracy?
Może nas wesprzeć wiele instytucji pozarządowych, np. Centrum Praw Kobiet czy Fundacja Promocji Kobiet. Przy uniwersytetach działają prawnicy udzielający bezpłatnych porad.

A co, jeśli nasza wolność do bycia sobą ograniczana jest nie przez szefa, ale przez współpracowników? Na Zachodzie, zawierając umowę o pracę, podpisuje się jeszcze jeden dokument – zobowiązanie do niedyskryminowania współpracowników ze względu na orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie czy wyznawane poglądy.
W Polsce to nie jest tylko problem pracy. Nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne w stosunku do żadnej inności. To efekt braku edukacji i dobrego przykładu ze strony osób mających olbrzymi wpływ na nasz światopogląd – polityków, ludzi mediów... Dlaczego mielibyśmy być wolni w pracy, jeśli nie jesteśmy gdzie indziej? Przyznawanie się do bycia innym jest u nas politycznie niepoprawne. Z drugiej strony, konieczność udawania od 9 rano do 17 kogoś, kim się nie jest, może być nie do zniesienia. Problem rodzi się też, gdy „ujawnimy się” i spotkamy z ostracyzmem współpracowników, a także szefa, który zamiast nas chronić, przyłącza się do zespołu. To olbrzymi bagaż do udźwignięcia. Jeśli więc chcemy zachować godność i szacunek dla samego siebie, ale też otoczenia, jedynym wyjściem jest zmiana pracy.

  1. Styl Życia

Olga Bończyk o dzieciństwie pełnym miłości i traumy

„Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w sprawy dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy”, mówi aktorka i wokalistka Olga Bończyk. I dodaje, że jako dziecko wielokrotnie występowała w bardzo trudnej roli łącznika między światem a niesłyszącymi rodzicami.

Mam dziesięć lat. Wracam ze szkoły do domu, dostałam kiepską ocenę, skarżę się mamie, że miałam zły dzień. Mama siada na kanapie, zawsze w tej samej pozycji, opiera się wygodnie i mówi: „Chodź, połóż się na mnie”. Siadam na niej okrakiem, nazywałam to „na żabkę”, wtulam się w nią bardzo mocno całym ciałem. Mama gładzi mnie po plecach, po głowie i spokojnym, kojącym głosem mówi: „Nic się nie martw, następnym razem będzie lepiej. Pamiętaj, na pewno dasz sobie radę”. To jest wspomnienie totalnego poczucia bezpieczeństwa. Ta scena powtarzała się wielokrotnie.

Wychowywałam się w rodzinie niesłyszącej, tata urodził się bez słuchu, mama straciła go, gdy miała kilkanaście lat, w wyniku wypadku. Oboje z bratem chodziliśmy do szkoły muzycznej, mama nie była więc w stanie pomagać nam w lekcjach, mam wrażenie, że te chwile w silnym uścisku były jej sposobem na okazanie oddania, wsparcia i wiary w moje siły, możliwości, w mój potencjał. Ten uścisk był dla mnie symbolem pewności, że niezależnie od wszystkiego ona zawsze będzie mnie kochać, że dla niej nie muszę zostać wirtuozem fortepianu, świetnym muzykiem, nie muszę zapracować sobie na jej uczucie. Nigdy nie cisnęła, wręcz podkreślała, że jeżeli tylko będziemy chcieli z bratem zrezygnować z nauki w dającej wycisk szkole muzycznej, ona nie ma nic przeciwko, w każdej chwili przeniesie nas do zwykłej rejonówki i absolutnie nie będzie rozczarowana.

Mama była boją, do której zawsze mogłam podpłynąć i się przytrzymać. Jej podejście, czułość, ciepło i bezwarunkowość jej miłości dały mi siłę na całe życie.

Mama wdrukowała mi też pewne zasady, ale muszę przyznać, że życie je zweryfikowało. Była idealistką, pamiętam, jak mi powtarzała: „Najważniejsze, żebyś żyła tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Zapomniała tylko dodać, że trzeba tę mądrość ostrożnie stosować, bo jak się przesadzi, to najpewniej samemu zapłacze się nieraz…

Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)


Zazdrość i hormony

Mama zmarła, kiedy miałam 18 lat, nie zdążyłyśmy zaprzyjaźnić się ze sobą jak dwie dorosłe kobiety. Ale jestem prawie pewna, że gdyby żyła dłużej, zostałybyśmy bliskimi przyjaciółkami. Była niesamowicie otwarta, mimo swoich ograniczeń związanych z niesłyszeniem przyciągała moich znajomych jak magnes. Moje koleżanki i koledzy do niej lgnęli. Pamiętam wiele momentów, kiedy byłam wręcz zazdrosna. Z jednej strony o nią, a z drugiej – o moich znajomych. Tym bardziej że nie miałam ich wielu, szkoła i fortepian pochłaniały cały mój czas, na podwórko nie było miejsca. A kiedy już zdarzyło się, że ktoś do mnie przychodził, od drzwi wędrował prosto do kuchni, do mojej mamy… żeby choć przez chwilę z nią pobyć. Czasem byłam wściekła.

Wściekała mnie też nadopiekuńczość mamy. A ta wynikała przede wszystkim z jej ograniczeń, z niesłyszenia. Do szkoły miałam daleko, podróżowałam przez kawał miasta, mama zawsze się o mnie bardzo bała. Pamiętam, jak powtarzała: „Gdyby coś ci się stało, będę ostatnią osobą, która się o tym dowie”. Byłam więc pod kloszem, w reżimie wracania do domu o określonej porze. Aż w końcu zaczęłam się buntować; i te ostatnie lata życia mamy to był czas mojego rewolucyjnego myślenia i działania. Mama chorowała na raka, słabła, a jednocześnie nie mogła pogodzić się z brakiem kontroli nade mną. Ścierałyśmy się wtedy, czasem mocno, bo mimo ogromnej miłości do niej moje buzujące hormony nie chciały odpuścić. Kiedy mama zmarła, klosz się uchylił, „dorwałam się” do wolności, przez jakiś czas podejmowałam mocno kontrowersyjne, czasem niezbyt mądre decyzje, jakby bunt wciąż trwał, choć mamy już nie było…

Cisza i dźwięk

Moje dzieciństwo to była nieustająca „przepychanka” ciszy i dźwięków. Kiedy wracaliśmy z bratem do domu, rozkręcaliśmy wszystkie gałki: od telewizora, radia, wszystkich możliwych urządzeń. Brat ćwiczył grę na skrzypcach, ja siadałam do pianina, dom wtedy ożywał. A kiedy tylko kładliśmy się spać, mama wszystkie gałki skręcała do zera. Na wszelki wypadek, by przypadkiem, kiedy rano wyjdziemy do szkoły, a ona coś niechcący poruszy, nie zaczęło grać zbyt głośno, bo wtedy przeszkadzałoby sąsiadom. To były takie dwa rytuały – my wszystko rozkręcaliśmy, a mama zakręcała. W naszym domu cisza walczyła z dźwiękiem.

W domu osób niesłyszących zamiast dzwonka przy drzwiach zainstalowane jest światło, podłączone kablami w każdym pomieszczeniu tak, by mieszkańcy wiedzieli, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania. U nas też tak było. Choć gdzieś podskórnie bardzo chcieliśmy z bratem, by nasz dom był zwyczajny, on taki nie był. Tak jak zwyczajne nie było nasze dzieciństwo. Mieliśmy swoje obowiązki, jak choćby ten, że codziennie wieczorem, kiedy w telewizorze były wiadomości, jedno z nas oglądało je z rodzicami, by im przekazywać treść. Mieliśmy takie dyżury, czy to lubiliśmy, czy nie, tak po prostu było. Pamiętam, że tłumaczyliśmy rodzicom czasem też filmy i wielką radością były dla nas dni, kiedy telewizja emitowała film radziecki, bo on zawsze był z napisami! Wtedy mówiłam sobie w myślach: „Hura, mam wolne!”.

Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem, ciężarem, nie da się tego ukryć. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w świat dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy. Kiedy rodzice musieli załatwić jakieś sprawy urzędowe, też zawsze potrzebowali jednego z nas w roli „tłumacza”. Pamiętam, jak strasznie trudne były dla mnie wizyty u lekarzy z chorującą na raka mamą. Nie dość, że musiałam bez żadnego filtra, który zwykle rodzice starają się nakładać na tego rodzaju informacje przekazywane dzieciom, usłyszeć diagnozę i rokowania, to musiałam jeszcze przekazać je mamie. To ja powiedziałam mojej mamie, że w każdej chwili może umrzeć. To z pewnością są zadania wykraczające poza to, co dzieciak może emocjonalnie udźwignąć.

Bycie słyszącym dzieckiem niesłyszącego rodzica czy rodziców to zjawisko, którym w pewnym momencie zajęli się psychologowie. Określili takie dzieci – dziećmi z syndromem CODA (z ang. child of deaf adult/s). Więc tak, jestem dzieckiem CODA. I bez wątpienia jest to rodzaj silnego naznaczenia. Muszę użyć mocnego słowa – w takie dzieciństwo wpisany jest pewien rodzaj traumy, niestety. Bo nie jest normalne, że dziecko występuje w roli dorosłego, jest opiekunem swoich rodziców. I żeby nie wiem, ile miłości, ciepła, czułości było w takim domu, a w moim było ich naprawdę bardzo dużo, nie ma szans, by uniknąć wspomnianej traumy.

Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)

Ta najgorsza

Czas mojego dorastania naznaczony był także poczuciem bycia kimś gorszym od całej reszty. Jak masz „dziwny”, nienormalny, niepełnosprawny dom, to dla większości ty też jesteś nienormalna. I tak byłam traktowana przez dzieci. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Moja codzienność pełna była też manifestów, ciągle wstawiałam się za rodzicami, broniłam ich jak lwica. Słyszałam, że jak mam głuchych rodziców, to znaczy, że mam też głupich rodziców. A przecież moi rodzice nie byli głupi, więc miałam w sobie ciągły przymus, by przekonywać świat o ich wartości.

Czułam się gorsza, bo tak traktowali mnie rówieśnicy, zawsze na szarym końcu, w ogonie, jako ta „wybrakowana”. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy doszłam do ściany, nie potrafiłam opanować emocji. Ból i wściekłość wzięły górę. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mama była wtedy pierwszy raz ze swoim rakiem w szpitalu, miała amputowaną pierś. Przeżywałam to bardzo. Jedna z koleżanek, zresztą córka lekarki, która leczyła moją mamę, czyli ta dziewczyna sporo o mamie i jej chorobie wiedziała, powiedziała na forum klasy, że moi rodzice są głusi, więc nie można się z nimi porozumieć. Użyła jeszcze kilku stereotypów zasłyszanych od dorosłych. A we mnie coś wtedy pękło. Namówiłam dwie koleżanki, żeby podczas długiej przerwy związać tę dziewczynkę skakanką w piwnicy i ją tam zostawić. Zrobiłyśmy to, a ja powtarzałam jej wciąż: „To za moich rodziców”. Oczywiście, nie było to dobre zachowanie, ale pamiętam, że czułam się tak zdesperowana i zrozpaczona, że uznałam, iż tylko przemocą mogę okazać, jak to oczernianie mojej mamy i mojego taty strasznie mi się nie podoba, strasznie mnie boli.

Wystąpiłam na apelu, dostałam burę od wychowawczyni, naganę, ale to wszystko nie była żadna cena, miałam przez moment poczucie, że dzięki mnie sprawiedliwości stało się zadość.

Wrocław i zapach krochmalu

Wychowałam się w moim ukochanym Wrocławiu, najpiękniejszym mieście świata. Kiedy było ciepło, uwielbiałam uczyć się nie w domu, ale w ogrodzie botanicznym. Przesiadywałam tam godzinami. Prawie zawsze sama. Bo byłam typem samotnika. Nie tylko z wyboru. Kiedy moje koleżanki chodziły na dyskoteki, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem. Kiedy rówieśnicy szaleli na podwórku, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem itd. Nawet moja pierwsza miłość wydarzyła się dopiero, gdy miałam 17 lat. Byłam dość nieśmiała, wycofana. Niewiele mam wspomnień związanych z tak zwanym wolnym czasem, z tym, co „po szkole”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam na kolonie, moje koleżanki wiedziały już „wszystko” o miłości, o relacjach z chłopakami, ja byłam zupełnie zielona, znowu na końcu, w ogonie. Moje dzieciństwo, dorastanie były więc inne. Ale nigdy nie powiem, że nieszczęśliwe.

W naszym domu się nie przelewało, mama chorowała, więc tylko tata pracował i on nas utrzymywał. Jednak zawsze ja i brat byliśmy pierwsi na liście wszystkich potrzeb. Dla nas zawsze było wszystko, co tylko być mogło. Mama wybierała dla nas najlepsze kąski, sobie zostawiała, jak to mówił mój brat, „ochłapy”.

Prawie nic sobie nie kupowała, może raz w roku jakąś bluzkę czy sukienkę, ale zawsze była w niej klasa. Mogła mieć na sobie coś, co miało 20 lat, ale nosiła się w tym jak dama. Widziałam w niej królową. Siadała jak dama, miała gesty damy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do dziś mam pewność, że nie jest ważne, co ma się na sobie, ale jak to się nosi. Metki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Taką lekcję kobiecości wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie także, że kobiecość to powściągliwość, ona zawsze czekała chwilę, nim coś powiedziała. Unosiła oczy, lekko przekrzywiała głowę, jakby zbierała myśli, dopiero potem mówiła. Nigdy nie paplała. Jestem taka sama.

Dom zawsze pachniał czystością, krochmalem, wszystko lśniło, wszystko miało swoje miejsce. Mama świetnie też gotowała, uwielbiałam jej rosół, pierogi ruskie czy mistrzowską zupę koperkową. Pamiętam, że kiedy wpadałam, jak to nastolatka, na pomysł, że będę się odchudzać, mama przygotowywała specjalnie swoje genialne ruskie pierogi i mówiła: „Tak mi szkoda, córeczko, że jesteś na diecie i nie możesz zjeść”. Miała wtedy sto procent pewności, że wcześniej czy później wpadnę do kuchni i rzucę się na ten przysmak! Zwykle nie trwało to dłużej niż 20 minut. Ruskie to bez wątpienia smak dzieciństwa!

Olga Bończyk, aktorka i wokalistka. Szerokiej publiczności znana z seriali: „Na dobre i na złe”, „Leśniczówka” i „Barwy szczęścia”. Gra na scenach wielu teatrów, ostatnio w spektaklach: „Za rok o tej samej porze”, „Atrakcyjna wdowa” czy „Kwartet”. Nagrała pięć solowych albumów. Najnowszy, „Ślady miłości”, miał premierę w marcu tego roku.

  1. Psychologia

Martwy punkt – dostrzeż w sobie to, czego nie widać

Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Masz wrażenie, że coś w twoim życiu nie gra? Mimo dobrych intencji i starań nie układa ci się w związkach, szef nie chce dać awansu, a znajomi jakoś do ciebie nie lgną? Psycholog społeczny Jacek Santorski podpowiada, gdzie mogą leżeć przyczyny.

Czym właściwie różni się martwy punkt od „zwykłej wady”?
Wada to jest coś złego, jakieś nasze ograniczenie, którego możemy być świadomi lub nie, na przykład ja wiem, że jestem zbyt egotyczny w relacjach osobistych i rodzinnych. Znam tę swoją słabość charakteru. Natomiast martwy punkt to taka moja właściwość, z której ja nie zdaję sobie sprawy, a inni ją widzą.

To znaczy, że martwym punktem może być i każda wada, i każda zaleta, pod warunkiem że widzą ją wszyscy poza nami?
Teoretycznie tak. Miałem utalentowaną współpracownicę, która była bardzo introwertywna i nie dość pewna siebie. Kiedyś podczas swojego wykładu na konferencji oddałem jej głos. Nie uprzedziłem jej wcześniej, bo nie chciałem stresować. Wypadła świetnie, chociaż do dziś wspomina, że kiedy zaprosiłem ją na scenę, była na skraju utraty przytomności. Wcześniej nie podejmowała tego rodzaju wyzwań, bo nie zdawała sobie sprawy, że może być tak charyzmatycznym mówcą. W tym przypadku martwym punktem był talent. Zwykle jednak, mówiąc o martwych punktach, mamy na myśli wady, których sobie nie uświadamiamy.

Z jakimi martwymi punktami najczęściej pan się spotyka?
Ostatnio zauważam, że powszechne jest dodawanie śpiewnego „tak?” na końcu średnio co piątego zdania lub nawet częściej. Tę językową manierę można zaobserwować u osób z różnych środowisk. W 70 proc. jednak martwe punkty wiążą się z fizjologią, wrażeniami zmysłowymi. Często dotyczą zachowań inwazyjnych, czyli takich, które bezpośrednio zakłócają osobistą strefę innych ludzi. To te, które zwykle opisujemy, dodając słowo „zbyt”, np. mówimy, że ktoś „zbyt mocno pachnie”, „mówi zbyt głośno” czy jest „zbyt wyzywająco ubrany”. To zachowania, których krytyka jest wyjątkowo trudna do przyjęcia, bo uderza w poczucie własnej wartości, naszą tożsamość – to, jak pachniemy czy mówimy, jest przecież naszą osobistą cechą. Jednocześnie, ponieważ te cechy tak źle działają na innych, ich skorygowanie może nam przynieść wyjątkowo duże korzyści. W Polsce martwe punkty często dotyczą wyglądu. Mamy folwarczne relacje w firmach, a ponieważ estetyką folwarku był jarmark, mamy też jarmarczno-odpustową estetykę w ubiorze. Martwym punktem może być więc zbyt krzykliwy, barwny i bogaty w ozdoby strój noszony w biurze, gdzie ze względu na kontakt z klientem wskazana jest powściągliwość. Często problemem staje się też seksualizacja relacji przejawiająca się nie tylko w tym, co na siebie wkładamy, ale też w tym, jak się zachowujemy w życiu zawodowym i towarzyskim.

Na czym dokładnie polega?
Na wysyłaniu różnego rodzaju sygnałów, które wyglądają jak zaproszenie do kontaktu seksualnego. To może być nieadekwatny do sytuacji strój – bardzo głęboki dekolt, ultrakrótka spódniczka i wysokie szpilki – idący w parze z pełnym erotyzmu sposobem zarzucania nogi na nogę. Oczywiście, mężczyzna też może seksualizować relację. Wtedy na przykład będzie miał rozpięty o jeden guzik koszuli więcej, będzie siedział szeroko, a stojąc, wypnie miednicę do przodu. Do tego zacznie opowiadać sproś­ne dowcipy. Całym sobą będzie wysyłał komunikat: „Jestem macho”, „jestem gość!”, „jestem facet!”, nawet sobie tego nie uświadamiając. Osoby, które przebywają w jego towarzystwie, często czują dyskomfort, mają wrażenie, że ich granice emocjonalne zostały przekroczone.

Są też martwe punkty, które polegają na fizycznym przekraczaniu granic.
To prawda. Niektórzy zawłaszczają sobie przestrzeń, która należy do innych – w biurze wszędzie rozrzucają swoje papiery, u znajomych rozkładają się na kanapie i rozpychają się przy stole. Zasady savoir-vivre’u, na przykład „podczas jedzenia trzymaj łokcie przy sobie”, nie zostały stworzone po to, by znęcać się nad ludźmi, tylko byśmy wszyscy mieli minimum komfortu. Nie bez przyczyny zresztą wspominam tu o dobrym wychowaniu, bo bardzo często martwe punkty są właśnie zachowaniami, które określamy jako „niekulturalne”. To mogą być choćby zbyt głośne rozmowy przez telefon w środkach komunikacji miejskiej czy ciągłe pokrzykiwanie do koleżanki, która siedzi na drugim końcu biura. Innym popularnym martwym punktem jest dominowanie rozmowy opowieściami na swój temat. Nie mam na myśli ciekawych historii z pointą, z których słuchacze mogą wynieść coś dla siebie, tylko długie wypowiedzi, które są interesujące wyłącznie dla tego, kto je opowiada.

Z jednej strony wiemy, że trzeba się ubierać adekwatnie do sytuacji czy dbać o to, by zapach, który roznosimy, był przyjemny i niezbyt intensywny, a z drugiej strony – tych zasad nie przestrzegamy? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je przekraczamy, czy może jesteśmy tego świadomi, ale myślimy: „W moim przypadku to nie razi”?
Możliwe są obie przyczyny. Ktoś mógł żyć w mikroświecie, w którym jego zapach był normą. On może rzeczywiście nie mieć świadomości, że np. woń jego perfum jest zbyt intensywna. Ale czasem sądzi, że z różnych przyczyn on akurat nie musi tych znanych mu zasad przestrzegać. To jak ze zbyt szybką jazdą samochodem. Jedną częścią mózgu przyjmujemy statystyki związane z zagrożeniami na drodze, ale nie przerzucamy ich do drugiej części mózgu. Wiemy, że przy 170 km/h ryzyko przejechania kogoś jest bardzo duże, ale jednocześnie myślimy: „Mnie to nie dotyczy”.

Rozumiem, że jeśli ktoś weźmie nas z zaskoczenia, na przykład stwierdzi: „Powiem ci, co nas w tobie drażni”, to my prawdopodobnie tę informację odrzucimy?
Wtedy może się skończyć jak w przypadku pewnej pani – wielo­letniej pracownicy przedsiębiorstwa, którego szef poprosił mnie o pomoc. Chodziło o uwagi, które tej kobiecie anonimowo przekazano. Dotyczyły właśnie jej martwego punktu. Ta pracownica zimą przychodziła w bardzo krótkich spódniczkach i wysokich kozakach na suwaki, które rano rozsuwała i najpierw przez pierwszą godzinę przyjmowała interesantów w takich rozpiętych butach, a potem zakładała kapcie. Do tego przez cały dzień publicznie podciągała sobie rajstopy. Kiedy dowiedziała się, że jej zachowanie jest odbierane przez innych negatywnie, uznała, że uwagi wynikają z zazdrości. Twierdziła, że koleżanki i koledzy są mniej kompetentni i próbują ją wygryźć.

Co więc możemy zrobić, żeby odkryć swoje martwe punkty? Wyobraźmy sobie dobrego człowieka, który ma jakąś nieznośną cechę, powiedzmy, wszystkich krytykuje albo wciąż narzeka. Nie jest jej jednak świadom. Czuje się więc rozgoryczony, że tyle robi dla innych, a ci inni się od niego odsuwają.
Chce pani powiedzieć: nie zasługuje na ten dystans i odrzucenie?

Tak. Co on może zrobić?
Najpierw powinien znaleźć motywację, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, raczej nieprzyjemnego. Musi mieć ważny powód, dla którego chce przeżyć ten bolesny zabieg, jakim jest wysłuchanie negatywnej informacji na swój temat. Czasem zdarza się, że ktoś deklaruje: „Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem sam”, ale w rzeczywistości liczy na to, że usłyszy: „To nie twoja wina. Z tobą wszystko w porządku”. Ważna jest więc gotowość do wzięcia odpowiedzialności za to, jak jest się odbieranym. Bez niej wszystko, co usłyszy, uzna za wredne recenzje. Od razu zracjonalizuje: „To na pewno nie jest prawdziwy powód, dla którego ludzie mnie źle traktują” czy „Nie chodzi o zapach, bo wiele osób mówiło mi, że świetnie pachnę”. Będzie chciał w ten sposób zredukować napięcie wywołane niezgodnością pomiędzy tym, co o sobie myśli, a tym, co na swój temat usłyszał. Pojawi się rozczarowanie: „A miała być prawda o mnie…”.

Tymczasem to nie ta prawda, o którą mu chodziło.
Tak. Dlatego u nas w Akademii Psychologii Przywództwa podczas sesji odkrywania martwych punktów zawsze jest trener, który między innymi sprawdza, czy osoba, która słucha o swoich martwych punktach, dopuszcza to do siebie i co z tym robi, bo jeśli miałaby ten komunikat obrócić przeciwko sobie, to lepiej, żeby go nie dostała. Wiadomo na przykład, że osoba w łagodnej depresji będzie wprawdzie w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną, ale potem prawdopodobnie sobie przywali: „No i potwierdza się, że jestem beznadziejna”.

Nie każdy jednak ma szansę pracować nad swoimi martwymi punktami pod okiem trenera. Można zapytać o nie kogoś znajomego, kto nie jest ani trenerem, ani coachem, ani terapeutą?
Można, ale ja nie zagwarantuję z ręką na sercu, że taka rozmowa nie obróci się przeciwko temu, kto pyta, i temu, kto mówi. Gdybym był trochę nawiedzonym młodym coachem lub terapeutą, mógłbym powiedzieć: „Prawda jest najważniejsza. W atmosferze prawdy powiedzcie sobie wszystko i zobaczycie, co wam się zwróci”. Ale jestem za stary i zbyt odpowiedzialny, żeby coś takiego wygłaszać.

Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć ryzyko, to kogo powinien zapytać o swoje martwe punkty i kiedy?
Ludzi, których nazywam bratnimi duszami. To osoby, które nie są nam tak bliskie jak współmałżonek, rodzice czy dzieci, ale z którymi łączy nas jednak pewna zażyłość, może wspólna przeszłość. Mamy podobne kryteria etyczne i estetyczne i wystarczająco dużo doświadczeń, w których nasza lojalność wobec siebie była wystawiana na próbę i które pokazały, że jednak możemy sobie ufać. Mogę odezwać się do takiego człowieka, nawet jeśli utrzymuję z nim sporadyczny kontakt, i powiedzieć: „Mam nową pracę, w której jest bardzo dużo młodych osób, i czuję, że w kontaktach z nimi robię coś nie tak. Ty masz nastoletniego syna, więc chciałbym o tym pogadać”. Na pewno nie należy rozmawiać o swoich martwych punktach w sytuacji konfliktu, w depresji lub napięciu. Najlepiej zrobić to na spokojnie, podczas podróży czy wakacji, gdy mamy jakiś oddech. Daniel Goleman, popularyzator inteligencji emocjonalnej, powtarzał: „Pamiętajcie, nie naprawia się zatopionej łódki. Trzeba ją najpierw wydobyć na powierzchnię, osuszyć i jej się przyjrzeć”.

Czy to znaczy, że bliskiej osoby, np. przyjaciela, lepiej nie pytać o martwe punkty?
Przyjaciel może nie być do końca neutralny, tylko nadmiernie się zaangażować w rolę wybawiciela albo czerpać dodatkową satysfakcję z tego, że konfrontuje nas z jakąś prawdą. Może też nie mieć inteligencji emocjonalnej czy społecznej. Poza bratnimi duszami warto też mieć mentora – osobę, która towarzyszy w dylematach życiowych, pomaga dostrzec talent czy wadę, wskazuje kierunek rozwoju, czyli, jak to się mówi w psychologii, nas „urealnia”.

Jak go znaleźć?
Często wybieramy go intuicyjnie. Jeśli jednak mielibyśmy szukać go świadomie, powinniśmy zwracać uwagę nie na wrażenie, jakie ktoś robi na zewnątrz, jak bardzo jest życzliwy czy atrakcyjny, ale na to, czy ma charakter, bo mentor powinien go mieć. Ma być wierny swoim zasadom, spójny i sprawdzać się nie tylko na scenie zewnętrznej, ale też w życiu codziennym. Może popełniać błędy, ale powinien być ich świadomy.

A można samemu szukać u siebie martwych punktów? Może na przykład powinniśmy przez kilka dni zapisywać uwagi, jakie robi nam otoczenie. Te wszystkie: „Oj, nie marudź” albo „O, tym razem jesteś punktualna!”? W myśl zasady: Jeśli kilka osób mówi, że jesteś koniem, kup sobie siodło?
To dobry pomysł. Można też, zamiast szukać konkretnego martwego punktu, starać się najpierw znaleźć sferę życia, w której te lusterka wsteczne mamy gorzej ustawione. Zastanowić się, czy uwagi, jakie robią nam inni, dotyczą raczej sposobu, w jaki się komunikujemy, tego, jak się ubieramy, czy może jak postępujemy z dziećmi. Kiedy już znajdziemy taką sferę, łatwiej będzie zidentyfikować konkretny problem. Nie do przecenienia jest też junior mentoring.

Co to takiego?
Informacja zwrotna od młodej osoby, choćby własnego dorastającego dziecka. Badania pokazują, że nasze detektory niespójności, czyli zdolność do wyłapywania wszelkich zakłóceń, na przykład tego, że ktoś co innego mówi, a co innego robi, że jego zachowanie nie pasuje do jego stanowiska czy roli życiowej, najlepiej działają u osób pomiędzy ósmym a 18. rokiem życia. Potem stają się mniej aktywne, chociaż pokolenie Y wydaje się wyjątkiem. U jego dwudziestokilku­letnich przedstawicieli detektory niespójności nadal sprawnie funkcjonują. Dlatego dobrze czasem zapytać własne dziecko o to, co jest w nas nadmiarowe czy niespójne, co jest obciachem w naszym funkcjonowaniu. Kiedy na 65. urodziny włożyłem trampki, myślałem, że moi synowie popukają się w czoło, a oni powiedzieli: „Jest OK”, ale kiedy zacząłem stawiać sobie włosy, usłyszałem, że robię z siebie pośmiewisko. Zapytałem: „Ale czy ja gorzej wyglądam?”. Syn na to: „Może nawet lepiej, ale widać, że się starasz, i to jest obciach”. Taka opinia może być cenną informacją zwrotną, chociaż, oczywiście, nie wszystko trzeba brać sobie do serca. W odkrywaniu martwych punktów chodzi o samoświadomość oraz poczucie odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Jeśli ja dostrzegam własne ograniczenia, mam szansę zrozumieć, jak ten aspekt mojego funkcjonowania wpływa na innych. Wiem, dlaczego ktoś mnie lubi, szanuje lub nie, i mogę zdecydować, czy chcę dokonać korekty postępowania. Mam szansę uniknąć śmieszności spowodowanej tym, że jako jedyny nie zauważam, jak bardzo szkodzą mojemu wizerunkowi usta po nieudanej interwencji chirurgicznej czy wielogodzinne monologi przed podwładnymi.

Jacek Santorski jest psychologiem społecznym i psychologiem biznesu.

  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.