Odżywianie

Odżywianie
fotochannels.com

Człowiek korporacyjny potrzebuje w pracy tyle energii co sportowiec. Nie ma jednak do pomocy dietetyka ani trenera. A powinien mieć, bo dla jego zdrowia ważne jest nie tylko to, co je, ale też jak i kiedy. Dziś o odżywianiu, czyli ostatnim punkcie programu „8 razy O”, mówi jego twórca Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta i doradca biznesowy.
Na irytację w pracy zawsze pomagały mi batoniki.
– Jedzenie jako lekarstwo na stres to zły pomysł. Zajadając stres, przeciążamy układ pokarmowy, w wyniku czego mamy jeszcze mniej energii. A wtedy nawet drobne kłopoty zamieniają się w trudny do uniesienia stres. Jedzenie nie służy do poprawiania samopoczucia, ma zapewniać organizmowi niezbędny budulec oraz substancje i minerały utrzymujące go w równowadze biochemicznej. Trzeba się poważnie zająć swoją dietą – osoby, które bardzo intensywnie pracują, ponoszą podobne wydatki energetyczne jak wyczynowi sportowcy.

Ale ludzie w korporacjach mają do dyspozycji tylko automat ze słodyczami, kawą i pizzę na telefon.
– To jest powszechny problem. Tymczasem trudno uleczalne lub nieuleczalne choroby, takie jak: cukrzyca, niewydolność układu trawienia, wchłaniania i wydalania, zaburzenia układu moczowego i krwionośnego, biorą się przede wszystkim z długotrwałych błędów dietetycznych. Układ pokarmowy na ogół szybko się regeneruje – to pozwala nam traktować go arogancko, jak śmietnik.

Jaka jest podstawowa zasada dobrego odżywiania?
– Jeść tylko wtedy, gdy jesteśmy naprawdę głodni. Tymczasem jemy z dziesiątków innych powodów: dla towarzystwa, na zapas i oczywiście z nerwów. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że jedzenie naprawdę nas uspokaja. Kiedy matka dawała nam pierś albo kaszkę przez smoczek, doznawaliśmy pierwszej rozkoszy w życiu. Jedzenie było naszym pierwszym uspokajaczem. I to z tamtych doświadczeń płynie przeświadczenie, że jak się najemy, to poczujemy się tak bezpieczni jak w ramionach dobrej, karmiącej matki. Ale to złudzenie. Przejedzenie powoduje tylko tzw. otępienie trawienne, które nie ma nic wspólnego z poczuciem głębokiego spokoju i bezpieczeństwa. Przeciążony układ pokarmowy ściąga dużo krwi do brzucha, a mózg pozbawiony wystarczającej ilości tlenu po prostu przysypia.

W naprawdę trudnej sytuacji potrafimy też przestać jeść.
– Przeciążenie stresowe powoduje zaburzenia łaknienia w obie strony. Nadmiernie zmobilizowany organizm, jeśli nie może przejść w tryb regeneracji, przestaje odczuwać łaknienie. Z dwojga złego – lepiej jeść za mało niż za dużo. Ci, którzy nie dojadają i chodzą głodni, mniej chorują i dłużej żyją. Objadanie się nie jest naturalną potrzebą organizmu. To potrzeba zestresowanego umysłu i efekt cywilizacji konsumpcyjnego nadmiaru. Produkcja żywności rośnie szybciej niż przyrost naturalny, który w wielu krajach rozwiniętych jest niski lub ujemny, więc ulegamy ogromnej marketingowej presji, by kupować i wchłaniać coraz więcej jedzenia. Korporacje farmaceutyczne proponują nam też niezliczoną ilość pigułek, które mają nam pomóc strawić to wszystko. Ale skutkiem permanentnego wspomagania procesów trawiennych są dalsze zaburzenia układu pokarmowego.

I w jednym bloku reklamowym po fast foodach i słodyczach mamy: środki na zaparcia, gazy i nadkwasotę.
– Co za paradoks – kosztem zdrowia nakręcamy koniunkturę dobrobytu! Ale jeść tylko wtedy, kiedy jesteśmy głodni, nie jest prosto, bo żyjąc w wiecznym stresie, mamy tyle adrenaliny we krwi, że nie czujemy głodu. Dlatego dopiero po powrocie do domu, gdy zejdzie z nas napięcie, czyli około godziny 20–21, nabieramy apetytu na ogromny posiłek.

Cała lodówka nasza!
– Właśnie. I tu druga zasada: żołądek działa jak bęben pralki – musi mieć trochę luzu. Może być zapakowany tylko w trzech czwartych, by mógł się kurczyć podczas trawienia i by enzymy dostały się wszędzie, gdzie trzeba. Proces trawienia obfitego posiłku trwa co najmniej cztery godziny i w tym czasie nie powinniśmy spać. Duża część procesów trawiennych zostaje wtedy wyłączona, co powoduje toksyczną fermentację niedotrawionego pokarmu. Dlatego budzimy się ze wzdętym brzuchem, niesmakiem w ustach, otępiali i bez energii. Nie mamy apetytu, szybko pijemy kawę i pędzimy do roboty. Tam stres sprawia, że nie czujemy głodu, i znowu późnym wieczorem lądujemy przed telewizorem i dwudaniowym obiadem.

Ciężki jest los przeciętnego żołądka…
– A my jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, zatruci i otyli, bo organizm magazynuje niedotrawiony pokarm w postaci złogów tłuszczowych. Nie tylko pod skórą, lecz także wokół narządów wewnętrznych, których nadmierne otłuszczenie jest groźne dla zdrowia.

Skoro nie powinniśmy kierować się uczuciem głodu, to co robić?
– Żyjąc w pośpiechu i stresie, nie możemy liczyć na to, że nasz organizm intuicyjnie wybierze to, co dla nas najlepsze, w dodatku w odpowiedniej ilości. Trzymajmy się trzeciej zasady: śniadanie zjedz samemu, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi. Ranek to najlepsza pora na duży posiłek. Ale jeśli cztery godziny później nic nie zjemy, wątroba przejdzie w tryb oszczędnościowy i zaczniemy odczuwać zmęczenie i senność. Bo tak właśnie wrodzony program przetrwania dba o to, żeby nie zabrakło nam paliwa i budulca.

Pewnie nie może to być nic słodkiego?
– Uważajmy na cukry proste, które nie istnieją w przyrodzie i zbyt szybko wchłaniają się do krwi. Jeśli będziemy uzupełniać poziom cukru słodyczami, uzależnimy się od nich. Jednocześnie zmuszając trzustkę do wydzielania ogromnej ilości insuliny niezbędnej do transportu i asymilacji cukru, uruchamiamy groźny proces cukrzycowy. Jeśli więc chcemy być zdrowi, nośmy do pracy kanapki albo batoniki, w których nie ma rafinowanego cukru ani słodzika, a może być melasa, miód, ziarna zbóż, orzechy i nasiona. Zanim zaczniemy jeść, odetchnijmy, pomyślmy o czymś miłym, by żołądek mógł rozpocząć trawienie.

Jeśli zapomnimy o kanapce, mamy biznesowe lunche.
– Jedzenie podczas trudnych rozmów całkiem nam nie służy. Organizm jest przełączony na mobilizację, a żołądek spięty i wyłączony. Lunch jako kolejny posiłek jest niezbędny, abyśmy mogli uniknąć nocnego wilczego głodu. Ale zadziała wtedy, kiedy zjemy go w spokoju i mamy na to przynajmniej 45 minut. Tylko nieliczne korporacje pozwalają pracownikom na tak długą przerwę obiadową. A to błąd. Menedżerowie powinni nauczyć się patrzeć na pracowników jak trener na drużynę. On wie, że aby zdobyć mistrzostwo, zawodnicy muszą nie tylko pracować, ale także regenerować się i dobrze odżywiać.

Mamy więc zjadać śniadanie, brać do pracy kanapki i wyskoczyć z kimś miłym na lunch. Ale z kolacją musimy się pożegnać. Tylko jak, skoro po całym dniu to nasze święto i nagroda?
– Gdybyśmy chcieli popełnić morderstwo doskonałe, najlepiej byłoby ofiarę regularnie zapraszać na bardzo obfite i późne kolacje. Najdalej po roku zacznie ciężko chorować. Lepiej więc poszukać innej nagrody, np. iść na basen, na tańce, na długi spacer, pograć w jakieś zespołowe gry. Wieczór jest najlepszą porą na ruch i aktywne odreagowanie stresów. Endorfiny ukoją głód i lepiej będzie nam się spało.

Wiemy już, kiedy jeść i jak, ale nie wiemy co.
– Mówimy tylko o procesie odżywiania, bo nie ma jednej diety dobrej dla wszystkich. Nawet wodę jedni powinni pić w dużych ilościach, a inni nie, bo mają zbyt wychłodzony organizm. Dlatego najlepiej iść do specjalisty, żeby pomógł ustalić menu. Polecam książkę „Odżywianie dla zdrowia”, która szuka twórczego kompromisu między różnymi szkołami współczesnej i starożytnej dietetyki.

Grudzień jest chyba najtrudniejszym czasem na ograniczenia dietetyczne, przed nami świąteczne obżarstwo.
– Ograniczenie jedzenia, rezygnacja z obżarstwa i opilstwa stanowi warunek wstępny otwarcia się na duchowy wymiar życia. Otępienie trawienne na zmianę z adrenaliną nie uczynią z nas ludzi wrażliwych duchowo. A ponieważ tylko świadomość duchowa może nam dostarczyć odpowiedzi na najważniejsze pytania, toteż propozycja postu – we wszystkich religiach – towarzyszy ważnym wydarzeniom. Jeśli pościmy tylko po to, żeby potem się objeść, marnujemy okazję do przeżycia duchowej inspiracji. Nie mówiąc już o tym, że szkodzimy swemu ciału.