Emocje – co warto o nich wiedzieć?

fot. iStock

Wychowanie i rozsądek nakazują, żeby konfliktów w pracy nie rozwiązywać siłowo.
Ale ciało na wszelki wypadek wyprodukowało już kortyzol i adrenalinę. Co zrobić z tymi hormonami stresu, żeby nie zżerały nas od wewnątrz? Jak obłaskawić emocje?
Pytamy neurobadacza Rafała Ohme.

 

Czy w pracy możemy reagować emocjonalnie? Czy to jest profesjonalne?
Emocje składają się z doznania i z ekspresji. Można powstrzymać ekspresję i w pracy zwykle to robimy, bo jesteśmy profesjonalistami, więc kiedy kolega mnie zdenerwuje albo szef powie coś niemiłego – to staram się nie eskalować konfliktu. Ale samego doznania nie można powstrzymać.

Co to znaczy?

Dzięki neuronauce wiemy dziś, że emocja to wielka reakcja elektrochemiczna, która zachodzi w ciele i powoduje w nim zmiany. Jeżeli podczas jakiegoś konfliktu w pracy wytwarzamy emocje, ale nie artykułujemy ich, ponieważ jesteśmy wychowanymi, cywilizowanymi ludźmi i nie rzucamy się na innych z pięściami – to oznacza, że pozostaje w nas niewykorzystana energia. Emocje związane z pobudzeniem, z napięciem, ze stresem – w naturalny sposób uwalniają substancje chemiczne, głównie adrenalinę i kortyzol, po to, żebyśmy mieli siłę walczyć o przetrwanie. Tak dzieje się od pięciu milionów lat, a dopiero od siedmiu tysięcy lat – bo mniej więcej tyle trwa nasza cywilizacja – nie wypada nam bić się z osobą, z którą się nie zgadzamy. Ale ciało nadal produkuje kortyzol, który – niespożytkowany w należyty sposób – przyczynia się do chorób serca, powstawania nowotworów, wrzodów czy chorób wieńcowych.

Każdego dnia w naszym organizmie powstaje ognisko choroby, które układ immunologiczny niszczy. Jeśli tylko nie jest zajęty stresowaniem się… Być może kiedyś, za 100 czy 300 tysięcy lat ewolucja to zmieni i nie będziemy wytwarzać takiej reakcji na zagrożenia symboliczne. A może ewolucja pójdzie w tę stronę, że hormony nadal będą wytwarzane, ale ich emisja będzie kontrolowana przez świadomość dużo lepiej niż teraz i komunikat „przestań się denerwować” faktycznie powstrzyma wydzielanie hormonów?

Jaki jest najskuteczniejszy sposób, żeby spożytkować hormony stresu?

Tyleż trywialny, co cudownie działający: umiarkowany wysiłek fizyczny. Aby „spalić” je zgodnie z ich naturalnym przeznaczeniem.

W pracy trudno się do tego zastosować…

Są specjalne ćwiczenia, przy których nawet nie spocimy się, bo trwają krótko. Jednym z nich jest np. uniesienie przedramion i uciskanie piłki gumowej wielkości piłki siatkowej. Można także oprzeć się o ścianę, ugiąć kolana pod kątem prostym i „usiąść” w powietrzu. To są ćwiczenia izometryczne, które powodują napięcie mięśni, co pozwala skonsumować dopalacze chemiczne powstałe w organizmie. I choć potem prawdopodobnie nadal jeszcze będziemy dalecy od tego, by przebaczyć człowiekowi, z którym się pokłóciliśmy, to przynajmniej nie będziemy mieć już siły, żeby go rozszarpać.

Takie ćwiczenia zajmują mniej niż minutę i w chwili stresu można je wykonać nawet w garniturze czy szpilkach. A na dokładkę po pracy zrobić ćwiczenia profilaktyczne. Już 150 minut tygodniowo umiarkowanego wysiłku fizycznego robi różnicę. Wystarczy zwykły spacer tempem marszowym, na siłowni może to być bieżnia nastawiona na tempo 5,6 km/h. Jest to o tyle ważne, żeby nie wprawiać organizmu w stan wysiłku, bo wtedy on znów będzie produkował adrenalinę, a przecież chodzi nam o to, żeby się jej pozbyć.

Czy faktycznie ewolucja może doprowadzić do tego, że rozum będzie sterował naszą reakcją elektrochemiczną? Dotychczasowe badania nad mózgiem wskazują na jakieś zmiany w tym kierunku?

To hipoteza, bo neuroobrazowanie jest nową technologią, więc nie da się zaobserwować zmian ewolucyjnych, a nie mamy do badań mózgów kopalnych. Spekulując, kontrola byłaby możliwa, jeśli byłoby więcej połączeń, takich „sterowników” między korą przedczołową, gdzie jest siedlisko naszego myślenia abstrakcyjnego, a częściami mózgu podkorowymi, na przykład układem limbicznym. Kora nie jest w stanie wydawać poleceń ciału migdałowatemu, które jest szarą eminencją całej struktury emocjonalnej, ale ciało migdałowate może doprowadzić do tego, że człowiek przestaje myśleć i zaczyna się wściekać. Czyli działa to w jednym kierunku. Układ limbiczny i ciało migdałowate mają dużo połączeń z przysadką mózgową, a tam są struktury aktywujące pracę autonomicznego układu nerwowego oraz system wydzielania dokrewnego. To oznacza, że przysadka reguluje elektrochemiczną energię organizmu. O elektrochemii możemy myśleć jako o źródle finansowania zachowania – jeśli jej nie ma, nie ma zachowania, czyli po prostu nie działamy, gdyż nie mamy energii. Ale choć układ limbiczny ma mnóstwo połączeń z przysadką, to kora czołowa nie ma żadnego.

Najlepiej przekonać się o tym, monitorując swoje postanowienia noworoczne. Jeżeli bazują wyłącznie na analizie logicznej: „Warto, żebym wreszcie nauczył się języka obcego” czy „W tym roku będę miał więcej czasu dla rodziny”, czyli płyną wyłącznie z rozumowej kory czołowej – to nie przełożą się na działanie i zwykle skończą się w święto Trzech Króli. Jeżeli natomiast przepuścimy je przez układ limbiczny, to noworoczne postanowienie zyska dostęp do finansowania elektrochemicznego. Co to oznacza w praktyce?
Że utożsamiamy się z czymś, angażujemy w to emocjonalnie, podzielamy wartości, które za tym stoją.

Coaching ma więc głęboko naukowe uzasadnienie…

Tak, i co więcej, w bliskiej przyszłości jako coach będę dysponował narzędziem w rodzaju soczewek kontaktowych, ale zakładanych nie na oczy, a na czoło, które pozwolą mi zobaczyć, na ile klient angażuje się naprawdę. Na takie „szkło kontaktowe” jeszcze trzeba poczekać, ale mój zespół opracował już technologię, która podpowiada, czy to zaangażowanie jest.

W praktyce wygląda to tak, że na tablecie czy smartfonie wyświetla się krótka ankieta, w której odpowiada się na pytania związane z przedmiotem coachingu czy terapii, np.: Czy dbasz o swój rozwój osobisty? Czy chcesz pogodzić się z partnerem? Czy widzisz sens swojej pracy? Narzędzie analizuje nie tylko samą odpowiedź: „tak – nie – trudno powiedzieć”, ale i sposób, w jaki badany dotyka ekranu. Stworzyliśmy specjalny algorytm, który sprawdza, czy jest to odpowiedź instynktowna, czy podana po zawahaniu się. To dodatkowa informacja dla coacha czy terapeuty, na której można się skoncentrować podczas rozmowy. Dobry specjalista w końcu wyłapie, że deklaracje osoby na terapii to bardziej „ja” idealne niż realne, tyle że maszyna zrobi to już po sześciu minutach, bo tyle trwa test.

Od wielu lat wykorzystujemy to narzędzie w badaniach marketingowych na całym świecie, a od ubiegłego roku prowadzimy badania kliniczne na sportowcach. Określamy poziom stresu przez meczem, przed treningiem i w okresie roztrenowania. W tym roku planujemy wykorzystać tę technologię w terapii i coachingu.

Wiemy już, że najsilniejsze emocje można rozładować naprawdę prostymi ćwiczeniami. Tymczasem nieraz wolimy je tłumić, chociażby w imię dobrej atmosfery.

Z jednej strony nie możemy popadać w skrajną ekspresję emocji, bo to może doprowadzić do eskalacji konfliktu, ale z drugiej – tłumienie wszystkiego jest pozwoleniem, aby bomba zegarowa tykała. Ekspresja jest przecież po to, żeby dawać ujście napięciom. Nie zapominajmy, że po zakończeniu jakiejś negatywnej interakcji – nawet jeśli jesteśmy dumni, że poskromiliśmy niekulturalną ekspresję – mamy w sobie mnóstwo chemicznej energii. Możemy więc zrobić ćwiczenie izometryczne, wykorzystać technikę oddechową, bo oddech wpływa na współczulny układ nerwowy, który może obniżyć produkcję hormonów, czy przejść się w górę i w dół po schodach… Zwłaszcza że takie mini treningi fizyczne są dobre dla zdrowia, sylwetki i samopoczucia. Same korzyści!

A czy warto robić treningi polegające na symulowaniu konfliktów?

Wielu psychologów i terapeutów zajmuje się zarządzeniem gniewem (ang. anger management), ale ja w swojej praktyce koncentruję się na działaniach komplementarnych, czyli rozładowywaniu napięcia fizjologicznego za pomocą aktywności mięśniowej. Mimo że jestem psychologiem, uważam, że stres nie siedzi w głowie, a w trzewiach, w głowie siedzi tylko jego „rzecznik prasowy”. Każde pobudzenie emocjonalne jest odczuwane w brzuchu, tylko nie wszyscy robią z tego faktu praktyczny użytek. Może po przeczytaniu tej rozmowy ktoś z czytelników przy najbliższej okazji skupi się na tym, żeby zaobserwować, gdzie w jego ciele pojawia się reakcja na stres: czy to motyle w brzuchu, a może ciarki na plecach albo usztywnienie ramion? Każdy może indywidualnie zlokalizować ten punkt w ciele albo korzystać z pomocy specjalisty, np. podczas terapii Gestalt.

Kiedy wiem, gdzie leży mięśniowe epicentrum stresu, mogę starać się rozgrzać je i rozluźnić za pomocą masażu. Można to zrobić nawet w domu, używając rollera, prostego przyrządu, do kupienia w każdym sklepie sportowym.

Czy tytuł pana książki „Emo Sapiens” oznacza, że „emo”, czyli emocje, są zawsze pierwsze?

Emocje zawsze pojawiają się jako pierwsze. Jesteśmy zgodni co do tego od 1986 roku, gdy neurolog z Nowego Jorku, profesor LeDoux odkrył dolną drogę reagowania, czyli bezpośrednie połączenie pomiędzy wzgórzem a ciałem migdałowatym. Dzięki neuronauce możemy fizycznie zmierzyć, że proces inicjacji reakcji emocjonalnej jest dużo szybszy niż racjonalnej. To wcale nie oznacza, że emocje są ważniejsze niż rozum, a jedynie to, że każdy proces psychiczny rozpoczyna się od reakcji emocjonalnej. Temu zjawisku poświęciłem 15 lat temu swoją pracę habilitacyjną. W „Emo Sapiens” zachęcam do tego, żeby dążyć do zharmonizowania pracy obu systemów: rozumowego i emocjonalnego (analitycznego i syntetycznego). Tymczasem nasza kultura, szczególnie silnie wpływowa kultura anglosaska, apeluje, żeby emocje, a zwłaszcza ekspresję kontrolować, co jest niezgodne z jej naturalną funkcją i źle się kończy. Oczywiście nieujarzmione emocje mogą całkowicie przesłonić rozum i doprowadzić do tego, że popełnimy bezsensowne czyny – nie bez powodu prawo przewiduje coś takiego jak „stan chwilowej niepoczytalności”. To są przykłady, do czego może doprowadzić niepotrzebna walka emocji z rozumem.

Emocje wspierają rozum i na odwrót. Rozum jest po to, żeby planować oraz znajdować rozwiązanie w sytuacjach nierutynowych, natomiast emocje mają dawać energię do działania oraz pozwalają mieć zawsze nadzieję. Najważniejszą emocją, która stoi w sprzeczności z rozumem i zaczyna się tam, gdzie rozum mówi „pas”. To nadzieja popycha nas do próbowania znowu, mimo że tyle razy wcześniej nie wyszło. Bez nadziei nie żyjemy, a wegetujemy.

Fascynujące jest to, że nauka o czymś tak strukturalnym jak mózg tak bardzo zwraca nas w stronę emocji.

Neuronauka pozwoliła zobaczyć, że w mózgu jest dużo więcej struktur służących analizie stanów emocjonalnych niż stanów intelektu. Wcześniej uważano, że człowiek składa się z intelektu, a emocja jest efektem ubocznym, dodatkowo przeszkadzającym w płynnym strumieniu analitycznego myślenia. Zatem im mniej emocji, tym lepiej. Tymczasem myślenie to nowy nabytek! Jeżeli przyjmiemy, że żyjemy od 24 godzin, to potrafimy myśleć tak jak teraz od kilku–kilkunastu minut. A emocje były zawsze. Oczywiście myślenie wszystko zmieniło i nie biegamy już po drzewach, tylko się błyskawicznie rozwijamy jako gatunek, ale nie zapominajmy o korzeniach.

Pamiętajmy też, że emocje siedzą nie tylko w mózgu, ale i w mózgu trzewnym. Jest tam tyle neuronów ile w głowie małego ssaka. To odkrycie sprzed kilkunastu lat zawdzięczamy profesorowi Michaelowi Gershonowi z Uniwersytetu Columbia. Mózg trzewny służy nie tylko regulacji trawienia i perystaltyki jelit, ale także samopoczucia i zdrowia psychicznego. Dlatego mamy nie tylko piękny umysł, ale i dzikie ciało, o które trzeba odpowiednio dbać.

 

Rafał Ohme, profesor psychologii na UMCS w Lublinie, honorowy profesor na uniwersytetach Stellenbosch w Kapsztadzie oraz Renmin w Pekinie. Ekspert w dziedzinie emocji. Światowy pionier w obszarze neuronauki konsumenckiej. Autor bestselleru popularnonaukowego „Emo Sapiens. Harmonia emocji i rozumu”

 

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link